Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szpital. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szpital. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 grudnia 2020

Teorie spiskowe 2020 - Bez stetoskopu


Rok 2020 upłynął pod znakiem pandemii wirusa zwanego koroną, ze względu na swój wygląd, który widzieli tylko uczeni i badacze. W Polsce dołączył do niego Strajk Kobiet, który stawał w obronie praw kobiet, sprawa pewnego kardynała, który stawał z kolei w obronie Kościoła oraz Marszu Niepodległości, który walczył o niepodległość, diabli wiedzą czyją.

Na tle tych wydarzeń rodziły się teorie spiskowe.... oto niektóre z nich....



Jak widzicie kochani, obracamy się nieustannie wokół teorii o przerzedzeniu Matki Ziemi, która nie daje już rady ze zbyt dużą ilością jej dzieci. Wojny światowej dawno żadnej nie było. Wydłużyło się życie człowieka, znaczy się wiek, a lasy wycięto, lodowce topnieją.... Trzeba jakoś zapewnić byt tym, co... inaczej – młodym i zdrowym.

Bo oto dochodzimy do podstawowej metody przerzedzania ludzkości poprzez wirusa – medycynę telefoniczną.

Sposób kontaktowania się z lekarzem, dla zmyłki nazywanym „lekarzem pierwszego kontaktu”, ma wyeliminować nie tylko nierentownych gospodarczo seniorów, ale również osoby chore. Te osoby nie pracują, nie wzbogacają gospodarki, nie wytwarzają. Wprost przeciwnie – regenerują wielkie koszta. A to szpitale, przychodnie, a to zabieranie czasu lekarzom, a to wypłaty z ZUS.... słowem chorego człeka trzeba ….

(Na szczęście hospicja korzystają głównie z datków i 1% i nie obciążają budżetu.)

Metoda wydaje się być w miarę humanitarna. Lekarz telefonicznie postawi diagnozę, da numer recepty i w sumie nie można niczego nikomu zarzucić. Taki chory pójdzie do apteki, postoi z pół godziny na deszczu (w aptece mogą przebywać równocześnie dwie osoby, reszta – won za próg, czyli na świeże powietrze), w drodze powrotnej wyczerpany złapie wiadomego wirusa. Trafi do szpitala, tam zejdzie i wprowadzą go na listę ofiar korony, tworzonej ku przestrachowi społeczeństwa. Winny jest zatem wirus. Jasne? Jasne!

Służba zdrowia w tym wypadku zdaje się być służbą wirusowi.

Oczywiście nie w całości. Sama jestem, jak wielu innych, ofiarą medycyny telefonicznej. Nawet trafiłam do szpitala. Normalnego szpitala. Wszyscy tam normalnie pracowali. Potem trafiłam do prywatnej przychodni w celu wykonania badań. Tu nie tylko pracowano normalnie, tu pracowano rewelacyjnie.

Można? Można!

Dlaczego więc lekarz tzw. pierwszego kon.... dobra, nie będę tego powtarzała, nudne się robi... nie przyjmuje pacjentów normalnie? Jak jest cel? O co w tym wszystkim chodzi?

Teoria spiskowa mówi, że chodzi głównie o przerzedzenie. Starszym, schorowanym ludziom odechce w końcu porad przez telefon. Bo nawet oni już nie uwierzą, że można telefonicznie odróżnić przeziębienie od anginy, grypy lub alergii. O zapaleniu oskrzeli czy płuc już nie wspomnę.

Telefon to nie stetoskop.

W oczu też takiemu pacjentowi telefon nie zajrzy. Zapalenie spojówek? Zespół suchego oka? A może zwykły paproch?

Na zakończenie zacytujmy klasyka:

Ślachetne zdrowie,

Nikt się nie dowie,

Jako smakujesz,

Aż się zepsujesz....” 

środa, 25 listopada 2020

Teorie spiskowe 2020 - Wątroba w mikroczipie

 



Rok 2020 upłynął pod znakiem pandemii wirusa zwanego koroną, ze względu na swój wygląd, który widzieli tylko uczeni i badacze. W Polsce dołączył do niego Strajk Kobiet, który stawał w obronie praw kobiet, sprawa pewnego kardynała, który stawał z kolei w obronie Kościoła oraz Marszu Niepodległości, który walczył o niepodległość, diabli wiedzą czyją.

Na tle tych wydarzeń rodziły się teorie spiskowe.... oto niektóre z nich....


Do najczęściej powtarzanych i rozwijanych teorii spiskowych należy teoria o zagrożeniu szczepiennym, czyli dać się szczepić na wirusa, zwanego koroną, czy odpuścić sobie, bo to i tak nic nie da.

Na początku pandemii rozwijano teorię o zawartym, w planowanych wówczas szczepionkach, mikroczipie. Było to urzeczywistnienie wizji z filmu „Interkosmos”. Film ten opowiada o podróży pilota wojskowego w zminiaturyzowanej łodzi podwodnej wewnątrz ciała człowieka. Facet sobie tam pływał, oglądał wątrobę, serce, a nawet odkrył, że jest w ciąży. To znaczy nie on, ale jego ukochana, gdyż w wyniku wymiany płynów, w postaci bodajże kichnięcia, znalazł się w kobiecym ciele. 

W sumie źle by nie było. Nawet gdzieś napisałam, że dobrze byłoby mieć taki czip w sobie. Zwłaszcza podczas praktykowania medycyny telefonicznej. Taki lekarz pierwszego kontaktu miałby na monitorze wszystkie nasze narządy i wiedziałby, gdzie na przykład taki rak się umiejscowił... w wątrobie.... w żołądku.... Jakiej jest wielkości.... jeszcze leczyć czy już zaklepywać miejsce w chłodni zakładu pogrzebowego... bo wiadomo, pandemia, dużo ludzi umiera...

Już dobrze.... już przestaję....

Taki czip mógłby również wyjaśnić przyczynę innych, mniej oczywistych chorób leczonych w fazie początkowej, oczywiście telefonicznie. Gdybym go miała, być może nie trafiłabym latem do szpitala... Niestety, trafiłam, zrobiono mi wszystkie możliwe badania i nie znaleziono żadnych przyczyn uniemożliwiających mi wówczas egzystencję wśród zdrowych.

W sumie wyzdrowiałam i też nie wiem dlaczego.

Jednak większość z moich znajomych nie chce takiego mikroczipa u siebie. Powołuje się na inny film - „Apollo 13”. Uwięziony, wraz z kumplami, w statku kosmicznym na orbicie Tom Hanks w przypływie emocji usuwa ze swego ciała wszelkie rurki, napy i czujniki rejestrujące pracę jego organów wewnętrznych. Oczywiście wszystko jest widziane i rejestrowanie w NASA w Huston i wszyscy mogą śledzić takie serce Toma Hanksa na przykład. Ów więc krzyczy, że chce trochę prywatności w ciężkich czasach.

