Pokazywanie postów oznaczonych etykietą flaga. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą flaga. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 maja 2019

Flaga



Święto flagi przypada 2 maja. Wszyscy wszystkich zachęcają do wywieszania flag, na domach, na balkonach... W moim bloku mieszkalnym wywiesiłam tylko ja... Stojący pod blokiem mieszkańcy osiedla pytali nawet dlaczego to uczyniłam. Czyżby to kolejny element strajku nauczycieli? - zasugerował jeden.  

O narodzie w stolicy diecezji....

Odkurzyłam stary tekst, o wspomnieniach związanych z flagą w ów okrutny czas panowania komuny... 

Jako dziecko wychowane w PRL-u jeździłam na kolonie letnie. To taki relikt przeszłości, z którego korzystała za moich czasów większość ( i to zdecydowana) moich znajomych z podwórka i szkoły. Dostępne były praktycznie dla każdego, kto miał pracujących rodziców. ( Przypominam, wtedy bezrobocia nie było). O dawnych peerelowskich koloniach można by pisać i pisać…Dziś o ceremoniale.

Otóż na koloniach letnich, na specjalnie przygotowanych placu, odbywały się apele.  Raz lub dwa razy dziennie, w zależności od zarządzenie kierownictwa. Na placu obowiązkowo znajdował się maszt, a na nim flaga w narodowych barwach. Rano była wciągania na maszt, wieczorem zdejmowana. Jeśli odbywało się to w czasie apelu, obowiązywał ceremoniał.

Jak wiedzą starsi, uczestnicy kolonii podzieleni byli na grupy. Każdego dnia inna grupa miała dyżur. Do jednego z obowiązków należało wystawienie pocztu flagowego do ściągnięcia lub wciągnięcia flagi na maszt. Członkowie pocztu musieli być nieco ładniej ubrani, a z tym na różnie bywało. Rodzice raczej nastawieni byli na zniszczenie przez potomstwo ubrań podczas pobytu na koloniach, niż na modne ich ubranie. Koloniści czasami pożyczali sobie coś „eleganckiego”, dziewczyny spódniczki, chłopcy koszule… W każdym razie w krótkich spodenkach, bez względu na płeć, nie można było wystąpić w poczcie flagowym.

Apel prowadził przewodniczący samorządu kolonijnego. Było „Kolonia baczność! Poczet flagowy do wciągnięcia (ściągnięcia) flagi wystąp!” Trójka dzieciaków równym krokiem ( oj, trzeba było się tego nauczyć…) podchodziła do masztu i wykonywało nakazaną czynność.

I, o ile skleroza mnie nie myli, wtedy padała komenda: „Do hymnu!” i śpiewaliśmy hymn. Kolonijny.

Z hymnem było tak: w ciągu dwóch, trzech pierwszych dni każda grupa musiała nauczyć się piosenki. Potem, przez następne dwa dni, na apelu wykonywano piosenki. Ta, która uzyskała najwięcej braw, zostawała hymnem kolonii. (hi hi, ciekawe jakie dziś utwory byłyby hymnami )  ). Wśród zapamiętanych przeze mnie były piosenki o starym namiocie, szlagier z „Czterech pancernych….”, coś o morzu…

Wracajmy do ceremoniału. Flagę ściągano z masztu, składano i przekazywano kierownictwu kolonii. Składano ją niemal tak dokładnie, jak robią to amerykańscy żołnierze, a wtedy jak wiadomo o takowych zwyczajach zgniłego zachodu nie mieliśmy pojęcia.

O tamtym ceremoniale mogę dziś powiedzieć jedno – to właśnie on nauczył mnie znaczenia i szacunku dla narodowych barw. Nie, nie szkoła. Jakoś wszystkie szkolne uroczystości związane z flagą zniknęły z mej pamięci. Kolonijne zostały. Czy rzeczywiście, jak twierdzą niektórzy, takie wakacyjne ceremoniały były propagandą „komuny”? Przecież na maszt wciągaliśmy biało-czerwoną, przecież staliśmy na baczność przed biało-czerwoną!

Kiedy sama zostałam nauczycielem, oczywiście uczyłam dzieciaki narodowej symboliki. Ale podczas oficjalnych imprez głównie pilnowałam uczniów, by odpowiednio zachowywali się. Na wzruszenia nie było miejsca. 

Dopiero w 2009 serce mi zadrżało.

