Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 sierpnia 2021

Jak pisałam bloga - pandemicznych wspomnień część II

 


Jak pisałam bloga....


Kiedy rozpoczęła się narodowa kwarantanna, a było to 12 marca 2020 roku, postanowiłam, że na swoim blogu będę codziennie pisać teksty o własnych przeżyciach związanych z tym wydarzeniem... Oprócz poczucia obowiązku wobec przyszłych pokoleń, żeby wiedziały jak to ongiś bywało, pisanie spełni wobec mnie funkcję terapeutyczną. W końcu mam być zamknięta na 48 metrach, kwadratowych rzecz jasna, przez... przez.... może dwa tygodnie...

Wszystko zaczęło się jednak wcześniej....



14 marca 2020 - sobota


Właśnie jestem po pierwszej panice w wykonaniu własnych dzieci. Córka przez telefon pytała, czy zamkną Warszawę i czy w ogóle będzie zakaz podróżowania. Bo nie wie, co robić. Zostać w stolicy? Wracać do mamusi? Do tego nie pracuje na etat i jak nie będzie pracować, to żadne pieniądze jej na konto nie wpłyną. O ile drugi problem rozumiem …. no nie do końca.... bo można było znaleźć jakąś inna pracę na etat... wiem, ze mniej płatną... dobra, nie czepiajmy się ludzi w czasie zarazy. Ta rodzi sytuacje ekstremalne. Wystarczy przypomnieć sobie taką „Dżumę” Alberta Camusa...


Wracajmy do córki.... Dlaczego pyta mnie o jakieś zakazy? Wszak sama mieszka w stolicy i powinna najlepiej wiedzieć, czy ją zamykają, znaczy się stolicę, czy nie. Informuję wystraszone dziecię, że w telewizji nic nie mówiono o szlabanach i zasiekach wokół tego miasta.

Syn natomiast każe robić zakupy. Bo wszyscy kupują. Wiem, mleka muszą dokupić. I woda by się przydała. Kranówa nie jest smaczna. Lubię gazowaną. W butelkach plastikowych oczywiście, bo na zakup w szklanych mnie nie stać. Aha, mam wyjąć z bankomatu trochę forsy. Bo gotówka w ciężkich czasach zawsze może się przydać.

Z tym to akurat bym dyskutowała. Przypomniały mi się czasy potężnej inflacji. Wartość pieniądza leciała na łeb, na szyję. Wtedy mówiono, że jak pieniądze to najwyżej dolary, a najlepiej inwestować w złoto.


Pierścionek z tamtych czasów mam. Taki złoty z niebieskim oczkiem.


Ale w porządku, może młodzież ma rację.... Biorę psa na smycz i lecę do najbliższego bankomatu po tę forsę. Już podobni mi wypłacili wszystko. Zasuwam do drugiego. Pies biegnie za mną na swych krótkich nóżkach z językiem na brodzie. W drugim bankomacie też pusty. Jest jeszcze jeden.

Hura! Jest gotówka.

Teraz zakupy. Mleko. Woda. Jedno i drugie stoi spokojnie w najbliższym dyskoncie. Oczywiście, że nie ma drożdży, papieru toaletowego i chleba.

W zasadzie tych rzeczy na dzień dzisiejszy nie potrzebuję. Papier w domu mam. Piec nie zamierzam. Chleba jadam niewiele.


Syn podjeżdża samochodem pod sklep, by mamusię emerytkę z zakupami zabrać do domu. Jego zakupy są zdecydowanie większe, dlatego patrzy na moje co najmniej podejrzanie. W domu mówimy sobie do widzenia, jakbyśmy mieli się już nie zobaczyć.

A wiadomo kogo pierwszego ta zaraza dorwie? Kto pierwszy trafi do szpitala jednoimiennego, który jest trzysta metrów ode mnie? Komu zabije dzwon?

Słowem katastrofa na całego.


19 marca czwartek


Zaczynam tracić orientację.

W czasie.

W datach.

W liczbach. Zawsze byłam kiepska z matematyki.

Który to już dzień kwarantanny?

Siódmy?

Zależy jak liczyć. Ja liczę od czwartku, tydzień temu. Inni liczą od poniedziałku.

Bloga oczywiście, że piszę. Wywalam wszystko, co mi leży na wątrobie! Spoko, spoko... nie wszystko. Tekst musi być ciekawy, żeby ktoś go przeczytał. Każdego wieczora myślę, co będzie tematem bloga następnego dnia. Bo ja opisuję zawsze dzień miniony. Mój umysł dokonuje nadludzkiego wysiłku, by znaleźć jakiś interesujący temat. Pierwotnie zamierzałam pisywać swoje dni, co robię, co dzieje się wokół mnie.


Po tygodniu stwierdziłam, że nic się nie dzieje.


Wstaję około 8.30, myje dłonie, wskakuję w psi zestaw ubraniowy(kurtka i spodnie na piżamę) i wyprowadzam Kulkę na trawnik przed blokiem. Po powrocie myję dłonie, karmię psa, robię kawę, wskakuję ponownie do wyra. Piję i czytam książkę. Po godzinie podnoszę się z wyra, myję dłonie, zasiadam przed kompem, piszę bloga. Po napisaniu myję dłonie i pozostałe części ciała. Ubieram się. Ogarniam mieszkanie. Wykonuje kilka telefonów do osób mnie podobnych, znaczy się emerytów na kwarantannie. Po rozmowach typu „Nie ma o czym gadać. U mnie to samo” myję dłonie.


Wychodzę legalnie z psem. Na ulicach nic się nie dzieje. Jedynie pod szpitalem trwa protest przeciwko szpitalowi zakaźnemu. W obliczu epidemii – okropny. Człowiek przy człowieku. Nikt mnie nie namówi, by w czasie zarazy pchać się w tłum. Zresztą, jest już tam telewizja. Obejrzę wszystko w domu.

Pozostałe części osiedla – wyludnione, wyciszone. Póki co, przeraża mnie ta pustka. Natomiast moja sunia jest wyjątkowo zadowolona. Biega spokojnie, gdzie smycz sięga. Nie muszę skracać smyczy z powodu poruszających się obok nas ludzi i rowerów. Pies nareszcie czuje się wolny.

Po powrocie do domu myje dłonie. Robię druga kawę. Do kieliszka wlewam nalewkę. Włączam telewizor i oglądam film. Własny. To znaczy taki na DVD lub VHS.


W swoich tekstach zawsze proponuję czytelnikowi jakiś film fabularny. Dziś na przykład „Przeminęło z wiatrem”. Jutro „Ben Hur”, pojutrze „Podróż za jeden uśmiech”....


W trakcie stopuję aparaturę odtwarzającą film, wychodzę do toalety. Myję dłonie. Przygotowuję obiad. Myję dłonie. Oglądam film. Jem obiad. Usypiam w trakcie filmu, bo zna go na pamięć. Myję dłonie....


Nie da się ukryć. Najważniejszą czynnością jest mycie dłoni. Wirus czai się wszędzie. Nawet na moich kasetach VHS, które świat oglądały, kiedy były przeze mnie kupowane. Niektóre mają blisko trzydzieści lat. Na szczęście mydła mam sporo.


niedziela, 1 sierpnia 2021

Jak pisałam bloga..... wspomnień pandemicznych część I

 



Jak pisałam bloga.... wspomnień pandemicznych część I 


Kiedy rozpoczęła się narodowa kwarantanna, a było to 12 marca 2020 roku, postanowiłam, że na swoim blogu będę codziennie pisać teksty o własnych przeżyciach związanych z tym wydarzeniem... Oprócz poczucia obowiązku wobec przyszłych pokoleń, żeby wiedziały jak to ongiś bywało, pisanie spełni wobec mnie funkcję terapeutyczną. W końcu mam być zamknięta na 48 metrach, kwadratowych rzecz jasna, przez... przez.... może dwa tygodnie...

