Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziecko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziecko. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 marca 2020

Narodowa kwarantanna XIX - Lekko, łatwo i przyjemnie



film i książka na dziś "Szatan z siódmej klasy"

Mam nadzieję, że dziś będzie pozytywnie. A trudno o to, gdy świat tkwi w szponach małego wrednego hitlerka i właściwie stoi w miejscu. Politycy nieudolnie coś tam próbują robić, żeby naród nie powiedział, że są do niczego niepotrzebni. Znany nam kościół i wszelkie inne wyznania – milczą.

Dobrze, w porządku ktoś tam zrobił zrzutkę na respirator, nawet dwa.

Skontaktowałam się też z wyznawcą innej religii, czy może oni jakąś zrzutę robią. Nie, oni się modlą. Wirtualnie. Ktoś tam wykupił, ktoś tam zainstalował specjalne oprogramowanie i teraz widząc siebie wzajemnie – modlą się razem.
Pytam znajomego, jaki to program i ile kosztuje. Nie wie. Ktoś im to sfinansował. Taka ich nadrzędna władza.

Marzeniem jest, żeby nauczyciele mieli taką nadrzędną władzę. I uczniowie zresztą też. Siada sobie taki nauczyciel przed kompem i widzi swoich uczniów w liczbie takiej na przykład 25. Oni też go widzą i sobie taka lekcja leci, jak kabarecik. Lekko, łatwo i przyjemnie.

Poniosło mnie, wiem, ale bardzo pozytywnie poniosło i uniosło ponad obłoki.

Póki co takie nauczanie w przeciętnej polskiej szkole mieści się w pojęciu science fiction. Marząc o zdalnym nauczaniu w stylu zdalnej modlitwy pewnej religii, zadzwoniłam do koleżanki, nauczycielki sześciolatków czyli tzw. „zerówki”, pracującej w przeciętnej wiejskiej szkole.

„ I jak sobie radzisz? Jak zdalnie pracujesz z maluchami?: - zapytałam z uśmiechem od ucha do ucha spodziewając się fali narzekań i złorzeczeń. O przekleństwach już nie wspomnę.

Tymczasem koleżanka całkiem spokojnie odpowiedziała, że sobie radzi i to spokojnie.

Skąd ten spokój?

Otóż koleżanka założyła na czas zdalnego nauczanie specjalnego maila. Wysłała go do rodziców na ich maile. Poinformowała, że tą właśnie drogą będzie wysyłała zadania dla dzieci. I wysyła. Każdego dnia. Pisze, co dziecko powinno zrobić w związku z tzw. nauczaniem szkolnym (literki i cyferki), co powinno narysować, proponuje zabawy edukacyjne wykorzystując te zamieszczone w sieci, jakiej piosenki może się nauczyć....

I koniec. I finito.

Czy maluch to wykona? Tego oczywiście nie jest pewna. To już w przypadku „zerówki” wszystko w rękach rodziców.
I proszę, efekty są. Otrzymuje zdjęcia prac plastycznych i filmiki przedstawiające zabawy.
Nie, nie wymaga, by rodzic z dzieckiem usiadł przy kompie o określonej godzinie. Wiadomości odbierze, kiedy będzie chciał. Zadania wykona też w dowolnym terminie.
Tak, rodzice mają swoje wirtualne adresy od wielu lat. Nauczycielka nie pamięta już czasów, kiedy ich nie mieli.
„Przecież to pokolenie na komputerach wychowane!” - uświadamia mi w czasie rozmowy.
Racja, obecnie trzydziesto -, a nawet czterdziestolatkowie od czasów dzieciństwa lub młodości kontakt z kompem mieli.
„To znaczy, że wszyscy w domach posiadają komputery?” - drążę dalej temat.
Koleżanka roześmiała się tak głośno, że mój telefon się poruszył też ze śmiechu.
„Jeśli ktoś nie posiada, niech dzwoni do szkoły. Szkoła wypożyczy. A zresztą, czy widziałaś w interenecie apele o wypożyczenie komputera dla ucznia, który go nie posiada?”.
No, jeden, albo dwa, a może to była prośba o wypożyczenie dla rodziny, w której jest dużo dzieci? Nie da się ukryć, wiadomy portal nie jest zarzucony prośbami o sprzęt.

„Gorzej, jak dostęp do sieci jest słaby....”.

I tu wreszcie koleżanka zgodziła się ze mną. Ustaliłyśmy jednak, że jest to sławetne „coś za coś”. Dostępu do sieci nie ma w głuchej głuszy. Na takiej mojej działce na przykład. W zamian za internet mamy czyste powietrze i mniej ludzi wokół. Mniejsze ryzyko zarażenia.

W sumie więc nauczycielka „zerówki” pracuje po tzw. najmniejszej linii oporu. Wszyscy są zadowoleni.

A gdyby tak tacy nauczyciele polskiego i takiej historii pracowali tak samo? Maile do uczniów ze wskazówkami, zadaniami, linkami zamiast zwoływania ich codziennie od …. do... przed monitor? A czy uczeń zadania wykona, czy zechce się uczyć... to już jego sprawa.... Powtarzam to od zawsze.

środa, 1 stycznia 2020

Apoteoza śmierci




W ostatnie dni starego 2019 roku przez wszystkie portale internetowe przewinęła się relacja z szkolnego przedstawienia prezentującego zagazowanie dzieci. Nawiązywało ono do tragedii obozów koncentracyjnych drugiej wojny światowej.

Zdjęcie ze sceną ukazującą leżące na podłodze dzieci w pasiakach i obok stojące kolejne, tym razem ze swastykami na rękach, oburzyło większość czytających i oglądających. Mniejszość była zachwycona. Wszystkie teksty pisane pod wpływem emocji. W komentarzach zabrakło jednak głosu w miarę obiektywnego, próbującego wyjaśnić zjawisko zwane szkolnym spektaklem o zagładzie.

Przyznaję się – byłam oburzona. Mój pierwszy odruch – skrytykować, posłać do wszystkich diabłów tych, którzy mieli z tym szkolnym przedstawieniem coś wspólnego. Refleksje przyszły chwilę po świętym oburzeniu.

Oto jesteśmy w szkole, która ma przekazać młodemu pokoleniu nie tylko wiedzę. Szkoła powinna pokazać również różne aspekty współczesnego świata, życia człowieka na planecie Ziemia.
Trzeba więc pokazywać ludzi z kręgu LGBT, chorych i starych, trzeba mówić o pokwitaniu, przekwitaniu i śmierci.
W szkole trzeba i należy mówić o wszystkim. Podstawowym zagadnieniem jest JAK mówić, JAK przekazać, JAKĄ formę wybrać.
I tu właśnie wkracza nauczyciel. To on wybiera sposób przekazania wiedzy lub emocji.

Nie wiem, jak było to w przypadku owej szkoły z uczniami ze swastykami. Nie wiem, więc nie potępiam całkowicie. Oczywiście spektakl był kontrowersyjny. Ale jeśli wcześniej rozmawiano z uczniami na temat historii, jeśli wskazano im znaczenie treści przedstawienia, jeśli przedyskutowano sposób kreacji aktorskich i wyjaśniono na czym polega inscenizacja, gra, a uczniowie zrozumieli - można było takie coś realizować. Bez obawy o zniszczenie psychiki młodych ludzi.

Gorzej gdy takich rozmów nie przeprowadzono. Jako była nauczycielka wielokrotnie przygotowywałam szkolne „części artystyczne”. Uczniowie reagują różnie. Część występuje, bo chce lepszą ocenę z czegokolwiek, część pochodzi z tzw. nauczycielskiej „łapanki”, część ma parcie na szkło. Niewielka część chce po prostu wziąć udział w wydarzeniu typu artystycznego.
Najbardziej boję się tego, że biorące udział w omawianym przedstawieniu potraktowały go jak jedną ze szkolnych uroczystości, w której nauczyciel kazał wziąć udział. Tak samo jak występ z okazji Dnia Dziecka czy zakończenia roku szkolnego.

