Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autobus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autobus. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 lipca 2020

Sezon ogórkowy po niemiecku




I mamy nareszcie sezon urlopowy, zwany ongiś ogórkowym. Jest to bardzo niesprawiedliwa nazwa, ponieważ na rynku oprócz ogórków widziałam multum pomidorów, pełno było jagód i wiśni. Ale zostawmy ten problem. Ktoś tak kiedyś nazwał i niech tak zostanie.

Tradition. Znaczy się tradycja.

W każdym razie mamy za sobą kolejne wybory. Kolejne oczywiście sfałszowane. Ostatnimi czasy wybory nieustannie są fałszowane. Jak nie przez jednych, to przez drugich. Przynajmniej i jedni i drudzy tak twierdzą. 

Narodziła się nowa tradition.

Jeszcze gdzieniegdzie słychać echa prezydenckich debat. Stoję sobie na przykład na przystanku autobusowym. Stoją inni. Wszyscy zamaskowani. Ja zresztą też, chociaż mój stosunek do maseczek jest jak jest. Ale ze względu na szacunek do innych, maskę w miejscu publicznym na twarz nakładam.

No więc stoimy. Większość 70+. Owa większość rozmawia o zwycięzcy wyborów. Cieszy się. Jednak jest ostro przerażona faktem, iż ten drugi otrzymał prawie połowę głosów. Wysłuchuję więc zarzutów pod swoim adresem. Wszak na drugiego głosowałam. 

Jestem za zabijaniem dzieci, nauką masturbacji („ on chciał, by dzieci w przedszkolu uczyły się wie pani, tego, no tego … jak to się robi samemu ze sobą” - cytat autentyczny), zamknięciem księży „we więźniach”, ślubów między ludźmi i zwierzętami i oczywiście uzależnieniu wszystkiego i wszystkich od Niemców.

W tym momencie zapaliła mi się pod maseczką czerwona lampka. Tego warto posłuchać uważnie, bez chichotu pod symbolem roku 2020, znaczy się maseczką.

70+ stwierdziło zgodnym chórem, że Niemcy mieli zagarnąć całą Polskę po wyborach, tak samo jak w 1939. A przecież jeszcze nie wypłacili odszkodowania za II wojnę światową. To znaczy oczywiście Żydom wypłacili, innym wypłacili, ale Polacy nie dostali ani grosza. I kiedy Polacy upominają się o wypłatę w markach, bo mają lepszy kurs niż złotówka ( ludziska, tam już jest euro – chciałam krzyknąć, ale odpuściłam), to Niemcy też krzyczą, że chcą zwrot swojego.

„ A co my mamy im oddać?” - ryknęła ze śmiechu pod maseczką pani z ogórkami.

Autobus, na który oczekiwaliśmy, stał właśnie na „światłach”. Miałam kilka minut na ripostę, by nie wdawać się w ostrą dyskusję. Jest duża szansa, że w autobusie nie będą dyskutować.... Czego od nas mogą chcieć Niemcy?

Odetchnęłam głęboko i spokojnym głosem odpowiedziałam:
  • Pomorza, Warmii i Mazur, znaczy się Prus, Śląska Opolskiego, Dolnego Śląska... Wrocławia, Szczecina... może nawet Gdańsk...
  • Ale to przecież dostaliśmy za zabrany wschód! - oburzył się naród na przystanku.
  • Po zwrot tych ziem to musimy się zwrócić do Ukrainy, Białorusi i na Litwę...
  • Ale to nie oni zabrali, to Związek Radziecki...
  • Związku Radzieckiego już nie ma... - wzruszyłam ramionami.
Właśnie podjechał autobus. Wsiedliśmy do niego i pojechaliśmy z naszymi ogórkami, jagodami i wiśniami robić przetwory dla wnuków.

Nieustannie tkwimy w tradition, że wszystkiemu winni są nadal Niemcy... 


poniedziałek, 20 kwietnia 2020

Narodowa kwarantanna XXXIX - Placebo


                            film na dziś "Żądło"

Dziś będzie raczej nudno. Wszystko dlatego, że wczoraj była niedziela. A niedziela na prowincji zawsze jest nudna. Nie bierzmy pod uwagę imprez typu odpust czy festyn, bo te są w wyznaczonych miejscach i nudy wiejącej z ulic prowincji nie likwidują. Jeśli dodamy do tego stan kwarantanny, to możecie sobie wyobrazić spokój, ciszę i bezruch ....

Wczorajszy spacer z psem poświeciłam właśnie wędrówce wzdłuż jednej z najbardziej ruchliwych ulic. Ma cztery pasy, dwa w jedną, dwa w drugą stronę. Tędy wiedzie najliczniejsza linia komunikacji miejskiej (w normalny dzień autobus co 10 minut). Tutaj też, w niewielkiej odległości od jezdni znajduje się słynny na całą Polskę szpital, obecnie jednoimienny. Znaczy się koronawirusowy.

Poszłam więc chodnikiem wzdłuż szpitala. Na trasie do mini galerii handlowej nie spotkałam nikogo. Minęłam natomiast dwa skrzyżowania z sygnalizacją świetlną.

Po co ona działa? W jakim celu mruga trzema kolorami? Gdzie sens i logika? Samochodów jak na lekarstwo...

Dobra, nie będę się czepiać. W telewizji policjant powiedział, że kwarantanna kwarantanną, ruch na drogach mniejszy, ale przepisów przestrzegać trzeba. Jasne, jeszcze się odzwyczają od świateł i co potem będzie, jak już normalnie będzie?

Minęły mnie również dwa autobusy miejskie wiozące powietrze.