Cóż, są tacy co lubią rozmawiać o stanie swojej wątroby, są tacy co nie. W końcu choroba to prywatna sprawa.

czwartek, 30 kwietnia 2020

Narodowa kwarantanna XLIX – A na mojej Rodzinnej Ziemi...


    film na dziś „Życie jest piękne”

Dziś spróbujemy zacząć pozytywnie. A to dlatego, że wczoraj spotkałam znajomą i ręce mi opadły...

Zawsze zadbana, z umalowanymi na ciemno włosami, odpowiednim makijażem dostosowanym do wieku 60+, staranny ubiór. Jak nie kurteczka, to płaszczyk i buty na dość wysokim obcasie.
Wczoraj zobaczyłam prawie horror. Włosy z potężnym siwym odrostem. Zero pudru, tuszu i cieni na powiekach. Byle jak narzucona na byle jaką sukienkę przybrudzona kurtka. Brudne, zniszczone półbuty...

Zaniemówiłam. Ona się odezwała. Załamanym głosem, prawie ze łzami w oczach oznajmiła, że przyszło nam żyć w trudnych czasach. Za okupacji tak źle nie było. Zamknęli człowieka jak w więzieniu. Niczego nie wolno robić. Wolno tylko wolno umierać.
Odetchnęłam, kiedy wywnioskowałam, że stan znajomej wynika z konieczności dostosowania się do zasad kwarantanny. Myślałam, że spotkała ją rodzinna tragedia.

Próbowałam pocieszać, że źle tak wcale nie jest, że może już wyjść na spacer, że cały czas mogła wyjść do sklepu. A jeśli chodzi o włosy, to mogę do niej wpaść i zrobić porządek z odrostami. Byle by tylko farbę kupiła.

Machnęła ręką i odeszła.

Miałam do czynienia ze wzorcową postacią cierpiącą na depresję kwarantannową. Niewesoło, jeśli wokół nas znajduje się więcej osób... Chyba trzeba leczyć je optymizmem....

Nie, nie będzie o kolejnych etapach rozmrażania. Wczoraj zrobiłam potężne zakupy i nie ma mowy o rozmrażaniu lodówki.
Będzie o pozytywnych zjawiskach w naszym obecnym życiu. Wałbrzyskich rzecz jasna. No to moja Rodzinna Ziemia i tam zawsze jest dobrze! Dobra, wiem, że przesadzam, ale ojczyzna to ojczyzna, zwłaszcza ta mała.

Oto wałbrzyski prezydent Roman Szełemej każdego dnia nagrywa dla swoich mieszkańców około pięciominutową wypowiedź. Nazywa się to „Raport z życia miasta”. Swym spokojnym, niezwykle opanowanym głosem informuje nie tylko o czynnościach związanych z małym, wrednym hitlerkiem, nie tylko o ilości chorych w szpitalu oddziale zakaźnym (szpital wieloimienny). Mówi również o tym, co dzieje się w mieście. 

Dzieje się dużo. Taka obwodnica, największa wałbrzyska inwestycja od czasów wybudowania mego osiedla – prawie sto lat temu, budowana jest bez znaczących postojów. Oddano do użytku po rewaloryzacji kolejną zabytkową ulicę. Prezydent za każdym razem dziękuje mieszkańcom za dyscyplinę w czasie kwarantanny i podkreśla ich rolę w nierozprzestrzenianiu się wirusa po mieście.

Mówicie, że to tylko ja, tak z odległości 600 km, fanatyczna miłośniczka miasta, odbieram codzienny przekaz...

Też tak myślałam. Skonsultowałam ze znajomymi. Słuchają swego szefa. Z przyjemnością. Cieszą się, że facet pamięta o nich, że każdego dnia „spotyka” się z nimi poprzez internetowe nagranie. Cieszy ich przede wszystkim spokój, z jakim informuje nawet o trudnej sprawie, jaką było na przykład zamknięcie oddziału neurochirurgii w wałbrzyskim szpitalu.

Jednym słowem – jest pozytywnie.

Drugi pozytyw, oczywiście z Wałbrzycha, dostarczyła mi emerytka Zofia, z której wieje z reguły pesymizmem. Otóż pewnego dnia doznała szoku. Właśnie minął jej termin wyznaczonej wizyty u diabetologa. Już zaczynała kląć i dostawać epizodów depresyjnych, kiedy nagle zadzwonił telefon. Kontaktował się z nią... pani doktor od cukrzycy. Zapytała, jak się czuje, jaki ma poziom cukru, czy posiada jeszcze lekarstwa, bo jeśli nie, to pani przepisze e-receptę.... Rozmowa była spokojna i rzeczowa. Pani obiecała, że z chwilą uruchomienia poradni, data wizyty zostanie wyznaczona po ponownie i podana telefonicznie.

Zofia oczywiście zbaraniała. Pozytywnie. Jak żyje ponad 60 lat, żaden lekarz nigdy do niej nie zadzwonił i nie zatroszczył się o jej zdrowie.

Gest co prawda nie likwidujący choroby, ale poprawiający nastrój pacjenta.

I o to właśnie chodzi... poprawiajmy sobie wzajemnie nastrój!


poniedziałek, 27 kwietnia 2020

Narodowa kwarantanna XLVI – Taki sobie chaosik....


film na dziś "Nic nie widziałem, nic nie słyszałem"


Dziś o chaosie. Nie tym w waszych domach. Ani tym bardziej w moim. U mnie porządek. Nawet wczoraj podłogę wymyłam. Codziennie zmywam naczynia. Piorę, jak w koszu nazbiera się odpowiednia ilość prania białego i kolorowego. Śmieci też wynoszę. Posegregowane w miarę możliwości.

Za oknem też wszystko gra. Ludzie chodzą w maseczkach pod brodą. Większość sprząta po swoim psie. Pan dozorca codziennie robi obchód swego rewiru. Sprząta śmietnik. Przed nim leży tzw. wielki gabaryt, bo lokatorzy mają gdzieś termin akcji „Wywal graty z chaty”. Stare wersalki i fotele wymieniają wtedy, kiedy im wygodnie.

Chodzi o chaos informacyjny.

Zbyt dużo pojawia się informacji w związku z nieszczęsnymi wyborami. Karty do głosowania mają trafić bezpośrednio do skrzynek. Ale mamy potwierdzić ich odbiór. Listonosz ma nas wylegitymować. Czyli mamy z dowodem osobistym stać przy skrzynce na listy? A skąd pewność, że to my tu mieszkamy, że nie stoimy pod skrzynką Jasia Kowalskiego, żeby przechwycić kartę do głosowania w celu sfałszowania wyborów? Kochani, w naszych dowodach nie ma danych o miejscu zameldowania... A roznosiciel ma prawo nas nie znać. Wirus też nas nie zna.

Słowem – nikt do końca nie wie, jak będzie.

Największy chaos informacyjny dotyczy samego małego, wrednego hitlerka. Przejdźmy do konkretów, czyli jak to z nim jest.

