Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łomża. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łomża. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 czerwca 2020

List otwarty w sprawie śmietnika


                     
                                               List otwarty w sprawie śmietnika 

                 Do Spółdzielni Mieszkaniowej 

          „Perspektywa” w Łomży

Około 25 maja przy ulicy Księcia Janusza 23 powstała wątpliwej jakości i urody „altanka”, w której ustawiono pojemniki na odpady „z zakładów usługowych”. Jednym słowem – śmietnik.

Konstrukcja „zbudowana” ( a raczej umieszczona w betonowych płytach) została z elementów ogrodzenia, które zazwyczaj stosujemy podczas ogradzania ogródków lub innych terenów, wedle potrzeb ich właściciela. Tego typu konstrukcje mają za zadanie poinformować przybysza, że za nimi znajduje się teren, na który można wejść tylko za zgodą ich właściciela. W środowisku wiejskim służą również do zabezpieczenia terenu przed zwierzętami. Jedne, żeby nie wychodziły; drugie, żeby nie wchodziły.

"Pergola" składa się z dwóch elementów, tzw. ścianek. Wszystkie, jak na ogrodzenie przystało – przewiewne. Czwartej nie ma, gdyż w jej miejscu znajduje się coś, co w zamyśle konstruktora budowli prawdopodobnie ma być wejściem? otworem? na magazynowany tam materiał. Tego, akurat, w przeciwieństwie do innych woni, nie da się wyczuć.

Konstrukcja co prawda błyszczy w słońcu, ale nie dodaje jej ani ulicy blasku. Postawiona została w szczycie budynku, w miejscu, gdzie znajduje się wejście do jednego ze sklepów oraz przemieszczają się ludzie idący do kolejnych sklepów.

Mieszkańcy bloku oraz klienci, chcąc nie chcąc, muszą oglądać narzucony im widok, a w ciepłe dni – wąchać zapaszek unoszący się ze zgromadzonych tam materiałów.

W większości są to surowce wtórne – opakowania tekturowe ze sklepów znajdujących się w bloku przy Księcia Janusza 23. W dobie segregacji śmieci, straszeniu karami za niesegregowanie, działań edukacyjnych o charakterze ekologicznym – wystawianie na widok publiczny kartonów pomieszanych z innymi odpadami, nosi znamiona prowokacji i sabotowaniu zarządzeń władz. Wszelkich. 
Ze względu na brak zadaszenia owe surowce wtórne, z których można wyprodukować np. papier toaletowy, zeszyty, a nawet książki narażone są na zniszczenie z powodu ewentualnego deszczu.

Być może pomysłodawca liczy na wielką suszę i brak opadów.

Być może właściciele sklepów płacą za swoje śmieci jako za niesegregowane. Nie oznacza to jednak, że mają być one wystawiane na publiczny widok, w celu zademonstrowania, jak postępować nie należy.

Do śmieci, jak w przypadku każdego nieosłoniętego śmietnika, zaczynają dopierać się ptaki. Na swych skrzydłach unoszę odpady i rozprowadzają je po osiedlu. Są również podejrzenia (nie poparte jednak żadnym zdjęciem), iż „altanką” zainteresowali się miejscowi miłośnicy alkoholu na świeżym powietrzu. Jest to bowiem idealne miejsce na chwilowy postój po spożyciu piwa.

Blok, przy którym umieszczono wątpliwej jakości śmietnik, znajduje się w najczęściej odwiedzanym miejscu przy ulicy Księcia Janusza. Znajdują się tu sklepy, zakłady gastronomiczne oraz inne punkty, zwane usługowymi. Jasne jest, że to właśnie one „produkują” śmieci, które trzeba gdzieś przechować, a znajdujący się na placu, za budynkiem śmietnik nie wytrzymał mocy przerobowej po trzydziestu trzech latach spokojnego funkcjonowania. (Tyle bowiem minęło od wybudowania bloku).

Zasadne wydaje się pytanie, dlaczego nagle miejsce z prawdziwego zdarzenia będące śmietnikiem, w okresie pandemii koronawirusa, stało się za małe. Zjawisko należy zdiagnozować. Być może uda się zmniejszyć ilość odpadów w imię ekologii, troski o wygląd osiedla, spokoju i komfortu mieszkańców.

Należy się również zastanowić nad innymi rozwiązaniami. Z posiadanych wiadomości wynika, że blok nr 23 będzie niedługo ocieplany. Konstrukcja zostanie zatem zlikwidowana.

Gdzie więc sens i logika stawiania jej tymczasowo? Dlaczego pracownicy i władza spółdzielni podjęli też tymczasową decyzję o segregacji owych odpadów, zamiast zastanowić się nad rozwiązaniem stałym?

Kolejne pytanie - czy postawienie owej małej architektury na odpady wszelakie jest zgodne z przepisami sanitarnymi – miejsce odkryte, pozostawione same sobie?

                                                     Z poważaniem - lokator




piątek, 1 maja 2020

Narodowa kwarantanna L - Niech się świeci 1 Maja



film na dziś „Biało-niebieski sen”


Oto kochani zbliżyliśmy się do takiej rocznicowej cyfry. Pierwszy felieton napisała dla Was 13 marca... który jest dziś.... widać.

I to już będzie koniec...

Koniec mego pisania pod hasłem „Narodowa kwarantanna”. Bo inne felietony oczywiście będą, nie codziennie, ale będą. Zatem tak całkowicie nie opuszczajcie cioci Grażynki.

Dlaczego akurat dziś kończę?

Pierwszy powód to oczywiście wymieniona powyżej cyfra. Chciałam co prawda dociągnąć do tej oznaczającej mój wiek, ale pomyślałam o kłopotach. Kłopotach tematycznych.

Od kilku dni przerzucam sieć, nawet programy w różnych tv zaczęłam oglądać, by znaleźć natchnienie. Kiepsko jest. Zauważyłam, że mały, wredny hitlerek zaczyna znikać. Oczywiście, że nie z naszego życia.
Z ekranów. Monitora i telewizora w moim przypadku.
Jest go coraz mniej, a jego miejsce zajmują wybory. Jasne, że prezydenckie, nie te związane z zakupami, czy kupić „Żubra” czy „Łomżę”.

Być może niedługo wszyscy zapomną o wirusie. Ważne będą jedynie karty do głosowania. Urny do pochowania. Kandydaci do zapomnienia. Wyborcy do kitu.

Szykuje się zwycięstwo polskich wyborów prezydenckich 2020 nad koronawirusem.

O polityce starałam się pisać niewiele. Wiem, że od niej nie uciekniemy. Ale pisać o niej jakoś mi się nie chcę. Są inni od tego. I mądrzejsi. I głupsi. Kontynuując cykl „Narodowej kwarantanny” pewnie bym wkrótce musiała pisać, bo z innym tematem bym się nie przebiła. Mamy zatem drugi powód, by cykl zamknąć.

Trzecim powodem jest dzisiejszy dzień.

1 Maja.

Święto Pracy.

Dzień uwielbiany przez moje pokolenie.

Dzień przeklęty przez przeciwników socjalizmu.

Dzień wstąpienia Polski do UE.

Słowem – dzień bardzo ważny.

Już wczoraj wywiesiłam na balkonie flagę. Pewnie nadal samotna powiewa na wietrze. Przez okna widzę aż dwie inne. Normalne. To nie procesja w Boże Ciało, by dekorować balkony. Ani piłkarskie mistrzostwa w 2012, kiedy wszystko pokryte było narodowymi barwami.

Zaraz, zaraz, kiedy ja ostatni raz obchodziłam Święto Pracy?