Potem skręciłam w kolejną dużą ulicę. Z jednej strony kościół, z drugiej galeria handlowa i kolejny kościół. Jak to w Łomży bywa. Gdzie się nie obrócisz, tam kościół. Katolicki rzecz jasna.

Tym razem spotkałam cztery osoby bez psa i trzy z psami. Według przepisów miały być zamaskowane.

Część była. Część nie. Miała pod szyją jakieś apaszki, szaliczki, golfiki. Podczas kiedy ja brnęłam przez ulice miasta w maseczce wielorazowej bawełnianej, ludzi mijając mnie, wsadzali brodę w te „chusteczki”, że niby zasłaniają twarz.

Słowem, żadnego zabezpieczenia.

Poczyniłam również maseczkowe obserwacje z balkonu. Wszak pod sobą mam sklepy. Było podobnie. Maseczka pod brodą, w ustach papieros lub butelka z napojem, daję głowę uciąć, że piwo lub tzw. „małpka”. Pod blok wróciła bowiem „ławeczka”. Jeszcze nie w pełnym składzie, ale już część trwa na posterunku.
Inni z owymi szalikami i golfikami na szyi zakrywali twarz …. wchodząc do sklepu.

Słowem, odnoszę wrażenie, iż zezwolenie na zakrywanie twarzy byle czym to oczywiste działanie psychologiczne. Niech naród ma poczucie bezpieczeństwa. Placebo też działa.

Oczywiście melduję, że na prowincji policji ani straży miejskiej nie widać i nie ma komu karać za brak nikabu (hi hi... nie wiecie co to? To sobie wygoglujcie!).

Wieczorem trasę powtórzyłam. Statystycznie było to samo. Taka sama ilość ludzi, psów i autobusów z powietrzem. Zasłonięte twarze – podobnie.

Tym razem skupiłam się na szpitalu. W dzień – wiadomo, spokój, cisza. Po zmroku szpital więcej mówi o sobie.

Trasą wzdłuż szpitala chodzę około dwudziestej pierwszej od 10 lat, bo tyle ma moja sunia. Zawsze o tej porze włączone były światła w praktycznie wszystkich pokojach. Położony w szczerym polu budynek rozjaśniał teren wokół siebie. Czasami przechodziłam przez ulicę i spacerowałam po alejkach prowadzących do szpitala.

Teraz strach się bać. Nie, nie małego, wrednego hitlerka. Ciemności. Szpital tonie w ciemności. W czas wielkiej zarazy, pandemii, epidemii i placebo w postaci maseczek jednoimienny szpital jest wygaszony. Zwłaszcza w części, gdzie znajdują się sale pacjentów.

O tym, gdzie są, wiem z autopsji. Wszak cztery lata temu leżałam w jednej z sal na oddziale wewnętrznym. Od początku narodowej kwarantanny przyglądam się oknom właśnie na tym oddziale.
Czasami widać światło w trzech oknach, z czego dwa to dyżurka pielęgniarek. Wczoraj nawet tu nie dojrzałam śladu elektryczności.

Wiem, że sale pacjentów znajdują się jeszcze po drugiej stronie księżyca, znaczy się korytarza. Czyżby wszystkich pacjentów położono właśnie po tej drugiej? I tak na każdym oddziale? Inne wczoraj też straszyły mrokiem i czernią.

Celowe zaciemnienie? Z dzieciństwa pamiętam, że rodzice zaciemniali pokój, kiedy chorowałam na odrę...

Wszyscy już spali?

Po powrocie do domu zrobiłam rzecz karygodną w czas zarazy. Wzięłam prysznic i otworzyłam puszkę piwa. Postanowiłam, że następnego dnia pójdę po takie w butelce.

piątek, 13 marca 2020

Narodowa kwarantanna – pierwszy dzień minął...


film na dziś - "Jestem legendą"

Żyję. Ale jakoś mi tak nieciekawie. Chociaż dzień zaczął się całkiem nieźle.

Włączam telewizor – troska o seniora. Rodzicu nie prowadź dziecka do babci. Sąsiedzie, zrób zakupy starszej sąsiadce. Seniorze, zadzwoń, pomożemy.
W sumie tylu słów i chęci udzielenia pomocy osobom 60+ jeszcze w swym życiu nie słyszałam. Dobrze, dostosuję się. Chociaż wnuka żal.... Iść z wizytą czy nie? Co prawda do tej pory to myślałam, że to ja zarazę mogę roznieść. Wszak niedawno wróciłam z innej części Polski. Tymczasem taki internet mówi inaczej.

Posprzątałam mieszkanie. Nawet podłogi wymyłam. Nie dlatego, że ponoć wirus utrzymuje się trzy dni. Brudne były.
Zrobiłam porządek z paprotką, która domagała się zmiany doniczki. Z jednej paprotki zrobiłam dwie. A kwiatek ważny. Ponoć zdrowotny. Znalazłam zeszłoroczny nawóz w płynie. Podlałam geranium, taki drugi zdrowotny kwiatek. Niech zdrowo rośnie.

W południe wyszłam z psem. I bardzo dobrze. Ponoć nie zabrania się samotnych spacerów. Bo samotna byłam. Po terenie osiedlowego terenu rekreacyjnego, w znacznych odległościach od siebie chodzili tacy jak ja – z psami różnej wielkości.

Żadnych dzieci. Żadnych małolatów. Żadnej młodzieży.

Proszę jak się młode pokolenie dostosowało. Siedzi sobie szczęśliwe grzecznie przed laptopami, klika, gra, ogląda. Dzień wcześniej widziałam rozradowane grupy młodych. Cieszyli się z powodu odwołanych zajęć. Gdyby tak mieli prawo do głosowania, już wiadomo by było, kto zostałby prezydentem.

