Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jesień. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jesień. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 marca 2019

Cytaty - O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...

 
klon_2
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny…. Leopold Staff

Obudził ją deszcz mocno bijący w szyby sypialni. Kiedyś była pokojem dzieci. Dorosły, wyprowadziły się. Prawidłowo. Tak być powinno. Została sama, z suczką, w mieszkaniu, które zawsze było za ciasne dla trojga. Teraz jest nareszcie odpowiednie.

W deszczowym pokoju dzieci jest jej sypialnia i jej własny bałagan. Usunęła tapczanik córki. Śpi na łóżku syna. Kupiła używane biurko. Postawiła na niego laptop. Do szuflady i na półki położyła swoje notatki.
W rogu stanął stary fotel, na którym od sześciu lat śpi ukochana sunia. Jeszcze tylko dywanik pod krzesło biurowe. Jeszcze tylko kilka paprotek w doniczkach i jest prawdziwy pokój starszej pani.

Deszcz uderza ostro o szyby. Nie znała tego dźwięku. Pokój, w którym poprzednio spała, ma balkon. Krople wody nie uderzały w okna.

Teraz to pokój gościny, salon jak mówią młodzi. Część starych mebli wyrzuciła. Ma teraz do własnej dyspozycji dużą, nowoczesną szafę w sypialni. W pokoju z balkonem zrobiło się więcej miejsca. Tu bawi się z sunią. Po usunięciu części mebli okazało się, że telewizor jest za mały. Teraz przydałby się taki wielki, na połowę ściany.

W sypialni jest drugi, mniejszy i gorszy. Wystarczy. Można wygodnie położyć się na łóżku i przed snem coś obejrzeć. Suczka bardzo go lubi. Siada wygodnie na łóżku obok swej pani i ogląda. Najbardziej ciekawią ją programy z innymi psami. Jej idolami są Szarik, Alex i Cywil. Te seriale może oglądać cały czas. Toleruje jeszcze konie. Inne zwierzęta są jej obojętne.

Jej pani wiersz Staffa o jesiennym deszczu zna na pamięć. Zerka w okno i recytuje….
I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,
Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...
Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną
I światła szarego blask sączy się senny...
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...

Nadeszła jesień życia.

piątek, 22 marca 2019

Mimozy czyli nawłoć

P1270071

tekst z lipca 2018

Zakwitły mimozy... to znaczy chyba jest to nawłoć pospolita. Zajrzałam do sieci i tamtejsze obrazki kwitnących na żółto roślin, takich samych jak na obrzeżach mojego osiedla, podpisane były właśnie tak, jak zatytułowana jest jedna z części „Przedwiośnia” Żeromskiego.

Przypomniał mi się szkoła i interpretacja nazwy majątku Hipolita Wielosławskiego. Żyli tam ludzie bogaci, na których pracowali inni, ale już nie pańszczyźniani. Bawiono się, hulano, jedzono, romansowano, a stary sługa Maciejunio nieustannie nakrywał do stołu. Idąc tym tropem, Nawłoć to miejsce, w którym brak wartości wyższych, a wszystko skupia się wokół spraw doczesnych, byleby brzuchy zapełnić, kobitę p...oderwać... i od czasu do czasu rzucić jakiś ochłap kalekom. Oczywiście w tym celu trzeba urządzić bal, na którym zorganizuje się symboliczną zbiórkę. Cóż, każda okazja do zabawy jest dobra.

Wracajmy do mimoz, znaczy się nawłoci rosnącej na niewielkich już dziewiczych terenach wokół mego osiedla.

Rośnie sobie ta nawłoć, kwitnie. Idąc na spacer z psem zawsze zrywam ją i wstawiam do wazonu-kufla. Pięknie prezentuje się w mieszkaniu i … przypomina o jesieni.

Odkąd pamiętam zrywałam ją pod koniec sierpnia i we wrześniu. Dziś mamy jeszcze lipiec.
Co symbolizuje taka nawłoć vel mimoza?

Oto jest pytanie.

Moja koleżanka z USA odwiedziła Ojczyznę. Po powrocie za ocean dzieli się na wiadomym portalu wrażeniami z pobytu. Oj, dostaje się nam Polakom, oj dostaje. Na pierwszy ogień idzie kościół katolicki. Zamiast miłości, szerzy nienawiść. Potępia wszystkich i wszystko, co nie myśli i nie działa tak jak on chce. Jeśli nie chodzisz do kościoła to znaczy, że nie wierzysz w Boga, bo inne religie, nawet z pnia chrześcijańskiego, to już sekty. Ot, właśnie taka nawłoć, rosnąca na nieużytkach. Ale uważajcie, ona szybko się rozrasta i jest bardzo trwała!