Tak w 2011.... Na „majówkę” wyjechałam do ukochanego Wałbrzycha. Pierwszego maja siedziałam ze znajomymi w pubie przy stadionie na Nowym Mieście. Piliśmy piwo, wspominaliśmy stare, dobrze pochody i stragany. Co chwilę ktoś podsumowywał „I komu to przeszkadzało?....”. Drugiego maja byłam na grillu. A w rocznicę uchwalenia konstytucji miałam pociągiem około 13.00 wyruszyć do Wrocławia, gdzie oczekiwał mnie zmotoryzowany syn.
Tymczasem zatelefonował i kazał być wcześniej. Wyjechałam ok. 8.00. Już na dworcu zauważyłam, że z nieba leci coś białego. Może to płatki kwiatków? Drzewa wszak kwitną... Wraz z towarzyszącą mi roczną wówczas sunią wsiadłam do pociągu. W połowie trasy telefonicznie odezwała się wczorajsza koleżanka z grilla. Zapytała, czy widzę ten śnieg. Jaki? Za wagonowym oknem pada deszcz. Tymczasem w Wałbrzychu ponoć zaczął padać śnieg i to nie byle jaki. Taki styczniowy.
We Wrocławiu przesiadłam się do auta syna i pomknęliśmy „ósemką” do domu. Lało. Normalnie lało. W okolicy Rawy Mazowieckiej postanowiliśmy zrobić postój toaletowy. Lało. Pies nam zmókł. Kolejna znajoma zatelefonowała. Pytała, czy jesteśmy poza Dolnym Śląskiem, to ten już odcięty od świata. Śniegiem. Zaspami.

Po dotarciu do domu szybko włączyliśmy telewizor i komputer. Nie wierzyliśmy własnym oczom. Trasa kolejowa, którą rano jechałam – zamknięta. Drzewa zerwały trakcję elektryczną. Na podjeździe do Wałbrzycha ze strony Świdnicy – stłuczka za stłuczką. Wiadomo, auta miały już letnie opony...

Ja na szczęście byłam już w domu.... w tym samym co teraz....

Niech się święci 1 MAJA!

środa, 29 kwietnia 2020

Narodowa kwarantanna XLVIII – Branża funeralna i sklep ogrodniczy


                film na dziś "Zgon na pogrzebie"

Zacznijmy od tego, że wczoraj, późną nocą, podczas ostatniego zerkania w internet, zamroczyło mnie. To znaczy zamroczyła informacja, że „ Branża funeralna nie wierzy w zabójczy efekt epidemii. Spadek liczby pogrzebów”. Przeczytałam dokładnie kilka razy, bo myślałam, że to jakiś żart.... no nie... ponoć tak jest.
Co prawda tłumaczenie dlaczego tak jest, było w tekście już nie do końca jasne. Ale jeśli rzeczywiście tak jest? Sprawa robi się wyjątkowo ciekawa.

Wśród swoich znajomych zrobiłam ankietę, kto zna kogoś, kto chorował.

Nawet córka pracująca w stolicy, wykonująca zawód podwyższonego ryzyka, nikogo takiego nie zna. O innych nie wspomnę.

Oczywiście, że w chorobę wierzę. W każdą chorobę wierzę. W siłę grypy też. Dziesięć lat temu na powikłania pogrypowe zmarła moja koleżanka. Kiedyś wybrałam się na urlop dwa tygodnie po przebytej ciężkiej grypie. Większość czasu spędziłam w pokoju. Była bardzo osłabiona.

W ciężki przebieg choroby oczywiście, że wierzę. Każdej choroby.

Czy ktoś z was chorował na „różyczkę” w wieku 18 lat? Albo na „świnkę” w wieku 32? Ja miałam „różyczkę”, sąsiadka wraz z synem chorowała na „świnkę”. Nawet nie wiem, jak opisać przebieg owych chorób u osób dorosłych. Do tej pory na wspomnienie, dreszcze chodzą mi po ciele.

Do dziś pamiętam anginę z 40 stopniami gorączki. Utrata przytomności, majaczenie, jakieś obrazy przed oczyma, odór z gardła i zastrzyki dwa razy dziennie.

Każda choroba może mieć łagodny lub ciężki przebieg. Na każdą można umrzeć. Każdą trzeba leczyć. Małego, wrednego hitlerka też trzeba przegonić.

Tyle o artykule z wczorajszego wieczoru, który zakończył pierwszy, szalony dzień.

Był starannie zaplanowany. Wraz z synem mieliśmy zrobić zakupy. Ja postanowiłam po raz pierwszy od pięćdziesięciu dni zaatakować sklep wielkopowierzchniowy, syn kupić obrzeża betonowe. W planach był wspólny wyjazd na działkę.

Najpierw poszłam do sklepu ogrodniczego. Wchodzę. Dwie kasy. Obie za tzw. wiszącą z sufitu pleksą. Dziadek działkowiec kupuje cebulki roślin. Te weźmie, tamtych nie. A jakie są te? Duże wyrosną? Wszystkie cebulki – sadzeniaki znajdują się na ladzie. Pokornie stoję w odległości dwóch metrów. Ale co to? Za mną ustawia się kolejka. Pani w maseczce prawie mnie dotyka. Chcę się odsunąć. Gdzie? Dokąd? Za panią – facet bez maseczki. Naciera na panią. Ta się nie odsuwa. Widocznie lubi, jak ktoś się do niej przylepia.

Docieram do lady. Środek owadobójczy na drzewka. Nasiona „Łąka kwietna”. Nie ma, wykupione. Ale mogę przecież kupić kilka opakowań innych polnych kwiatków i wymieszać. „Proszę mi coś zaproponować” - mówię do pani. I wtedy pani pozostawia pleksę w spokoju, wychodzi i zaprasza mnie do witryny z nasionami. Żadnej odległości. To samo z sekatorem. Też pokazuje mi kilka sztuk...

Teraz już wiem, że jeśli zapadnę na małego, wrednego hitlerka, to znaczy, że złapałam go w tym sklepie.

W wielkopowierzchniowym jest już idealny porządek. Na podłodze oznaczenie, gdzie są owe dwa metry. Ludzi niewiele. Z półek biorę to, co mam na liście. Czekam na telefon od syna. Ma zadzwonić, kiedy stanie przed sklepem, żeby mnie z zakupami zabrać do domu. Nie dzwoni. Objeżdżam sklep jeszcze raz.

Dawno nie piłam vermutu.

O, wafelków kokosowych też dawno nie jadłam.

Może jeszcze raz na mięsny? W sumie, czemu nie... mogę tę szynkę w promocji kupić. Wrzucę do zamrażalnika. No i co z tego, że wczoraj postanowiłam wyjeść wszystko i lodówkę odmrozić?

I tak w oczekiwaniu na transport kupiłam jeszcze kilka rzeczy poza listą. Kasa mnie podliczyła.

Zaczynam marzyć o kwarantannie i przywożeniu mi zakupów przez syna. Tylko z listy.

A na działkę nie pojechałam, Okazało się, że owe obrzeża są tak ciężkie, iż auto nie wytrzymałoby dodatkowego pokaźnego ciężaru w postaci mojej osoby. Syn zawiózł moje zakupy na chatę, a ja poszłam pieszo.

I wiadomość z dzisiejszego ranka – w Łomży jest czterech chorych na wiadomą chorobę. Wszyscy leczą się w domu.

Lokalne firmy pogrzebowe znowu nie zarobią....


poniedziałek, 20 kwietnia 2020

Narodowa kwarantanna XXXIX - Placebo


                            film na dziś "Żądło"

Dziś będzie raczej nudno. Wszystko dlatego, że wczoraj była niedziela. A niedziela na prowincji zawsze jest nudna. Nie bierzmy pod uwagę imprez typu odpust czy festyn, bo te są w wyznaczonych miejscach i nudy wiejącej z ulic prowincji nie likwidują. Jeśli dodamy do tego stan kwarantanny, to możecie sobie wyobrazić spokój, ciszę i bezruch ....