Musiałam jeszcze wpaść do przychodni. Telefonicznie zamówiłam leki, bo moje choroby przewlekłe takowych wymagają. Niestety, receptę musiałam odebrać osobiście. Nie pytałam, dlaczego nie ma e-recepty. Personel medyczny i tak zestresowany, po co im stresu dodawać. Pielęgniarka długo szuka mojej recepty wśród sterty innych.

W aptece kilka osób stoi w dużych odległościach od siebie. Dostosowali się. Wyginają się, ile mogą, by z jak największej odległości podać receptę i odebrać leki. Zwykle uśmiechnięta pani farmaceutka sprawia jednak wrażenie przerażonej. Przy kasie ma płyn odkażający. Często z niego korzysta.

Moja wyprawa trwa ok. 30 minut. Na ulicy w godzinach szczytu spotykam kilka osób. Naród się dostosował. A ja mam skojarzenia....

Kilka lat temu, podczas jesiennego pobytu w Ustce, wybrałam się do miejscowości Rowy, ponoć pięknego i niepowtarzalnego letniego kurortu nad Bałtykiem. Kiedy wysiadłam z autobusu, ogarnęło mnie przerażenie. Potęgowało się wraz z kolejnymi krokami po ulicach.
Miasteczko był wyludnione. To znaczy wyglądało na wyludnione. Mało tego – opuszczanie budynków odbywało się spokojnie. Na parapetach stały jeszcze kwitnące kwiaty, parkingi przed pensjonatami i domami wczasowymi pozamiatane. Na bramach wisiały kłódki lub były zamki szyfrowe. W miejscu, w którym jak podejrzewałam było centrum, wszystkie sklepy, kioski, chyba z pamiątkami, zasunięte roletami. Przy kaplicy wisiała kartka – nabożeństwa niedzielne odbywają się do 15 września. To samo dalej - „Punkt apteczny czynny do 15 września”. Jeden otwarty sklep. Jedna otwarta niby kawiarnia i patrzący na mnie z utęsknieniem człowiek obsługujący klientów. Nikt nie spacerował brzegiem morza.

Istna sceneria horroru.

Przypomniał mi się film „Jestem legendą”, w którym Will Smith spaceruje po wyludnionym Manhattanie....

Gdy zapadnie zmierzch, z budynków wyjdą potwory....

O nie, spieprzam stąd. Szybko w autobus i do Ustki. Tam po sezonie jest normalne życie.

Mój syn w rozmowie telefonicznej skojarzenia z filmem potwierdza. Z Rowami po sezonie nie, bo go tam nie było.

Wieczorem zadzwonił kumpel. Wreszcie przywiózł obiecany kalendarz. Nie, nie będzie wchodził do mieszkania. Biorę psa na smycz, wychodzę przed blok. Stajemy w bezpiecznej odległości. Próbujemy się śmiać z sytuacji. 

„Wiesz, rozmawiałem wczoraj z koleżanką, która wróciła z Włoch. Tam też początkowo się śmiali i mają to, co mają. Ja odwołałem wszystkie spotkania. Zamykam się w domu. Będę pracował zdalnie. Mogę.” - powiedział na pożegnanie.

Powiało grozą.

wtorek, 27 sierpnia 2019

Cytaty - Podróże kształcą...




Podróże kształcą - powiedzenie

Dobrze jest wyjechać z domu. Dobrze zobaczyć inne miasta, innych ludzi. Świat niby jest taki sam, niby wszyscy jesteśmy dziećmi tych samych Prarodziców, a jednak wszędzie jest inaczej. Jadąc autobusem też możemy wiele zobaczyć, wiele usłyszeć.

Na łące w okolicach Ostrołęki pasą się krowy. Dostojnie chodzą po trawniku wyjadając trawę. Obok nich na trawie leżą przytulone do siebie czarno-białe cielaczki. Sielanka.

W Szczytnie do autobusu wchodzi kontroler biletów. Potężny mężczyzna mówi „Dzień dobry”. Po okazaniu biletu – „Dziękuję”. „Kanar” może być uprzejmy.

Na trasie do Olsztyna ktoś ociepla domek holenderski stojący pod lasem. Połowa już oklejona styropianem. Obok stoi betoniarka. Zimą będzie ciepło.

W okolicach Raciąża znajduje się ciekawe oświetlenie wsi. Na słupie umieszczono baterię słoneczna, wiatraczek i okrągłą lampę. Ekologiczne latarnie biegną aż do granicy z uprawnymi polami. Mądrze.

Na dworcu autobusowym w Elblągu stoi grupa ludzi. Palą papierosy. Głośno rozmawiają o ostatnim meczu. Nie klną. Młodzież.

Wjeżdżając do Gdańska nocą widzimy oświetloną rafinerię. Sceneria jak z najlepszego filmy science fiction. Tysiące rur iskrzy od blasku i zdaje się rozświetlać ciemne niebo. Postęp.

Starsza pani opowiada o świętym prawie do wyboru. To w ramach dyskusji o antykoncepcji i aborcji. Kobieta jest też człowiekiem i nie można jej zniewalać. Pan twierdzi, że najlepszą forma zniewolenie jest taka, w której nie wiesz, że jesteś zniewolony. Racja.

Młody mężczyzna zabawia siedzącą obok dziewczynę. Delikatnie dotyka jej dłoni. Szepcze coś do ucha. Ona śmieje się. Miłość.