A może inaczej.... może roślina już się rozrosła i symbolizuje stan polskiej polityki? W sumie partia polityczna to też taka sekta... jest guru, są wyznawcy.... Jeśli program partii padnie na podatny grunt, to taka partia rośnie w siłę, (co nie oznacza, że ludzie żyją dostatniej). I rosną całe pola nawłoci, i kwitną, i zrywamy je, i przynosimy do domu, i wstawiamy w wazony, i podziwiamy....

Koleżanka z USA polityki i polityków nie lubi. Próbuje dawać wskazówki rodakom, na kogo głosować w wyborach, bo głosować trzeba.

Nie należy wybierać ani tego z prawicy, ani tego z lewicy, bo te opcje zawsze będą się między sobą żreć. To tak, jakby przejechać kosiarką po polu z jesiennymi kwiatami i podzielić je na dwie części – po jednej mimozy, po drugiej nawłoć. Ta sama roślinność.

Głosować trzeba na tego, co pośrodku....

No właśnie kochana koleżanka, znajdź w takiej Polsce kogoś pośrodku... jakieś centrum... kogoś, kto pogodzi zamiast poróżnić...

Pośrodku pozostanie skoszone rżysko. Można je co prawda zaorać i posadzić takie na przykład ziemniaki, ale nawłoć wróci.

Nie, stop. Roślina jest ładna. Nie utożsamiajmy jej z brudną polityką.

Dziś wśród moich znajomych na wiadomym portalu wróciła dyskusja na temat podatku solidarnościowego na rzecz potrzebujących. Płacić mają najbogatsi. Oczywiście, że nie politycy, bo przecież premie już na cele wiadome przekazali. Raz wystarczy no nie?

Wśród dzisiejszych opinii przeważa jedna – w Polsce człowiek, który dorobił się majątku, uważany jest za krętacza i oszusta. Z uczciwej pracy można się bowiem tylko garbu dorobić, a nie domku z basenem.
Tak też uważa rencistka Zofia. Ona idzie dalej, sorry, raczej się cofa. Twierdzi, że trzeba bogatym zabrać, a biednym dać. Taki Robin Hood podczas Rewolucji Październikowej.

Co mają do tego mimozy? Sama już nie wiem.

Za oknem lipcowy upał, na stole przedwcześnie rozkwitłe jesienne kwiaty.

Znajomy poeta pod umieszczonym przeze mnie zdjęciem na wiadomym portalu, zapytał „Wszyscy się spieszą. Do czego?”

Właśnie, do czego … życiem trzeba się delektować... zwłaszcza jeśli to jesień życia.




sobota, 9 marca 2019

Jesień... po prostu....


tekst z października 2016

Ze wszystkich pór roku najbardziej lubię właśnie jesień. Niektórzy się dziwią, bo ponoć jesienią człowiek wpada w depresję. Może inni, ja nie. Wiosny i lata nie lubię. To znaczy mój organizm tych pór roku nie toleruje.

Wiosną odzywają się wszystkie moje alergie, a to na pyłki takich roślin, a to na zapach drugich i w ogóle kwitnąca łąka jest moim wrogiem. Wystarczy, że dozorca skosi wiosenną trawę przed blokiem, a ja już kicham, kaszlę i płaczę. Na szczęście medycyna potrafi trochę mi pomóc. Od kwietnia do października łykam tabletki i funkcjonuję. Nie do końca tak jak bym chciała, bo leki mające działanie antyhistaminowe, usypiają mnie.  Łażę zatem czasami zaspana, ziewająca i wcale nie chce mi się zachwycać kwieciem, co pachnie.  O, wtedy mam depresję i nerwicę równocześnie.

Latem alergia co prawda staje się mniejsza, ale przychodzą upały. Mój organizm też ich nie toleruje. Temperatura powyżej plus 25 to dla mnie istny horror. Człek pije olbrzymie ilości wody, herbaty z cytryną lub miętą, je sałatki i owoce, a tu żadnej zmiany. Płyną ze mnie hektolitry potu, a podczas spaceru z psem ludzie pytają, dlaczego zaraz po wyjściu spod prysznica, wyszłam na powietrze. Włosy też mam bowiem mokre. Znowu depresja i nerwica.