„Niemiecki wirusolog twierdzi, że epidemia potrwa aż do wynalezienia skutecznej szczepionki. Francuski wirusolog twierdzi, że epidemia samoczynnie wygaśnie za kilka tygodni. Chiński wirusolog twierdzi, że Covid będzie powracał jak grypa sezonowa. Włoski lekarz twierdzi, że wyleczeni pacjenci nabierają trwałej odporności. Brytyjski lekarz twierdzi, że pacjenci mogą być odporni tylko przez kilka tygodni lub miesięcy. Polscy lekarze twierdzą, że wyleczeni pacjenci nie mogą nikogo zarazić. Chiński lekarz twierdzi, że wyleczeni pacjenci mogą nadal zakażać”.

Tak, skopiowałam z postu byłej uczennicy. Było tam jeszcze więcej wzajemnie wykluczających się wypowiedzi, których już przytaczać nie będę.

Klasycznym już przykładem mętliku w wypowiedziach jest nasz minister zdrowia. Niby lekarz, a jednak coś mu się miesza. Najpierw mówił, że maseczka nic nie daje. Nikogo przed niczym nie uchroni. No, może ci co kaszlą lub kichają powinni ją nosić. Reszta niech machnie na ten środek zapobiegawczy ręką. Potem odwrót o 180 stopni i nakaz noszenia czegokolwiek na ustach i nosie.

Dziś też mamy masę sprzecznych opinii o owych maskach. Ulice przypominają karnawał, bo każdy ma inną. Ja na przykład mam taką z uśmiechem Jokera. Chodzę i straszę. Joker uszyty jest z przewiewnego materiału, w związku z czym ma przewiew. Tradycyjne, koronawirusowe uszyte są z bawełny. Oj, mam taką... Oj, trudno oddychać. Człowiek łyka własny dwutlenek węgla... Oj, wdycha...

Właśnie... Są tacy, co uważają, że ów dwutlenek nie zaszkodzi, są tacy, co biją na alarm. Bo doprowadzi do zapalenia płuc. Pomaseczkowego, nie wirusowego.

I komu tu wierzyć?

O ilości teorii spiskowych już nie wspomnę. Odnotuję jedynie, że coraz więcej osób z mego otoczenia, osób całkiem poważnych, politycznie niezaangażowanych, zaczyna wierzyć, iż coś w tym wszystkim jest. I nie jest to jakiś tam wirus....

Najmniej chaosu jest w łomżyńskich szpitalu jednoimiennym. Znaczy się zakaźnym. Co prawda pod koniec tygodnia ktoś próbował coś napisać na temat związany ze szpitalem i podał wiadomość, że karetki wiozą chorych do szpitala!

Ludzie, rewelacja! Chorzy ludzie będą leczeni w szpitalu!

Według dzisiejszych danych na 203 sale i 476 łóżek, w łomżyńskim szpitalu przebywa 30 (słownie trzydzieści) osób w koronie.

A martwiła się była pani poseł, że warunków nie ma do leczenia, a martwiła się... Tymczasem mamy w Łomży komfortowe warunki do opieki medycznej!

A jak tam wasze szpitale?

poniedziałek, 20 kwietnia 2020

Narodowa kwarantanna XXXIX - Placebo


                            film na dziś "Żądło"

Dziś będzie raczej nudno. Wszystko dlatego, że wczoraj była niedziela. A niedziela na prowincji zawsze jest nudna. Nie bierzmy pod uwagę imprez typu odpust czy festyn, bo te są w wyznaczonych miejscach i nudy wiejącej z ulic prowincji nie likwidują. Jeśli dodamy do tego stan kwarantanny, to możecie sobie wyobrazić spokój, ciszę i bezruch ....

Wczorajszy spacer z psem poświeciłam właśnie wędrówce wzdłuż jednej z najbardziej ruchliwych ulic. Ma cztery pasy, dwa w jedną, dwa w drugą stronę. Tędy wiedzie najliczniejsza linia komunikacji miejskiej (w normalny dzień autobus co 10 minut). Tutaj też, w niewielkiej odległości od jezdni znajduje się słynny na całą Polskę szpital, obecnie jednoimienny. Znaczy się koronawirusowy.

Poszłam więc chodnikiem wzdłuż szpitala. Na trasie do mini galerii handlowej nie spotkałam nikogo. Minęłam natomiast dwa skrzyżowania z sygnalizacją świetlną.

Po co ona działa? W jakim celu mruga trzema kolorami? Gdzie sens i logika? Samochodów jak na lekarstwo...

Dobra, nie będę się czepiać. W telewizji policjant powiedział, że kwarantanna kwarantanną, ruch na drogach mniejszy, ale przepisów przestrzegać trzeba. Jasne, jeszcze się odzwyczają od świateł i co potem będzie, jak już normalnie będzie?

Minęły mnie również dwa autobusy miejskie wiozące powietrze.

Potem skręciłam w kolejną dużą ulicę. Z jednej strony kościół, z drugiej galeria handlowa i kolejny kościół. Jak to w Łomży bywa. Gdzie się nie obrócisz, tam kościół. Katolicki rzecz jasna.

Tym razem spotkałam cztery osoby bez psa i trzy z psami. Według przepisów miały być zamaskowane.

Część była. Część nie. Miała pod szyją jakieś apaszki, szaliczki, golfiki. Podczas kiedy ja brnęłam przez ulice miasta w maseczce wielorazowej bawełnianej, ludzi mijając mnie, wsadzali brodę w te „chusteczki”, że niby zasłaniają twarz.

Słowem, żadnego zabezpieczenia.

Poczyniłam również maseczkowe obserwacje z balkonu. Wszak pod sobą mam sklepy. Było podobnie. Maseczka pod brodą, w ustach papieros lub butelka z napojem, daję głowę uciąć, że piwo lub tzw. „małpka”. Pod blok wróciła bowiem „ławeczka”. Jeszcze nie w pełnym składzie, ale już część trwa na posterunku.
Inni z owymi szalikami i golfikami na szyi zakrywali twarz …. wchodząc do sklepu.

Słowem, odnoszę wrażenie, iż zezwolenie na zakrywanie twarzy byle czym to oczywiste działanie psychologiczne. Niech naród ma poczucie bezpieczeństwa. Placebo też działa.

Oczywiście melduję, że na prowincji policji ani straży miejskiej nie widać i nie ma komu karać za brak nikabu (hi hi... nie wiecie co to? To sobie wygoglujcie!).

Wieczorem trasę powtórzyłam. Statystycznie było to samo. Taka sama ilość ludzi, psów i autobusów z powietrzem. Zasłonięte twarze – podobnie.

Tym razem skupiłam się na szpitalu. W dzień – wiadomo, spokój, cisza. Po zmroku szpital więcej mówi o sobie.

Trasą wzdłuż szpitala chodzę około dwudziestej pierwszej od 10 lat, bo tyle ma moja sunia. Zawsze o tej porze włączone były światła w praktycznie wszystkich pokojach. Położony w szczerym polu budynek rozjaśniał teren wokół siebie. Czasami przechodziłam przez ulicę i spacerowałam po alejkach prowadzących do szpitala.