W Lęborku do autobusu wsiada pani z pieskiem. Zwierzątko szybko wskakuje jej na kolana, spogląda w oczy i przytula się. Przyjaźń.

Za oknem wschodzi słońce. Czerwony blask ociera się o brudną szybę. Dzień.

Podróż jak każda inna….

środa, 17 lipca 2019

Rekrutacja i rady




Mam mieszane uczucia. Dotyczące rekrutacji do szkół średnich przed tzw. podwójny rocznik. Wiem, że sposób przeprowadzenia reformy, przepraszam – tzw. reformy oświaty – jest do du... znaczy się do bani. I tu nie ma nad czym dyskutować. Ale zastanawia mnie co innego...

Ogólnie, statystycznie przygotowano w szkołach średnich więcej miejsc niż ogólna, statystyczna liczba absolwentów gimnazjów i podstawówek. 

Ogólnie nie powinno być z tym problemów.

W telewizji taki facet z takiego Chełma mówi, że dowiedziawszy się, iż w jego miejscowości w szkole X byli kandydaci do trzech klas, a planowano dwie, postanowił utworzyć ową trzecią. Stojący obok faceta minister uśmiechnął się na zasadzie „Można? Można!”.

I tu wiem, większość też wie, że nie wszędzie można. Budynki szkolne nie są z gumy. A salki katechetyczne norm nie spełniają. A nawet gdyby spełniały, to czy wiadoma firma pozwoliłaby na nauczanie w nich takiej biologii i teorii ewolucji?

Ale przyjrzyjmy się, gdzie można....

Rzeczywiście, w małych lub mniejszych miasteczkach można.
Kiedyś uczyłam w sympatycznym miasteczku, oddalonym od większego miasta o ok. 20 km, w którym ongiś funkcjonowało liceum i „zawodówka”. Kiedy byłam uczennicą, spora grupa znajomych z większego miasta, dojeżdżała właśnie do szkoły w mniejszym. Po prostu chciała się uczyć w „ogólniaku”, a nie miała szans na przyjęcie do jedynego wówczas „ogólniaka w większym. Samochodów wówczas było niewiele, ale autobusów typu „PSK” - multum. Można było sobie spokojnie dojeżdżać. Sympatyczne liceum cieszyło się dobrą sławą i wszystko grało.

Dlaczego dziś nie gra? Dlaczego nawet dziś młodzież z miasteczka nie chce kontynuować nauki we własnym środowisku?

Bo młodzi ludzie chcą za wszelką cenę wyrwać się z miasteczka. Przynajmniej na kilka lat, na czas nauki, zanim być może wrócą, by poprowadzić mleczne gospodarstwa swych rodziców. Wiem, bo o tym z uczniami rozmawiałam. Nawet nauka w „zawodówce” w dużym mieście jest dla nich atrakcyjniejsza niż w małym.

Nie mi osądzać czy to dobrze, czy to źle. Tak jest. W małych miasteczkach zawsze będzie więcej miejsc w szkołach niż w dużych. Tu zawsze lekcje będą się wcześniej kończyły. Tu zawsze klasy będą mniej liczne. W dużych miastach zawsze będzie inaczej. Ale nie wymagajmy, żeby uczniowie z Warszawy uczyli się w Jedwabnem...

Zatem statystyka ma się nijak do rekrutacji....

Druga sprawa, która ostatnio zaprząta mi umysł, to wielka dyskusja na temat czasu zatrudnienia nauczycieli. Oto pewna pani pisze, że będzie miała umowę od 1 września, ale zapowiedziano jej, iż w sierpniu ma posiedzenie Rady Pedagogicznej, Zespołu Wychowawczego, Zespołu Samokształceniowego i szkolenie BHP. I ma się na to stawić. Pani pyta, czy musi, bo przecież nie będzie jeszcze pracownikiem.

Odezwały się przede wszystkim głosy sfrustrowanych strajkiem i stosunkiem do wszelkich władz, krzyczące, że skoro nie jest pracownikiem to nie musi, bo trzeba się szanować i dość pracy bez zapłaty.
Powinnam poprzeć ową tezę, wszak też strajkowałam, ale jakoś tym razem mam opory. Wielokrotnie zaczynałam pracę w nowych dla mnie szkołach i nigdy przez myśl mi nie przeszło, że mogę na sierpniowe posiedzenia nie przyjść, jeśli umowę o pracę mam od 1 września. Takie pierwsze posiedzenia były dla mnie elementem przygotowania się do pracy....

I w tym momencie coś z innej beczki. Znajoma księgowa przez 20 lat przebywała na rencie, słusznej zresztą. Okazało się jednak, że w celu otrzymania tzw. pełnej emerytury powinna jeszcze przepracować co najmniej trzy lata. Zaczęła zatem szukać pracy. Niestety.... W czasie, kiedy znajoma przebywała na rencie, księgowość z ksiąg papierowych przeniosła się do komputera. Podstawowe pytanie, które zadawano jej przy rozmowie to w jakim stopniu zna …. i tu padały nazwy programów komputerowych stosowanych w księgowości. Oczywiście nie miała o tym zielonego pojęcia. Obiecywała, że się nauczy …. kiedy otrzyma pracę... Odpowiedź była zawsze taka sama - „ Kiedy otrzyma pani pracę, to trzeba będzie pracować, a nie uczyć się”.

I tak sobie myślę, że owe sierpniowe spotkania ze szkołą dla tych, co mają umowy od 1 września to właśnie takie przygotowanie do pracy.