Wszystko zaczęło się jednak wcześniej....


8 marca 2020 - niedziela


Właśnie wracam do Łomży. Pewnie do domu, bo tam mam swoje M... Ale to nie takie jasne. Wracam z Wałbrzycha. Niektórzy mówią, że ze Szczawna Zdroju. Bo od szesnastu lat, jeżdżąc do ukochanego rodzinnego Wałbrzycha, kwateruję w Szczawnie Zdroju.

Odległość między miastami jest żadna. Ulica podzielona znakami na dwie części. Z jednej Andersa w Wałbrzychu, z drugiej – Solicka w Szczawnie.

A w uzdrowisku więcej tańszych kwater do wynajęcia. Od dwóch lat zamieszkuję w niewielkiej oficynie, pokój z kuchnią, tuż przy parku zdrojowym. Przed sobą mam duże podwórko i restaurację. Pierwsze służy rano i w nocy memu psu, drugie – czasami mnie.

W tym roku miałam zamiar przyjechać tu na cztery tygodnie. Niestety, nie udało się. Od 9 marca oficyna już była zajęta. Byłam więc tylko trzy.


Tak więc około 11.00 ruszam spod kwatery do Wrocławia. Wiezie mnie samochodem dwójka sympatycznych ludzi. Śmiejemy się, rozmawiamy. Oczywiście, że o tajemniczym koronawirusie, wyprodukowanym w dalekich Chinach. Oczywiście, że Chińczycy mogli się lepiej postarać. Tylko zwykła grypa? No dobra, niech im będzie.... zawsze wszystko podrabiali. Teraz podrobili tę …. świńską? ptasią? Ponoć do nas idzie? Do Wałbrzycha jeszcze nie dotarła. Zobaczymy, czy jest we Wrocławiu.


We Wrocławiu na dworcu głównym – normalka. Sporo ludzi. Sporo pociągów. Zupełnie inaczej niż za mej młodości. Kiedyś większość pociągów odjeżdżała nocą. Do takiego Wałbrzycha z Warszawy pośpieszny jechał 10 godzin, osobowy – prawie dwanaście. Teraz Pendolino zasuwa cztery i pół. A z Wrocka tylko trzy i pół godziny.


Wsiadam z psem do pierwszej klasy. Żegnam się z młodymi. Pociąg rusza. Gdyby nie ludzie, głośno rozmawiający o jakiejś tajnej naradzie w jakimś tajnym instytucie w związku z jakimiś tajnymi wyborami, podróż minęłaby w całkowitej ciszy.

Moja sunia dostaje tabletki uspakajające i zachowuje się trochę jak naćpane zwierzę. Trochę poleży na podłodze, trochę na mych kolanach. Nie, kochani, żadnej samowolki. Tabletki przepisane przez weterynarza na czas podróży.


W Warszawie czekają rodzone dzieci. Jedziemy trochę pogadać do mieszkania córki. W związku z wykonywaną pracą córa bywa praktycznie codziennie w sejmie. To znaczy w gmachu sejmu. Wraz z synem pytamy o chińskiego wirusa. Jakie środku ostrożności w owym, najważniejszym polskim gmachu, przedsięwzięto w celu ochrony najważniejszych w Polsce ludzi.

Żadnych.

Dodatkowych rzecz jasna.

Stare są i mają się dobrze.

Bomby na teren instytucji nikt nie wniesie.

Wirusa może...

Jakiego wirusa? Skoro nikt i nic nie chroni decydentów, to i wirus nam nie straszny.

Ze stolicy syn wywiózł mnie w dobrym humorze. Opowiadam o swoich przeżyciach na Rodzinnej Ziemi, syn mówi o swoim synu. Wszak nie widziałam go przez prawie cztery tygodnie. Pies śpi w bagażniku. Spoko. Jedziemy combi.


11 marca - środa


Pierwszą zmianę w otoczeniu zauważyłam około trzynastej. Mieszkam tuż przy szkole. Obok jest osiedlowy teren rekreacyjny, zwany skate parkiem i szkolne boisko, a właściwie mały stadion. O tej porze dnia, panuje tu ruch jak na przysłowiowej Marszałkowskiej. Teraz jest cicho... za cicho... Właśnie wracam z tzw. miasta. Zrobiłam zakupy. Zapisałam się w kolejce do dentysty. Na fundusz oczywiście. Bo sprawa pilna nie jest. Plomba w martwym zębie mi się rusza.

Zakupy zostawiam w kuchni i biorę psa na spacer.

Nie, nie jest normalnie... coś wisi w powietrzu... I nie jest to smog.


Wieczorem wszystko się wyjaśnia. Wirus dotarł do Polski. Rząd zawiesza wszystko. Zajęcia w szkołach też. Wszyscy mają siedzieć w domu. Internet zapełnia się nakazami i zakazami.

Seniorze, nie chodź do wnuczka. Może cię zaradzić.

Dobra, nie pójdę.

Po raz pierwszy zrobisz światu przysługę siedząc na du... w domu.

Będę siedzieć.

Zaraz, zaraz, a co z psem?

Psa oczywiście wolno wyprowadzać.

Bo tak w ogóle, to wszystko zacznie obowiązywać od poniedziałku. Póki co, mamy jeszcze trochę wolności, żeby do narodowej kwarantanny się przygotować.

Na kartce notuję, co mam do zrobienia.

Weterynarz – lekarstwa i środek przeciwkleszczowy dla psa.

Lekarz pierwszego kontaktu – moje lekarstwa.

Zakupy....

Szybki przegląd lodówki i szafki z produktami bez konieczności chłodzenia.

Nie ma potrzeby. Zapasy na miesiąc są. Mleka trzeba dokupić.

Ważniejsza sprawa – czym zająć się, żeby nie zwariować przez te... no, dwa tygodnie...

Na szczęście jestem z gatunku samotników. Patrzę na półkę z kolekcją filmów na VHS i DVD, stertę książek zabranych tuż przed wyjazdem do Wałbrzycha z półki „Uwolnij książkę” w bibliotece. Do barku też zerknęłam – nalewki, zdrowotne na spirytusie, są.

Podejmuję też decyzję. Będę codziennie pisać teksty na swoim blogu. O tym co robiłam, co widziałam, wszak mogę wychodzić z psem. Tak codziennie rano będę pisała taki sobie felieton o dniu minionym... Niechaj wyjścia z Kulką i felietony wyznaczają mi rytm życia podczas narodowej kwarantanny.


piątek, 24 kwietnia 2020

Narodowa kwarantanna XLIII – Pierwszy dzień wolności w cieniu teorii


                       film na dziś „Teoria spisku”

Tak, nadszedł. Wczoraj. Synowa zaprosiła mnie na ciasto i kawę. Ciasto było drożdżowe (takie jak robiła moja mama!). Szacun dla synowej i syna, który drożdże zdobył, znaczy się kupił. Wsuwając drożdżówkę i patrząc na rosnącego, też jak na drożdżach, wnuka, wspólnie zastanawiałyśmy się, skąd owa kwarantannowa popularność drożdży.

Żadnych konkretnych pomysłów. Tylko powtarzanie memów z sieci....

Do wnuka poszłam pieszo. Uznałam, że bezpieczniej i zdrowiej. Fruwający w powietrzu mały, wredny hitlerek ma mniejsze szanse opaść na mnie, niż gdybym siedziała w autobusie. Poza tym solidny spacer w okolice nieodwiedzane przeze mnie od ponad miesiąca, po prostu się mi należy.

Stwierdzam, że w okolicach prawie nic się nie zmieniło. Miasto jak stało, tak stoi. Nic nie wyburzono, znaczy się bombardowania nie było.