W tymże roku w Polsce odbywały się Mistrzostwa Europy w Koszykówce Mężczyzn. Jako zapalony kibic pojechałam na jeden z meczów, do Łodzi. Kupiłam swą pierwszą w życiu flagę. I trzymając ją w górze, wraz z dziesięcioma tysiącami innych kibiców śpiewałam hymn narodowy. Drżenie głosu, łza w oku….
Ale to już temat na nowy tekst…  
  



środa, 1 maja 2019

Takie sobie Święto Pracy....




Właśnie mamy święto, które kiedyś było świętem prawdziwym. Dziś jest po prostu dniem wolnym od pracy. Mowa oczywiście o 1 Maja czyli tzw. Święcie Pracy.
Oczywiście, że „tak zwanym”, bo dziś mało kto świętuje, czyli celebruje ten dzień. Teraz siedzę w domu i tworzę, znaczy się piszę różne teksty, a rok temu spędziłam ten dzień na własnej działce rekreacyjnej.

Na sąsiednim polu rolnik rozrzucał wówczas obornik. Znaczy się pracował. Chyba nawóz jakiś kiepski, bo nie śmierdziało.

Zbierałam chrust w lesie, paliłam ognisko i odkurzyłam przyczepę campingową. I bardzo dobrze, bo karkówka co prawda się odpowiednio ugrillowała (taki neologizm), ale do spożycia jej pod wiatą nie doszło. Nad polem i lasem przeszła majowa burza. Jedliśmy zatem w przyczepie. Burza była przyjemna, świat po niej zrobił się jasny i czysty.

Fajna majówka w gronie rodzinnym. Lubię przyjeżdżać na swój kawałek trochę ucywilizowanego pola pod lasem (jest prąd i sławojka). Ale nie było wyjątkowa. Tak spędzamy letnie dni często, bo mięso z grilla lubimy, pies ma się gdzie wybiegać, a starsza młodzież odpocząć po dniach ciężkiej pracy. Być może przyjedziemy tu na Święto Konstytucji i Święto Wojska Polskiego. Nie, Dzień Niepodległości spędzimy w domu, wiadomo listopad. Kiedyś proponowałam, żeby urządzić tu Wigilię. Nie przeszło. Za ważne święto, żeby dzielić się opłatkiem w przyczepie campingowej.

A więc mieliśmy Święto Pracy, czyli dzień wolny od pracy.... Podejrzewam, że spory odsetek Polaków spędzał ten dzień na słodkim lenistwie...

Tymczasem kiedyś, za komuny, było inaczej. 1 Maja to był dzień wyjątkowy. Jedyny taki w roku. Przez miasta przechodziły pochody. Było kolorowo i radośnie. Ktoś twierdzi, że nie? Dziwne, ja pamiętam barwne tłumy, balony bynajmniej nie czerwone, biało-czerwone chorągiewki, które wykonywało się ręcznie podczas lekcji rysunków i stragany. Masa straganów z …. jak to dziś określić.... normalnie, stragany ze wszystkim. Takie dzisiaj spotykamy na odpustach wokół kościołów, na świętach chleba, miodu i w Niedzielę Palmową.

Za moich czasów kupowało się tu pierścionki i lusterka ze zdjęciami ówczesnych idoli. Królował wódz Apaczów Winnetou. Były pistolety na korki i kapiszony, trocinowe kulki na gumce, zaraz jak one się nazywały.... ?

Są tacy, którzy mówią, że zmuszano ich do marszu w pochodzie. Mnie też, ale dopiero w drugiej miejscowości, w której zamieszkałam. Miasto było małe i musiało się jakoś zaprezentować. Nie chodziłam w tych pochodach. Nie dlatego, że miałam takie a nie inne przekonania polityczne. Najpierw byłam nastolatką i ogólnie była przeciw, a potem mnie to zostało.
I uwaga kochani – nigdy nie poniosłam z tego powodu żadnych konsekwencji. I jakoś nie poznałam nikogo, kto takie by poniósł. Wiadomo dlaczego – kto oglądałby taki pochód, jeśli każdy szedł w nim?
W dużym mieście, w którym spędziłam dzieciństwo, nigdy nie słyszałam o przymusie. Mama nie chodziła, bo pilnowała dzieci, czyli mnie i brata. A ojciec szedł zawsze dumnie jako poczet sztandarowy ukochanego klub u sportowego. To był zaszczyt.