Aha, zapytałam, czy jeśli mam umowę do 31 sierpnia i wiem, że już pracować w szkole nie będę, to mam uczestniczyć w owych sierpniowych szkoleniach i radach? Tak – odpowiedzieli sfrustrowani. Po co? - drążyłam temat, nie widząc sensu i logiki w swoim udziale w przygotowaniach do roku szkolnego 2019/2020.

„Bo jest pani pracownikiem szkoły”.

Kochani, Nie przeginajmy.


sobota, 13 lipca 2019

Zakupy




Ceny w sklepach. Temat rzeka. Źródło wszelkich inspiracji polityczno-społecznych.

Otóż jedni mówią, że jest lepiej. Drudzy oczywiście na przekór – tragedia. Na wiadome portale trafiają porównywarki cen sprzed lat, czasami sprzed roku, z obecnymi. Zawsze oczywiście wychodzi na to, że teraz wszystko jest droższe.

W sumie to prawda. Kiedyś wszystko było tańsze. Takie papierosy marki „Sport” w latach 70-tych kosztowały 3,50 zł. Wiem, bo wtedy zaczynałam palić. Wystarczyło oddać kilka butelek do skupu po libacji urządzonej przez rodziców i forsa na fajki była. Ewentualnie wziąć od starych na bilet autobusowy – 1,50 zł – i tak trzykrotnie zasuwać pieszo, by kupić „Klubowe” - 4,50 zł.

Dobra, wracajmy do XXI wieku...

No więc pojawia się taka informacje, że jajko teraz kosztuje (wszystkie ceny na zasadzie „na przykład”) – 0,60 zł, a rok temu – 0,30 zł; chleb – analogicznie – 4 zł i 2 zł, masło 5 zł i 10 zł.... itd. itp. Słowem – wszystko w górę o 100%.

Dla mnie są to ceny z kosmosu. Po pierwsze gdybym kupowała w takich cenach moja emerytura wystarczyłaby mi na dziesięć dni, no dobrze, na dwa tygodnie. Tymczasem żyję i nawet schudnąć nie mogę.

Teraz ponownie wspomnienia, kiedy obecny prezes i wódz, był tylko prezesem. Wybrał się prezes na zakupy do niewielkiego sklepu osiedlowego w Warszawie (w takim Jedwabnem – wielkiego, w takim Wałbrzychu – średniego). Wziął koszyk, wybrał artykuły pierwszej potrzeby, zapłacił w kasie i oznajmił, że jest bardzo drogo. Pytanie „Jak żyć?” wówczas nie padło, bo nie istniało. Natomiast jeden z dziennikarzy zadał inne „Dlaczego prezes nie zrobił zakupów w dyskoncie?” (nazwy nie podam, bo za reklamę mi nikt nie płaci).

Na to obecny wódz odrzekł, że w dyskoncie robią zakupy bardzo ubodzy ludzie, przeciętny Polak kupuje w sklepie za rogiem. Kochani, ile się wówczas hejtu wylało na głowę prezesa....

Bo przeciętny Polak kupuje w dyskoncie. Ja co prawda żyję poniżej przeciętnej i do biedoty mi niedaleko, ale w sklepie spotykam znajomych z solidnymi pensjami.

Tutaj – ceny z 11 lipca – chleb kosztuje 1,79, jaja klasy M – 0,29 zł (promocja), karkówka – 12, 99 zł (też promocja), masło 200 g – 3,45 (no pewnie, że promocja!). Do tego lampy solarne w promocji! Kupiłam.... odrobina luksusu na emeryturze też się należy...

Oczywiście moi drodzy, że można kupić chleb za 4 zł. Zapytałam w osiedlowej „piekarni” ile kosztuje najdroższy – 18 zł za kilogram, pełnoziarnisty, natomiast wśród bochenków – 2, 80 zł. Można kupić jajko za złotówkę. Można kupić piwo za 15 zł.... Oczywiście, jeśli się ma na to ochotę i forsę.

Oczywiście, że w ramach promocji dyskonty każą kupić po dwa albo trzy opakowania. Właśnie przyciągnęłam do domu całe dwadzieścia jaj, zamiast dziesięciu, trzy kostki masła zamiast jednej. Jaja będą na bieżąco konsumowane, ileż to rzeczy można zrobić z jaj! Masło podzieliłam na mniejsze porcje i zamroziłam.

Bo tak kupuje dziś przeciętny Polak. Kiedyś w sklepach wystarczyły koszyki. Dziś stoją przy nich wózki.

I jeszcze jedna uwaga... na wiadomym portalu społecznościowym pojawia się od czasu do czasu informacja zachęcająca do zakupów u lokalnych przedsiębiorców. „Kupując u potentata dopłacasz do jego trzeciego domu. Kupując u lokalnego – zapewniasz jego córce kurs tańca, a synowi nowe buty piłkarskie!” - krzyczą litery. Pod takim tekstem zawsze piszę, że kupując u lokalnego płacę z reguły znacznie drożej, w związku z czym nie opłacę synowej kursu tańca, a wnukowi nie kupię butów, akurat do koszykówki. O dziwo, stać mnie na dopłatę do trzeciego domu milionera.

I zawsze to mnie dziwi, chociaż znam prawa rządzącego rynkiem chleba, jaj i masła...

piątek, 22 marca 2019

Wawa w upał

 
P1270224pomnik Bohaterów Getta w Warszawie

tekst z sierpnia 2018

Wybrałam się do stolicy na weekend. Koleżanka zaprosiła. Pobyty u niej to uczta intelektualna, bowiem najwięcej czasu spędzamy na rozmowach.

