Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 maja 2019

Cytaty - Pospolitość skrzeczy....




„Tak by się nam serce śmiało
do ogromnych, wielkich rzeczy,
a tu pospolitość skrzeczy” - Stanisław Wyspiański „Wesele”

Im dłużej trwa świat, im mniej na nim wojen, tym więcej budynków, drzew i pomników uznawanych za zabytki. Im ich więcej, tym więcej trzeba pieniędzy, by zadbać o ich stan. Konserwatorzy i miłośnicy wytworów czasu minionego walczą o każdy budynek, o każdą cegłę ilość na zabytkowym dębie. Troszczą się o czas miniony, o historię, która uczy jak żyć, jak szanować przeszłość, którą sami się staniemy.

Przegrywają.

Stara lipa stoi w miejscu, gdzie najłatwiej i najlepiej dla mieszkańców wsi poprowadzić nową jezdnię z chodnikiem. Kiedy sadzono lipę, wystarczył brukowana droga, którą przemieszczali się w zgodzie ludzie i wozy zaprzężone w dwa konie. Jeździło się nimi dwa razy w tygodniu na targ do pobliskiego miasteczka. Dziś auta mają niskie zawieszenia, a ludzie jeżdżą nim dwa razy dziennie do pracy w pobliskim miasteczku. Jezdnia jest niezbędna. Podobnie jak dwupasmówka w dużym mieście. Tam trzeba wyburzyć kilka kamienic, zabytkowych.

Czy lipa ma nadal rosnąć, a kamienice stać, by utrudnić życie mieszkańcom owych miejscowości?

Zabytkowy hotel w środku miasta straszy pustymi oczodołami okien. Jest własnością prywatną. Właściciel jednak nie ma pieniędzy na remont, który kosztowałby dwa razy tyle, a może nawet trzy, ile wybudowanie dużego bloku mieszkalnego. Ruiny nikt nie chce kupić. Nawet „miasto”... Urzędnicy miejscy mają inne wydatki. Trzeba wyremontować szpital, na nowym osiedlu postawić plac zabaw, wymienić rury kanalizacyjne, zmodernizować oczyszczalnię ścieków...

Tu stoi stary pałac, tam spichlerz, gdzieś zabytkowa kamienica... można je ratować kosztem mieszkań komunalnych, dróg dojazdowych, obwodnic wokół dużych miast, pomocy dla biednych...

Pospolitość jest ważniejsza. Historia może poczekać.



wtorek, 26 marca 2019

Nasze cmentarze



tekst z listopada 2018

Parę lat temu pojechałam na wycieczkę do Wilna. Po zwiedzeniu iluś kościołów (sorry, stanowczo za dużo, bo wszystkie zlały mi się w jeden i już zapomniałam, co gdzie było), udaliśmy się na polski cmentarz Na Rossie. Odszukiwanie grobów znanych osób było zajęciem znacznie ciekawszym. Oczywiście nie obyło się też bez polskiego narzekania.

Tym razem  dostało się ludziom mieszkającym w Wilnie po 1945 roku. W ocenie ich postępowania górowała pewna jedna pani, nazwijmy ją Basieńką, praktykująca katoliczka. Otóż pani Basieńka od momentu wejścia na cmentarz mocno krytykowała mieszkańców Wilna, władze byłego ZSRR i obecnej Litwy za brak opieki nad cmentarzem. Wilno nie należy do Polski, zatem niszczy się w nim wszystko, co polskie, począwszy od cmentarza.Nie neguję tego. Tak było. I nie tylko w Wilnie.

Kiedy wsiedliśmy do autokaru, by zwiedzać dalej, pani Basieńka swego monologu o potwornych Rosjanach i Litwinach nie przerwała. Niektórzy jej przytakiwali, inni zastanawiali się, jak przerwać upierdliwy słowotok.

Zadanie to spadło na mnie, bo jedynie ja miałam odwagę zakłócić przemowę uznaną przez niektórych za patriotyczną.