Wszystko się udało, a więc hura!

Było fajnie!

Fajnie było zagrać gestapowca!

Fajnie było umierać w oparach sztucznej mgły robiącej za gaz!

A tak właściwie dlaczego naród taki oburzony?

Wszelkiego typu rekonstrukcje historyczne są obecnie w modzie. Mamy bitwę pod Grunwaldem. Mamy lokalne bitwy z okresu II wojny. Mamy specjalistyczne grupy rekonstrukcyjne, które występują przy każdej patriotycznej okazji. Ludzie przebierają się za żołnierzy wrogich armii. Podczas inscenizacji jedni strzelają, drudzy umierają.

Jak my kochamy te widowiska!

Symbolem chrześcijaństwa jest ukrzyżowany człowiek. Nie ten radosny, zmartwychwstały, dający nadzieję, ale ten, który umarł. Wisi w domach, urzędach, na rozstajach dróg. Otoczeni jesteśmy symbolem śmierci.

Jeśli ulicami miast idą ludzie ubrani w kolory tęczy, głoszący hasło „Miłość, równość, akceptacja”, część narodu buntuje się. Radość nie jest w modzie.

Widowisko w niewielkiej szkole nie było niczym innym jak odbiciem naszej rzeczywistości. 

Apoteozą śmierci.

Bo my kochamy jak inni umierają.


czwartek, 26 grudnia 2019

Eko święta




Idę sobie spokojnie ulicą. Przed świętami to było, bo ludzie wokół  podenerwowani i niespokojni. I spotykam takową koleżankę.
  • Cześć. Wszystkiego najlepszego. Zdrowych świąt. Żeby wątroba żarcie wytrzymałą, a kac był mały – mówię z uśmiechem na ustach potrącana przez lecących do pobliskiego sklepu ludzi. Żywe karpie właśnie rzucili.
Koleżanka odwzajemnia się tym samym i dodaje:
  • Jedzenie, które ci zostanie to zanieś …. - i podaje adres organizacji charytatywnej.
  • A dlaczego ma mi zostać jedzenie? - pytam zdziwiona.
  • No, wszystkim zostaje – odpowiada zdziwiona moim pytaniem koleżanka.
No właśnie, nie wszystkim. Mnie nie zostaje. Mojej mamie też nie zostawało. Z domu wyniosłam tradycję, że na święta przygotowywać potrawy z głową, a nie tylko z przyprawami.
Oczywiście, że są potrawy, których jest więcej niż moglibyśmy zjeść. Ale to te, które można zamrozić i wykorzystać jako mrożonkę na obiad w dowolnej chwili. A co jeśli zabraknie w drugi dzień świąt sałatki warzywnej? To niech rodzina wsuwa tę z tuńczykiem.

I tak moi drodzy wchodzimy w modną obecnie sferę ekologii. Bo jak się okazuje, ja jestem super eko.

Na świąteczne zakupy chodzę z kartką. Żeby potem nie wyrzucać. Żeby się nie przeterminowało. Żywego karpia nie kupiłam. Wersja oficjalna – nie będzie rytualnych mordów w moim domu! Nieoficjalna – w dyskoncie była promocja tzw. płatów z karpia. Działałam ekologicznie! Ryby też czują.

No dobra, to pod publiczkę.... Nie stać mnie na to, żeby wydawać dużo pieniędzy na święta. Ubodzy są zawsze eko.

Wiem, że można mi zarzucić brak żywej choinki. Mam sztuczną. To trzecia na przestrzeni ponad trzydziestu lat. Pierwszą wyniosłam do swego miejsca pracy. Nie pracuję od kilku lat, więc nie wiem, czy jeszcze komuś służy. Znając jednak polską biedną szkołę, myślę, iż nadal jest ozdabiana przez uczniów. Druga choinka stoi na balkonie i świeci. Najnowsza ma dopiero trzy lata. Jestem zatem eko, bo nie kupuję nałogowo sztucznych choinek. Dzięki nim oszczędzam prąd przeznaczony do odkurzania. Wiadomo, żywa choinka się sypie. Dekoracji też nie zmieniam co roku.

Prezenty moja rodzina robi z głową. Wnuk dostał drewniane zabawki. Przypomniało mi się dzieciństwo. Miałam drewniane klocki i przytulanki wypełnione trocinami. Kiedy zabawki kończyły żywot jako zabawki, służyły jako rozpałka pod kuchnią, bo żyliśmy w mieszkaniu z ogrzewaniem piecowym i kuchnią węglową.

Twarde opakowania po prezentach zawędrowały oczywiście do pojemnika z makulaturą. Ale nie wszystkie. Część papieru została. W domu się zawsze do czegoś przyda. Wstążki, którymi przewiązane były prezenty, zapewne zostaną przewiązane inne, na inne okazje, bo trafią do szuflady z napisem „pasmanteria”.

Miękkie tekturki wraz z torebkami jednorazowego użytku, w których przynosiłam świąteczne zakupy, też będą miały swój drugi żywot. Zrobię z nich „łopatki” do sprzątania po swoim piesku.

Aha, jeszcze obrus na stół... wiadomo, z odzysku czyli z lumpeksu. Świąteczny ubiór – to samo źródło. No dobra, chciałam kupić nową sukienkę z poliestru... okazał się za mało. A taki lumpeks to wiadomo, sama ekologia, przerób wtórny.

Nie, alkoholu sama nie wyprodukowałam. Ale tym ze sklepu, o krystalicznej barwie, zalałam miesiąc wcześniej suszone owoce, cytrynę i miód. W związku z czym mam najmodniejsze obecnie wódki smakowe.

A teraz najważniejsze – kiedyś opisane przeze mnie zabiegi świąteczne nazywały się oszczędzaniem. Sztuczną choinkę kupowało się raz na wiele lat, by nie wydawać każdego roku forsy na nową. Jedzenie się nie marnowało, a sukienkę miało się po starszej siostrze albo bogatszej krewnej.

Dziś mówimy na to wszystko EKOLOGIA....

wtorek, 1 października 2019

Cytaty - Takie będą Rzeczypospolite.....




Takie będą Rzeczypospolite jakie ich młodzieży chowanie – Jan Zamoyski

Stara jestem. Bardzo stara. 

Czytam, że dziecko musi jak najwcześniej iść do przedszkola, żeby nadążyć za światem, żeby właściwie rozwijać się intelektualnie. 

Czytam, że zbyt długi pobyt w domu, pod opieką matki sprawi, iż dziecko nie odnajdzie się we współczesnym świecie. Nie będzie umiało pracować zespołowo. Nie nawiąże kontaktu z rówieśnikami. Nie rozumiem.

Na skwerze dosiadam się do rówieśniczki, obserwującej trzyletnie dziecko. Mówię, pytam. Kobieta uśmiecha się, wyjaśnia.

„Bo kiedyś proszę panią, dziecko było inaczej wychowywane. Teraz izoluje się je od świata z powodu wirusów, infekcji, pedofilów i psów. Dziecko przebywa głównie w domu, karmione przygotowywanymi w fabryce posiłkami, zatwierdzonymi jako odpowiednie. Matka nie może edukować dziecka, bo zajęta jest praniem, prasowaniem, sprzątaniem, gotowaniem. Do dziecka wynajmuje się opiekunkę, taką jak ja. Opiekunka wychodzi z dzieckiem na dwie godziny dziennie i pilnuje, by dziecko się nie pobrudziło, by nikt obcy z dzieckiem nie rozmawiał, by nie głaskało psów. Dziecka również nie można stresować. W związku z tym, trzeba ograniczyć zabawy z rówieśnikami, bo taki rówieśnik może zabrać zabawkę, może nieodpowiednio się odezwać. A w przedszkolu – wszystko pod kontrolą. A jeśli coś się wydarzy, zawsze można nauczycielkę oskarżyć o niewypełnianie obowiązków.”