Wczorajszy spacer z psem poświeciłam właśnie wędrówce wzdłuż jednej z najbardziej ruchliwych ulic. Ma cztery pasy, dwa w jedną, dwa w drugą stronę. Tędy wiedzie najliczniejsza linia komunikacji miejskiej (w normalny dzień autobus co 10 minut). Tutaj też, w niewielkiej odległości od jezdni znajduje się słynny na całą Polskę szpital, obecnie jednoimienny. Znaczy się koronawirusowy.

Poszłam więc chodnikiem wzdłuż szpitala. Na trasie do mini galerii handlowej nie spotkałam nikogo. Minęłam natomiast dwa skrzyżowania z sygnalizacją świetlną.

Po co ona działa? W jakim celu mruga trzema kolorami? Gdzie sens i logika? Samochodów jak na lekarstwo...

Dobra, nie będę się czepiać. W telewizji policjant powiedział, że kwarantanna kwarantanną, ruch na drogach mniejszy, ale przepisów przestrzegać trzeba. Jasne, jeszcze się odzwyczają od świateł i co potem będzie, jak już normalnie będzie?

Minęły mnie również dwa autobusy miejskie wiozące powietrze.

Potem skręciłam w kolejną dużą ulicę. Z jednej strony kościół, z drugiej galeria handlowa i kolejny kościół. Jak to w Łomży bywa. Gdzie się nie obrócisz, tam kościół. Katolicki rzecz jasna.

Tym razem spotkałam cztery osoby bez psa i trzy z psami. Według przepisów miały być zamaskowane.

Część była. Część nie. Miała pod szyją jakieś apaszki, szaliczki, golfiki. Podczas kiedy ja brnęłam przez ulice miasta w maseczce wielorazowej bawełnianej, ludzi mijając mnie, wsadzali brodę w te „chusteczki”, że niby zasłaniają twarz.

Słowem, żadnego zabezpieczenia.

Poczyniłam również maseczkowe obserwacje z balkonu. Wszak pod sobą mam sklepy. Było podobnie. Maseczka pod brodą, w ustach papieros lub butelka z napojem, daję głowę uciąć, że piwo lub tzw. „małpka”. Pod blok wróciła bowiem „ławeczka”. Jeszcze nie w pełnym składzie, ale już część trwa na posterunku.
Inni z owymi szalikami i golfikami na szyi zakrywali twarz …. wchodząc do sklepu.

Słowem, odnoszę wrażenie, iż zezwolenie na zakrywanie twarzy byle czym to oczywiste działanie psychologiczne. Niech naród ma poczucie bezpieczeństwa. Placebo też działa.

Oczywiście melduję, że na prowincji policji ani straży miejskiej nie widać i nie ma komu karać za brak nikabu (hi hi... nie wiecie co to? To sobie wygoglujcie!).

Wieczorem trasę powtórzyłam. Statystycznie było to samo. Taka sama ilość ludzi, psów i autobusów z powietrzem. Zasłonięte twarze – podobnie.

Tym razem skupiłam się na szpitalu. W dzień – wiadomo, spokój, cisza. Po zmroku szpital więcej mówi o sobie.

Trasą wzdłuż szpitala chodzę około dwudziestej pierwszej od 10 lat, bo tyle ma moja sunia. Zawsze o tej porze włączone były światła w praktycznie wszystkich pokojach. Położony w szczerym polu budynek rozjaśniał teren wokół siebie. Czasami przechodziłam przez ulicę i spacerowałam po alejkach prowadzących do szpitala.

Teraz strach się bać. Nie, nie małego, wrednego hitlerka. Ciemności. Szpital tonie w ciemności. W czas wielkiej zarazy, pandemii, epidemii i placebo w postaci maseczek jednoimienny szpital jest wygaszony. Zwłaszcza w części, gdzie znajdują się sale pacjentów.

O tym, gdzie są, wiem z autopsji. Wszak cztery lata temu leżałam w jednej z sal na oddziale wewnętrznym. Od początku narodowej kwarantanny przyglądam się oknom właśnie na tym oddziale.
Czasami widać światło w trzech oknach, z czego dwa to dyżurka pielęgniarek. Wczoraj nawet tu nie dojrzałam śladu elektryczności.

Wiem, że sale pacjentów znajdują się jeszcze po drugiej stronie księżyca, znaczy się korytarza. Czyżby wszystkich pacjentów położono właśnie po tej drugiej? I tak na każdym oddziale? Inne wczoraj też straszyły mrokiem i czernią.

Celowe zaciemnienie? Z dzieciństwa pamiętam, że rodzice zaciemniali pokój, kiedy chorowałam na odrę...

Wszyscy już spali?

Po powrocie do domu zrobiłam rzecz karygodną w czas zarazy. Wzięłam prysznic i otworzyłam puszkę piwa. Postanowiłam, że następnego dnia pójdę po takie w butelce.

środa, 18 marca 2020

Narodowa kwarantanna VI – Nuda


                 film na dziś "Potop"

Wczorajszy dzień rozpoczęłam od przeliczania dawki leku dla swojej suni. Normalna procedura po ataku padaczki. Tabletka, którą posiadam to 100 mg, jej średnica – 1cm. Ten centymetr kroiłam do tej pory na osiem części, bo pies przyjmował 2x12,5 mg, dziennie – 25 mg. Teraz trzeba zwiększyć dawkę o połowę.
Jako, że jestem specjalistką od nauk humanistycznych i na bank mam dyskalkulię, przeliczenie było dla mnie matematyką większą.
No nie, bardziej się tej tabletki nie da pokroić. Trzeba zmienić sposób dawkowania. Na noc – 25 mg, czyli jedna czwarta tabletki, a na dzień – 12,5 mg czyli owa jedna ósma. Krojenia będzie mnie. Wiem, że najlepiej gdyby były takie dawki bez potrzeby krojenia, ale przez ostatnie pół roku mój, to znaczy Kulki, lekarz nie mógł ich w hurtowni namierzyć. Wypisywał zatem receptę, a ja kupowałam luminal w normalnej aptece. Mam co prawda kilka listków z dawką odpowiednią, ale trzymam je na czas okoliczności niesprzyjających krojeniu. Tak podróż na przykład. Taki pobyt na działce na przykład. Teraz można kroić 1 cm na kilka części.
I co was obchodzi moje krojenie? Pewnie, że nic. Ale dzień szósty minął …. nudnie. No nic się nie działo.

Dwie prawie godzinne rozmowy z koleżankami dotyczyły co prawda epidemii, ale polegały głównie na powtarzaniu: „ …. no, u mnie tak samo.... oczywiście, że tak jest.... jak najbardziej prawidłowe działania.....” Każda z nas siedzi w domu i ogląda świat z okna, sieci i telewizji. Ja ponoć mam najlepiej, bo wychodzę z psem.

I co robić w ten nudny czas?

Przejrzałam światową mapę koronawirusa... Jak, do przysłowiowej chol.... dostał się on do z Chin do Włoch.... Dlaczego nie zamieszkał najpierw w takiej Rosji. Mongolii czy Kazachstanie? Tam miał bliżej.... Tworzyć kolejne teorie spiskowe?

Synowa przysłała kolejne filmiki z wnusiem. Rety, on już chodzi! Nie widziałam maleństwa przez miesiąc.... najpierw trzytygodniowy urlop na Rodzinnej Ziemi, teraz przymusowe oddalenie z powodu wirusa.... Chol.... uciekną mi dwa miesiące z jego życia.... Jasne, że po tym czasie zapomni jak babcia wygląda.... Smutno mi się zrobiło.