Teraz strach się bać. Nie, nie małego, wrednego hitlerka. Ciemności. Szpital tonie w ciemności. W czas wielkiej zarazy, pandemii, epidemii i placebo w postaci maseczek jednoimienny szpital jest wygaszony. Zwłaszcza w części, gdzie znajdują się sale pacjentów.

O tym, gdzie są, wiem z autopsji. Wszak cztery lata temu leżałam w jednej z sal na oddziale wewnętrznym. Od początku narodowej kwarantanny przyglądam się oknom właśnie na tym oddziale.
Czasami widać światło w trzech oknach, z czego dwa to dyżurka pielęgniarek. Wczoraj nawet tu nie dojrzałam śladu elektryczności.

Wiem, że sale pacjentów znajdują się jeszcze po drugiej stronie księżyca, znaczy się korytarza. Czyżby wszystkich pacjentów położono właśnie po tej drugiej? I tak na każdym oddziale? Inne wczoraj też straszyły mrokiem i czernią.

Celowe zaciemnienie? Z dzieciństwa pamiętam, że rodzice zaciemniali pokój, kiedy chorowałam na odrę...

Wszyscy już spali?

Po powrocie do domu zrobiłam rzecz karygodną w czas zarazy. Wzięłam prysznic i otworzyłam puszkę piwa. Postanowiłam, że następnego dnia pójdę po takie w butelce.

sobota, 4 kwietnia 2020

Narodowa kwarantanna XXIII - Zaświeciło słoneczko....


film na dziś "Seksmisja" 

Wczoraj jedna z znajomych na wiadomym portalu napisała, że już jej się nie chce uczestniczyć w narodowym jęczeniu. Przesłała pozdrowienia i zniknęła. I tak mi przemknęło przez myśl, że chyba ma rację.

Obecnie wszyscy jęczymy. Nad wiadomym małym, wrednym hitlerkiem jęczymy, bo zabija ludzi i gospodarkę. 
Nad wspomnieniami z dzieciństwa też jęczymy, bo minęło. 
Mój znajmy jęczy, bo ktoś mu w bok auta wjechał i trzeba bok klepać. 
Ktoś jęczy, bo mu bibliotekę zamknęli. 
Nad wyborami jęczymy. „Wuc” wyborów chce. Ludzie z intenetu nie. 
Wszyscy jęczą.

Jedynie lasy nie jęczą, bo wprowadzono zakaz poruszania się po nich istotom na dwóch nogach. Mówię wam, to robota „zielonych”!

Na pewno nie jęczy Michał Sołtan. Konsekwentnie o 17.00 wychodzi na swój balkon. Gra i śpiewa. I chwała mu za to.

Nie jęczał też pewien pan, który w swym wykładzie próbował przekonać mnie, że wirus nakręcony jest medialnie. Może bym i uwierzyła, gdyby nie rzekł, że sepsę leczy się wlewami z witaminy C. Po takim twierdzeniu uznałam, że jego, przydługie wystąpienie, jest po prostu kolejną teorią spiskową.
O tym, jak to z wirusem było, dowiemy się po latach....

Zaczęłam szukać pozytywnych zjawisk wokół siebie.

Są, rety, są!

Na początku narodowej kwarantanny ugotowałam gar zupy fasolowej. Dwie fasolki uratowałam. „Posadziłam” je na gazie na słoiku z wodą. Takie przypomnienie z lat szkolnych. Moje pokolenie miało fasolkę w na gazie posadzić i każdego dnia opisywał zachodzące w niej zmiany. Taka praca domowa. Dziś, jak za starych czasów, fasolka pięknie rośnie.

Słońca coraz więcej i moje „świetliki” na baterie słoneczne wyłapują go też coraz więcej. Dłużej świecą.

Kwiatek doniczkowy zwany „grudnikiem” nadal stoi na stole i kwitnie. Do Wielkanocy dotrzyma. Jakiej Wielkanocy? Przecież przeniesiona na wrzesień! Hi hi ha ha! Od razu człek wpada w dobry humor jak sobie uświadomi pewne bezsensowne wypowiedzi.

Wieczorem miałam do wyboru dwa filmy, albo klasyk z serii Marvela, albo klasyk polski. Wybrałam „Seksmisję”. Nie ma to jak na świętą noc usłyszeć, że Kopernik była kobietą. Jako była feministka uwielbiam również słowa „Kobieta mnie bije!”. No i oczywiście nieśmiertelne twierdzenie o wywiadach i wizytach w zakładach pracy połączone z okrzykiem „Nas!? Bohaterów!? Prądem?!”.
Oj, udał się Machulskiemu film, oj udał.

Prawdziwe słoneczko zaświeciło mi wczoraj w porze poobiedniej.
Ktoś zadzwonił domofonem. Szok. Po prostu szok. Nikt mnie nie uprzedzał, że przyjdzie. Chciałam ryknąć „Czego!?”, myśląc, że to znajomi sąsiada z „ławeczki”, którzy często pod wpływem procentów wybierają zły przycisk.
Jednak wrodzona i nabyta kultura kazała mi rzec normalnie, jak do telefonu:
„Słucham”.
Po drugiej stronie rozległ się ciepły, młody głos:
„ Roznosimy maseczki dla seniorów. Mamy jedną dla pani i chcemy ją wrzucić do skrzynki”.
O.... przypomniałam sobie, ze rzeczywiście.... ktoś obiecał, iż osoby posiadające Miejską Kartę Seniora takowe od „miasta” dostaną....
Kiedy głos opuścił klatkę schodową, szybko pobiegłam do skrzynki na listy. Maseczka była. Wraz z informacją jak jej używać, jak prać, a właściwie wygotowywać. Dołączono również list do seniorów, z którego dowiedziałam się, że maseczki uszło Stowarzyszenie Motocyklistów Łomżyńskich Wild Dogs. Po drugiej stronie znajdowały się informacje co powinien senior robić w czasie kwarantanny, a co nie.
I było kolejna rzecz niesłychanie ważna – lista dostępnych poradni specjalistycznych, które funkcjonowały w łomżyńskim szpitalu. W momencie przemianowania go w szpital zakaźny przestały normalnie funkcjonować. My seniorzy dostaliśmy do ręki spis owych poradni w najbliższej okolicy. Parę łomżyńskich adresów też się tam znalazło.

Czy maseczka i lista specjalistów seniora uratuje? Nie wiem. Ale życie choć na moment stało się przyjemniejsze.


wtorek, 17 marca 2020

Narodowa kwarantanna V – Teorie spiskowe


17 marca 2020
film na dziś "Imperium słońca"

Wiem, że wczorajszy felieton był kiepski. Nudy były. Ale... obyśmy takie nudy do końca epidemii mieli.

Jak już wspomniałam, wczoraj podczas porannego siusiania mojej suni na podwórku, usłyszałam klaksony dochodzące spod łomżyńskiego szpitala. Trwał protest mieszkańców przeciwko przekształcenia go w jednoimienny zakaźny. W sieci zobaczyłam grupę ludzi z transparentami i jeżdżące nieustannie auta.
Przerazili mnie .... roznoszenie wirusa jak na dłoni. „Ale oni walczą o twój szpital! O twoje bezpieczeństwo!” - ryknęła mi przez telefon koleżanka, gdy powiedziałam jej o obawach. No dobra, przyjmuję do wiadomości.