Jazda do Wawy z mojego miejsca zamieszkania jest całkiem przyjemna. Co prawda przez trzydzieści kilometrów jedzie się „ósemką” w budowie, ale pozostałe 120 - w porzo. Praktycznie same obwodnice i szosa nazywa się „drogą ekspresową”. Do tego autobusy w miarę komfortowe, ba, w niektórych nawet toaleta dostępna.

To da się prosto wytłumaczyć – kursy do stolicy przejęły firmy prywatne i o klienta bardzo się starają. Do tego stopnia, że w mieście, w którym mieszkam, starego PKS-u już administracyjnie nie ma. Dworca też niedługo nie będzie, bo został sprzedany, a nowego nie wybudowano.

Ale miało być o Wawie...

Dojechałam do dworca Warszawa Zachodnia. Córka na mnie czekała. Na szczęście krótko, bo nie lubi „zachodniej”. „Tu jeszcze gołębie z PRL-u latają” - informuje i szybko uciekamy, żeby który nie nasra.... nam na głowę.

Nie da się ukryć, dworzec, w przeciwieństwie do innych dworców, ten tkwi w minionej epoce pełną gębą. Jeśli dodać do tego stan nawierzchni wokół stanowisk autobusowych, to mamy późnego Gomułkę lub wczesnego Gierka. Walizkę na kółkach trzeba nieść, bo jadąc można stracić kółka.

Ale nie narzekajmy, większość nawierzchni dworcowych tak wygląda. Wiem, bo często na nich bywam...
Koleżanka dworca broni. Jego części kolejowej. I tu się z nią zgadzam. Część kolejowa praktycznie dopiero powstała. Jest poczekalnia połączona z MacDonaldem, są zegary, informacje... tylko dojście na perony i te perony.... nie dla walizek na kółkach.

Tym razem w planach miałam również zwiedzanie Muzeum Historii Żydów Polskich, jedno z dwóch miejsc, w których mnie jeszcze nie było. I nie zawiodłam się. Muzeum na miarę XXI wieku, interaktywne, bogate, ładne i przede wszystkim chłodne, co było nie bez znaczenia w upalny piątek Restauracja też tam jest, ale ceny …. nie dla emeryta z prowincji....

W większości czas spędzałam u koleżanki. Jest szczęśliwą posiadaczką domu z ogródkiem na …. Woli. Lokalizacja wyśmienita, ogród wspaniały, grill oczywiście był. A w trakcie konsumowania karkówki i pikantnych kiełbasek – nocne Polaków rozmowy o rządzie, protestach, kościele, młodzieży.... Oczywiście temat na inny tekst...

W niedzielę natomiast wybrałam się na bazar, zwany targiem lub po warszawsku – stadionem. Tak, tak, tradycja stadionowa w stolicy być musi. Tym razem znalazłam się na stadionie klubu Olimpia.

Ludzie kochani, toż to inny świat! Tu jest dosłownie wszystko. Od wędlin poprzez chleb, stare ciuchy po.... zaraz, zaraz niech napięcie wzrośnie.

Nie dość, że jest wszystko, to jeszcze znacznie taniej. Pączki po 0,50 zł, chleb za 1 zł, kiełbasa na grilla za 9 zł („wspaniała” – twierdzili kupujący stojący w długiej kolejce), ciuchy, jak w moim szmateksie raz w tygodniu – po 1 zł sztuka. O kontrabandzie, znaczy się papierosach i alkoholu nie wspomnę. Papierosy z obcą naklejką, wóda też z obcą etykietką. Stoiska z nowymi rzeczami też są, a jak! Nową kieckę możesz kupić za 25 zł, bo sprzedają ją ludzie ze wschodnim akcentem. Człowiek chodzi i nie wie gdzie stanąć, co obejrzeć, co kupić.... Nawierzchnia prawie taka jak na dworcu. Dziura goni dziurę. Do tego poprzedniego dnia lało, więc kałuża za kałużą. Przed stoiskami na ziemi (chyba?) porozkładane tekturowe pudełka wchłaniające wodę i maskujące dziurę. Ot takie wtórne wykorzystanie makulatury, znaczy się opakowań.
I oczywiście jest towar ekstra. Kiedy funkcjonował stadion 10 lecia, ponoć można było tam kupić kałasznikowa. Na Olimpie, zgodnie z duchem czasu proponowano mi …. „marychę”.

Powrót do domu nie obył się bez atrakcji. Oto zmierzając na północny wschód piętrowym autobusem, usłyszałam kierowcę komunikującego pasażerom, że na „ósemce” jest wypadek i do celu będziemy zmierzać objazdem. „A skąd on wie?” - zapytała starsza ode mnie pani. „Ma GPS-a” - poinformowałam dumnie.

I tak obejrzałam sobie jeszcze kawałek Polski, którego z drogi ekspresowej bym nie zobaczyła...





środa, 20 marca 2019

Normalna normalność

 
P1080551

tekst z 2018

Dziś trochę o normalności, czyli o określonych zasadach, które powinny być stosowane i nie powinny nikogo dziwić. Tymczasem ja dziwię się. Dziwię się coraz bardziej.

Moje zdziwienie zaczęło się jakieś 12 lat temu, kiedy byłam jeszcze czynnym nauczycielem. Jako taki byłam zmuszona „doszkalać się” czyli brać udział w różnych kursach doskonalących. Jako nauczyciel z dużym doświadczeniem teoretycznie sama mogłam takie kursy prowadzić. Ale tylko teoretycznie, ponieważ nie miałam uprawnień pedagogicznych do szkolenia dorosłych. To już wydawało mi się nienormalne, ale co tam. Jak mus to mus.