Dokończono natomiast budowę ulicy przy domu wnuka. Nawet normalny parking powstał. Jeszcze tylko trzeba wykonać „nasadzenia”. Cokolwiek to nie znaczy i cokolwiek ktokolwiek nasadzać będzie.

Drogę powrotną też pokonałam pieszo. Słońce świeciło mocno w plecy i po raz pierwszy tego roku poczułam wiosnę. W postaci potu na plecach. Przyjrzałam się drzewom i krzewom. Niektóre wyglądają na uschnięte... Inne mają mało liści.... Przypomniała mi się płonąca Biebrza... Susza, susza....

Ludzi na ulicach sporo. Na moim skate parku młodzież już się nie ukrywa z uprawianiem sportu. Spotyka się przy drążkach i drabinkach, wymienia doświadczenia związane z treningiem. Dwóch młodzieńców ćwiczyło nawet boks. Autentycznie. Bez ściemy. Nie tłukli się. To był prawdziwy trening. Jeden ćwiczył prawe i lewe proste, waląc drugiego w specjalne do treningu rękawice. Drugi udzielała fachowej instrukcji w stylu” „ Nogi niżej. Teraz odskocz. Teraz doskocz”.

Skończyły się moje wieczorne, spokojne spacery z psem.... Oj, skończyły... Kto wie, czy nie będę za nimi tęskniła....

Słowem – normalizacja postępuje. Brakuje mi jeszcze dzieci na placach zabaw. Z pobudek egoistycznych rzecz jasna. Z wnukiem chciałabym porobić babki z piasku.

I nie da się uciec od tego tematu.... Wybory prezydenckie....

Są tacy, co mówią, że to temat zastępczy, wywołany w celu odwrócenia uwagi od możliwości zejścia na wirusa. Inni twierdzą, iż nie ma o czym gadać, wyborów być nie powinno. Ich przeciwnicy, że powinny. Ktoś krzyczy o płonącej Biebrzy i ten temat uważa za najważniejszy. Jak by nie patrzył, du... zawsze z tyłu, od tematyki politycznej człowieku nie uciekniesz.
Z jednej strony słyszymy o zagrożeniu życia.

Mamy zostać w domach.

Mamy tracić oddech w maseczkach.

Mamy wkładać rękawiczki przy wejściu do sklepu.

Mamy unikać bliskiego kontaktu z drugim człowiekiem.

Dzieci nie chodzą do szkół.

Zakłady pracy pozamykane.

Fryzjery i restauratorzy w rozsypce.

Stop. Wystarczy.

Z drugiej strony przeprowadzenie wyborów tzw. korespondencyjnych nikomu nie zagraża.

Zostaną udostępnione nasze dane osobowe, o których utajnienie walczono przez lata (tzw. RODO).

Listonosz poda nam wysterylizowaną kopertę z przesławnymi kartami. ( W jaki sposób sterylizuje się papier? Przez gotowanie czy przez zanurzenie w alkoholu 60%? Preferuję tę drugą wersję).

Poda oczywiście z odległości dwóch i pół metra.

Będziemy musieli wyjść z domu, by te karty gdzieś dostarczyć...

Przepraszam, jak się to ma do hasła „Zostań w domu”?

Brak w tym wszystkim sensu i logiki. Chyba że....

No właśnie, chyba że wcale nie jest tak niebezpiecznie, jak się to nam wmawia... Udowodnił nam to dzień 10 kwietnia, kiedy najważniejsi wyszli z domu, by składać wieńce. I nie chorują do dziś. Właśnie minęły dwa tygodnie wylęgu choroby... Tamtego dnia napisałam, że jeśli nikt z nich się nie rozchoruje, zacznę wierzyć w teorie spiskowe....

Wczoraj przeprowadziłam kilka rozmów telefonicznych ze znajomymi z różnych stron Polski. Rozmawiałam z nimi na początku kwarantanny. Byli wówczas bardziej przerażeni niż ja. Teraz też zaczynają wierzyć w teorie spiskowe...

wtorek, 21 kwietnia 2020

Narodowa kwarantanna XL – Wirus ukierunkowany


film na dziś "Chłopcy" (1973) w/g Grochowiaka

Lud gromadniej wyszedł z domu. Na wczorajszych spacerach z psem przypomniałam sobie, jak wygląda nastolatek przed „osiemnastką”. Taki nastolatek nosi maseczkę pod brodą. Z kolegami idzie w przepisowej odległości, rzucając co chwilę „Ku..., na ch... te maseczki”.

Na spacer po osiedlu wyruszyli również seniorzy bez psów. Ci oczywiście w maseczkach całkowitych, które zsuwają na brodę podczas odpoczynku na ławce. Mają jedyne wytłumaczenie „W tym świństwie nie da się normalnie oddychać”.

Prawda. Nie da się.

Na trasie spotkałam koleżanki. Jedną poznałam po kolorze włosów. Inny niż poprzednio, ale równie ekstrawagancki. Drugiej nie poznałam, ale ona poznała mnie. Wszystkie trzy wywodzimy się z pokolenia, które dzieciństwo przeżyły na podwórkach. Były to czasy prymitywnego uodparniania organizmu na przeciwności losu.

Na przykład rano wystawiano aluminiową wannę na podwórko, wlewano do niej wodę. Ta się nagrzewała i po południu dzieciarnia wskakiwała do środka. W ubraniach oczywiście. Potem bawiliśmy się w „ganianego” i ubrania wysychały. Szanujący ubrania zdejmowali je i moczyli tyłek w samych majtkach. 

Katar nie był przeszkodą w wyjściu na zewnątrz mieszkania. Chusteczek higienicznych nie było. Były bawełniane. Mama zawsze sprawdzała, czy do szkoły bierzemy czystą. Na podwórku nikt o niej nie myślał. Dawaliśmy radę. 

Przewracaliśmy się na ziemi, obcieraliśmy kolana do krwi. Na pewno tą drogą dostawały się do naszego organizmu bakterie, wirusy i inne zarazy. Mama polewała ranę wodą utlenioną i wracało się do zabawy.

W domu była tylko zimna woda. Mycie rąk często polegało na ich przepłukaniu pod kranem. Z ogródka wyrywaliśmy marchewkę lub rzodkiewkę, wycieraliśmy o bluzkę i jedliśmy.

Zimą tarzaliśmy się w śniegu. Jeździliśmy na sankach.

To za naszych czasów powstała piosenka „W czasie deszczu dzieci się nudzą”.... Oj nudziliśmy się zamknięci w mieszkaniach....

Po co ja to wszystko piszę? Po to, żeby pokazać, że jesteśmy pokoleniem silnym i odpornym. A ci, co przed nami, mówię o takich 75+, są jeszcze silniejsi. I takich właśnie ludzi trudno się pozbyć. Wprost przeciwnie – trzeba ich leczyć, bo chorują. Moje pokolenie też zaczyna chorować. Normalna kolej rzeczy. Tyle tylko, że chorować możemy długo, oj długo ze względu na czasy, w których się uodpornialiśmy.

Oto wczoraj jedna ze spotkanych przeze mnie koleżanek wysunęła kolejną teorie spiskową.

Wirus ukierunkowany.

To, że mały, wredny hitlerek nie wymknął się z laboratorium przypadkowo, spiskowcy wiedzą od dawna. Kogo w pierwszej kolejności atakuje? Osoby starsze. Te, które nękane są przez przeróżne choroby. Niestety, na te choroby wynaleziono już lekarstwa. Taka cukrzyca na przykład. Jeśli człek odpowiednio się odżywia, łyka tabletki, rusza się, to przeżyje. Wiem to z własnego przykładu. Na cukrzycę zapewne nie umrę.