Prawie pewność, że szpital zakaźny nie powinien być w Łomży, uzyskałam po wypowiedzi prof. Robert Flisiaka, prezesa Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych. Facet przyznał się, że ręce załamał, kiedy dowiedział się, że w szpital będzie zakaźnym.

Tu po prostu nie ma warunków.

Nie ma. Cztery lata temu leżałam na wewnętrznym. Pokoik nie powiem, trzyosobowy. Ale sracz na oddziale tylko jeden. Znaczy się dwa, ale w większym przechowywano umarłych... bo to wewnętrzny przecież.... Brrr.... do dziś pamiętam ten dreszcz przerażenia.

Zatem w porządku, jeśli fachowiec mówi, że warunków nie ma to znaczy nie ma.

Po tradycyjnym powrocie ze spaceru z pieskiem ( w okolicach szpitala – było już cicho) zabrałam się za szukanie teorii spiskowych. I znalazłam!

W 2015 Bill Gates powiedział: „Jeśli coś zabije 10 mln ludzi w ciągu najbliższych dekad, najprawdopodobniej będzie to wysoce zakaźny wirus, a nie wojna. Nie pociski, a mikroby. Częściową przyczyną są ogromne inwestycje w nuklearne straszaki przy znikomych nakładach na powstrzymanie epidemii. Nie jesteśmy gotowi na kolejną epidemię.”

W 2012 słynny wówczas polski dziennikarz Max Kolonko nagrał informację o raporcie krajowej rady wywiadu lądującym na biurku każdego nowego prezydenta USA. Co ja wam zresztą będę opisywała... posłuchajcie sami... zwłaszcza od 3 min. 50 sek.


Niestety, na nic teorie spiskowe... musiałam wczoraj wyjść do ludzi. To, że ja mogę paść na koronawirusa, nie oznacza, że pies musi paść od kleszczy. Oczywiście mogłam poprosić syna, żeby załatwił co trzeba. Ale lepiej, żebym ja padła niż on. Ja swoje dzieci już wychowałam. On wychowuje. Założyłam więc rękawiczki od mycia naczyń i ruszyłam.

Stanęłam twarzą w twarz z weterynarzem. Niestety. Potem minęłam sąsiadkę w sklepie. Niestety. Musiałam tam zajść, bo skończyło mi się mleko i kawa. Spojrzałam w oczy sklepowej. Blisko. Niestety. Przed sąsiednią klatką schodową spotkałam sąsiada wnoszącego …. płyty kartonowo-gipsowe. „Będzie 
remoncik?” - zagadnęłam z bezpiecznej odległości. „Jasne! Trzeba ten czas wykorzystać!”.

Uświadomiłam sobie, że to będzie trzeci remoncik w bloku.

Weszłam do domu, wymyłam ręce. Rety, świat żyje normalnie. Ludzi na pewno mniej, ale są tacy, co pracują, przebywają ze sobą, chodzą do sklepów... Nie wiedziałam, czy z tego powodu być zadowoloną, czy przerażoną emerytką z chorobami współistniejącymi.

Spojrzałam na półkę z filmami.
Dobrze, niech będzie następny z kolekcji „Wybitne filmy XX wieku” - „Imperium słońca” Spielberga. Co prawda z Japończykami, a nie z Chińczykami, ale też skośnookie.

W nocy znowu nie mogłam spać. Wydawało mi się, że mam wszystkie objawy wirusa. Nad ranem moja sunia dostała ataku padaczki. Pierwszego od trzech lat. Jak dobrze, że oprócz kropelek przeciwko kleszczom, kupiłam u weterynarza zapas tabletek uspakajających....

poniedziałek, 16 marca 2020

Narodowa kwarantanna – czwarty dzień minął...


Film na dziś - "Hobbit - niezwykła podróż"

Dopiero czwarty? Dziś jest piąty? Rety, myślałam, że to dziesiąty... czyżby dopadał mnie kryzys?
Dobrze, najważniejsze, że żyję.

Wczorajszy dzień zaczął się od kawy i zakończenia książki Olgi Tokarczuk „Dom dzienny, dom nocny”. W sumie fajna. Znajome dolnośląskie nazwy miast i miasteczek, swojskie słowa w stylu „poniemieckie” i historie, które doskonale rozumiem... wszak jestem wałbrzyszanką, a Nowa Ruda i Kłodzko (po niemiecku Glatz) są mi znane.
Słowem, Olga wiernie oddała klimat moich rodzinnych ziem.

Potem zerknęłam w internet, żeby zobaczyć co na świecie.

Przeżyłam rozczarowanie. Pozytywne. Byłam pewna, że sieć pełna będzie fotek i relacji z kościołów. Ludzie będą wrzucać wieści o niesfornym narodzie udającym się tłumnie do świątyń. Proboszcze (proboszczowie) będą mówić i pisać o kościele jako szpitalu polowym, a biskupi namawiać do zbiorowych modłów o zniknięcie wirusa.
Tymczasem nic takiego się nie działo. Naród posłuchał i zbiorowo nie chciał się modlić. Msze były w telewizji i w internecie.

I bardzo dobrze. Nareszcie zauważono, że Bóg jest wszędzie.

Na nic więc się zdała moja propozycja filmowo-książkowa, czyli „Imię róży”....

Postanowiłam jednak trwać nadal w klasyce. Włączyłam „Na wschód od Edenu”- 1955, a potem „Powiększenie” - 1966.
Sorry kochani.... nie jestem w stanie przekonać się do filmów pierwszego typu, zwłaszcza amerykańskich. O amerykańskiej literaturze też nie wspomnę. Nie dociera do mnie „Moby Dick”, Steinbeck ani Faulkner. Jedynie Hemingway podbił moje serce.
"Powiększenie" przed wielu, wielu laty wzbudziło moje ogromne zainteresowanie. Dziś.... niestety.... jakoś mnie nie porwało. Może to nie czas na filozoficzne dzieła o roli sztuki w życiu człowieka? 
Wieczorem z przyjemnością obejrzałam „Hobbita – niezwykła podróż”. Trochę odpoczynku po wzniosłych dziełach się należy. Zwłaszcza, że wczoraj nawiązałam kontakt z innymi ludźmi. 

Oczywiście, że telefoniczny.

Pierwsza koleżanka była w optymistycznym nastroju. Powiedziała, że nie ma się czym przejmować, bo będzie jeszcze gorzej. Ona od kilku lat ma domową kwarantannę, bo opiekuje się chorą, leżącą mamą.