I oto podczas pewnego szkolenia dla wychowawców klas usłyszałam zdanie: „ Nie ma złej młodzieży, są tylko źli wychowawcy”. Były to słowa, które wpajano mi w pierwszych latach pracy, ich autorem był Anton Makarenko, pedagog rodem ze Związku Radzieckiego.

Oczywiście od razu pochwaliłam się znajomością historii pedagogiki licząc na szybsze zwolnienie z zajęć. Tymczasem popełniłam karygodny błąd. Pani prowadząca zajęcia oznajmiła, że żaden komunista tego nie powiedział. Ona ma wykład opracowany przez …. zapomniałam kogo, ale z germańska to brzmiało... i są to najnowsze osiągnięcia pedagogiki światowej. Po czym nastąpił słowotok, według mnie na podstawie tekstów Makarenki.

Był to moment przełomowy w moim spojrzeniu na rzeczywistość. Okazało się, że normalna to już ona nie jest.

Kolejne kursy utwierdzały mnie w tym poglądzie. Do tej pory uważałam, że jeśli uczeń zrobi coś źle, to powinien ponieść konsekwencje. Źle napisana klasówka – niedostateczny. Pobicie kolegi – obniżona ocena z zachowania. Brak pracy domowej lub nieodpowiednio wykonana - też słaba ocena...

Teraz uczono mnie inaczej.

Oto Jasiu napisał charakterystykę Telimeny, a miał opisać Jacka Soplicę. Kiedyś nauczyciel napisałby pod tekstem „Praca nie na temat”. Dziś już nie. Musiałby zadać pytanie – dlaczego Jasiu opisał ciotkę zamiast księdza? Może nie lubi osób duchownych? A dlaczego nie lubi? Oj, niebezpiecznie się robi.... może więc przyczyną jest inna... może Telimena wzbudziła w nim pożądanie.... też niedobrze... Jasia trzeba by wtedy do psychologa, bo jeszcze nie powinien pożądać.... Może nauczyciel w niedokładny sposób sformułował temat pracy domowej.... nieważne, że wszyscy w klasie zrozumieli, każdego ucznia trzeba traktować indywidualnie. Może do Jasia trzeba innymi słowami... A może po prostu normalnie drań jeden nie uważał na lekcji, nie zapisał tematu pracy i ściągnął z internetu nie to, co trzeba było!
Oto najnowsza metoda wychowawcza – dziecko trzeba chwalić, chwalić, chwalić, bo inaczej dzieciństwo będzie zmarnowane i wyrośnie na zakompleksionego człowieka. Oczywiście, że trzeba chwalić, ale nie za sprawy tzw. normalne.

Uczymy dziecko sprzątania zabawek, czyli wyrabiamy nawyk utrzymania porządku. Oczywiście, że chwalimy, na początku. Potem sprzątanie powinno stać się normą i już chwalić nie powinniśmy. Wprost przeciwnie – rozliczać z obowiązku sprzątania. Tak było kiedyś. Dziś rozliczanie dziecka ze sprzątania zabawek wcale nie jest normalne.

Uczymy dziecko słowa „przepraszam”. Czy zawsze trzeba je chwalić, jeśli go użyje? Przecież to normalne, że gdy postąpię nieodpowiednio wobec drugiego człowieka to powinienem go przeprosić.
Kelnerka pomaga starszemu człowiekowi w pokrojeniu potrawy. Jej gest trafia do internetu jako akt iście bohaterski, bo zrobiła coś, co do jej obowiązków nie należało! Dostaje za to nagrodę! Za co? Za przyzwoitość? Oczywiście, nie musiała tego robić, a niech się stary męczy, bo dziś nie ma czasu na gest zwykłej normalnej dobroci.

Młody człowiek w sportowym aucie stoi przed pasami i czeka aż opuści je człowiek poruszający się o kulach. Wzbudza zachwyt obserwatorów. Taki grzeczny, kulturalny. Dlaczego od razu zachwyt? No bo mógłby trąbić, wrzeszczeć, a w ostateczności staranować kalekę i zwalić swój czyn na rodziców, którzy go w dzieciństwie nie chwalili. Co jest tu normalne?

Młody człowiek ustępujący starszemu miejsce w autobusie – unikat, jakiś chory na umyśle czy co? Wszak dziś młode pokolenie jest zestresowane, zmęczone i im kilkuminutowa podróż na siedząco się należy. To jest dziś normalne. Ja się na to nie godzę.

Dziadek idący z wnuczkiem ze szkoły i niosący jego tornister – widzę to codziennie. Wnuczek ma już 10 lat, ale jest taki słaby, a tornister taki ciężki.... „To może wnuka zapisać na jakieś zajęcia sportowe?” - proponuję. Już chodzi. Na koszykówkę i lekkoatletykę. Rzuca piłeczką i biega. Dziadek też chodzi – na rehabilitację, bo starość nie radość i kręgosłup już nie ten. Dźwiganie tornistra w ramach rehabilitacji? To jest dziś normalne?

Pierwsza komunia w małym miasteczku – dzieci ustawiają się przed wejściem do kościoła. Na początku te w regionalnych strojach za 1500 zł. Skromnie ubrane w białych albach stają na końcu. To jest dziś normalne.

Tęsknię za starą normalnością. Pewnie stara jestem.





czwartek, 14 marca 2019

Ludzie bywają dziwni....