Kiedyś najbardziej lubiłam zimę. Ale od kiedy jej prawie nie ma, przerzuciłam się na jesień.

Gdy się zaczyna, najpierw jak już wiecie, jadę nad morze. Po powrocie na swoim blokowisku zastaję kolorowy świat. Idealnie wpasowuje się w niego moja sunia. Ma na sobie kolory jesieni. Zaczynamy nasze długie spacery wśród żółtych liści, czerwonej jarzębiny, bordowych krzaków, brązowych drzewek i ... zielonych świerków. Najczęściej świeci słońce. Długość dnia jest odpowiednia, bo to i wyspać się można, a pierwsze przymrozki w słoneczne dni, powodują, że wschód słońca też można zobaczyć. Wieczorem też warto wyjść na spacer, niebo bywa niesamowite. Niby tak samo czyste jak w upalne, słoneczne dni, ale bardziej ostre, przejrzyste… i człowiek się nie poci.
Bo latem, cokolwiek bym nie założyła lub zdjęła, temperatury nie obniżę. A jesienią zawsze mogę ją dostosować do siebie – po prostu odpowiednio się ubrać.

Kiedy już przychodzi listopad, grudzień i dni stają się bardziej deszczowe, też mam swoje zajęcia. Oczywiście, że dużo czytam. W mojej bibliotece jest półka z napisem „Uwolnij książkę”. Można tu przynieść książki, które przeczytało się i wziąć sobie takie, których się nie czytało. Nie jest to najnowsza literatura, szlagiery i bestsellery. To z reguły stara i mniej znana twórczość mniej znanych i w ogóle nieznanych pisarzy. I w tym tkwi jej urok! Czasami naprawdę można trafić na super książkę, której zapewne nigdy by się nie przeczytało, bo o jej istnieniu mało kto wie…

Ale w tym roku jesienią zaszalałam.

Zaczęło się to nad morzem. Po wielu latach zmieniłam dostawcę internetu. „Przeszłam” na taki, co to można zabierać ze sobą. Dobrodziejstwa małego urządzenia odczułam w pewien deszczowy dzień.

Skoczyłam właśnie czytać „Ostatniego Mohikanina” Coopera i postanowiłam natychmiast porównać książkę z filmem. Ten drugi jakoś zatarł się w mej pamięci. Był dostępny w sieci. Włączyłam. Przytulona do poduszki, na moim małym laptopie, obejrzałam jeden z najciekawszych wyciskaczy łez. Kolejnego dnia, kiedy zmęczona uprawianiem sportu, padłam na łóżko, a w telewizji nie było nic ciekawego, włączyłam kolejny film. Rozmarzyłam się… film na zawołanie…w jesienny deszczowy wieczór… na własnym telewizorze… tym bardziej, że kino w moim mieście w remoncie…

Nie, nie, telewizora nie wymieniłam. Mój nie taki stary i jeszcze działa. Dokupiłam urządzenie łączące się z moim domowym wi fi. I mam radochę na jesienne dni!
Bo tak na serio to ja kocham kino. Pochodzę wszak z pokolenia, które w każdej dzielnicy kino miało. W rodzinnym Wałbrzychu było ich siedem. W mojej dzielnicy Nowe Miasto była „Oaza”. Ile to wspaniałych filmów obejrzałam jako dziecko, potem jako młodzież...  Z iloma filmami wiążą się super wspomnienia… Pamiętam „Złoto dla zuchwałych”… film oglądany razem z mamą… „Wielką majówkę”, która była głosem zbuntowanej młodzieży w stylu "olać to wszystko!"… a „Pollyanna”?  „Gdzie jest generał”? I tak można by wymieniać bez końca.

Kiedy nastała epoka video, od razu kupiłam, nie, nie jakiś tam odtwarzacz, u mnie był magnetowid. Film oglądany w telewizji trzeba było nagrać, by mieć go pod ręką i w każdej chwili obejrzeć. Kolekcji kaset nie likwiduję. Tak samo jak płyt dvd, bo odtwarzacz też mam. Teraz przyszedł czas na kolejny wynalazek.

Tak więc jesienne szarugi mogą do mnie przyjść. Nalewki nabierają mocy, nowe książki z biblioteki czekają, lista filmów do obejrzenia powstaje. Ciepła ortalionowa kurtka z kapturem już wisi w przedpokoju, bo pokój trzeba przewietrzyć, na powietrze z pieskiem wyjść. Może czasami kogoś na seans zaprosić?

Jesienią nie myślę o depresji. Jesienią dobrze się bawię.