Nie chodziłam do przedszkola. Mama nie pracowała. Na śniadanie gotowała mi kaszę manną na mleku. Gdy prasowała, kazała podawać rzeczy do prasowania. Kupiła mi małą miseczkę i razem prałyśmy. Ona – duże rzeczy, ja ubrania dla lalek. Pracy zespołowej uczyłam się na podwórku. Zabawy tematyczne w „dom”, „szkołę”, zabawy w chowanego, berka, skakanka, piłka – rozwijałam się intelektualnie i fizycznie. Koleżanka z podwórka była jak siostra. Sąsiad – jak wujek. Jeśli ktoś miał psa, był jak nasz wspólny.

Dlatego nie rozumiem… stara jestem…

sobota, 18 maja 2019

Czas rozliczeń




A więc nadszedł czas, żebym i ja wypowiedziała się na temat najbardziej obecnie aktualny. Odczekałam trochę, by nie dać się ponieść emocjom i do tematu podejść nieco spokojnie. Jako że całkiem spokojnie się nie da, piszę. Za oknem zachmurzone niebo, na domowej pogodynce wilgotność w domu 68, na zewnątrz – 82. Pranie w łazience i na balkonie nie schnie.
Zatem do roboty.
W sprawie zjawisk pedofilii w kk ( znaczy się w kościele katolickim) podchodziłam bez super emocji. Oczywiście zjawisko godne największego potępienia, wieloletniego więzienia w mokrym i wilgotnym lochu, o chlebie i wodzie, ze szczurami i myszami na surowo. Bez względu na to, kim pedofil byłby z zawodu, urodzenia czy nadania.
Zdania nie zmieniam.
Sprawa w kodeksie karnym wydawało mi się wówczas oczywista. Przestępca, przestępstwo i już. Dziś taka oczywista nie jest. Dziś jestem przerażona i powalona faktem, iż są przestępcy, którzy stoją ponad prawem. A najgorsze jest to, że wiedziałam o tym od dawna. Ludzie o tym wiedzieli. Masa ludzi o tym wie. Dopiero jednak film braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu” uświadomił, jak bardzo byliśmy i jesteśmy tolerancyjni wobec pracowników kk.
To zupełnie tak samo jak rzucenie przeze mnie palenia. Wydmuchiwałam z siebie dym przez 26 lat. Wiedziałam, że to szkodliwe, że niebezpieczne, że cuchną nikotyną. Aż pewnego dnia obudziłam się z świadomością, że to wszystko prawda. Ktoś, coś wreszcie do mnie dotarło. Następnego dnia kupiłam ostatnią paczkę papierosów w swoim życiu. Nie palę 15 lat.
Teraz przypominam sobie, jak w mieście w którym mieszkam, mówiono, że miejscowy biskup lubi młodych chłopców. Wraz z innymi śmiałam się. W końcu biskupa przeniesiono do innej diecezji, za karę oczywiście.
Bo największą karą w kk jest właśnie przeniesienie z dobrej parafii (czytaj bogatej) do gorszej (czytaj biedniejszej). Cokolwiek by pracownik kk złego nie zrobił, jakiejkolwiek wagi jego czyn by nie był, kara jest jedna – uroczyste pożegnanie w starej parafii i uroczyste powitanie w nowej.
O zgrozo, dopiero z filmu Sekielskich dowiedziałam się, że istniał specjalny dekret? ustawa? przepis? kk mówiący najprościej o ukrywaniu przestępstw i przestępców seksualnych! Sprawa nie miała prawa wyjść poza mury katedr i świątyń różnego rodzaju. I było to za czasów JP II!
„W maju 2001 roku kardynał Ratzinger, prefekt Kongregacji Nauki Wiary, wysłał list do wszystkich biskupów katolickich. Stwierdził w nim, że wszystkie wewnętrzne dochodzenia kościelne dotyczące molestowania dzieci podlegają tajemnicy pontyfikalnej.:” - to nie ja, to Wikipedia. Ogólnodostępna. Dla każdego. W wielu językach. Poczytajcie pod hasłem „Nadużycia seksualne w KK”. I nie chodzi tu tylko o tajemnicę spowiedzi.
Nadal jestem przerażona i zszokowana, że najważniejsi w kk ukrywali przestępców, ponieważ byli jego pracownikami. Tym samym współuczestniczyli w przestępstwie!
Gdyby o pedofilię oskarżono murarza X z brygady budującej obwodnicę Y, a jego szef – dyrektor Z ukrywał go we własnym barakowozie, też szef poniósłby karę! No, ale to nie kk... tylko zwykła obwodnica...
Niektórzy twierdzą, że winę ponoszą same ofiary, bo nie zgłaszały przestępstw do prokuratury...
Kochani, pomyślcie logicznie.... odkąd pamiętam kk głosił wszem i wobec, że jest nękany, atakowany i zniewalany, i co tam jeszcze chcecie. Najpierw gnębiła go komuna.
Czy potraficie wyobrazić sobie molestowane dziecko, które w latach 80-tych, zwłaszcza po ogłoszeniu stany wojennego, informuje, że pracownik kk, cytując niejakiego Piotrowicza, „ ciumkał go”? Zwłaszcza, że ów pracownik uczestniczył w walce z ową komuną, groziło mu internowanie i w ogóle wyrastał na narodowego bohatera?
Czy wyobrażacie sobie molestowane dziecko, które w latach 90-tych, po wprowadzeniu religii do szkół i wielkim triumfie robotników, (pod przewodnictwem kk, z wizerunkiem Matki Boskiej w klapie) nad komuną, idzie na odnowioną policję i mówi, że to już nie było tylko „ciumkanie”?
Czy wyobrażacie sobie w ogóle dziecko, które opowiada o molestowaniu? Jakże często młody człowiek myślał, że tak po prostu ma być!
Dlatego dopiero dziś wielu z tych ludzi mówi, o tym co ich spotkało.
Dziś już można.
Dziś już są świadomi zjawiska, które uczyniło ich życie koszmarem.
Dziś już się nie boją.
Dziś dzieje się to na całym świecie.
Polski kk nie jest wyjątkiem.
Może jednak nim zostać, jeśli najważniejsi w kk, ukrywający przestępców, nie poniosą kary.
Tu, na Ziemi. A nie, jak obecnie twierdzą, Bóg ich rozliczy.
Na rozliczenie przez Boga nie zasługują.




poniedziałek, 6 maja 2019

Majowe prezenty





„Znów przyjdzie maj, a z majem bzy” - śpiewała ongiś Beata Kozidrak.... I maj przyszedł, a z majem okres prezentów. Najpierw komunijnych. Bo tak to w naszej katolickiej rzeczywistości jest, że tzw. „komunia święta” to czas ubijania interesów dosłownie przez wszystkich, którzy mogą z ową imprezą mieć coś wspólnego.

Zaczynamy więc:

Na portalach społecznościowych i handlowych ofert bez liku.

Mamy naturalne i chrzestne szukają odpowiedniej kreacji. Co ubrać? Co włożyć? Jak wyglądać? „Proszę o poradę – jak powinnam wyglądać jako ciocia starszej siostry mamy dziecka? Czy wypada też na biało?” Oczywiście, że wypada. Jeszcze wianek na głowę i można powtórnie przystąpić razem z dzieckiem do komunii, pierwszej po wielu latach.
„ Jak ubrać córkę na komunię młodszego syna szwagra mojej matki?” - pyta zatroskana mama.
„Czy wypada siedzieć w kościele w żakiecie, jeśli będzie chłodniej”
„Poszukuję sukienki bądź komplet spodnie i żakiet na komunię. Na wzrost 180 cm. Rozmiar tak między 42-44-46”.