Młodzi nie chcą już mieć rodzin wielodzietnych. Panuje moda na singielstwo. Świat się po prostu starzeje. A starość kosztuje. Trzeba budować domy opieki. Inwestować w coraz droższe lekarstwa, bo eutanazja się nie przyjęła. Problemem są wypłaty emerytur. To wielkie obciążenie budżetów państwowych. I prywatnych ubezpieczycieli też. Bo tak w ogóle to stary człowiek jest poważnym problemem. I tu nie ma się z czego śmiać. Tu trzeba płakać. Z jednej strony – akcja troski o seniorów, z drugiej lament, ile to kosztuje. Nie każde dziecko stać na pełną, profesjonalną opiekę nad ojcem czy dziadkiem.

Trzeba było ten łańcuch przerwać. Wynaleziono? Wyhodowano? Odszukano? Wirusa, który atakuje starszych, schorowanych i wiecznie żyjących...

Koleżanka poparła swą teorię spiskową wydarzeniami z polskich domów pomocy społecznej. Ponoć pomyślano w naszym kraju o wszystkim i wszystkich. Seniorom dostarczono bezpłatne maseczki. Tym, co są w swych domach. 

O tych, co zamieszkują DPS - y zupełnie zapomniano.

Dziś umierają.

Zwolnią się miejsca.

A kolejka do takich domów długa....


piątek, 13 marca 2020

Narodowa kwarantanna – pierwszy dzień minął...


film na dziś - "Jestem legendą"

Żyję. Ale jakoś mi tak nieciekawie. Chociaż dzień zaczął się całkiem nieźle.

Włączam telewizor – troska o seniora. Rodzicu nie prowadź dziecka do babci. Sąsiedzie, zrób zakupy starszej sąsiadce. Seniorze, zadzwoń, pomożemy.
W sumie tylu słów i chęci udzielenia pomocy osobom 60+ jeszcze w swym życiu nie słyszałam. Dobrze, dostosuję się. Chociaż wnuka żal.... Iść z wizytą czy nie? Co prawda do tej pory to myślałam, że to ja zarazę mogę roznieść. Wszak niedawno wróciłam z innej części Polski. Tymczasem taki internet mówi inaczej.

Posprzątałam mieszkanie. Nawet podłogi wymyłam. Nie dlatego, że ponoć wirus utrzymuje się trzy dni. Brudne były.
Zrobiłam porządek z paprotką, która domagała się zmiany doniczki. Z jednej paprotki zrobiłam dwie. A kwiatek ważny. Ponoć zdrowotny. Znalazłam zeszłoroczny nawóz w płynie. Podlałam geranium, taki drugi zdrowotny kwiatek. Niech zdrowo rośnie.

W południe wyszłam z psem. I bardzo dobrze. Ponoć nie zabrania się samotnych spacerów. Bo samotna byłam. Po terenie osiedlowego terenu rekreacyjnego, w znacznych odległościach od siebie chodzili tacy jak ja – z psami różnej wielkości.

Żadnych dzieci. Żadnych małolatów. Żadnej młodzieży.

Proszę jak się młode pokolenie dostosowało. Siedzi sobie szczęśliwe grzecznie przed laptopami, klika, gra, ogląda. Dzień wcześniej widziałam rozradowane grupy młodych. Cieszyli się z powodu odwołanych zajęć. Gdyby tak mieli prawo do głosowania, już wiadomo by było, kto zostałby prezydentem.

Musiałam jeszcze wpaść do przychodni. Telefonicznie zamówiłam leki, bo moje choroby przewlekłe takowych wymagają. Niestety, receptę musiałam odebrać osobiście. Nie pytałam, dlaczego nie ma e-recepty. Personel medyczny i tak zestresowany, po co im stresu dodawać. Pielęgniarka długo szuka mojej recepty wśród sterty innych.

W aptece kilka osób stoi w dużych odległościach od siebie. Dostosowali się. Wyginają się, ile mogą, by z jak największej odległości podać receptę i odebrać leki. Zwykle uśmiechnięta pani farmaceutka sprawia jednak wrażenie przerażonej. Przy kasie ma płyn odkażający. Często z niego korzysta.

Moja wyprawa trwa ok. 30 minut. Na ulicy w godzinach szczytu spotykam kilka osób. Naród się dostosował. A ja mam skojarzenia....

Kilka lat temu, podczas jesiennego pobytu w Ustce, wybrałam się do miejscowości Rowy, ponoć pięknego i niepowtarzalnego letniego kurortu nad Bałtykiem. Kiedy wysiadłam z autobusu, ogarnęło mnie przerażenie. Potęgowało się wraz z kolejnymi krokami po ulicach.
Miasteczko był wyludnione. To znaczy wyglądało na wyludnione. Mało tego – opuszczanie budynków odbywało się spokojnie. Na parapetach stały jeszcze kwitnące kwiaty, parkingi przed pensjonatami i domami wczasowymi pozamiatane. Na bramach wisiały kłódki lub były zamki szyfrowe. W miejscu, w którym jak podejrzewałam było centrum, wszystkie sklepy, kioski, chyba z pamiątkami, zasunięte roletami. Przy kaplicy wisiała kartka – nabożeństwa niedzielne odbywają się do 15 września. To samo dalej - „Punkt apteczny czynny do 15 września”. Jeden otwarty sklep. Jedna otwarta niby kawiarnia i patrzący na mnie z utęsknieniem człowiek obsługujący klientów. Nikt nie spacerował brzegiem morza.

Istna sceneria horroru.

Przypomniał mi się film „Jestem legendą”, w którym Will Smith spaceruje po wyludnionym Manhattanie....

Gdy zapadnie zmierzch, z budynków wyjdą potwory....

O nie, spieprzam stąd. Szybko w autobus i do Ustki. Tam po sezonie jest normalne życie.

Mój syn w rozmowie telefonicznej skojarzenia z filmem potwierdza. Z Rowami po sezonie nie, bo go tam nie było.

Wieczorem zadzwonił kumpel. Wreszcie przywiózł obiecany kalendarz. Nie, nie będzie wchodził do mieszkania. Biorę psa na smycz, wychodzę przed blok. Stajemy w bezpiecznej odległości. Próbujemy się śmiać z sytuacji. 

„Wiesz, rozmawiałem wczoraj z koleżanką, która wróciła z Włoch. Tam też początkowo się śmiali i mają to, co mają. Ja odwołałem wszystkie spotkania. Zamykam się w domu. Będę pracował zdalnie. Mogę.” - powiedział na pożegnanie.

Powiało grozą.

środa, 1 stycznia 2020

Apoteoza śmierci




W ostatnie dni starego 2019 roku przez wszystkie portale internetowe przewinęła się relacja z szkolnego przedstawienia prezentującego zagazowanie dzieci. Nawiązywało ono do tragedii obozów koncentracyjnych drugiej wojny światowej.

Zdjęcie ze sceną ukazującą leżące na podłodze dzieci w pasiakach i obok stojące kolejne, tym razem ze swastykami na rękach, oburzyło większość czytających i oglądających. Mniejszość była zachwycona. Wszystkie teksty pisane pod wpływem emocji. W komentarzach zabrakło jednak głosu w miarę obiektywnego, próbującego wyjaśnić zjawisko zwane szkolnym spektaklem o zagładzie.

Przyznaję się – byłam oburzona. Mój pierwszy odruch – skrytykować, posłać do wszystkich diabłów tych, którzy mieli z tym szkolnym przedstawieniem coś wspólnego. Refleksje przyszły chwilę po świętym oburzeniu.

Oto jesteśmy w szkole, która ma przekazać młodemu pokoleniu nie tylko wiedzę. Szkoła powinna pokazać również różne aspekty współczesnego świata, życia człowieka na planecie Ziemia.
Trzeba więc pokazywać ludzi z kręgu LGBT, chorych i starych, trzeba mówić o pokwitaniu, przekwitaniu i śmierci.
W szkole trzeba i należy mówić o wszystkim. Podstawowym zagadnieniem jest JAK mówić, JAK przekazać, JAKĄ formę wybrać.
I tu właśnie wkracza nauczyciel. To on wybiera sposób przekazania wiedzy lub emocji.