Ludzie bywają dziwni. Czasami ich nie rozumiem. Oto na przykład jadę sobie autobusem nocnym relacji Podlasie – Wybrzeże. Ludzie wsiadają i wysiadają. Tych pierwszych jest więcej. Każdy chce oczywiście siedzieć sam na dwuosobowym miejscu, bo droga daleka, a autobus wąski. Na jego końcu miejsce marzenie uczestników szkolnych wycieczek – rząd siedzeń. I ktoś sobie śpi. Aż chrapie. Zajmuje oczywiście cały rząd. Ktoś chce tam usiąść, będzie miał miejsce przy oknie, ale boi się ruszyć chrapiącego. Bo… co będzie jak zbudzony zacznie krzyczeć? „Nic” – odpowiadam – Usiądzie normalnie, tak jak większość w autobusie. Chętny na miejsce przy oknie nadal się waha. Budzić, nie budzić? 

Nie wytrzymuję. Podnoszę głos tłumacząc, że nie może jeden spać na pięciu siedzeniach, podczas kiedy ktoś stoi. Dalej obawy. Dalej cykor. Dyskusja się rozwija. Wreszcie leżący człowiek budzi się. Bez problemu siada normalnie. Można usiąść w drugim końcu długiego siedzenia. Nikt nikogo nie zabił. Nie zakrzyczał. Wystarczyło go po prostu grzecznie obudzić.

Rencistka Zofia miała pecha. Sąsiad zalał jej łazienkę. Przeprosił. Zofia zawiadomiła ubezpieczenie, że ma zaciek na suficie. Przyszedł przedstawiciel, znaczy się agent, zrobił zdjęcia, stwierdził szkodę. Zofia dostała całe 500 zł na odnowienie sufitu i ścian w łazience. Zachłysnęła się sumą, bo symboliczna już jest. Minął rok. Ponownie awaria na górze. Tym razem szkoda w łazience rencistki niewielka. Ale wzywa ona ubezpieczenie. Agent przychodzi, kiwa głową, robi fotki. Zofia dostaje … 100 zł.  „Dlaczego tak mało?” – pyta zdziwiona. „Bo za poprzednie odszkodowanie nie wymalowała pani sufitu. Ma pani poprzednie 500, teraz 100. Można wymalować.” – informuje ubezpieczenie i pokazuje zdjęcia. Są dowodem. Rencistka krzyczy: „Mogłam z tym 500+ zrobić, co mi się podoba!”. Nic z tego. "Pieniądze z ubezpieczenia trzeba było przeznaczyć na naprawienie szkody". Po co więc potem opowiadać, że ubezpieczenie jest złe?

Mieszkam sobie w pensjonacie nad morzem. W samo południe wyjeżdżam na spotkanie ze znajomymi. Wracam w okolicach dwudziestej drugiej. Czuję w pokoju chłód. Dotykam grzejnika. Zimny. Wody ciepłej też nie ma. Trudno, do rana wytrzymam. W sumie aż tak zimno nie jest. Budzę się o wpół do ósmej. Sytuacja nie uległa zmianie. Wysyłam SMS-a do właścicieli. Za pół godziny otrzymuję odpowiedź, że zaraz ktoś się zjawi i awarię usunie.

Przychodzi młody chłopak. Słyszę jak sprawdza grzejniki w korytarzu, odkręca wodę w ogólnodostępnej łazience. Otwieram drzwi. Witam się. Informuję. Chłopak przytakuje, obiecuje, że zaraz sprawdzi. Z innych pokojów też wyłaniają się postacie.
I zaczyna się awantura. Ludzie mają pretensje do młodego, że jest awaria, że cały dzień i całą noc pozbawieni byli ciepła, że tak późno nadeszła pomoc, że to skandal, że … no i dużo było tych „że”.

Młody słucha i nie wie, co ma robić. Stara się uśmiechać i coś mamrocze pod nosem. Wkraczam do akcji. Odsyłam młodego do piwnicy, gdzie znajduje się uszkodzone urządzenie, które nie dostarcza ciepła. Dzieciak posłusznie udaje się do miejsca, w którym ma zrobić to, po co przyszedł. Zajmuję się ludźmi. „To do kiedy jest ta awaria?” – pytam zebranych na korytarzu ludzi z pretensjami.
„Od wczoraj, od trzynastej” – słyszę i włos jeży mi się na głowie. „To od trzynastej nikt nie zawiadomił właściciela, że zimno?” – pytam dalej. „A jak zawiadomić?” – ryczy ze złością w głosie facet spod „siódemki”.
Normalnie. Przy wejściu wisi kartka formatu A4 z numerem telefonu i informacją „Dzwonić w przypadku awarii”. Okazuje się, że nikt  nie zauważył kartki i oczywiście, nie zawiadomił.
„No tak, gdyby nie ja, to dalej byście marzli i czekali na cud. Właściciel telepatycznie miał widzieć, że coś nawaliło?” - podsumowałam sytuację. 

Myślałam, że ludzie  załapali w czym rzecz. Nic z tego. Kobieta spod „piątki” spojrzała na mnie spod byka i rzuciła obelgę prosto w twarz: „A dlaczego pani tak późno interweniowała?”. „ A dlaczego pani w ogóle nie interweniowała?” - westchnęłam głośno i zamknęłam się w swoim pokoju.

Młody chłopak długo walczył z awarią. W końcu usunął, naprawił. Popłynęła ponownie gorąca woda i grzejniki zrobiły się ciepłe. Posiedział jeszcze trochę w moim pokoju, by upewnić się, ze wszystko gra. Powiedział, ze gdyby wczoraj, przed dwudziestą  wiedział o awarii, przyszedłby i naprawił. „No właśnie, dlaczego pani nie poinformowała…”… „Bo mnie moje dziecko po prostu nie było… a inni… jak widać oczekiwali na cud lub wierzyli w telepatię…”

Ludzie bywają dziwni…