Tych, co siedzą w domu informuję, że krzewy pod moim oknem puszczają zielone pąki. Wiosna idzie.

Tych, co wychodzą z psami proszę o sprzątanie gówna! Zauważyłam, że jest go coraz więcej. I są to gówna duże! Na pewno nie po yorkach! Rozumiem, że chcecie jak najszybciej wyprowadzić psa i zamknąć się w domu, ale to nie oznacza, że trawnik ma być pokryty odchodami!

Tych, co usychają w domach z nudów, informuję, że mój kolega z powodu zamknięcia biblioteki zaczął na nowo czytać Sienkiewicza, bo tylko to ma w domu. Można? Można! Z tego powodu obejrzałam pierwszą część "Potopu". A jak! Można ponownie przebrnąć przez prawie trzy godziny walki, chwały, miłości i  pięknych koni? Można!

A teraz coś pozytywnego, zwłaszcza dla mieszkańców Podlasie... - wczoraj niestety, twierdza padła. Jest pierwszy stwierdzony przypadek wirusa...

Oto w Warszawie jest taki fajny młody muzyk który zapatrzył się na filmiki z Włoch i postanowił zaszczepić na polski grunt muzyczną imprezę na balkonie. Michał miał latem koncert w Łomży. Jako, że nie jestem specem od muzyki, bardziej zwróciłam uwagę na jego starania o przebieg koncertu, przygotowania i …. skromność. Oby taki pozostał. Posłuchajcie, obejrzyjcie.




wtorek, 17 marca 2020

Narodowa kwarantanna V – Teorie spiskowe


17 marca 2020
film na dziś "Imperium słońca"

Wiem, że wczorajszy felieton był kiepski. Nudy były. Ale... obyśmy takie nudy do końca epidemii mieli.

Jak już wspomniałam, wczoraj podczas porannego siusiania mojej suni na podwórku, usłyszałam klaksony dochodzące spod łomżyńskiego szpitala. Trwał protest mieszkańców przeciwko przekształcenia go w jednoimienny zakaźny. W sieci zobaczyłam grupę ludzi z transparentami i jeżdżące nieustannie auta.
Przerazili mnie .... roznoszenie wirusa jak na dłoni. „Ale oni walczą o twój szpital! O twoje bezpieczeństwo!” - ryknęła mi przez telefon koleżanka, gdy powiedziałam jej o obawach. No dobra, przyjmuję do wiadomości.

Prawie pewność, że szpital zakaźny nie powinien być w Łomży, uzyskałam po wypowiedzi prof. Robert Flisiaka, prezesa Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych. Facet przyznał się, że ręce załamał, kiedy dowiedział się, że w szpital będzie zakaźnym.

Tu po prostu nie ma warunków.

Nie ma. Cztery lata temu leżałam na wewnętrznym. Pokoik nie powiem, trzyosobowy. Ale sracz na oddziale tylko jeden. Znaczy się dwa, ale w większym przechowywano umarłych... bo to wewnętrzny przecież.... Brrr.... do dziś pamiętam ten dreszcz przerażenia.

Zatem w porządku, jeśli fachowiec mówi, że warunków nie ma to znaczy nie ma.

Po tradycyjnym powrocie ze spaceru z pieskiem ( w okolicach szpitala – było już cicho) zabrałam się za szukanie teorii spiskowych. I znalazłam!

W 2015 Bill Gates powiedział: „Jeśli coś zabije 10 mln ludzi w ciągu najbliższych dekad, najprawdopodobniej będzie to wysoce zakaźny wirus, a nie wojna. Nie pociski, a mikroby. Częściową przyczyną są ogromne inwestycje w nuklearne straszaki przy znikomych nakładach na powstrzymanie epidemii. Nie jesteśmy gotowi na kolejną epidemię.”

W 2012 słynny wówczas polski dziennikarz Max Kolonko nagrał informację o raporcie krajowej rady wywiadu lądującym na biurku każdego nowego prezydenta USA. Co ja wam zresztą będę opisywała... posłuchajcie sami... zwłaszcza od 3 min. 50 sek.


Niestety, na nic teorie spiskowe... musiałam wczoraj wyjść do ludzi. To, że ja mogę paść na koronawirusa, nie oznacza, że pies musi paść od kleszczy. Oczywiście mogłam poprosić syna, żeby załatwił co trzeba. Ale lepiej, żebym ja padła niż on. Ja swoje dzieci już wychowałam. On wychowuje. Założyłam więc rękawiczki od mycia naczyń i ruszyłam.

Stanęłam twarzą w twarz z weterynarzem. Niestety. Potem minęłam sąsiadkę w sklepie. Niestety. Musiałam tam zajść, bo skończyło mi się mleko i kawa. Spojrzałam w oczy sklepowej. Blisko. Niestety. Przed sąsiednią klatką schodową spotkałam sąsiada wnoszącego …. płyty kartonowo-gipsowe. „Będzie 
remoncik?” - zagadnęłam z bezpiecznej odległości. „Jasne! Trzeba ten czas wykorzystać!”.

Uświadomiłam sobie, że to będzie trzeci remoncik w bloku.

Weszłam do domu, wymyłam ręce. Rety, świat żyje normalnie. Ludzi na pewno mniej, ale są tacy, co pracują, przebywają ze sobą, chodzą do sklepów... Nie wiedziałam, czy z tego powodu być zadowoloną, czy przerażoną emerytką z chorobami współistniejącymi.

Spojrzałam na półkę z filmami.
Dobrze, niech będzie następny z kolekcji „Wybitne filmy XX wieku” - „Imperium słońca” Spielberga. Co prawda z Japończykami, a nie z Chińczykami, ale też skośnookie.

W nocy znowu nie mogłam spać. Wydawało mi się, że mam wszystkie objawy wirusa. Nad ranem moja sunia dostała ataku padaczki. Pierwszego od trzech lat. Jak dobrze, że oprócz kropelek przeciwko kleszczom, kupiłam u weterynarza zapas tabletek uspakajających....

poniedziałek, 16 marca 2020

Narodowa kwarantanna – czwarty dzień minął...


Film na dziś - "Hobbit - niezwykła podróż"

Dopiero czwarty? Dziś jest piąty? Rety, myślałam, że to dziesiąty... czyżby dopadał mnie kryzys?
Dobrze, najważniejsze, że żyję.

Wczorajszy dzień zaczął się od kawy i zakończenia książki Olgi Tokarczuk „Dom dzienny, dom nocny”. W sumie fajna. Znajome dolnośląskie nazwy miast i miasteczek, swojskie słowa w stylu „poniemieckie” i historie, które doskonale rozumiem... wszak jestem wałbrzyszanką, a Nowa Ruda i Kłodzko (po niemiecku Glatz) są mi znane.
Słowem, Olga wiernie oddała klimat moich rodzinnych ziem.

Potem zerknęłam w internet, żeby zobaczyć co na świecie.

Przeżyłam rozczarowanie. Pozytywne. Byłam pewna, że sieć pełna będzie fotek i relacji z kościołów. Ludzie będą wrzucać wieści o niesfornym narodzie udającym się tłumnie do świątyń. Proboszcze (proboszczowie) będą mówić i pisać o kościele jako szpitalu polowym, a biskupi namawiać do zbiorowych modłów o zniknięcie wirusa.
Tymczasem nic takiego się nie działo. Naród posłuchał i zbiorowo nie chciał się modlić. Msze były w telewizji i w internecie.