Pani Basieńka pochodziła z Wielkopolski, z części należącej przed wojną do Niemców. Ja też urodziłam się na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Zadałam więc pani pierwsze pytanie:
„ A ile u pani w mieście jest cmentarzy poniemieckich, takich na przykład ewangelickich?”
Kobieta wróciła z dalekiej podróży, ale szybko, bez zastanowienia odpowiedziała:
„Żadnego. Są tylko polskie i katolickie.”- odrzekła z dumą. 
„A gdzie podziały się niemieckie? Przecież przez stulecia mieszkali tam Niemcy. Nie umierali?”
Zaległa kłopotliwa cisza.

Tak, moi kochani... w mieście pani Basieńki i w moim Wałbrzychu nie ma niemieckich cmentarzy. Na ich miejscu są polskie groby. Po niemieckich, głównie ewangelickich cmentarzach pozostały aleje drzew, walące się budynki dawnych kaplic, ukryte pośród zarośli niszczejące nagrobki … na terenie jednego jest park, na terenie drugiego – jezdnia...

Nie mam moralnego prawa potępiać tych, co niszczyli polskie cmentarze. Moje pokolenie zniszczyło niemieckie. I tam i tu w ziemi zakopane były kości zmarłych ludzie. Każdemu zmarłemu należy się szacunek.

Ktoś niszczy cmentarze żołnierzy radzieckich, bo byli wrogami. Komuś nie podobają się nagrobki bez krzyży, bo ateistyczne. 

Kto oglądał film „Gangi Nowego Jorku” pamięta jego zakończenie – groby bohaterów, walczących o wpływy w mieście - na tle rozwijającego się miasta. Im miasto większe, tym groby mniejsze...

W przeddzień polskiego Święta Zmarłych przez nasz kraj przechodzi fala krytyki Halloween, zabawy nie mającej żadnego związku z żadną religią. A może zamiast udowadniania, że zabawki Hello Kitty wywodzą się od szatana, powinniśmy pomyśleć o setkach zniszczonych grobów nie przez szatana, tylko przez człowieka – z reguły wierzącego i praktykującego, tak jak pani Basieńka. 



czwartek, 14 marca 2019

Nauczanie historii

 tekst z 2018

Ostatnio moją uwagę przykuwały wypowiedzi o czasach mego dzieciństwa i młodości czy PRL-u... Bo dziwne jakieś takie były...

Oto czytam jak to po ogłoszeniu stanu wojennego – 1981 – rolnicy, zwani czasami chłopami, woleli rozdawać swoje świnie rodzinie, zamiast dostarczać je do skupu świń, bo te ze skupu szły na rzeź w imię komuny.

Cóż, słowa te pisał młody chłopak, który poznaje historię z tzw. tekstów źródłowych. I w pewnym sensie ma rację...

Zapewne trafił na pismo, które w owym 1981 lub 82 roku moja rodzina samodzielnie napisała. Rzeczywiście, w piśmie tym była prośba o pozwolenia na zarżnięcie jednego świniaka w gospodarstwie rolnika X i nieodpłatne przekazanie owej zarżniętej świni bratu rolnika X, zamieszkałemu w mieście Y. Takie zezwolenie było niezbędne, gdyż wieprzowinę trzeba było przewieźć przez granicę gmin i powiatów. A na rogatkach wówczas stało wojsko i sprawdzało. Gdy człek miał odpowiednie papiery, problemu nie było. I tak świnia przekroczyła granice, dotarła do miasta, gdzie została podzielona na cztery części i dostarczona do czterech rodzin, które słono za nią zapłaciły. Kont bankowych wówczas w powszechnym użyciu nie było, pieniądze wędrowały z ręki do ręki.

Cóż, moja rodzina sfałszowała historię... I teraz mam za swoje... Współczesne pokolenie uczy się na podstawie owego dokumentu, że chłopi świnie za darmo oddawał...
Z przyjemnością oglądam program „Twoja twarz brzmi znajomo”. Czasami rozbawiają mnie panowie prowadzący, zwłaszcza kiedy w swych wypowiedziach nawiązują do czasów PRL-u, bo sporo prezentowanych w programie polskich piosenek właśnie wtedy powstało.