Człowiek przerzuca post za postem na wiadomym portalu i dostaje oczopląsu. Ale to dopiero początek. 

Potem są prezenty.

I tu dopiero biznes zaczyna się kręcić. Bo idąc „na komunię” prezent musisz dać. Obojętnie czy jesteś zięciem zmarłej babci czy ojcem chrzestnym kogoś z rodziny. Handlowcy prześcigają się w reklamowaniu owych prezentów. Każdy jest ponoć odpowiedni. Najlepiej komputer najnowszej generacji lub super rower. Niektórzy kupują skutery lub quady. Ci, co nie wiedzą co dać, dają forsę. Nie, nie w kopercie. W czekoladkach z napisem „I Komunia Święta” i obrazkiem Matki Boskiej. Stoją takie pudełka w hipermarketach i wołają „Kup mnie! Kup mnie”. Na obrazku prócz Maryi, Chrystus i Jan Paweł II.
Przepraszam, czy tej trójce to się podoba? Pewnie tak, skoro żadne z nich nie reaguje, na przykład gromem z jasnego nieba, w sam środek marketu.

Znajoma ongiś kupiła chrześniakowi na komunię cztery piłki: do koszykówki, siatkówki, piłki ręcznej i nożnej, żeby w dziecku rozbudzić zamiłowanie do sportu, aby było zdrowe i sprawne. Inna, mgr filologii polskiej, podarowała zestaw słowników w formie papierowej, żeby wzbudzić zainteresowanie książką i pokazać, że drukowane są jeszcze w obiegu.

Obdarowane dzieci podsumowały, że dostały kiepskie prezenty. Obie ciocie nie są już mile widziane w rodzinach.

Jako były nauczyciel znam przypadki, kiedy rodzice zapożyczali się, by „wyprawić” dziecku komunię, a ciocie – by kupić odpowiedni prezent.

Jako były nauczyciel znam przypadki, kiedy dzieci z ubogich rodzin po tzw. „komunii świętej” unikały rozmów na jej temat. Nie miały czym się pochwalić.

Narodzie katolicki, gdzie w tym wszystkim jest Bóg? Z chrześcijaństwa tylko katolicyzm pozostał...

Druga sprawa – prezenty na Dzień Matki.

I teraz coś, co rozłożyło mnie na łopatki. Oto w lokalnym portalu pojawiła się reklama koncertu właśnie z tej okazji. Zaśpiewa znany piosenkarz tzw. starszego pokolenia. Obok napis „Kup mamie bilet!”

Nie, nie kochani, nie mam nic przeciwko temu artyście. Tyle tylko, że nie gustuję w jego twórczości. Do tego coś wiekowo mi się nie zgadzało.... on i mama.... Podczas spaceru z psem przyjrzałam się mamom, to znaczy paniom z wózkami i dziećmi. Zobaczyłam taki przedział wiekowy 25-35 lat. No dobre, mama może być tak do pięćdziesiątki, a potem to już raczej wiek babciny...bez względu na to, czy się ma wnuki, czy nie. I człowiek np. od siedmiu dziewcząt z „Albatrosa” powinien raczej dla nich być przeznaczony. Co ja mówię,  cała Budka Suflera (Cugowski ur. 1950), Lady Pank (Borysewicz ur. 1955), wspomniana wcześniej Kozidrak ur. 1960, to przecież młodzieńczy repertuar obecnych pięćdziesięciolatków, ba starszych od nich też... O Rolling Stones nie wspomnę. Dziadek Jagger ma obecnie ponad 70 lat! Wszyscy on, łącznie z Januszem Laskowskim powinni zaśpiewać z okazji Dnia Seniora.
„To że dziadki śpiewają, nie oznacza, że babcie na ich koncerty chodzą” - usłyszałam, kiedy oznajmiłam, że krzywdę zrobię synowi, jeśli bilet na wiadomy koncert mi kupi.

No tak.... już kiedyś o tym pisałam.... babci nie wypada iść na koncert rockowy, o słuchaniu rapu nawet nie wspomnę.

I chyba temat prezentów wyczerpałam. Na żadną tzw. „komunię świętą” nie jestem zaproszona, a na Dzień Matki pewnie dostanę dobry alkohol.

Aha, dlaczego piszę "tzw. komunię świętą"? Bo to o czym piszę z prawdziwą komunia świętą nie ma nic wspólnego.



wtorek, 26 marca 2019

Antyszczepienia w natarciu



tekst z października 2018

Ostatnio wdałam si ę w dyskusję o szczepionkach i ich skutkach ubocznych. Dotknęły mnie właśnie te ostatnie. Najpierw o mało nie polałam się ze śmiechu, potem wpadłam w czarną rozpacz, na końcu dopadł mnie równie czarny humor.

Wreszcie dyskusję przerwałam, bo wystraszyłam się - wszelka rozmowa z antyszczepieniowcam (lub antyszczepionkowcami... jak zwał tak zwał, wiadomo, że komputer wszystko takie na czerwono podkreśli) może doprowadzić do choroby anyszczepiennej. Objawi się tym, że człek zacznie wątpić w swój własny stan zdrowia, wszak był szczepiony, albo przyłoży rozmówcy w wiadomą część ciała. I wtedy kryminał ma jak w banku.

Argumenty owych ludzi są nieustannie takie same - rośnie lawinowo liczba chorób, zwłaszcza autyzmu, w związku z szczepieniami.

Rzeczywiście, nie da się ukryć. Prawie dwadzieścia lat temu w mojej szkole było jedno dziecko z autyzmem. Obecnie jest dwoje. Wzrost o całe 100%! Dzwonię do koleżanki z Wałbrzycha i pytam ją, o ile u niej w szkole ten lawinowy wzrost nastąpił. I kicha. Kiedyś miała dwójkę w klasie integracyjnej, teraz jest tylko jeden uczeń.

Proszę rozmówcę o dane statystyczne lawiny w środku jesieni. Oczywiście, że takich danych nikt nie prowadzi. Oczywiście, że to wina Tuska i "Dobrej zmiany" razem wziętych. którzy kolaborują z firmami farmaceutycznymi.

Próbuje wyjaśnić, iż część schorzeń lub zaburzeń, zwłaszcza o podłożu - nazwijmy to elegancko - psychologicznym, zaczęto nazywać dopiero od niedawna. Kiedyś też one funkcjonowały,  ale nazywane zupełnie inaczej. 5347c9db4eaee_o
Taka ja nazywana byłam dzieckiem wiatru i kurzu czyli tumanem oczywiście. Z matematyki rzecz jasna. W podstawówce oczywiście jakoś sobie radziłam, ale w szkole średniej - totalna katastrofa. Mój brak umiejętności liczenia, gubienia się w cyferkach rozciągnął się na fizykę i chemię. W tym przypadku na szczęście była jeszcze teoria... Do dziś mam niezwykły talent mylenia się na kalkulatorze! 

Liczyłam zatem na litość nauczycieli. I jakoś przebrnęłam szkołę średnią i nawet maturę z matmy zdałam.
Dziś miałabym orzeczenie o dyskalkulii i nauczyciel chodziłby koło mnie na paluszkach, tak jak ja muszę to robić w przypadku ucznia z dysleksją.

Kiedyś osoba inna niż wszystkie nazywana była dziwakiem, dziecko nieustannie biegające i psujące wszystko wokół - łobuzem. Dziś to albo człowiek z autyzmem, albo jego odmianą - zespołem Aspergera. ADHD też jest w modzie. Kto kiedyś słyszał o chorobie dwubiegunowej? Teraz nieźle na niej zarabiają psycholodzy i psychiatrzy.