Druga była przerażona. Po pierwsze pracuje w sklepie, do którego przychodzą różni ludzie. Niektórzy kaszlą, niektórzy pociągają nosem, niektórzy roztaczają wizje apokaliptyczne głośno i długo mówiąc. A nie zdają sobie sprawy, że przez takie gadanie kropelki wirusa też mogą się przemieszczać. Bierz człowieku te pięć bochenków chleba i milcz w sklepie! Po drugie koleżanka ma widok  z domu na dyskont. Każdego ranka trwa tam walka o koszyki, a każdego wieczora przyjeżdżają auta z nową dostawą. Dziki tłum nadal wykupuje, nie licząc się z faktem, że w tłumie o wirusa łatwiej.

Najbardziej zaskoczyła mnie córka. Oznajmiła, że wirus to broń biologiczna. Ktoś chciał wyeliminować Chińczyków, ale nie wziął pod uwagę, że zaraza rozniesie się po całym świecie. Dziwne, specjalistą od teorii spiskowych jest syn....

W każdym razie, nie da się ukryć, mamy wojnę. Taką na miarę XXI wieku. Nie trzeba armat, bomb atomowych i rakiet dalekiego zasięgu, by zlikwidować część ludzkości.

I kiedy wydawało się, że dzień będzie w sumie nudny i niczego nowego nie wnoszący, odezwał się internet i kolejny etap walki o łomżyński szpital.
Wdałam się w pisemną dyskusję z koleżanką, osobą spokojną, logiczną i dobrze ułożoną. Do tej pory. Przekształcenie szpitala w zakaźny sprawiło, że wybuchała emocjami. Negatywnymi oczywiście. Tak jak większość obecnych na portalach mieszkańców Łomży roztaczała apokaliptyczne wizje chorób, na które wymrze miasto, jeśli nie będzie miało szpitala. „A co będzie, jak dostaniesz zawału, karetka na czas nie dojedzie i nie zdążysz do szpitala w innym mieście?” - pytała. Akurat zawał to najmniejszy problem. Mieszkam sama z psem, ten po karetkę nie zadzwoni. I obojętne mi, czy najbliższa kardiologia będzie w Zambrowie, Ostrołęce czy Nowym Jorku.... na nic mi się nie zda.
To miał być oczywiście żart w postaci czarnego humoru. Koleżanka nie załapała. Skończyłam rozmowę.

Długo nie mogłam zasnąć....

Dziś rano wyprowadzając psa, usłyszałam klaksony. Pod szpitalem trwał protest mieszkańców.... 

Ale o tym poczytacie i posłuchacie dziś w mediach ogólnopolskich....


niedziela, 15 marca 2020

Narodowa kwarantanna – trzeci dzień minął....


film i książka na dziś "Przeminęło z wiatrem"

Na początek podziękowania dla czytelnika, który uświadomił mi, że wirus nie umiera w temperaturze 26 stopni, bo człowiek ma 36 i coś, a wirus w nim żyje. Hura! Ludzie mnie czytają!

Żyję. Chociaż rano myślałam, że już krucho ze mną.
Obudziłam się z katarem, bólem głowy i chrypką. No jest, no to już koniec.
Zanim jednak umarłam na zawał, przypomniałam sobie poprzedni wieczór i nocne zakupy. Po powrocie do domu, spanikowana łyknęłam tabletkę nasenną. 
Rano uświadomiłam sobie, że zapomniałam łyknąć wieczornej porcji lekarstw z tym na alergię na czele. W moim podzielniku na leki, przegródka „piątek wieczór” była pełna. Ulga. Łyknęłam co trzeba i po pewnym czasie objawy zniknęły.

Przez okno zauważyłam znacznie większą ilość ludzi kręcących się pod blokiem, czyli tak z pięć osób. (Zwykle dostrzegałam jedną, zatem wzrost o 500%.) Wiadomo, sobota, a na dole sklepy.

Zaniepokoiło mnie jednak co innego. Pod drzewami stała grupa, też pięciu albo czterech, „ławkowiczów” ( od słynnej ławeczki z „Rancza”). Prowadzili ożywiony dialog. Wywnioskowałam to z mowy ciała, chaotycznej i nerwowej. Coś się szykuje.
Gdy ok. 13.00 wyprowadzałam psa, poczułam na korytarzu znajoma woń przetrawionego alkoholu. Z piwnicy rozlegały się głosy.

No nie!

Mój sąsiad dawno temu urządził sobie w swojej części piwnicy pub. Nie było siły, żeby towarzystwo rozgonić i przybytek uciech procentowych zlikwidować. W końcu każdy może sobie z kumplami we własnej piwnicy siedzieć.
Lokatorzy odpuścili zatem walkę o trzeźwość w suterynie.

Ale teraz, w obliczu epidemii, w czasach panowania koronawirusa urządzać imprezy w miejscu ogólnodostępnym? Nie daruję. Jak wrócę z psem nastraszę, że jak złapię wirusa lub będę na kwarantannie, to całe towarzystwo wskażę jako mój kontakt. Niech ich zamkną! Szpital zakaźny blisko!

Ławkowiczów” już nie było. Rozeszli się. Na wszelki wypadek znalazłam numer do dzielnicowego. Następnym razem zadzwonię.

A teraz szpital.... No właśnie.... Nie da się ukryć, jedyny szpital w mieście, 400 metrów ode mnie, przekształcony zostaje w szpital zakaźny.

Na stronach związanych z miastem wrzask, krzyk, przerażenie i wizje apokaliptyczne. Gdzie mają rodzić kobiety? Gdzie udać się z zawałem? Co ze złamaną nogą?

W sumie nie wiem dlaczego akurat ten szpital wybrano na jedyny w województwie, w którym do tej pory ( 15 marca godzina 11.00) nie ma wirusa, szpital zakaźny. Kto wybrał? Jak wybrał? W każdym razie rozpoczęła się ewakuacja pacjentów i nikt nie miał nic do gadania.
Znam kilka osób, które w kwietniu miały mieć zabiegi chirurgiczne. Na pewno są wściekłe. Też bym była w stanie wpienienia całkowitego.
Gdy dostanę udaru, moja rodzina pewnie pozwie decydentów za brak szybkiej i fachowej pomocy medycznej. Ale gdyby tak dopadł mnie wirus....

Cztery lata temu leżałam w tym szpitalu. Kiedy robiło mi się smutno, wyglądałam przez okno. Widziałam kawałek swego bloku.... Robiło się od razu przyjemniej na duszy....
Myśląc o przeżywających horror ewakuowanych pacjentach, wnerwionych ludzi z odroczoną operacją i wystraszonych nosicieli koronawirusa, przypomniałam sobie „Przeminęło z wiatrem”.
Oto Melania Wilkes zaczyna rodzić. Wokół wojna, Atlanta otoczona przez wojska Północy, walczy. Scarlett idzie szukać lekarza, by pomógł rodzącej. Nic z tego. Lekarz wskazuje umierających na ulicach i mówi, że w obliczu takiej śmierci, nikt teraz nie ma czasu dla rodzącej. Odebrać dziecko to nic trudnego... Scarlett wraca do domu i wraz z nierozgarniętą murzyńską służącą odbiera poród...

To się nazywa konieczność wyboru. Zawsze ktoś jest pokrzywdzony.