Nigdy go nie doświadczyłam. Kiedy trenowałam lekkoatletykę w ukochanym klubie, trener wybierał dziewczyny do udziału w pochodzie. Każda na czas pochodu dostała reprezentacyjny dres z nazwą klubu na plecach. Mnie nie wybrał. Powiedział, że wybrał najładniejsze. Płakałam.
Na wiadomym portalu przewijają się wspomnienia z tamtych, ponoć wstrętnych lat i tego komunistycznego święta. Coraz mniej tych wspomnień... wiadomo, ludzie się wykruszają... Większość opisuje z sentymentem ówczesne świętowanie.
Ktoś po pochodzie poszedł nad Wisłę, pił piwo i jadł kiełbasę z rówieśnikami, potem rozmawiał, aż zastała go tam noc. Wrócił do domu i dostał porządną burę od rodziców, bo małoletni jeszcze był...
„ Po pochodzie szliśmy całą grupą z przyjaciółmi: na lody, do kawiarni, czy sami organizowaliśmy sobie imprezkę. Było naprawdę przyjemnie. Nie byliśmy otoczeni kordonem policji, wtedy milicji, jak to się dzieje dzisiaj” - napisał ktoś.

Może i sprawdzano listę obecności, zwłaszcza w szkołach, ale kto chciał to się po prostu z pochodu 
urywał... - taka wersja powtarzana była wielokrotnie.

Większość jednak wspomina nie tyle sam pochód, co cały dzień, liczne atrakcje, zabawy, imprezy sportowe, potańcówki... sama kiedyś byłam na dyskotece z okazji Święta Pracy. Odbywała się na … asfaltowym boisku do koszykówki na stadionie. A najważniejsze w tym wszystkim było spotkanie ze znajomymi. Nikt z nikim nie umawiał się na spotkanie. Wszyscy wiedzieli gdzie będą.

I wszędzie były tłumy.

I wszędzie ludzie cieszyli się.

I wszędzie dzieci płakały po pękniętym balonie.

I wszędzie dziewczyny czekały na kogoś, kto kupi im pierścionek z czerwonym oczkiem...



wtorek, 2 kwietnia 2019

Cytaty - Polska! Biało-Czerwoni!

 
P1230238z trenerem Mike Taylorem, który poprowadził polską reprezentację w koszykówce do awansu na Mistrzostwa Świata...  

Polska! Biało-Czerwoni! – okrzyk kibiców

Bez cienia wątpliwości - najwięcej barw narodowych jest na imprezach sportowych. To nie te wciągane na maszt dla zwycięzców sportowej rywalizacji, to nie te wieszane podczas państwowych uroczystości są symbolem naszej miłości do biało - czerwonej.

To flagi, transparenty i szaliki w biało-czerwonych barwach, przynoszone na mecz przez kibiców bez nakazu, bez przymusu, bez „bo wypada”, są wyrazem współczesnego patriotyzmu.
Byłam we Włocławku na meczu eliminacyjnym do EuroBasketu 2017. Grały koszykarskie reprezentacje Polski i Portugalii. Z pełną świadomością oglądałam ten mecz w grupie najgłośniejszych kibiców, tych, którzy doping na meczach organizują i prowadzą, zagrzewają do swoich do walki o każdy punkt. Ich miejsce znajdowało się na samym szczycie włocławskiej hali. 

Poprzez media społecznościowe zmobilizowali kibiców innych drużyn do przyjazdu, by wspólnie dopingować polskich koszykarzy. Zjechali ludzie z wielu stron kraju.Wspólnie odśpiewaliśmy hymn narodowy. Cały. Cztery zwrotki. Dwa razy. Na początku i na końcu meczu.

Młodzi ludzie tekst znakomicie znają. Skąd ? – wypadało by zapytać. Jeszcze tak niedawno hymnu po prostu wysłuchiwano. Kiedy powiedziałam o tym koledze, który nie ma nic wspólnego ze sportem, był zdziwiony. Hymn kojarzy głównie z smutnymi uroczystościami z okazji rocznic kolejnych historycznych klęsk. Z okazji wielkich sportowych imprez typu Igrzyska Olimpijskie, wysłuchuje Mazurka Dąbrowskiego i ogląda wciąganie flagi na maszt, jeśli Polak zdobędzie złoty medal. Kiedy ostatni raz śpiewał, tak spontanicznie, tak od serca, tak po prostu? Chyba w latach osiemdziesiątych …. – przyznaje po cichu. Tymczasem hymn śpiewany na hali czy stadionie autentycznie jednoczy, spaja, sprawia, że człowiek czuje się prawdziwym patriotą.

Jakie emocje towarzyszą temu momentowi, dowie się tylko ten, który taki moment przeżyje. Wyobraźcie sobie, jeśli kibicami nie jesteście, co przeżywa kibic z podniesioną do góry własną flagą śpiewając z tysiącami podobnych sobie narodową pieśń?

Taki jest dzisiejszy patriotyzm młodych ludzi. Wspierają swoich na sportowych arenach, przeżywają porażki, cieszą się ze zwycięstw i są, po prostu są.