Nie wiem, jak było to w przypadku owej szkoły z uczniami ze swastykami. Nie wiem, więc nie potępiam całkowicie. Oczywiście spektakl był kontrowersyjny. Ale jeśli wcześniej rozmawiano z uczniami na temat historii, jeśli wskazano im znaczenie treści przedstawienia, jeśli przedyskutowano sposób kreacji aktorskich i wyjaśniono na czym polega inscenizacja, gra, a uczniowie zrozumieli - można było takie coś realizować. Bez obawy o zniszczenie psychiki młodych ludzi.

Gorzej gdy takich rozmów nie przeprowadzono. Jako była nauczycielka wielokrotnie przygotowywałam szkolne „części artystyczne”. Uczniowie reagują różnie. Część występuje, bo chce lepszą ocenę z czegokolwiek, część pochodzi z tzw. nauczycielskiej „łapanki”, część ma parcie na szkło. Niewielka część chce po prostu wziąć udział w wydarzeniu typu artystycznego.
Najbardziej boję się tego, że biorące udział w omawianym przedstawieniu potraktowały go jak jedną ze szkolnych uroczystości, w której nauczyciel kazał wziąć udział. Tak samo jak występ z okazji Dnia Dziecka czy zakończenia roku szkolnego.

Wszystko się udało, a więc hura!

Było fajnie!

Fajnie było zagrać gestapowca!

Fajnie było umierać w oparach sztucznej mgły robiącej za gaz!

A tak właściwie dlaczego naród taki oburzony?

Wszelkiego typu rekonstrukcje historyczne są obecnie w modzie. Mamy bitwę pod Grunwaldem. Mamy lokalne bitwy z okresu II wojny. Mamy specjalistyczne grupy rekonstrukcyjne, które występują przy każdej patriotycznej okazji. Ludzie przebierają się za żołnierzy wrogich armii. Podczas inscenizacji jedni strzelają, drudzy umierają.

Jak my kochamy te widowiska!

Symbolem chrześcijaństwa jest ukrzyżowany człowiek. Nie ten radosny, zmartwychwstały, dający nadzieję, ale ten, który umarł. Wisi w domach, urzędach, na rozstajach dróg. Otoczeni jesteśmy symbolem śmierci.

Jeśli ulicami miast idą ludzie ubrani w kolory tęczy, głoszący hasło „Miłość, równość, akceptacja”, część narodu buntuje się. Radość nie jest w modzie.

Widowisko w niewielkiej szkole nie było niczym innym jak odbiciem naszej rzeczywistości. 

Apoteozą śmierci.

Bo my kochamy jak inni umierają.


niedziela, 8 grudnia 2019

Coś z tym światem jest nie tak.....




Nasza NOBLISTKA wygłosiła swój wykład w krainie Nobla. Przeczytałam. Nieskalanie czysta i piękna polszczyzna. Głębia filozoficznej myśli. Trafne przykłady, takie, które każdy powinien kojarzyć. Jak na pisarkę przystało – wiele sformułowań mogących stać się mottem wiersza lub aforyzmem, czyli mądrością.

Póki co internet się zachwyca lub hejtuje. Tradycyjnie. Niektórzy próbują polemizować. Wszak już Mickiewicz napisał „Ja proch będę z Panem gadał”, co miało oznaczać, że „Śpiewać każdy może”.

Ja też spróbuję.

„Coś z tym światem jest nie tak” - powiedziała Olga Tokarczuk. To tzw. oczywista oczywistość. Wypowiedziana jednak ustami Noblistki nabiera szczególnego znaczenia.

I ja się z tym zgadzam.

Tyle tylko, że z tym światem coś jest nie tak od samego początku, od kiedy pojawił się na nim człowiek.
Gdyby wszystko było w porządku i zgodnie z oczekiwaniami, Ewa nie sięgnęłaby po zakazany owoc. Już wówczas okazało się bowiem, że jeśli wszystko gra, jest raj i przystojny facet, to coś jest nie tak. I trzeba to sprawdzić.
Nie, nie jestem zwolenniczką twierdzenia, iż zerwany owoc przyczynił się do upadku człowieka. Wolę wersję, że pochodził on z drzewa wiadomości dobrego i złego i otworzył człowiekowi drogę do poznania świata, do wiedzy i poszukiwania mądrości. A to jak wiadomo też do niczego uporządkowanego nie prowadzi. O czym Olga też zresztą wspomniała.

Poznając świat, człowiek dowiedział się, że jest on jedną wielką sprzecznością. Taki ogień na przykład. Ogrzeje, zupę na nim ugotujesz, ale może cię spalić i w proch przemienić. I nie zawsze człowiek go człowiekowi złośliwie podkłada.
Po wielu tysiącleciach i masie doświadczeń człowiek przemówił najpierw ustami Sokratesa „wiem, że nic nie wiem”, a potem Kartezjusza „dubito ergo cogito, cogito ergo sum czyli wątpię więc myślę, myślę więc jestem”.
I tak człowiek wątpi, nic dalej nie wie.... a czas biegnie do przodu i świat w każdym dniu jego istnienia jest inny. Ciągle z tym światem jest coś nie tak.
W ostatnim roku swojej pracy przemówiłam do młodzieży w ostatniej klasie gimnazjum:
„Kochani, jeśli jakiś stary człowiek mówi, że was rozumie, nie wierzcie mu. Niemożliwe jest zrozumienie pokolenia młodszego o kilka pokoleń. I odwrotnie oczywiście też. Możecie natomiast uwierzyć komuś, kto powie, że stara się ów wasz świat zrozumieć”. 

Ze światem i ludźmi ciągle będzie coś nie tak.

Jako nastolatka buntowałam się przeciwko dorosłym. W wieku dojrzałym świat rzucał mi kłody pod nogi. Na starość też mi się nie podoba.

I jak tu żyć.... ??????????????

czwartek, 5 grudnia 2019

Przykazania




Oj, stępiło mi się pióro ostatnio...oj, moje zmysły przestały wyczuwać dobre tematy.... oj, nie chce mi się wyśmiewać, krytykować....

Oj, jakoś tak pacyfistycznie do świata jestem ostatnio nastawiona. Bo, czy jest się o co bić?

Przywykłam już do wszechobecnej obsesji związanej z takim na przykład seksem. Oczywiście, ze przoduje tu nadal i nieugięcie, i pozostawia innych daleko w tyle, kościół katolicki. Mają panowie problem i nie da się go ukryć. Pamiętam z lat dziecinnych dziwny wyraz twarzy dorosłych, kiedy pytałam ich o znaczenie szóstego przykazania. Wyraz niby polski, bo z polskimi czcionkami i głoskami, a jednak obcy.
„Nie śpij w cudzym łóżku” - próbował mi ktoś wytłumaczyć posługując się niewątpliwą znajomością budowy słowotwórczej dziwnego wyrazowego tworu.
Nie dotarło. Jeździłam na kolonie i spałam w obcych, czyli cudzych łóżkach.
Bardziej dotarło do mnie „Nie pokazuj majtek”.
W ostateczności jednak przykazanie „Nie cudzołóż” pozostało długo wielką tajemnicą. Tym bardziej, ze dziwnie łączyło się z przykazaniem dziewiątym.... co to o zakazie pożądania żony jest. Cóż, internetu wtedy nie było....

Dziś owe przykazanie jest naczelnym przykazaniem kościoła w Polsce. Całe życie parafian skupia się na jego przestrzeganiu lub łamaniu. Inne odeszły w zapomnienie...
Kto dziś pamięta o ósmym „ Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu” i o przykazaniu miłości, które każe kochać bliźniego swego jak siebie samego?
Przywykłam już do nieustannego łamania tego przykazania. Dziś obowiązuje inne „Kto nie z nami, ten przeciwko nam”. Za łamanie tego grozi wykluczenie i parafialne i społeczne. W czasie poprzedniej kampanii wyborczej wykluczono mnie z wielu kręgów. Wyzwano i zdeptano moje poglądy. E, co mi tam. Ich czas kiedyś się skończy.