I bardzo dobrze. Nareszcie zauważono, że Bóg jest wszędzie.

Na nic więc się zdała moja propozycja filmowo-książkowa, czyli „Imię róży”....

Postanowiłam jednak trwać nadal w klasyce. Włączyłam „Na wschód od Edenu”- 1955, a potem „Powiększenie” - 1966.
Sorry kochani.... nie jestem w stanie przekonać się do filmów pierwszego typu, zwłaszcza amerykańskich. O amerykańskiej literaturze też nie wspomnę. Nie dociera do mnie „Moby Dick”, Steinbeck ani Faulkner. Jedynie Hemingway podbił moje serce.
"Powiększenie" przed wielu, wielu laty wzbudziło moje ogromne zainteresowanie. Dziś.... niestety.... jakoś mnie nie porwało. Może to nie czas na filozoficzne dzieła o roli sztuki w życiu człowieka? 
Wieczorem z przyjemnością obejrzałam „Hobbita – niezwykła podróż”. Trochę odpoczynku po wzniosłych dziełach się należy. Zwłaszcza, że wczoraj nawiązałam kontakt z innymi ludźmi. 

Oczywiście, że telefoniczny.

Pierwsza koleżanka była w optymistycznym nastroju. Powiedziała, że nie ma się czym przejmować, bo będzie jeszcze gorzej. Ona od kilku lat ma domową kwarantannę, bo opiekuje się chorą, leżącą mamą.

Druga była przerażona. Po pierwsze pracuje w sklepie, do którego przychodzą różni ludzie. Niektórzy kaszlą, niektórzy pociągają nosem, niektórzy roztaczają wizje apokaliptyczne głośno i długo mówiąc. A nie zdają sobie sprawy, że przez takie gadanie kropelki wirusa też mogą się przemieszczać. Bierz człowieku te pięć bochenków chleba i milcz w sklepie! Po drugie koleżanka ma widok  z domu na dyskont. Każdego ranka trwa tam walka o koszyki, a każdego wieczora przyjeżdżają auta z nową dostawą. Dziki tłum nadal wykupuje, nie licząc się z faktem, że w tłumie o wirusa łatwiej.

Najbardziej zaskoczyła mnie córka. Oznajmiła, że wirus to broń biologiczna. Ktoś chciał wyeliminować Chińczyków, ale nie wziął pod uwagę, że zaraza rozniesie się po całym świecie. Dziwne, specjalistą od teorii spiskowych jest syn....

W każdym razie, nie da się ukryć, mamy wojnę. Taką na miarę XXI wieku. Nie trzeba armat, bomb atomowych i rakiet dalekiego zasięgu, by zlikwidować część ludzkości.

I kiedy wydawało się, że dzień będzie w sumie nudny i niczego nowego nie wnoszący, odezwał się internet i kolejny etap walki o łomżyński szpital.
Wdałam się w pisemną dyskusję z koleżanką, osobą spokojną, logiczną i dobrze ułożoną. Do tej pory. Przekształcenie szpitala w zakaźny sprawiło, że wybuchała emocjami. Negatywnymi oczywiście. Tak jak większość obecnych na portalach mieszkańców Łomży roztaczała apokaliptyczne wizje chorób, na które wymrze miasto, jeśli nie będzie miało szpitala. „A co będzie, jak dostaniesz zawału, karetka na czas nie dojedzie i nie zdążysz do szpitala w innym mieście?” - pytała. Akurat zawał to najmniejszy problem. Mieszkam sama z psem, ten po karetkę nie zadzwoni. I obojętne mi, czy najbliższa kardiologia będzie w Zambrowie, Ostrołęce czy Nowym Jorku.... na nic mi się nie zda.
To miał być oczywiście żart w postaci czarnego humoru. Koleżanka nie załapała. Skończyłam rozmowę.

Długo nie mogłam zasnąć....

Dziś rano wyprowadzając psa, usłyszałam klaksony. Pod szpitalem trwał protest mieszkańców.... 

Ale o tym poczytacie i posłuchacie dziś w mediach ogólnopolskich....


piątek, 13 grudnia 2019

Ale wkoło jest wesoło!




Tak, wiem. Ostatnio mój blog leży i kwiczy, bo nie piszę. Myślałam, że już schodzę z tego świata albo do drzwi puka pan Alzheimer. Chyba jednak jest inaczej.
Życie przerasta kabaret, a nawet filmy Barei. Do tego co się wokół dzieje, moje teksty mają się nijak. Nie potrafię odpowiednio skomentować poczynań ludzi w tym kraju. Są lepsi ode mnie!
Dziś jednak usiadłam przy klawiaturze i palce same zaczęły stukać. Od kilku dni budzę się z u śmiechem i z nim zasypiam. A w dzisiejszych czasach to nie jest łatwe.

Zacznijmy od sprawy najsłynniejszego obecnie w Polsce Mariana i wcale nie jest to Marian Paździoch. Ten na ksywę „Kryształowy” lub „Pancerny”. Obecna gwiazda polskiej sceny politycznej jest jak wiadomo szefem Najwyższej Izby Kontroli. Zanim nim został, miał kontakty ze światem przestępczym. Ponoć.

Wykryli to dziennikarze, ponieważ uprawnione do wykrycia wszelkich nieprawidłowości organa państwowe CBA, CBŚ czy jakiś tam ABW nie posiadały dostatecznej wiedzy.

(Akurat jestem na etapie oglądania „Gry o tron”, najbardziej politycznego ze współczesnych seriali. Jest tam niejaki Varys, członek rady królewskiej, który zajmuje się zawodowo szpiegowaniem i wie wszystko o wszystkich – wzór do naśladowania dla wszystkich z wyżej wymienionych urzędów).

Nie powiem, początkowo byłam wściekła, bo Mariana bronili wszyscy jego kumple, którzy moimi kumplami nie są. Ale wraz z rozwojem wypadków, moja wścieklizna przeradzała się w obojętność, by na dzień dzisiejszy wybuchnąć śmiechem.

Jak wiemy, kumple kazali Marianowi zwijać interes, pakować manatki i wynosić się z NIK-u, najlepiej do tego hotelu na godziny, który prowadzili jego (ponoć) kumple.
I wtedy Marian pokazał wszystkim.... dobrze, będzie grzecznie.... gest Kozakiewicza.
Zaczęłam się uśmiechać.
Z „Kryształowego” przerodził się w „Pancernego” i rozpoczął swoją pracę, czyli zaczął szukać haków na tych, co kazali mu się pakować. Jak na NIK przystało.
Sytuacja zrobiła się skomplikowana. Jedna z telewizji usiłowała nawet wykonać wykres pokazujący strzałkami zależności między „Pancernym” a taką na przykład prokuraturą czy ministerstwem takiej na przykład sprawiedliwości.
Wykres był zagmatwany i nieczytelny.
Wystraszenie, przerażeni, strwożeni i zestrachani kumple, dla których „Pancerny” już kumplem nie był, zaczęli szukać ludzi odpowiedzialnych za postawę byłego kumpla.

Jeden z nich, którego nazwisko pochodzi od dynastii władającej Polską w pierwszej połowie XVIII wieku, a byli to Sasi (lud pochodzenia germańskiego, osiadły w średniowieczu w Westfalii i Dolnej Saksonii), powiedział, że winni są ci, co to z Marianem nie mieli nic wspólnego, czyli partyjna opozycja.

Inni zgodnym chórem twierdzą, iż winę ponoszą dziennikarze i pewnie cykliści. Ktoś powiedział, że macały w tym wszystkim palce dziewczynki z hotelu na godziny. Był ponoć nawet apel do „Pancernego”, żeby podał się do dymisji, bo prezes jest chory.
Teorii spiskowych multum.
I dlatego się śmieję.