I gdy prowadziłam sama ze sobą trudną debatę filozoficzną, odezwał się internet.

Oto jeden z radnych zaproponował, żeby stanąć przed szpitalem i zablokować drzwi, bo jakaś władza zamyka jedyny szpital na potrzeby Szpitala Zakaźnego. „Zapraszam wszystkich” - zaapelował.

Włos zjeżył mi się na głowie.

Oczywiście, że odpaliłam pisemnie na taką odezwę. Iść w tłum w celu złapania wirusa! Można i tak. Wtedy szpital obsadzimy własnymi ludźmi i obcych nie przywiozą.
Reakcja radnego była natychmiastowa.
Dziwię się, że nauczyciel taki jak Pani dawnej szkoły powinien być za takim podejściem do działania. Podczas Powstania Warszawskiego nikt nie pytał tych młodych 9 czy 15 letnich dzieci czy mają w sercu ojczyznę. W tym przypadku to jest troska o Nasze Miasto, bowiem większe zagrożenie jest w tym miejscu, gdzie jest skupisko budynków wielorodzinnych i pozbawiono Nas jedynego szpitala.”.
Zaproponowałam, żeby tak powołać się na krucjatę z 1212 roku.
Dziś już wiadomego postu w sieci nie znalazłam. A świat jaki do tej pory znaliśmy, chyba rzeczywiście przemija z wiatrem...








wtorek, 5 marca 2019

Szpitalne żarcie

tekst z lutego 2016


Po swoich ostatnich doświadczeniach szpitalnych, wdaję się w ostre dyskusje na temat polskiej służby zdrowia. Wiem, że najlepiej nie jest, ale czy rzeczywiście wszystko jest aż tak złe, że tylko usiąść i płakać? Dziś będzie o posiłkach, bo temat ciągle nakręcany na jednym z portali internetowych wzbudza wielkie namiętności.

Oczywiście popieram wszelkie zło związane ze szpitalnym jedzeniem. Wiem, że publikowanie zdjęć z pseudo kolacją czy śniadaniem przyczynia się do poprawy jadłospisu w określonej placówce. Zgadzam się całkowicie, że patologię tępić trzeba. 

Ale…

Nie zawsze zgadzam się z potępianiem wszystkiego, co w postaci zdjęć ze szpitalnych posiłków trafia na strony internetowe.

Oczywiście zacznijmy od moich doświadczeń. Przebywałam na szpitalnych oddziałach łącznie dwanaście dni, z czego sześć – na czczo. Taka choroba i takie leczenie. I co z tego, że człowiek przyszedł na oddział przed kolacją, skoro i tak jej nie dostał, bo następnego dnia jak nie endoskopia to laparoskopia. I myślicie, że z powodu braku posiłku umierałam z głodu? Nic z tego. Moja choroba objawiała się miedzy innymi brakiem apetytu. I strachem przed zjedzeniem czegokolwiek, bo każdy posiłek groził mi atakiem. Po zabiegach też zakaz jedzenia przez blisko dobę. Potem następuje ów wstrętny kleik, którego nikt jeść nie chce. No właśnie, bo jeść się nadal nie chce. Człowiek, w asyście pielęgniarek, zmusza się do zjedzenia czegokolwiek i wypicia cienkiej herbaty. Układ pokarmowy musi pracować.

I wyobraźcie sobie, że w trakcie takiej choroby jak moja, dostarczono by mi super posiłek z folderu szpitala w Szwecji… Kolejna endoskopia, bez laparoskopii, bo pęcherzyka żółciowego już nie mam.

Kolejny dzień po zabiegach zaowocował w moim przypadku porcją diety niskotłuszczowej. Wszystko było na tej tacy: zupa na cienkim mleku, bułka, dwie kromki chleba, cztery plasterki chudej szynki. Wmusiłam w siebie zupę mleczną. I dalej stop. Organizm jeść nie chce. Ani szynki, ani świeżej bułki. Zrobiłam kanapki, które zjadło moje dziecko, kiedy przyszło z wizytą. Na obiad podobnie. Znowu wmusiłam zupę i ziemniaki, bo na chudą wołowinę wcale nie miałam ochoty. Dziecko ponownie się pożywiło. Drugie przyszło w porze kolacji. Dostało swoje. Jako diabetyk dostawałam dodatkowo dwa posiłki: kisiel, jabłko, dodatkowa sałatka, jogurt beztłuszczowy. Same rarytasy. I co myślicie, że jadłam aż mi się uszy trzęsły? Nic z tego. Apetyt nie wracał.
Podczas tzw. obchodu lekarz pytał co i ile zjadłam. Z reguły za mało, by przeżyć. Tragedii nie było. Podłączano mi kroplówkę z pierwiastkami życia. Leżałam sobie spokojnie, jako obłożnie chora i wracałam do zdrowia. Potomstwo prosto z pracy przychodziło w odwiedziny, pożywiało się i wracało do domu. Z mojej porcji nic się nie zmarnowało.
A szóstego dnia, kiedy apetyt wrócił, na śniadanie zjadłam i zupę i bułkę, konsylium lekarskie uznało, że czas do domu. No, bo leczenie szpitalne przyniosło efekt.

Z innymi osobami, które spotkałam w szpitalach było podobnie. Praktycznie każda z nich nie miała apetytu i jeść jej się nie chciało. Wiadomo, dlaczego – do szpitala zdrowi ludzie nie przychodzą. To nie agrowczasy. Choroba, jaka by nie była, jest chorobą.

Dobrze, wiem, że są szpitalne oddziały ze zdrowymi ludźmi. Takie położnictwo na przykład. Do dziś pamiętam głód, który poczułam po urodzeniu córki. O północy dzwoniłam do domu z krzykiem, że chce mi się jeść. Rano wałówę mi dostarczono. Kiedy poszłam rodzić syna, już wiedziałam, że muszę wziąć ze sobą żarcie. Było to ponad trzydzieści lat temu, ale ciągle czuję smak domowego sękacza, który zabrałam na porodówkę.

Ale wróćmy na inne oddziały i na zdjęcia posiłków godnych naśladowania. Taki obiad: żeberka, ziemniaki z sosem i sałata ze śmietaną wszyscy chwalą. Super żarcie. Zależy dla kogo. Typowa dieta wysokokaloryczna i wysokocholesterolowa dla zdrowych. Może rzeczywiście na położnictwo. Kolejny wychwalany posiłek: ciemny chleb, wygląda na pełnoziarnisty, mała bułka, pół kubka chyba jogurtu, herbata, trochę startej marchwi, żółty ser, odrobina dżemu, kawałek wędliny i dwie porcje masła. Ludzie są zachwyceni. I znowu to porcja nie dla mnie w czasie mojej choroby. Z tego zestawu mogę zjeść jedynie masło, bułkę i marchew. Jogurt? Oczywiście gdybym wiedziała, że jest beztłuszczowy.