Ja też mam bliżej niż dalej. 


wtorek, 1 października 2019

Cytaty - Takie będą Rzeczypospolite.....




Takie będą Rzeczypospolite jakie ich młodzieży chowanie – Jan Zamoyski

Stara jestem. Bardzo stara. 

Czytam, że dziecko musi jak najwcześniej iść do przedszkola, żeby nadążyć za światem, żeby właściwie rozwijać się intelektualnie. 

Czytam, że zbyt długi pobyt w domu, pod opieką matki sprawi, iż dziecko nie odnajdzie się we współczesnym świecie. Nie będzie umiało pracować zespołowo. Nie nawiąże kontaktu z rówieśnikami. Nie rozumiem.

Na skwerze dosiadam się do rówieśniczki, obserwującej trzyletnie dziecko. Mówię, pytam. Kobieta uśmiecha się, wyjaśnia.

„Bo kiedyś proszę panią, dziecko było inaczej wychowywane. Teraz izoluje się je od świata z powodu wirusów, infekcji, pedofilów i psów. Dziecko przebywa głównie w domu, karmione przygotowywanymi w fabryce posiłkami, zatwierdzonymi jako odpowiednie. Matka nie może edukować dziecka, bo zajęta jest praniem, prasowaniem, sprzątaniem, gotowaniem. Do dziecka wynajmuje się opiekunkę, taką jak ja. Opiekunka wychodzi z dzieckiem na dwie godziny dziennie i pilnuje, by dziecko się nie pobrudziło, by nikt obcy z dzieckiem nie rozmawiał, by nie głaskało psów. Dziecka również nie można stresować. W związku z tym, trzeba ograniczyć zabawy z rówieśnikami, bo taki rówieśnik może zabrać zabawkę, może nieodpowiednio się odezwać. A w przedszkolu – wszystko pod kontrolą. A jeśli coś się wydarzy, zawsze można nauczycielkę oskarżyć o niewypełnianie obowiązków.”

Nie chodziłam do przedszkola. Mama nie pracowała. Na śniadanie gotowała mi kaszę manną na mleku. Gdy prasowała, kazała podawać rzeczy do prasowania. Kupiła mi małą miseczkę i razem prałyśmy. Ona – duże rzeczy, ja ubrania dla lalek. Pracy zespołowej uczyłam się na podwórku. Zabawy tematyczne w „dom”, „szkołę”, zabawy w chowanego, berka, skakanka, piłka – rozwijałam się intelektualnie i fizycznie. Koleżanka z podwórka była jak siostra. Sąsiad – jak wujek. Jeśli ktoś miał psa, był jak nasz wspólny.

Dlatego nie rozumiem… stara jestem…

sobota, 18 maja 2019

Czas rozliczeń




A więc nadszedł czas, żebym i ja wypowiedziała się na temat najbardziej obecnie aktualny. Odczekałam trochę, by nie dać się ponieść emocjom i do tematu podejść nieco spokojnie. Jako że całkiem spokojnie się nie da, piszę. Za oknem zachmurzone niebo, na domowej pogodynce wilgotność w domu 68, na zewnątrz – 82. Pranie w łazience i na balkonie nie schnie.
Zatem do roboty.
W sprawie zjawisk pedofilii w kk ( znaczy się w kościele katolickim) podchodziłam bez super emocji. Oczywiście zjawisko godne największego potępienia, wieloletniego więzienia w mokrym i wilgotnym lochu, o chlebie i wodzie, ze szczurami i myszami na surowo. Bez względu na to, kim pedofil byłby z zawodu, urodzenia czy nadania.
Zdania nie zmieniam.
Sprawa w kodeksie karnym wydawało mi się wówczas oczywista. Przestępca, przestępstwo i już. Dziś taka oczywista nie jest. Dziś jestem przerażona i powalona faktem, iż są przestępcy, którzy stoją ponad prawem. A najgorsze jest to, że wiedziałam o tym od dawna. Ludzie o tym wiedzieli. Masa ludzi o tym wie. Dopiero jednak film braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu” uświadomił, jak bardzo byliśmy i jesteśmy tolerancyjni wobec pracowników kk.
To zupełnie tak samo jak rzucenie przeze mnie palenia. Wydmuchiwałam z siebie dym przez 26 lat. Wiedziałam, że to szkodliwe, że niebezpieczne, że cuchną nikotyną. Aż pewnego dnia obudziłam się z świadomością, że to wszystko prawda. Ktoś, coś wreszcie do mnie dotarło. Następnego dnia kupiłam ostatnią paczkę papierosów w swoim życiu. Nie palę 15 lat.
Teraz przypominam sobie, jak w mieście w którym mieszkam, mówiono, że miejscowy biskup lubi młodych chłopców. Wraz z innymi śmiałam się. W końcu biskupa przeniesiono do innej diecezji, za karę oczywiście.
Bo największą karą w kk jest właśnie przeniesienie z dobrej parafii (czytaj bogatej) do gorszej (czytaj biedniejszej). Cokolwiek by pracownik kk złego nie zrobił, jakiejkolwiek wagi jego czyn by nie był, kara jest jedna – uroczyste pożegnanie w starej parafii i uroczyste powitanie w nowej.
O zgrozo, dopiero z filmu Sekielskich dowiedziałam się, że istniał specjalny dekret? ustawa? przepis? kk mówiący najprościej o ukrywaniu przestępstw i przestępców seksualnych! Sprawa nie miała prawa wyjść poza mury katedr i świątyń różnego rodzaju. I było to za czasów JP II!
W maju 2001 roku kardynał Ratzinger, prefekt Kongregacji Nauki Wiary, wysłał list do wszystkich biskupów katolickich. Stwierdził w nim, że wszystkie wewnętrzne dochodzenia kościelne dotyczące molestowania dzieci podlegają tajemnicy pontyfikalnej.:” - to nie ja, to Wikipedia. Ogólnodostępna. Dla każdego. W wielu językach. Poczytajcie pod hasłem „Nadużycia seksualne w KK”. I nie chodzi tu tylko o tajemnicę spowiedzi.
Nadal jestem przerażona i zszokowana, że najważniejsi w kk ukrywali przestępców, ponieważ byli jego pracownikami. Tym samym współuczestniczyli w przestępstwie!
Gdyby o pedofilię oskarżono murarza X z brygady budującej obwodnicę Y, a jego szef – dyrektor Z ukrywał go we własnym barakowozie, też szef poniósłby karę! No, ale to nie kk... tylko zwykła obwodnica...
Niektórzy twierdzą, że winę ponoszą same ofiary, bo nie zgłaszały przestępstw do prokuratury...
Kochani, pomyślcie logicznie.... odkąd pamiętam kk głosił wszem i wobec, że jest nękany, atakowany i zniewalany, i co tam jeszcze chcecie. Najpierw gnębiła go komuna.
Czy potraficie wyobrazić sobie molestowane dziecko, które w latach 80-tych, zwłaszcza po ogłoszeniu stany wojennego, informuje, że pracownik kk, cytując niejakiego Piotrowicza, „ ciumkał go”? Zwłaszcza, że ów pracownik uczestniczył w walce z ową komuną, groziło mu internowanie i w ogóle wyrastał na narodowego bohatera?
Czy wyobrażacie sobie molestowane dziecko, które w latach 90-tych, po wprowadzeniu religii do szkół i wielkim triumfie robotników, (pod przewodnictwem kk, z wizerunkiem Matki Boskiej w klapie) nad komuną, idzie na odnowioną policję i mówi, że to już nie było tylko „ciumkanie”?
Czy wyobrażacie sobie w ogóle dziecko, które opowiada o molestowaniu? Jakże często młody człowiek myślał, że tak po prostu ma być!
Dlatego dopiero dziś wielu z tych ludzi mówi, o tym co ich spotkało.
Dziś już można.
Dziś już są świadomi zjawiska, które uczyniło ich życie koszmarem.
Dziś już się nie boją.
Dziś dzieje się to na całym świecie.
Polski kk nie jest wyjątkiem.
Może jednak nim zostać, jeśli najważniejsi w kk, ukrywający przestępców, nie poniosą kary.
Tu, na Ziemi. A nie, jak obecnie twierdzą, Bóg ich rozliczy.
Na rozliczenie przez Boga nie zasługują.