Drugi powód do nieustającego śmiechu też mam. Oto w mieście Łomża trzeciego grudnia rezygnację z funkcji złożył dyrektor szpitala. Rada Społeczna tegoż szpitala przyjęła ją piątego grudnia. Dyrektor ma być dyrektorem do końca stycznia.
Na miejscowych forach lekko się zagotowało. Kto na miejsce dyra? Padało konkretne nazwisko, którego strach się bać.
Tymczasem dwunastego grudnia Polskę obiegła wiadomość, że była poseł Ziemi Łomżyńskiej, która zasłynęła fotką z niepełnosprawnymi, została powołana na kierownika Działu Kontraktowania i Nadzoru Świadczeń Medycznych.

I ponownie się uśmiałam.

Przez półtora miesiąca pani będzie się uczyła kierowania, kontraktowania i nadzoru.... A potem stanie do konkursu na szefa....

Mission impossible? Tom Cruise wielokrotnie udowodnił, że wszystko jest możliwe.

sobota, 6 lipca 2019

Łąki kwietne


Naturalna łąka przy mojej działce.... 

Dziś będzie o przyrodzie w mieście. Takim, no powiedzmy, normalnym mieście, w którym wybetonowano Starówki i wybudowano blokowiska.

Typowym przykładem betonowego rynku są dla mnie dwa rynki w Łowiczu. Jeden, słynny trójkątny, składa się z kostki, a jakże - betonowej,  i zabetonowanej fontanny ( i to ma sens), drugi to parking wokół kościoła. Oczywiście, że betonowy! Gdzieniegdzie na obrzeżach rynków w betonowych zabudowaniach próbują rosnąć drzewa.

Zabetonowane drzewa są obecnie symbolem cywilizacji, bo betonuje się je wszędzie. 
Ilekroć siadam na rynku, znaczy się Starówce, w mieście, w którym mieszkam, znaczy się Łomży, przypomina mi się fragment „Władcy pierścieni – Dwie wieże”. Enty atakują wieżę Sarumana i zakład produkujący „orków”. Na cele przemysłowe zakładu na rzece wybudowano tamę. Enty, zwane drzewcami, krzyczą: „Uwolnić rzekę!” i rozwalają tamę.

Siedząc w towarzystwie zabetonowanych drzew, też sobie po cichu krzyczę: „Uwolnić drzewa!”. Cóż, moje wołanie to głos wołającego na pustyni, jak rzekł prorok Izajasz.

Ale coś ostatnio ruszyło w ramach ekologii w miastach. Pojawiła się moda na łąki kwietne, czyli miejsca, w których zamiast ostrzyżonego trawnika, jest pas zieleni zbliżony do natury, czyli polne kwiatki.

Och, jakże byłam zachwycona fotką z rodzinnego Wałbrzycha, na której ujrzałam maki i chabry, i jakieś stokrotkopodobne rosnące przy jednej z miejskich dwupasmówek! I pszczółki tam się krzątały, i muszki fruwały, i inne owady latały! I to gdzie – w mieście przy asfaltowej jezdni! Na wiadomym portalu zaczęła się moda na zdjęcia owych łąk kwietnych.
Ktoś postanowił obejrzeć łąkę kwietną w Łomży, bo ponoć takowa istnieje. Nawet zrobił fotki. Okazało się, że tutejsza łąka kwietna ma się nijak do łąk w Holandii i w Wałbrzychu. Przypomina nieuporządkowane chaszcze. Rośnie tam bliżej nieokreślone zielsko, mało co kwitnie. Takie coś rosnące wzbudza oburzenie wśród mieszkańców.

Obejrzałam. Nie da się ukryć. Tak jest. Ale... Gdyby tak spojrzeć na to inaczej...

Moja działka rekreacyjna z jednej strony ma las, z dwóch kolejnych zboża na zasadzie płodozmianu. Obecnie owies i żyto. Czwarta to właśnie łąka. Może i kwietna. O każdej porze roku wygląda inaczej. Co ja mówię, każdego tygodnia wygląda inaczej. Praktycznie każdego roku rosną na niej inne kwiatki. Co wiatr przyniesie, to jest. Bywały lata, że była tylko trawa, takie chaszcze. Nie ingeruję w to miejsce. Przyroda rządzi się tu sama.

Nie wiem, jak robi się miejską łąkę kwietną. Być może tak, jak robiłam swój skalniak. Oczyściłam ziemię z różnych korzeni, zasłoniłam specjalnym tworzywem sztucznym, zasypałam tzw. czystą ziemią i z roślinek, których nasiona fruwają w powietrzu, za moim przyzwoleniem rośnie mi tylko skrzyp polny, który ku radości moich włosów i paznokci, zapuścił kłącza.

Łąka wszak ma to do siebie, że powstaje z tego, co wiatr nawieje. Oczywiście, że można posiać maki, chabry i stokrotki. Pytanie, czy to wiatr sam nawieje, nie przytłoczy zasianych przez człowieka nasionek...

Nie wiem... nie znam się.... zarobiona jestem.

Jednak w przeciwieństwie do mieszkańców Łomży oburzonych chaszczami w parku, mam do nich inne podejście...

Kochani, w środku uporządkowanego, cywilizowanego, wypełnionego betonowymi alejkami parku, mamy klasyczny przykład roślinności naturalnej. Można tu przyjść z dzieckiem i pokazać mu, że „to” wygląda jak polana w lesie, jak łąka przy wiejskiej drodze, jak miejsce, w którym człowiek nie integruje. Cz zawsze wszystko musi być zgodnie z zamiarem ludzkim? Wszystko wymierzone, zaplanowane?

A dajmy tej przyrodzie, na tym niewielkim kawałku ziemi, popracować!


wtorek, 2 lipca 2019

Powroty




I jakiś czas mnie tu nie było... resetowałam się, jak mówią dzisiejsi. Za moich czasów mówiono – odpoczywałam.

Najpierw wyjechałam na swoją ukochaną działkę rekreacyjną, gdzie przyczepa, ognisko, las blisko, a sąsiedzi daleko. W tych warunkach podniosła mi się adrenalina, bo nigdy nie wiadomo, co lub kto przyjdzie i przeskoczy ogrodzenie.

Potem odwiedziłam rehabilitanta lub fizjoterapeutę, jak zwał tak zwał, bo lekarz żadnej specjalizacji nie mógł poradzić sobie z moją bolącą stopą. Rodzinny odesłał do chirurga, chirurg do ortopedy. Wszyscy mówili, że jestem zdrowa.

Człowiek od rehabilitacji potwierdził, ale równocześnie podjął działania w celu likwidacji bólu i umożliwienia mi normalnego chodzenia. Okazało się, ze to jakieś zmiany limfatyczne, ale żyć będę. Zaaplikował mi masaż stóp, zwany drenażem, a potem wsadził w kokon, ponoć nazywa się to rękawy, podłączył pod prąd i drenaż dróg limfatycznych odbywał się mechanicznie. I tak sobie leżałam całą lekcję, bo 45 minut, a prąd pompował powietrze i wypompowywał od stóp po same cyc... znaczy się piersi.

I tak oto doszliśmy do lekcji, bo teraz mowa o szkole będzie. Nie, nie o strajkach, ministrach czy paskudnej młodzieży. Będzie o szkole sprzed lat, też niedobrej, bo za komuny była.

Oto po raz kolejny z rzędu spotkaliśmy się na tzw. spotkaniu klasowym. Kiedyś, a dla młodych to przed potopem było, chodziliśmy przez cztery lata do tej samej klasy tego samego liceum.