Kiedyś ktoś śpiewał przebój grupy Bajm „Józek nie daruję ci tej nocy”. Z wypowiedzi prowadzącego dowiedziałam się, że ten, przepojony seksem tekst, wcale o seksie nie jest. Nawiązuje on bezpośrednio do wprowadzenia stanu wojennego przez Wojciecha Jaruzelskiego i w domyśle brzmi „Wojtek, nie daruję ci tej nocy”.

Zatkało mnie wówczas. Oto bowiem ów Wojtek rozgrzewał ciało, śpiewająca miała bzika na jego punkcie i prosiła, by z nią grzeszył. Siedem razy grzeszył. Przyjemny był ten stan wojenny, no nie? Równocześnie przypomniałam sobie czasy, w których piosenka powstała, wszak wówczas już solidnie grzeszyłam w wiadomy sposób. Nikt z moich znajomych nie utożsamiał piosenki z polityką! Dla nas wszystkich była utworem tak bardzo nieprzyzwoitym, że aż doskonałym w swej nieprzyzwoitości!

A teraz proszę, po latach dowiaduję się, że to piosenka o polityce.

Kolejny przykład z tego programu - „ W domach z betonu nie ma wolnej miłości”, czyli Martyna Jakubowicz rok 1983. Oczywiście wprowadzenie do piosenki – prowadzący rozwodzi się nad mrocznym rokiem powstania utworu, jak to wówczas tragicznie było …
Wracam do wspomnień... studia zaoczne, III rok, praca w szkole we wsi daleko od szosy, wielka miłość zakończona małżeństwem... ani głodu, ani poniewierki, ani mroku, underworldu, znaczy się Lykanów i Wampirów, jeszcze nie było... no dobrze, przyznaję się. Małżeństwo się nie udało, ale chyba nie przez ten rok 1983... Słońce jeszcze wówczas świeciło...

A potem radośnie odzywa się drugi prowadzący i jest happy! Dziś nie ma już problemu z wolną miłością, którą podsłuchiwał sąsiad w domu z betonu! Hola, stop! Domy z betonu stoją nadal. Ludzie się w nich już nie pie.. znaczy się nie kochają w sensie fizycznym? Sąsiedzi nadal mają możliwość podsłuchiwania.

A wolna miłość? Ludzie kochani, co za niewiedza ze strony prowadzącego! Stosunki tylko w małżeństwie. Kto to słyszał, żeby wolno było każdemu z każdym? Ludzie teraz odmawiają różaniec, a nie stosunkują poza związkiem zatwierdzonym przez proboszcza.
I końcówka. Ostatnio pracując z młodzieżą dowiedziałam się, że w latach, na które przypada moje dzieciństwo i młodość, była partyzancka wojna z „ruskimi”, w sklepie sprzedawano jedynie ocet, a ludzie żyli w totalnej biedzie. Wszystko było pozamykane i kościoły, i kina, i stadiony, i restauracje, i szkoły wyższe... Kiedy zapytałam, czy pozwalano mówić wówczas po polsku, zdania młodych ludzi były podzielone. Jedni twierdzili, że tak. Inni, że nie...

Trudno było przekonać młodych, że jednak w latach 1945 – 1989 coś się działo. Wajda kręcił filmy, Szymborska pisała wiersze, a ludzie z głodu jakoś nie umierali, wprost przeciwnie – rodziło się ich znacznie więcej niż obecnie.

Opowiedziałam o młodych koleżance, która w latach osiemdziesiątych walczyła o wolność i demokrację. Załamała ręce. Uśmiechnęłam się i przypomniałam, jak sama po 1989 roku „zmieniała” historię z tej fałszywej na prawdziwą, jak negowała praktycznie wszystko, co wydarzyło się wcześniej. Fabryki były złe. Kino było złe. Wyższe uczelnie też były złe. Wszyscy byli ubekami, esbekami, komuchami.
Oj, nie tak wyglądało moje dzieciństwo....