czwartek, 2 maja 2019

Flaga



Święto flagi przypada 2 maja. Wszyscy wszystkich zachęcają do wywieszania flag, na domach, na balkonach... W moim bloku mieszkalnym wywiesiłam tylko ja... Stojący pod blokiem mieszkańcy osiedla pytali nawet dlaczego to uczyniłam. Czyżby to kolejny element strajku nauczycieli? - zasugerował jeden.  

O narodzie w stolicy diecezji....

Odkurzyłam stary tekst, o wspomnieniach związanych z flagą w ów okrutny czas panowania komuny... 

Jako dziecko wychowane w PRL-u jeździłam na kolonie letnie. To taki relikt przeszłości, z którego korzystała za moich czasów większość ( i to zdecydowana) moich znajomych z podwórka i szkoły. Dostępne były praktycznie dla każdego, kto miał pracujących rodziców. ( Przypominam, wtedy bezrobocia nie było). O dawnych peerelowskich koloniach można by pisać i pisać…Dziś o ceremoniale.

Otóż na koloniach letnich, na specjalnie przygotowanych placu, odbywały się apele.  Raz lub dwa razy dziennie, w zależności od zarządzenie kierownictwa. Na placu obowiązkowo znajdował się maszt, a na nim flaga w narodowych barwach. Rano była wciągania na maszt, wieczorem zdejmowana. Jeśli odbywało się to w czasie apelu, obowiązywał ceremoniał.

Jak wiedzą starsi, uczestnicy kolonii podzieleni byli na grupy. Każdego dnia inna grupa miała dyżur. Do jednego z obowiązków należało wystawienie pocztu flagowego do ściągnięcia lub wciągnięcia flagi na maszt. Członkowie pocztu musieli być nieco ładniej ubrani, a z tym na różnie bywało. Rodzice raczej nastawieni byli na zniszczenie przez potomstwo ubrań podczas pobytu na koloniach, niż na modne ich ubranie. Koloniści czasami pożyczali sobie coś „eleganckiego”, dziewczyny spódniczki, chłopcy koszule… W każdym razie w krótkich spodenkach, bez względu na płeć, nie można było wystąpić w poczcie flagowym.

Apel prowadził przewodniczący samorządu kolonijnego. Było „Kolonia baczność! Poczet flagowy do wciągnięcia (ściągnięcia) flagi wystąp!” Trójka dzieciaków równym krokiem ( oj, trzeba było się tego nauczyć…) podchodziła do masztu i wykonywało nakazaną czynność.

I, o ile skleroza mnie nie myli, wtedy padała komenda: „Do hymnu!” i śpiewaliśmy hymn. Kolonijny.

Z hymnem było tak: w ciągu dwóch, trzech pierwszych dni każda grupa musiała nauczyć się piosenki. Potem, przez następne dwa dni, na apelu wykonywano piosenki. Ta, która uzyskała najwięcej braw, zostawała hymnem kolonii. (hi hi, ciekawe jakie dziś utwory byłyby hymnami )  ). Wśród zapamiętanych przeze mnie były piosenki o starym namiocie, szlagier z „Czterech pancernych….”, coś o morzu…

Wracajmy do ceremoniału. Flagę ściągano z masztu, składano i przekazywano kierownictwu kolonii. Składano ją niemal tak dokładnie, jak robią to amerykańscy żołnierze, a wtedy jak wiadomo o takowych zwyczajach zgniłego zachodu nie mieliśmy pojęcia.

O tamtym ceremoniale mogę dziś powiedzieć jedno – to właśnie on nauczył mnie znaczenia i szacunku dla narodowych barw. Nie, nie szkoła. Jakoś wszystkie szkolne uroczystości związane z flagą zniknęły z mej pamięci. Kolonijne zostały. Czy rzeczywiście, jak twierdzą niektórzy, takie wakacyjne ceremoniały były propagandą „komuny”? Przecież na maszt wciągaliśmy biało-czerwoną, przecież staliśmy na baczność przed biało-czerwoną!

Kiedy sama zostałam nauczycielem, oczywiście uczyłam dzieciaki narodowej symboliki. Ale podczas oficjalnych imprez głównie pilnowałam uczniów, by odpowiednio zachowywali się. Na wzruszenia nie było miejsca. 

Dopiero w 2009 serce mi zadrżało.

W tymże roku w Polsce odbywały się Mistrzostwa Europy w Koszykówce Mężczyzn. Jako zapalony kibic pojechałam na jeden z meczów, do Łodzi. Kupiłam swą pierwszą w życiu flagę. I trzymając ją w górze, wraz z dziesięcioma tysiącami innych kibiców śpiewałam hymn narodowy. Drżenie głosu, łza w oku….
Ale to już temat na nowy tekst…  
  



wtorek, 26 marca 2019

Tak sobie o duchowieństwie....



Ostatnio dużo się mówi o osobach zwanych stanem duchownym, urzędujących w kościołach, katolickich oczywiście. Opowieści radosne z reguły nie są.

Próbowałam w pamięci odszukać sytuacje, w których znani mi duchowni zachowywali się nie tak, jak powinni, jak na ich funkcję przystało.

Przez całe życie byłam bardzo tolerancyjna dla ich zachowania. Odkąd dowiedziałam się, skąd biorą się dzieci, współczułam im celibatu, bo oczywiście wierzyłam, że większość z nich przestrzega zakazu. Oczywiście, że słyszałam historie o romansach proboszcza z gospodynią, o posiadaniu dzieci przez wikarego itp. itd. Kiedyś nawet taką parę widziałam. On, starzejący się proboszcz, ona – kobieta z ubogiej rodziny. Oboje szczęśliwi, zadowoleni. Nikomu nie szkodzili.

Kiedy pewnego dnia zostałam samotną matką, pomyślałam, że dobrze by było załapać się na taką gospodynię. Bo to i rozgrzeszenie bez problemu, i robota lekka, i forsa jest, i dzieci zadbane będą. Niestety, nie zgłosił się po mnie żaden pleban.

W związku z tym miłością do proboszczów i ich pomocników nigdy nie pałałam. Moje znajome owszem. Darzyły ich przedziwnym uwielbieniem, ciągle podkreślały, że sutanna to szata święta i ze względu na jej noszenie ksiądz też jest osobą świętą.

Cóż, różnych Bozia ma lokatorów.

Nigdy nie dostąpiłam molestowania. Żadnego. Od księdza również. Dziś, na starość to już nie wiem, śmiać się czy płakać z tego powodu. Po prostu, w ogóle brania nie miałam... Ojciec dzieci też szybko się wylogował, a pozostali.... lepiej nie wspominać, bo kogoś jeszcze urażę.

Wracajmy do tych księży....

Pierwszym, którego zachowanie odbiegało od normy, był wikary, co to w czasie mego dzieciństwa osiadł na jakiś czas na parafii. Przyszedł raz po kolędzie i zamiast ewangelizować, rozmawiał z moim ojcem na temat …. piłki nożnej. Okazał się kibicem. Od tamtej pory mój tato, działacz lokalnego klubu sportowego, przez kilka lat przekazywał wikaremu darmowy karnet na II ligę piłkarską. Nosiłam mu te karnety na plebanię. Zawsze bardzo dziękował.