Nie, nie było żadnego wieczoru wspomnień w budynku szkolnym, chociaż znajdował się blisko miejsca spotkania.

Może i dobrze, bo miałam obawy co do swego zachowania w przypadku zetknięcia się z takimi szkolnymi szybami na przykład. Wspomnienia mogły mnie podkusić, żeby tak jakąś wybić …

Nie było również nauczycieli. Jakoś nie czuliśmy potrzeby kontaktu z nimi. Nie pierwszy zresztą raz. Takie spotkania już się odbywały i belfrów nie zapraszaliśmy...

Wszystko ma jednak zawsze swoją dobrą stronę. W związku z takową moją postawą wobec moich byłych, nie mam pretensji wobec swoich uczniów, że mnie nigdzie nie zapraszają.

Tak więc spotkaliśmy się na spotkaniu zwanym potocznie imprezą. Była wyżerka, były procenty (każdy przyniósł to, co lubił, taką colę na przykład), były wspomnienia i opowieści o czasie współczesnym.

Wśród wspomnień królowały te, o robieniu nauczycieli w przysłowiowe jajo, o szkolnych wybrykach, łamaniu regulaminu, słowem – o sprawach niegodnych naśladowania przez młode pokolenie.

Oczywiście przebywaliśmy na sali zamkniętej i wyciszonej, z działającą klimatyzacją. Nic na zewnątrz się nie wydostało. Sprawdzałam, ponieważ wśród pracowników lokalu był mój uczeń i musiałam zadbać o to, by małolat, taki tuż po trzydziestce za dużo nie usłyszał. Jeszcze by się zgorszył...

No właśnie, małolaty... W połowie wieczoru jeden z kolegów dokonał sensacyjnego odkrycia. „Czy wy wiecie, jakie małolaty nas uczyły?” - oznajmił nie dowierzając własnym myślom.

Nie dało się ukryć. Uczący nas w latach siedemdziesiątych ludzie mieli, o zgrozo, po dwadzieścia kilka, trzydzieści kilka lat! Tyle, co nasze dzieci obecnie! Jak można było powierzyć tak odpowiedzialne zadania, jak przygotowanie do matury młodym, nieodpowiedzialnym ludziom! Taki wniosek zabrzmiał niezwykle ostro w towarzystwie rozmowy na temat „Kto wyrobił już miejską „Kartę Seniora” uprawniającą do bezpłatnych przejazdów komunikacją miejską.

Dobra, skoro uczyli nas smarkacze, niech teraz nikt nie ma pretensji, że jesteśmy niedouczenie, źle wychowani i zamiast kołysać wnuki, spotykamy się na podejrzanych imprezach.

Tak, bo impreza była podejrzana. Spotkała się grupa ludzi o różnych poglądach, różnych życiorysach, różnej urody i różnego zdrowia. Ani razu nie poruszono tematów polityczni-religijnych. Nikt nie prowadził kampanii wyborczej, nie propagował LGBT, ani nie nawoływał do obalenia kolejnego pomnika.

Było za to wesoło, pogodnie i trudno było się nocą rozstać, kiedy lokal już zamknięto...

Dziwne? Podejrzane? A może - normalne? Może właśnie do takiej rzeczywistości tęsknimy i kiedy zapominamy o narodowej wojence, stajemy się po prostu normalnymi ludźmi potrafiącymi normalnie rozmawiać?




sobota, 16 marca 2019

A to Polska właśnie....


recenzja filmu ukazała się w "jednodniówce", która powstała z okazji oficjalnej wizyty Piotra Domalewskiego w Łomży

http://600.lomza.pl/wp-content/uploads/2017/12/lomza600-publikacja-piotr-domalewski-a-1.pdf

tekst z 2018

Dlaczego „Cicha noc” reżysera Piotra Domalewskiego zdobyła na 42. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych główną nagrodę? Wiele osób zadawało sobie to pytanie. Mało komu znany debiutujący reżyser, bardzo znani i mniej znani aktorzy, tematyka dość prozaiczna w dobie wielkich produkcji o wielkich ludziach... Czym ujęła gdyńskie jury młodzieżowe i profesjonalne ta kameralna opowieść?

Kiedy obejrzymy film, odpowiedź jest prosta – niezwykłością i zwyczajnością. Inaczej zinterpretuje ją człowiek z wielkiego miasta, inaczej spojrzy na nią ktoś z przesławnej Polski B, która wcale nie leży po prawej stronie Wisły. Ona jest tuż za granicą Warszawy, Wrocławia, Krakowa czy Olsztyna.

Dla widza ze stolicy kraju historia Adama będzie opowieścią z pogranicza science fiction i świata rzeczywistego. Niby realistyczna, a jednak nierealna. Mieszkaniec Warszawy nie musi wyjeżdżać do Holandii, by pracować fizycznie jako „budowlaniec”. Stawia wieżowce na miejscu. W rodzinie głównego bohatera Adama wyjazdy za granicę w poszukiwaniu zarobku to stały element życiorysu niejednego z członków. Wszyscy realizują Sienkiewiczowską wizję wędrówki „za chlebem”, jednak w wydaniu z XXI wieku. Co jeszcze zadziwi wielkomiejskiego obywatela?

Na pewno przyjazd Adama do kraju na jeden dzień. Można wytłumaczyć, że tym dniem jest Wigilia, ale żeby nie zostać na pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia...? Zadziwia sposób bycia bohaterów. Przyjeżdża z Holandii najstarszy syn, a euforii brak, witają się z nim spokojnie, bez entuzjazmu... Wódkę wylewa się za okno, a mężczyźni są pijani, dziadek nadrabia za wszystkich z nawiązką. Przy robieniu wspólnej fotografii zamiast „cziiis”, mówią „Henio”. W obejściu, na gumnie, podwórzu, leży dużo błota, przez które trudno przejść. Wielkomiejski obywatel może zaakceptuje pomysł Adama ręcznego wyrównania rachunków pomiędzy członkami rodziny, bo skojarzy mu się to z rycerskością. Wszyscy powinni bronić kobiety. Czasami się uśmiechnie, bo dojrzy w kadrach i wypowiedziach humor, może i czarny, ale wywołujący śmiech. I będzie zachwycony. Spodoba mu się pomysł sprzedaży starego domu, bo i tak w nim nie mieszka, a interes wydaje się być odpowiednio sfinansowany. Wizja Polski, łączącej różne elementy historii i kultury ze współczesnością sprawi, iż film ten uzna za wybitny.
Kto wie, może tak myślało gdyńskie jury?

Tymczasem ludzie mieszkający na terenach zwanych prowincją, obejrzą film o sobie, o swojej wsi, znajomych, rodzinie. Tak, w tej rodzinie od lat jeżdżą na saksy i nawet domu nowego nie postawili. Tak, to temu, z tej chaty brat podprowadził narzeczoną, tak, to tamta wyjechała do miasta i zasuwa na kasie w sklepie. Na tym podwórku nie położyli bruku, na tamtym szopa, pamiętająca wczesnego Gomułkę. Pijemy wódę?! Jasne, pijemy, przecież święta. Podpici idziemy do kościoła na pasterkę?! Oczywiście, że idziemy, jak nie iść?! Czasami wyglądamy śmiesznie? A jak mamy wyglądać, jeśli ciągle się z nas śmiejecie! Dopiero w dalekiej Holandii ktoś potrafi nas docenić! Dla was jesteśmy tylko „słoikami”, „wieśniakami” z przeszłością umazaną błotem.