Złośliwie można stwierdzić, iż wszystkie owe zaburzenia nazwali ludzie, których od pokoleń szczepiono i są to widoczne skutki uboczne szczepionek na czarną ospę, odrę, gruźlicę, dur brzuszny, krztusiec, ba nawet tężec jest na tej liście! 

Występujący dziś przeciwko szczepionkom też zostali kiedyś zaszczepieni. I oto mamy skutki uboczne. Wybaczcie kochani, nie solidaryzuję się z wami ani za grosz. Uważam, że szukacie przysłowiowej dziury w całym. Jeśli znacie przypadek złego wpływu szczepionki na człowieka, to pamiętajcie, że w drewnianym domu też cegła może spaść na głowę. Idąc chodnikiem lub stojąc na przystanku autobusowym możecie również zostać przejechani przez pirata drogowego lub człowieka, którego akurat za kierownicą dopadł zawał serca.

Pamiętajcie, że nie szczepiąc swoich dzieci narażacie inne na choroby i to nie poszczepienne. Jeśli wasze nieszczepione dziecko zachoruje na krztusiec, zarazi inne dzieci przebywające z nim w szkole! W imię czego narażacie innych? Czy chcecie, żeby traktowano  wasze potomstwo jak owych trędowatych?
Oj, przewraca się w grobie Ludwik Pasteur, co to ocalił świat przed wścieklizną.

No właśnie, każdego roku szczepię swego psa, żeby wściekły nie był. Muszę mu się przyjrzeć, czy aby nie miał skutków ubocznych... A może sama się zaszczepię, bo chyba zaczyna mnie dopadać wirus wścieklizny...

środa, 20 marca 2019

Cytaty - Człowiek nigdzie naprawdę nie był, póki nie wróci do domu...


P1250604
Człowiek nigdzie naprawdę nie był, póki nie wróci do domu.
Terry Pratchett

Mój dom to już tylko kamienica w szeregu innych. Stary poniemiecki budynek, odnawiany przez obecnych lokatorów... Wielkie podwórko w miejscu, gdzie kiedyś były starannie pielęgnowane ogródki…
Dziś już nikt nie podlewa grządek z marchewką.

Ktoś chce tu od lat urządzić parking, bo samochodów przybywa. Obecnie stoją w miejscu, gdzie była trasa zjazdu na sankach z pobliskiej górki.

Dziś już tu nikt na sankach nie zjeżdża.

Z dawnych sąsiadów w klatce schodowej żyją tylko dwie panie. Jeszcze pamiętają, że byłam dzieckiem.
W innej klatce ostatnia koleżanka z podwórka. Niestety, trudno się z nią rozmawia. Świat stracił dla niej kolory. Jest tylko szary lub czarny.

Do mego domu przychodziły koleżanki ze szkoły. Jedna z nich doskonale pamięta urządzenie mieszkania…Ja też.

Mój dom zabrano mi, gdy byłam nastolatką. Wyjechałam tam, gdzie próbowano mi stworzyć nowy, z rodziną. Nie, nie udało się. Tam wszystko było obce, niejasne, niezrozumiałe. Niby Polska, a jednak inny świat. Rodzina przeszła na druga stronę. Zostałam sama i zaczęłam tworzyć dom swoim dzieciom. Do swego już na stałe nie wróciłam. Stałam się ofiarą polskiej historii.

Teraz każdego roku wracam do domu. Każdego roku staję przed swoja kamienicą i oddycham swoim powietrzem. Mam wrażenie, że moje obecne M 3 to tylko taki przystanek w podróży po świecie, prawdziwy dom jest tu… I nieważne, że mieszkają w nim obcy ludzie, że coraz mniej osób poznaje mnie na ulicy, a ostatnia tutejsza ciocia coraz gorzej się czuje.

Poznaję nowych ludzi. Są mi bardziej bliscy niż całe grono znajomych z innych miejsc. Mówimy tym samym językiem. Mamy te same problemy. Tacy ziomale, jak mawia młodzież.

Bo ludzie odchodzą. Zmieniają miejsce pobytu, wyjeżdżają, umierają. A kamienica zostaje. Jeśli będziemy się o nią troszczyć, zostanie na znacznie dłużej niż my. Drzewa też mnie przeżyją. Rosną w tej samej ziemi, po której chodziłam…

Dlatego nie przyjeżdżam do Wałbrzycha na Ogińskiego…. Ja tam wracam, od czterdziestu lat, z każdej mojej podróży….



Normalna normalność

 
P1080551

tekst z 2018

Dziś trochę o normalności, czyli o określonych zasadach, które powinny być stosowane i nie powinny nikogo dziwić. Tymczasem ja dziwię się. Dziwię się coraz bardziej.

Moje zdziwienie zaczęło się jakieś 12 lat temu, kiedy byłam jeszcze czynnym nauczycielem. Jako taki byłam zmuszona „doszkalać się” czyli brać udział w różnych kursach doskonalących. Jako nauczyciel z dużym doświadczeniem teoretycznie sama mogłam takie kursy prowadzić. Ale tylko teoretycznie, ponieważ nie miałam uprawnień pedagogicznych do szkolenia dorosłych. To już wydawało mi się nienormalne, ale co tam. Jak mus to mus.

I oto podczas pewnego szkolenia dla wychowawców klas usłyszałam zdanie: „ Nie ma złej młodzieży, są tylko źli wychowawcy”. Były to słowa, które wpajano mi w pierwszych latach pracy, ich autorem był Anton Makarenko, pedagog rodem ze Związku Radzieckiego.

Oczywiście od razu pochwaliłam się znajomością historii pedagogiki licząc na szybsze zwolnienie z zajęć. Tymczasem popełniłam karygodny błąd. Pani prowadząca zajęcia oznajmiła, że żaden komunista tego nie powiedział. Ona ma wykład opracowany przez …. zapomniałam kogo, ale z germańska to brzmiało... i są to najnowsze osiągnięcia pedagogiki światowej. Po czym nastąpił słowotok, według mnie na podstawie tekstów Makarenki.

Był to moment przełomowy w moim spojrzeniu na rzeczywistość. Okazało się, że normalna to już ona nie jest.

Kolejne kursy utwierdzały mnie w tym poglądzie. Do tej pory uważałam, że jeśli uczeń zrobi coś źle, to powinien ponieść konsekwencje. Źle napisana klasówka – niedostateczny. Pobicie kolegi – obniżona ocena z zachowania. Brak pracy domowej lub nieodpowiednio wykonana - też słaba ocena...

Teraz uczono mnie inaczej.

Oto Jasiu napisał charakterystykę Telimeny, a miał opisać Jacka Soplicę. Kiedyś nauczyciel napisałby pod tekstem „Praca nie na temat”. Dziś już nie. Musiałby zadać pytanie – dlaczego Jasiu opisał ciotkę zamiast księdza? Może nie lubi osób duchownych? A dlaczego nie lubi? Oj, niebezpiecznie się robi.... może więc przyczyną jest inna... może Telimena wzbudziła w nim pożądanie.... też niedobrze... Jasia trzeba by wtedy do psychologa, bo jeszcze nie powinien pożądać.... Może nauczyciel w niedokładny sposób sformułował temat pracy domowej.... nieważne, że wszyscy w klasie zrozumieli, każdego ucznia trzeba traktować indywidualnie. Może do Jasia trzeba innymi słowami... A może po prostu normalnie drań jeden nie uważał na lekcji, nie zapisał tematu pracy i ściągnął z internetu nie to, co trzeba było!
Oto najnowsza metoda wychowawcza – dziecko trzeba chwalić, chwalić, chwalić, bo inaczej dzieciństwo będzie zmarnowane i wyrośnie na zakompleksionego człowieka. Oczywiście, że trzeba chwalić, ale nie za sprawy tzw. normalne.