I jeszcze jedna scena ze szpitalnych pokoi. W odwiedziny w porze obiadu przychodzi ciocia. Chora siostrzenica odsuwa talerz z zupą, na kopytka z masłem też nie może patrzeć… Ciocia rozpoczyna wrzask, że jedzenie nie nadaje się do niczego, bo w tych szpitalach, bo ta polska służba zdrowia… A  jutro nasmaży mielonych i dziecku przyniesie, żeby z głodu nie umarło. Pełnoletnie dziecko uspakaja ciocię mówić, że po prostu jest chore i nie ma apetytu na nic… A zwłaszcza na ociekające tłuszczem mielone.

Jeśli zatem kolejny raz będziemy krytykować szpitalne jedzenie, to najpierw pomyślmy… czy przez przypadek nie jest to posiłek człowieka bardzo chorego i czy w domu jadamy lepiej podczas choroby.

Moje dzisiejsze menu – dieta niskotłuszczowa cukrzycowa: 
śniadanie – kaszka manna na mleku
drugie śniadanie - bułka z masłem i plastrem pomidora bez skórki, kawa „Inka”
obiad – ziemniaki puree, parówka, sałata z oliwą z oliwek, sok truskawkowy własnej produkcji niskosłodzony
podwieczorek – ryżowy „styropian”
kolacja – jogurt beztłuszczowy, bułka
do picia na bieżąco: woda niegazowana, zielona herbata, mięta, rumianek, morwa biała
Prawda, że gorzej niż w szpitalu….  

Faceci w szpitalu


tekst z lutego 2016 

Moi stali czytelnicy wiedzą, że ostatni miesiąc spędziłam zwiedzając szpitale. Szpitale były różne, oddziały też. Łączyło je jedno – FACECI. No dobrze, niech będzie mężczyźni, dobrze, jeszcze lepiej – pacjenci rodzaju drugiego, cytując klasyka z „Seksmisji”. Jak by ich nie zwał, wszędzie byli tacy sami.

Przede wszystkim stanowili większość. Zdecydowaną. Górowali nad płcią żeńską ilością, zarówno członków, znaczy się liczbą na oddziale, jaki i silniejszymi głosami i większą energią. Niby chorzy, ale na papierosa zjeżdżali windą aż do wyjście ze szpitala. Było dwóch takich z odmrożeniami ( zima sroga tego roku, oj sroga). Jeden miał załatwione dłonie, drugi stopy. I wyobraźcie sobie, że ten z dłońmi popychał wózek tego ze stopami, który oczywiście chodzić nie mógł, do windy, windą na dół, przez szpital i na papierosa. Dziwne, że tym razem nie odmrozili sobie …. Wiecie czego.

Kolejny pacjent nikotynowy miał bardzo wysoki poziom cukru. (Moja cukrzyca przy jego wyniku to przysłowiowy pikuś). Zgodnie z zaleceniami pacjent spożywał pięć posiłków dziennie. Ale jakie to były posiłki! Prawie jak te postne średniowieczne u Krzyżaków. Wieści głoszą, że w takim Malborku zakonnicy w czasie postu zasiadali tylko dwa razy do stołu: na śniadanie, które trwało do obiadu i na obiad, który trwał do kolacji. Podobnie było z naszym facetem. Rodzina dostarczała mu torby pełne żarcie, które ledwo mieściło się na parapecie. A on jadł, jadł, jadł. Po czym zjeżdżał winda w dół, żeby kalorie spalić. Przed szpitalem oczywiście w postaci papierosa. Ale uwaga, był na takie wycieczki przygotowany. Wychodząc z oddziału wkładał czapkę i ciepły polar. Po dwóch dniach lekarze nie wytrzymali i kazali zlikwidować spiżarnię na parapecie.

Był też erotoman z gatunku gawędziarzy. Upatrzył sobie naszą salę (trzy pacjentki poniżej 60-tki!) i zaglądał, i przyglądał się, i zaczepiał. Kiedyś wparował bez górnej części garderoby i świecąc gołym torsem puszył się jak indor. Gdy wzajemnie pilnowałyśmy się w niezamykanych natryskach, musiał podejść i nastraszyć, że zaraz wejdzie i będzie mył każdej z nas plecy. Kolejny z jego dowcipów o charakterze seksualnym miał miejsce w momencie, kiedy odłączono jedną z nas od aparatu mierzącego ciśnienie i tętno. Aparat nadal pikał. „Może by go tak puknąć?” – zapytał z błyskiem w oku. Koleżanka nie wytrzymała: ”Sam się pan puknij!” .

Prawdziwym przebojem był przybyły w nocy mężczyzna pod wpływem, czyli totalnie zatruty alkoholem. Przez całą noc chodził po korytarzu i jęczał, wzywając Boga na pomoc. Rano, gdy mu od tyłka trochę odelżało, chwalił się każdemu napotkanemu pacjentowi, że sam wypił 3 x 0,7 litra. Pozostali panowie byli pełni podziwu. Patrzcie tyle wypił i jeszcze żyje! Wieczorem już założył kasyno gier karcianych. Miał pecha. Zrobił to w pokoju naprzeciwko naszego. Akurat przywieziono do niego młodego chłopaka z objawami… ja obstawiam, że narkotykowymi. Gdy panowie rżnęli w karty, chłopak wyrwał kroplówkę i wyszedł w kierunku do toalety, krew lała mu się z żyły. Zareagowałam  najszybciej, jak było to możliwe. Kiedy był już w rękach medycznych, obstawiłam karciarzy za brak uwagi. Efekt był taki sobie. Przenieśli się do innej sali.

Panowie górowali głosami. Już parę minut po szóstej okupowali stolik z czajnikiem. Dwóch chorych na wątrobę parzyło fusiastą kawę (rety, a mnie lekarz kategorycznie zabronił…), dwóch kolejnych – przyzwoicie – herbatkę. Oczywiście prowadzono ożywione dyskusje. Były dwa podstawowe tematy: druga wojna światowa i polityka. O ile pierwszy temat był chwilami ciekawy, o tyle drugi brzmiał nieustannie tak: „Bo ku… ci z PO to sku…, a ci z PIS to też ku… złodzieje, a pierd… ich wszystkich, bo ku… nie idzie wytrzymać”. I tak pół dnia przy stoliku, a echo niosło po korytarzu i salach, oj niosło.
Była też taka szczególna sala, a w niej piątka miłośników telewizji szpitalnej. Robili zrzutkę i telewizor wył u nich przez cały dzień. Żeby samemu obejrzeć coś innego niż oni, trzeba było po prostu zamykać drzwi.

Dobrze, nie wszyscy byli tacy. Trafił się przesymaptyczny dziadek z dowcipami, młody chłopak, który zaglądał do mnie, kiedy leżałam po laparoskopii i pytał o samopoczucie, dwóch pacjentów, którzy chcieli koniecznie naprawić instalację elektryczną…. I chyba to już koniec…

A my kobiety, znajdujące się w mniejszości, leżałyśmy sobie spokojnie obserwując teren zajęty przez samców. Oczywiście, że plotkowałyśmy, bo cóż robić w szpitalu opanowanym przez facetów?