To nie science fiction, to polska rzeczywistość. Taka Polska też istnieje. Być może, jest jej nawet więcej niż owej z pierwszych stron portali i newsów telewizyjnych. Tu nie urządza się pikiet w obronie sądów. Mało kogo zainteresuje feminizm i czy umieścić tęczę na pl. Zbawiciela w Warszawie, bo dla tych ludzi tęcza to zjawisko po burzy, a nie symbol. W tej Polsce ludzie walczą o byt, a rodzina nadal jest prawdziwą rodziną, w której nie ma manifestowania uczuć i jest autentyczna więź. Czuć ją, gdy trzeba rozwiązać konflikt. Ten konflikt za daleko poza próg własnej chałupy i najbliższych opłotków nie wychodzi. To zasada.

Reżyser z Łomży broni bohaterów. Nie daje odpowiedzi, co dobre, a co złe, co do naśladowania, a co do potępienia. Idzie w stronę naturalizmu i delikatnie uśmiecha się do widza. To nic, że dziadek zachwyca się „holenderskim” samochodem wnuka i nie dostrzega rejestracji z Suwałk. To nic, że Paweł naprawia auto i nie zaczyna od sprawdzenia bezpieczników. Szybko zapada noc w wigilijny wieczór. Ta cicha i dramatyczna noc najlepiej będzie wyglądała na filmie, kręconym małą kamerą przez najmłodszą bohaterkę, która pięknie fałszuje międzynarodową kolędę. Bo film o nas z Polski B, który śni się na peryferiach stolicy, jeszcze się nie skończył. Trwa na prowincji obok nas.

Wróżby w cichą noc....



Pierwszego grudnia 2018 Łomżę odwiedził oficjalnie Piotr Domalewski, reżyser rodem z .... Łomży. Jego film "Cicha noc" zdobył Złote Lwy podczas 42. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Uczestniczyłam w przygotowaniu specjalnego wydawnictwa z tej okazji. A oprócz tego postanowiłam powróżyć....

co było....

Urodził się w mieście, gdzie byli i żyli kardynał Wyszyński, Witold Lutosławski i Hanka Bielicka. To dziedzictwo wpłynęło wyjątkowo na jego życie. Śladami kardynała podążał, ucząc się w tej samej szkole. Był również ministrantem.

I bardzo dobrze, że na tym naśladownictwo się skończyło, bo gdyby tę łomżyńską tradycję kontynuował, znaczy się wstąpił do seminarium, nie byłby dzisiaj tym, kim jest.
Co do jego związków z Lutosławskim i Bielicką sprawa jest oczywista – wszyscy to artyści, czyli ci, co to nie sieją, nie orzą, a talent sam ich żywi, dlatego też są wiecznie żywi i inni żywi o nich ciągle pamiętają.

Tak więc żył sobie spokojnie w mieście, wokół którego trawa czysta i woda zielona... znaczy się odwrotnie. Jego życiorys płynął spokojnie jak Narew.

Któregoś dnia stwierdził, że ma za słaby jak na faceta głos i postanowił go fachowo poćwiczyć. Trafił najpierw do piosenkarzy, a potem do aktorów. Nauczył się śpiewać i grać. Mamusia polonista nauczyła go pisać, to znaczy tworzyć teksty samodzielnie, bez pomocy internetu.

W wieku jak najbardziej odpowiednim wyrwał się spod wysoce fachowej pedagogicznej opieki rodziców i ruszył w Polskę. Zwiedził Wrocław, Białystok, Kraków, Gdańsk i Katowice. I tu właśnie przeżył największą traumę swego życia. Mimo iż miejscowość w granicach państwa polskiego nijak nie mógł się porozumieć z tamtejszym ludem wydobywającym węgiel.

co jest.... czyli dzień dzisiejszy

W Gdańsku spotkała go przygoda. Onegdaj spacerując po Długim Targu, ulica taka jakby kto nie wiedział, spotkał dwa bezdomne lwy. Włóczyły się bidne po ulicach, bo niby są symbolem miasta, niby to mieszkają w ratuszu, ale ich podobizny wręczane są ludziom w Gdyni. Lwy straciły zatem orientację, czy są z Gdańska, czy z Gdyni, czy są ze złota, tombaku czy z krwi i kości. Już ruszyły w stronę Motławy, żeby w akcie rozpaczy rzucić się do rzeki, kiedy nasz człowiek pogłaskał je po grzywach, podzielił się hot-dogiem, obdarzył dobrym słowem. Lwy obiecały, że jeszcze kiedyś się wszyscy razem spotkają i

Będzie, będzie zabawa!
Będzie się działo!
I znowu nocy będzie mało.
Będzie głośno, będzie radośnie.

Myśląc o ponownym spotkaniu z wielkimi i potężnymi zwierzętami zaczął pisać scenariusze i kręcić filmy. Jego trud został doceniony. Dostał zaproszenie do Gdyni. A Gdynia to port potężny. Tu zawijają statki z całego świata. Tu ludzie kręcący filmy spotykają się co roku w teatrze z olbrzymim foyer i nie mówią po śląsku. W nocy spacerując nerwowo, w oczekiwaniu na pokaz swego filmu, po ulicy Świętojańskiej, spotkał starych znajomych. Oj radowały się lwy, radowały! Machały ogonami, machały! A następnego dnia ich podobizna trafiła do potomka Wyszyńskiego, Lutosławskiego, Bielickiej i oczywiście rodu Domalewskich. Wielki to był dzień dla dzielnego chłopca znad Narwi. Tak się cieszył, że nie wiedział co powiedzieć, komu dziękować, komu się pokłonić, kogo op.... znaczy się objechać, bo byli tacy, co w niego nie wierzyli.

co będzie...

Już niedługo będziesz sławny, sławniejszy niż dzisiaj. Ale zanim ten czas nadejdzie, czeka cię praca w trudzie i znoju. Po nocach spać nie będziesz myśląc, co by tu jeszcze skręcić, wykręcić, nakręcić. W poszukiwaniu tematów do scenariuszy pieszo będziesz przemierzał bory i pola, gdzie nawet Jeep z napędem na cztery koła nie dojedzie. W swych poszukiwaniach odwiedzisz szeptunki, które nie powiedzą co nic poza tym, co ja tu mówię. W wielkich miastach na dworcach spać będziesz, by poczuć atmosferę kolejnego pomysłu na film. Wymienisz kilka laptopów, zapiszesz tonę papieru, wypijesz hektolitry kawy.

Uważaj tylko na energetyki. Co za dużo to nie zdrowo.

Wkroczysz w wielki świat finansjery, polityki i facebooka.

Wykorzystaj pierwszych, odsuń się od drugich, a na facebooka machnij ręką.

Spotkasz wielu ludzi, wśród nich tłumy wielbicielek, które zrobią wszystko, by dostać się do twego filmu. Będą ci kadzić, będą komplementować, zasypywać słodkimi słowami, obiecywać gwiazdki z nieba i gruszki na wierzbie.

Wystrzegaj się ich! Gwiazdka z nieba może okazać się czarną dziurą, w którą wpadniesz i już z niej nie wrócisz.

Będziesz zapraszany na bankiety i spotkania. Wielkie pokusy będą tam na ciebie czekały, zastawione stoły i pełne kielichy, ludzie o sztucznych uśmiechach, co to będą chcieli się ogrzać w cieniu twojej sławy...

Pamiętaj, jedzenie na bankietach jest niewiadomego pochodzenia, może ci zaszkodzić, a wtedy laparoskopia pęcherzyka żółciowego i refluks żołądka. Jeśli do tego dodamy płyny w kielichach to może okazać się po pewnym czasie, że cały układ trawienny do wymiany.

Ale nie zapomnisz nigdy o swym rodzinnym mieście. Będziesz tu przyjeżdżał wiedząc, że kiedyś postawią ci tu ławeczkę. Tak jak Bielickiej.