Uczymy dziecko sprzątania zabawek, czyli wyrabiamy nawyk utrzymania porządku. Oczywiście, że chwalimy, na początku. Potem sprzątanie powinno stać się normą i już chwalić nie powinniśmy. Wprost przeciwnie – rozliczać z obowiązku sprzątania. Tak było kiedyś. Dziś rozliczanie dziecka ze sprzątania zabawek wcale nie jest normalne.

Uczymy dziecko słowa „przepraszam”. Czy zawsze trzeba je chwalić, jeśli go użyje? Przecież to normalne, że gdy postąpię nieodpowiednio wobec drugiego człowieka to powinienem go przeprosić.
Kelnerka pomaga starszemu człowiekowi w pokrojeniu potrawy. Jej gest trafia do internetu jako akt iście bohaterski, bo zrobiła coś, co do jej obowiązków nie należało! Dostaje za to nagrodę! Za co? Za przyzwoitość? Oczywiście, nie musiała tego robić, a niech się stary męczy, bo dziś nie ma czasu na gest zwykłej normalnej dobroci.

Młody człowiek w sportowym aucie stoi przed pasami i czeka aż opuści je człowiek poruszający się o kulach. Wzbudza zachwyt obserwatorów. Taki grzeczny, kulturalny. Dlaczego od razu zachwyt? No bo mógłby trąbić, wrzeszczeć, a w ostateczności staranować kalekę i zwalić swój czyn na rodziców, którzy go w dzieciństwie nie chwalili. Co jest tu normalne?

Młody człowiek ustępujący starszemu miejsce w autobusie – unikat, jakiś chory na umyśle czy co? Wszak dziś młode pokolenie jest zestresowane, zmęczone i im kilkuminutowa podróż na siedząco się należy. To jest dziś normalne. Ja się na to nie godzę.

Dziadek idący z wnuczkiem ze szkoły i niosący jego tornister – widzę to codziennie. Wnuczek ma już 10 lat, ale jest taki słaby, a tornister taki ciężki.... „To może wnuka zapisać na jakieś zajęcia sportowe?” - proponuję. Już chodzi. Na koszykówkę i lekkoatletykę. Rzuca piłeczką i biega. Dziadek też chodzi – na rehabilitację, bo starość nie radość i kręgosłup już nie ten. Dźwiganie tornistra w ramach rehabilitacji? To jest dziś normalne?

Pierwsza komunia w małym miasteczku – dzieci ustawiają się przed wejściem do kościoła. Na początku te w regionalnych strojach za 1500 zł. Skromnie ubrane w białych albach stają na końcu. To jest dziś normalne.

Tęsknię za starą normalnością. Pewnie stara jestem.





niedziela, 17 marca 2019

Cytaty - Preria jest jak morze....

Preria jest jak morze: nie oddaje nikogo, kto ją poznał i polubił. -
                                     Karol May, „Winnetou” tom I, rozdz. III, przekład anonimowy z 1910

Właśnie wytarłam kurze w biblioteczce, delikatnie, starannie, by nie uszkodzić bezcennych egzemplarzy książek z dzieciństwa… Dotknęłam ostrożnie trzech egzemplarzy opowieści o wodzu Apaczów Winnetou i jego białym bracie krwi Old Shatterhand’dzie. Nie, nie przetrwały z dzieciństwa… wtedy były nie do zdobycia w księgarniach. W naszej dzielnicowej bibliotece czekało się na egzemplarze w kolejce. Kiedy wreszcie udawało się je dostać, wracaliśmy do domu z miną zwycięzcy maratonu podczas igrzysk. Szybko siadaliśmy w ustronnym miejscu mieszkania i czytaliśmy, czytaliśmy…

Czytaliśmy również pod pierzyną z latarką w ręce. Książki ukrywaliśmy na dolnych półkach szkolnych ławek podczas lekcji … ja – matematyki, inni – polskiego. Biegaliśmy do kina na docierające do nas z opóźnieniem ekranizacje. Niektórzy chodzili na seanse po kilka razy. „Winnetou i Apanaczi”, „Winnetou w Dolinie Śmierci” …. A potem jeszcze raz – czytanie książek.

Dziewczyny podkochiwały się w tytułowym bohaterze. Ja pozostawiłam sobie jego białego brata, wydawał się bardziej realny. Wędrowaliśmy po wielkiej prerii, polowaliśmy na bizony, przemierzaliśmy indiańskie szlaki, odwiedzaliśmy indiańskie wioski.

Wszystko było takie proste… zło przegrywało, dobro wygrywało… ech, gdzie te czasy, kiedy człowiek wierzył w sprawiedliwość…Nawet śmierć Winnetou była uzasadniona, chociaż taka niesprawiedliwa, taka straszna…

Moje trzy książki stojące na półce kupiłam parę lat temu, na targowisku. Były identyczne jak te z dzieciństwa. Niedawno dołączył do nich Tomek Sawyer. Też stare wydanie, zostawione przez kogoś na półce „Uwolnij książkę”… I ponownie powrót do lat dzieciństwa… była książka, był film i marzenie, by zostać Becky, w której kochał się Tomek.

Ech, idole mojego dzieciństwa… wspaniali faceci, cudowni chłopcy. Ech, idole mojego dzieciństwa… ile to nocy nieprzespanych przez was, ile łez wylanych, kiedy działa się wam krzywda.
Ech, idole mojego dzieciństwa … dobrze, że mieszkacie nadal ze mną…

sobota, 16 marca 2019

Cebula

 
pobrane1

Tekst z lutego 2018

Więc było to tak:

Rozchorowałam się. Takie coś grypopodobnego. Katar, kaszel, ból mięśni, głowy, gorączka itp. W internecie wyczytałam, że ludzie teraz tak chorują i dlatego w przychodniach są kolejki. Stwierdziłam, że nie pójdę w tłum chorych, bo każda grypa, każde przeziębienie trzeba po prostu wyleżeć w cieple.
Położyłam się do łóżka. Z psem. Bo ten nie opuszczał mnie ani na krok. Zawsze tak jest, kiedy zdrowie mi szwankuje. Pilnuje mnie, wygrzewa. Słowem, obok polopiryny, znakomity sposób na ciepełko.
I tak sobie leżałam dzień, drugi, trzeci.... i patrzyłam w sufit lub telewizor. Nie, nie czytałam. Litery skakały mi przed oczyma. Ogólnie to smutno mi było. Świat był bezbarwny, sufit ciemny, ściany też...
Czwartego dnia postanowiłam wstać i sprawdzić, czy nie mam depresji. Włączyłam laptop. Zanim jednak kliknęłam w wyszukiwarkę, odwiedziłam znajomą stronę. A tam, od pierwszego górnego wiersza, dyskusja na temat …. cebuli.

Punktem wyjścia był filmik, pokazujący dziecko jedzące cebulę. Towarzyszył temu dialog:
  • Mamo, mogę zjeść to jabłko?
  • Nie, to cebula.
  • To jabłko!
  • Nie, to cebula.
  • To jabłko!
  • Skoro nalegasz, to zjedz.
I dziecko najnormalniej w świecie wsuwa cebulę. Niby nic, a jednak.... Dyskusja pod postem początkowo dotyczyła tematu, czy filmik jest śmieszny, tak jakby wszystko w sieci miało być z założenia śmieszne. Zdania były podzielone. Ktoś potępił matkę, że umieściła filmik i ludzie mają ubaw z dziecka. Inny napisał, iż pokazano tu jedną z metod wychowawczych polegających na zezwoleniu zdobycia własnego doświadczenia przez dziecko. Ta druga opinia zaważyła na dalszym ciągu dyskusji. Podstawowy głos stwierdził, że rodzice nie wychowują dzieci poprawnie, bo pozwalają na to, by dziecko samo decydowało o tym, co na przykład chce zjeść. Po co więc przygotowywać dziecku posiłki? Niech sobie je wszystko co chce: piasek z piaskownicy, brudy z ziemi itd. A tak w ogóle to najlepiej wystawić dziecko za drzwi i niech się samo wychowuje.