Widywałam wikarego na meczach. Był „po cywilnemu” i zachowywał się jak normalny kibic.

W latach młodości spacerowałam z rówieśnikami po rozciągających się wokół naszego miasta górach. Pewnej niedzieli wdrapując się na szczyt, spotkaliśmy nowego wikarego z... kobietą. Też się wdrapywali. Oczywiście jako nastolatkowie od razu dorobiliśmy do tego wydarzenia całą seksualną historię.
Na religii (tak, tak – na religii, bo to jeszcze lekcje nie były) wikary starał się nam wyjaśnić, że ta pani to jego siostra. Oczywiście, że nie uwierzyliśmy. Czy słusznie? Nie jestem pewna. Potem poznałam kilku innych księży i rzeczywiście mieli siostry...

Kiedyś pewien ksiądz zaprosił nas na swoje imieniny. Nie kojarzę, by ktoś kogoś molestował. Pamiętam za to suto zastawiony stół. Było to już w czasach, kiedy w sklepach mało co było, a bogaci kupowali w „Peweksie” (takie specjalne sklepy z drogimi, zachodnimi towarami). Nażarłam się na tych imieninach do oporu pomarańczy, bananów, czekolady, ciastek. Alkoholu nie podano.

Najbardziej jednak zaszokował mnie ksiądz, który przyszedł do nas „po kolędzie” na początku lat osiemdziesiątych.

W owych czasach wzrosła aktywność polityczna osób stanu duchownego. Nie do końca rodzinne popieraliśmy niektóre zachowania przedstawicieli kleru. Nie zawsze osoba głosząca Słowo Boże głosiła hasła miłości do bliźniego.

I właśnie taki kapłan zapukał do naszych drzwi. Odczytał ewangelię i rozpoczął polityczną agitację. Rodzice nie wytrzymali i zwrócili mu uwagę, że nie jest na wiecu politycznym, ani strajku. Oburzył się. Pamiętam jak wściekle powiedział do mojej mamy, że w imię rodzących się ideałów, wolności i solidarności powinna poświecić życie swego syna....

Rodzice, którzy jako dzieci przeżyli wojnę i takie słowa odebrali jednoznacznie, ponownie nie wytrzymali. Ksiądz z hukiem wyleciał z naszego mieszkania.

I co, rozczarowałam was? Żadnego molestowania, żadnych gwałtów.... Właśnie dlatego, że nigdy nie mieliśmy bliskich spotkań trzeciego stopnia z tzw. klerem.

Zauważyliście, że wszelkie nieszczęścia, o których dziś głośno, związane są z ludźmi, którzy byli blisko duchowieństwa? Co oczywiście nie oznacza, że blisko Boga....

moja twórczość literacka na www.czarownice.kosz.pl


Antyszczepienia w natarciu



tekst z października 2018

Ostatnio wdałam si ę w dyskusję o szczepionkach i ich skutkach ubocznych. Dotknęły mnie właśnie te ostatnie. Najpierw o mało nie polałam się ze śmiechu, potem wpadłam w czarną rozpacz, na końcu dopadł mnie równie czarny humor.

Wreszcie dyskusję przerwałam, bo wystraszyłam się - wszelka rozmowa z antyszczepieniowcam (lub antyszczepionkowcami... jak zwał tak zwał, wiadomo, że komputer wszystko takie na czerwono podkreśli) może doprowadzić do choroby anyszczepiennej. Objawi się tym, że człek zacznie wątpić w swój własny stan zdrowia, wszak był szczepiony, albo przyłoży rozmówcy w wiadomą część ciała. I wtedy kryminał ma jak w banku.

Argumenty owych ludzi są nieustannie takie same - rośnie lawinowo liczba chorób, zwłaszcza autyzmu, w związku z szczepieniami.

Rzeczywiście, nie da się ukryć. Prawie dwadzieścia lat temu w mojej szkole było jedno dziecko z autyzmem. Obecnie jest dwoje. Wzrost o całe 100%! Dzwonię do koleżanki z Wałbrzycha i pytam ją, o ile u niej w szkole ten lawinowy wzrost nastąpił. I kicha. Kiedyś miała dwójkę w klasie integracyjnej, teraz jest tylko jeden uczeń.

Proszę rozmówcę o dane statystyczne lawiny w środku jesieni. Oczywiście, że takich danych nikt nie prowadzi. Oczywiście, że to wina Tuska i "Dobrej zmiany" razem wziętych. którzy kolaborują z firmami farmaceutycznymi.

Próbuje wyjaśnić, iż część schorzeń lub zaburzeń, zwłaszcza o podłożu - nazwijmy to elegancko - psychologicznym, zaczęto nazywać dopiero od niedawna. Kiedyś też one funkcjonowały,  ale nazywane zupełnie inaczej. 5347c9db4eaee_o
Taka ja nazywana byłam dzieckiem wiatru i kurzu czyli tumanem oczywiście. Z matematyki rzecz jasna. W podstawówce oczywiście jakoś sobie radziłam, ale w szkole średniej - totalna katastrofa. Mój brak umiejętności liczenia, gubienia się w cyferkach rozciągnął się na fizykę i chemię. W tym przypadku na szczęście była jeszcze teoria... Do dziś mam niezwykły talent mylenia się na kalkulatorze! 

Liczyłam zatem na litość nauczycieli. I jakoś przebrnęłam szkołę średnią i nawet maturę z matmy zdałam.
Dziś miałabym orzeczenie o dyskalkulii i nauczyciel chodziłby koło mnie na paluszkach, tak jak ja muszę to robić w przypadku ucznia z dysleksją.

Kiedyś osoba inna niż wszystkie nazywana była dziwakiem, dziecko nieustannie biegające i psujące wszystko wokół - łobuzem. Dziś to albo człowiek z autyzmem, albo jego odmianą - zespołem Aspergera. ADHD też jest w modzie. Kto kiedyś słyszał o chorobie dwubiegunowej? Teraz nieźle na niej zarabiają psycholodzy i psychiatrzy.

Złośliwie można stwierdzić, iż wszystkie owe zaburzenia nazwali ludzie, których od pokoleń szczepiono i są to widoczne skutki uboczne szczepionek na czarną ospę, odrę, gruźlicę, dur brzuszny, krztusiec, ba nawet tężec jest na tej liście! 

Występujący dziś przeciwko szczepionkom też zostali kiedyś zaszczepieni. I oto mamy skutki uboczne. Wybaczcie kochani, nie solidaryzuję się z wami ani za grosz. Uważam, że szukacie przysłowiowej dziury w całym. Jeśli znacie przypadek złego wpływu szczepionki na człowieka, to pamiętajcie, że w drewnianym domu też cegła może spaść na głowę. Idąc chodnikiem lub stojąc na przystanku autobusowym możecie również zostać przejechani przez pirata drogowego lub człowieka, którego akurat za kierownicą dopadł zawał serca.

Pamiętajcie, że nie szczepiąc swoich dzieci narażacie inne na choroby i to nie poszczepienne. Jeśli wasze nieszczepione dziecko zachoruje na krztusiec, zarazi inne dzieci przebywające z nim w szkole! W imię czego narażacie innych? Czy chcecie, żeby traktowano  wasze potomstwo jak owych trędowatych?
Oj, przewraca się w grobie Ludwik Pasteur, co to ocalił świat przed wścieklizną.

No właśnie, każdego roku szczepię swego psa, żeby wściekły nie był. Muszę mu się przyjrzeć, czy aby nie miał skutków ubocznych... A może sama się zaszczepię, bo chyba zaczyna mnie dopadać wirus wścieklizny...