Nie załapałam, co ma jedzenie cebuli do wychowania dziecka, ale odpowiedziałam, że cebula to nie piasek. (O jedzeniu w dzieciństwie pajdy chleba z masłem, która upadła na ziemię, już nie wspomniałam, bo bałam się linczu na forum dyskusyjnym.) Odwołano się do moich uczuć wyższych – czy nie rusza mnie widok płaczącego rzewnymi łzami dziecka? Jasne, że nie rusza, przecież to cebula, każdy ryczy, kiedy ja obiera. Nie oznacza to, że dziecko jest maltretowane, reaguje na cebulę zupełnie normalnie.
Okazuje się, że nie. Matka kazała wpier.... tę cebulę, dzieciak je i płacze. Najlepiej to od razu zadzwonić do opieki społecznej, niech matce dziecko zabierają, bo je cebulę.

Podjęłam próbę wyjaśnienia, że cebula to bardzo zdrowe warzywo i nikt jeszcze od zjedzenia go nie umarł. Nawet linka wrzuciłam. Rozpoczął się kolejny etap dyskusji.

Przecież nikt normalny nie je surowej cebuli! - zabrzmiało złowrogo.

Jestem nienormalna. Ty też. Wszyscy jedzący surową cebulę w takiej na przykład surówce jesteśmy nienormalni.

Ba, cebula wkroczyła do polityki i historii.

Surową cebulę jadano jedynie na Syberii, za komuny i w skrajnej biedzie.

I tu mnie zatkało. Zaniemówiłam. Albo jestem na Syberii, albo żyję w czasach komuny, albo klepię biedę. Z tym ostatnim akurat mogę się zgodzić. W portfelu emeryta pustki. Nastał czas cebuli.
Włączyłam się jeszcze raz w dyskusję, prosząc o inne, równie ciekawe wnioski związane z cebulą, bo chcę napisać na jej temat bloga. Poszłam do kuchni i przygotowałam sobie kanapkę z masłem i cebulą. Wzięłam przykład z tych, co na Syberii wsuwali tę nieszczęsną cebulę, co za komuny forsy na lekarstwa nie mieli, bo żyli w nędzy i cebulą się leczyli. Też się wyleczę.

Wróciłam do dyskusji. Okazało się, że została zamknięta, post usunięty. Z oczy poleciały mi łzy.




Rozmowy kontrolowane

tekst z 2018

z17952430QKadrzfilmuRozmowyKontrolowane
fotos z filmu "Rozmowy kontrolowane"

wg notatek robionych w czasie przemieszczanie się autobusem typu „pks”, a następnie pociągiem typu „pendolino” na trasie ok. 500 km przez Polskę.

[…] oznakowanie wypowiedzi drugiej osoby, na szczęście niesłyszalne

autobus
I - młodzian przede mną
II - pani za mną
równocześnie:
I – Akumulator mi siada. W ogóle samochód się sypie […] Nie, to działa […]  (tu następuje fachowa terminologia samochodowa, której nie kumam, wywód o akumulatorach, skrzyni biegów i ogólnym złym stanie auta) […] A co tam, jak wrócę na stałe to nowy sobie kupię. W Polsce jestem od wczoraj. Do Łodzi jadę. […] Nie, nie dawałem ogłoszenia na Bla bla, bo wiesz i auto w rozsypce i nie było kiedy. Jadę autobusem. […] Nie, nie ma dużo ludzi. Siedzę sam. Obok nie ma nikogo […] Pewnie, że można rozmawiać.
II – Coś ty? Nie, to nieprawda, ta korupcja w prokuraturze jest. I to jaka! […] Sama dawałam. […] Coś ty, nie złapią za rękę. A ja też się nie przyznam. Głupia nie jestem. […] A, ona też.... […] Pozamykać ich wszystkich i będzie spokój, bo to ku... i złodzieje. […]
I – Po Warszawie to lepiej jeździć komunikacją miejską. Wsiadasz w taki tramwaj lub metro i jesteś szybko […] Nie, autobus raczej nie, też stoi w korkach […] Być może, być może, dawno mnie tu nie było […] Słuchaj, jeszcze raz powtórz, co z tym akumulatorem robiłeś? […]
II – Nie, nikt nie podsłuchuje, pusto w autobusie […] Dobra, skończmy. Wysiadam przy Wileńskiej, to szybko będę u Ciebie […] Jasne, że pamiętam stary dworzec. Smród, brud […] Ha, ha, jasne , że pamiętam. Do Zielonki się jeździło […] No, no, jak on wtedy zachlał! A jak rzygał! […] Pewnie, że teraz czysto, wszystko nowe ładne […] Ha, ha pewnie że teraz by nie puszczał pawia na tory, bo by go od razu zwinęli.
obie rozmowy trwały ok. 40 minut

pociąg

rozmowa pierwsza – młoda dziewczyna, siedząca obok mnie:

Wyobraź sobie, co za ludzie. Wsiadają do nie tego pociągu co trzeba. Czytać nie umieją czy co? Wyraźnie na drzwiach napisane. A jak tam z imprezą? Wymyśliłeś coś? […] Weź przestań. U mnie na 28 metrach było dwadzieścia osób, to u ciebie na 50 nie zmieści się tyle? […] Ja do żadnego klubu nie idę, będzie balanga w domu […] Jasne, że nie będzie cicho. Sąsiadów się uprzedzi […] No bez przesady, muszą zrozumieć, że są urodziny [….] A przepis na sernik już masz? To czytaj […] Kogo zapraszamy? […] Nie, tego nie. […] Weź przestań też nie […] Bo nie. […] No dobra, to w końcu twoje urodziny. To teraz co jeszcze do jedzenia...
(następuje ustalanie menu przez ok. 15 minut, mowa o sałatkach z porem i kurczakiem, burgerach i tym podobnym)
A może jednak pójdziemy do tego klubu? […] Zarezerwuje się tę lożę vip, co Kryśka miała […] i sałatek nie trzeba będzie robić i w ogóle nic nie trzeba będzie robić [ …] Sernik też się zamówi […] Bo wiesz, goście w domu to zachowują się wulgarnie. Napije się taki, wychodzi na korytarz i rozrabia […] Jasne, trzeba jeszcze wszystko raz obgadać. Słuchaj, kończę, bo zaraz wysiadam.
rozmowa trwała ok. 40 minut

rozmowa druga – pani, zajęła miejsce poprzedniczki:

Cześć […] Daj spokój. Z Krzyśkiem rozmawiałaś? Miał kupić lampki na grób […] Daj spokój. Strasznie zimno. Siedzę w pociągu, mam czapkę, rękawiczki i nadal mi zimno. Daj spokój. […] Z dworca musiałam do niej dojść, potem wrócić na dworzec. Daj spokój […] Znalazłam te papiery. Rozmawiałam o tej sytuacji spadkowej. Trudno będzie. Daj spokój […] Za dużo tego wszystkiego. Ona się nie zgodzi. Jak ktoś rozmowy nie chce podjąć, to co to za rozmowa. Daj spokój […] Nie, nie chcę nic od niego i Weronice też zabronię spotykania się z nim […] Czuję się jak pies na wygnaniu. Niech się wyprowadza jak najszybciej. Daj spokój […] Chyba tego nie załatwię. Już chwilami nie chce tego spadku.
(rozmowę, ok. 30 minut, przerwał zanik sieci powstały podczas ruchu pociągu z prędkością ok. 150 km/h)

rozmowa trzecia – mama, siedząca w drugim rzędzie pociągu, do córki:

Już wyszłaś ze szkoły? […] Mama jeszcze w pociągu. Kup sobie coś ciepłego do jedzenia […] To pizzę kup […] To idź do MacDonalda […] Zadzwonię jeszcze.
(po ok. 20 minutach)
I co kupiłaś? [...] Aha, kanapkę z szynką […] A świeża ta szynka? […] To idź szybko do domu i zrób sobie ciepłej herbaty. Zadzwonię jak będziesz w domu.
(po ok. 15 minutach)
Jesteś już w domu? […] Zadzwonię.
(po ok. 15 minutach)
Jesteś już w domku? […] A herbatkę zrobiłaś? […] Dobra kanapka? […] Mamusia jak wróci to zrobi jakiś obiad […] Muszę córuś, muszę. Zadzwonię.
(po ok. 40 minutach)
Co robisz? […] Aha, uczysz się. A czego? […] Już nie będę dzwonić, bo zaraz wysiadam. Za jakieś 40 minut będę w domu.
przysłuchujący się rozmowie starszy pan ośmielił się zapytać, ile lat ma córka: „Szesnaście. Jest dopiero w trzeciej klasie gimnazjum”. Spojrzał na mnie i zdusił w sobie śmiech. Na starszą panią notującą coś ołówkiem w równie starym zeszycie nikt nie zwrócił uwagi    

czwartek, 14 marca 2019

Dziecko a komunikacja miejska

 tekst z 2017

Od pewnego czasu w mediach toczy się dyskusja, czy ustępować dzieciom miejsce w środkach komunikacji miejskiej znaczy się w autobusach, tramwajach, trolejbusach i w czym jeszcze, co tam po miastach jeździ.

Sprawa zaczęła się od tatusia, który wyraził sprzeciw, kiedy kierowca komunikacji zwrócił uwagę, że dzieci tatusia źle zachowują się w owym środku. Tatuś twierdził nawet, że kierowca wyprosił go ze środka miejskiego. Z dziećmi oczywiście. Po analizie materiału dowodowego, znaczy się zapisu z monitoringu znajdującego się w środku, stwierdzono, że kierowca nie ruszył się z kabiny kierowcy, zwrócił jedynie uwagę, iż potomstwo zachowywało się nietaktownie. Tu nastąpiło wyliczenie win małolatów, których już nie pamiętam. Pamiętam natomiast, że opis wywarł na mnie wrażenie. Gdyby moje dzieci tak zachowywały się w autobusie to… dobra, nie powiem co bym zrobiła. Z nimi oczywiście.

Oczywiście stara jestem, na wnuki czekam, wychowanie moich dzieci zahaczyło o komunę, a potem była od razu post komuna, zatem czasy były inne. Wracajmy do tematu.
Ów tatuś zaznaczył również, że nikt w autobusie dzieciom nie ustąpił miejsca i te miały prawo być zestresowane.

I w tym momencie nóż w kieszeni sam by mi się otworzył, gdybym go nosiła. Tym bardziej, że właśnie ten fragment rozpalił społecznościowe fora. Ludzie zaczęli się wypowiadać, jedni za, drudzy przeciw. Oczywiście, ze należałam do tej drugiej grupy.  Jestem w wieku, w którym to ja załapuję się na ustępowanie miejsca, zatem walczyłam o swoje. Ktoś napisał, że woli ustąpić dziecku niż starej babie. Inny dodał, iż dziecko musi siedzieć, bo inaczej podczas zakrętów może latać po autobusie. Zapytałam, czy woli, żeby latała po nim stara gruba baba, znaczy się ja. Odpowiedzi nie dostałam.
Dyskusja była zażarta i obfita pojemnościowo. Ludzie się wypowiadali masowo i bez cenzury. W końcu temat ucichł. Ja też się wyciszyłam, zwłaszcza, że wyjechałam nad morze. I pewnie nadal bym milczała, gdyby nie przenośny internet.
Właśnie wróciłam z marszu z kijkami (10 kilometrów codziennie rano), przygotowałam solidne drugie śniadanie (pierwsze jest skromne, przed szybkim marszem lepiej się nie napychać), włączyłam laptop i rozpoczęłam przegląd aktualnych wiadomości (kiedyś nazywało się to czytaniem gazety).

Tu zdarzyło się to, tam ten temu coś powiedział… taka normalka. Ale oto jeden z moich znajomych umieścił link do rozmowy w jednej ze śniadaniowych telewizji. Rozmowa dotyczyła… właśnie ustępowania miejsca dzieciom w środkach wiadomej komunikacji. Odpaliłam linka. Obejrzałam. Wysłuchałam i zbulwersowałam się.

W rozmowie wziął udział pan lekarz pediatra i pani psycholog. Oboje byli za tym, żeby dzieciom miejsca ustępować! Tym razem miałam obok siebie nóż, ale nikogo przeciwko komu mogłabym go użyć. Laptopa mi było żal.

Pani psycholog posiadająca sześcioletnie dziecko z chorobą lokomocyjną stwierdziła, że czasami rzeczywiście musi z dzieckiem jechać takim miejskim środkiem lokomocji. Dziecko znosi to źle. I rzeczywiście, nikt dziecku wtedy miejsca nie ustępuje.
Pan lekarz wyjaśnił, że podróż takim tramwajem to wielki stres dla malucha. Czuje się on niekomfortowo w sytuacji, która go przerasta. Potem oboje wymienili przyczyny tej sytuacji. Taki maluch jest mniejszy niż inni podróżni i to go denerwuje. Rzadko podróżuje w ten sposób i nie rozumie, że tyle ludzi wokół niego. Bardzo często ma chorobę lokomocyjną i robi mu się słabo. Słabo robi mu się również dlatego, że jest w obcym środowisku.

Załamałam się. Ręce mnie opadli, głowa rozbolała. Relaks zdobyty podczas marszu brzegiem morza diabli wzięli.

Przepraszam, gdzie ja żyję, w jakich czasach ja żyję…

No tak, moje pokolenie wychowało się w czasach, kiedy przemieszczanie się po mieście komunikacją miejską było normalnym zjawiskiem. Wychowałam się w Wałbrzychu, mieście rozciągniętym na przestrzeni wielu kilometrów. Przemieszczanie się między dzielnicami było możliwe tylko dzięki najpierw trolejbusom, potem autobusom. Odkąd sięgam pamięcią, ( a moje najdawniejsze wspomnienia dotyczą około czwartego, piątego roku życia) rodzice uczyli mnie, że trzeba ustępować miejsca starszym. Pamiętam też marzenia, żeby wreszcie urosnąć tak wysoko, aby sięgnąć w autobusie uchwytu na rurze u góry. Nigdy też nie zauważyłam, żeby dorośli byli mniejsi niż dziecko. (Ciekawe, wzrost dorosłych jako czynnik stresujący u dziecka…)

I tak człowiek jeździł. I wyobraźcie sobie, że przeżył!  

W podobny sposób wychowałam swoje dzieci. Pierwszy samochód w mojej rodzinie to było auto mego syna. Kupił je za własne zapracowane pieniądze będąc dorosłym człowiekiem. Wszyscy więc poruszaliśmy się ową komunikacją miejską, I żyjemy!
Teraz, jak się okazuje, podróż autobusem to dla dziecka stres, bo rzadko jeździ. Jasne, mama podwozi tu i tam. Tata też zabiera własnym autem. Kontakt z ludźmi w autobusie numer 503 to dla współczesnego malucha praktycznie kontakt z obcym. Takie bliskie spotkanie trzeciego stopnia. Dziecię nie wie, jak się zachować w miejscu publicznym, bo nikt go tego po prostu nie nauczył.

Oczywiście można ustępować miejsca dzieciom, czemu nie. Robię to w przypadku prawdziwych maluchów. Ale sześciolatek czegoś takiego ode mnie się nie doczeka. Bo stara jestem i też mam prawo do miejsca siedzącego!