Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wybory. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wybory. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 lipca 2020

Sezon ogórkowy po niemiecku




I mamy nareszcie sezon urlopowy, zwany ongiś ogórkowym. Jest to bardzo niesprawiedliwa nazwa, ponieważ na rynku oprócz ogórków widziałam multum pomidorów, pełno było jagód i wiśni. Ale zostawmy ten problem. Ktoś tak kiedyś nazwał i niech tak zostanie.

Tradition. Znaczy się tradycja.

W każdym razie mamy za sobą kolejne wybory. Kolejne oczywiście sfałszowane. Ostatnimi czasy wybory nieustannie są fałszowane. Jak nie przez jednych, to przez drugich. Przynajmniej i jedni i drudzy tak twierdzą. 

Narodziła się nowa tradition.

Jeszcze gdzieniegdzie słychać echa prezydenckich debat. Stoję sobie na przykład na przystanku autobusowym. Stoją inni. Wszyscy zamaskowani. Ja zresztą też, chociaż mój stosunek do maseczek jest jak jest. Ale ze względu na szacunek do innych, maskę w miejscu publicznym na twarz nakładam.

No więc stoimy. Większość 70+. Owa większość rozmawia o zwycięzcy wyborów. Cieszy się. Jednak jest ostro przerażona faktem, iż ten drugi otrzymał prawie połowę głosów. Wysłuchuję więc zarzutów pod swoim adresem. Wszak na drugiego głosowałam. 

Jestem za zabijaniem dzieci, nauką masturbacji („ on chciał, by dzieci w przedszkolu uczyły się wie pani, tego, no tego … jak to się robi samemu ze sobą” - cytat autentyczny), zamknięciem księży „we więźniach”, ślubów między ludźmi i zwierzętami i oczywiście uzależnieniu wszystkiego i wszystkich od Niemców.

W tym momencie zapaliła mi się pod maseczką czerwona lampka. Tego warto posłuchać uważnie, bez chichotu pod symbolem roku 2020, znaczy się maseczką.

70+ stwierdziło zgodnym chórem, że Niemcy mieli zagarnąć całą Polskę po wyborach, tak samo jak w 1939. A przecież jeszcze nie wypłacili odszkodowania za II wojnę światową. To znaczy oczywiście Żydom wypłacili, innym wypłacili, ale Polacy nie dostali ani grosza. I kiedy Polacy upominają się o wypłatę w markach, bo mają lepszy kurs niż złotówka ( ludziska, tam już jest euro – chciałam krzyknąć, ale odpuściłam), to Niemcy też krzyczą, że chcą zwrot swojego.

„ A co my mamy im oddać?” - ryknęła ze śmiechu pod maseczką pani z ogórkami.

Autobus, na który oczekiwaliśmy, stał właśnie na „światłach”. Miałam kilka minut na ripostę, by nie wdawać się w ostrą dyskusję. Jest duża szansa, że w autobusie nie będą dyskutować.... Czego od nas mogą chcieć Niemcy?

Odetchnęłam głęboko i spokojnym głosem odpowiedziałam:
  • Pomorza, Warmii i Mazur, znaczy się Prus, Śląska Opolskiego, Dolnego Śląska... Wrocławia, Szczecina... może nawet Gdańsk...
  • Ale to przecież dostaliśmy za zabrany wschód! - oburzył się naród na przystanku.
  • Po zwrot tych ziem to musimy się zwrócić do Ukrainy, Białorusi i na Litwę...
  • Ale to nie oni zabrali, to Związek Radziecki...
  • Związku Radzieckiego już nie ma... - wzruszyłam ramionami.
Właśnie podjechał autobus. Wsiedliśmy do niego i pojechaliśmy z naszymi ogórkami, jagodami i wiśniami robić przetwory dla wnuków.

Nieustannie tkwimy w tradition, że wszystkiemu winni są nadal Niemcy... 


piątek, 1 maja 2020

Narodowa kwarantanna L - Niech się świeci 1 Maja



film na dziś „Biało-niebieski sen”


Oto kochani zbliżyliśmy się do takiej rocznicowej cyfry. Pierwszy felieton napisała dla Was 13 marca... który jest dziś.... widać.

I to już będzie koniec...

Koniec mego pisania pod hasłem „Narodowa kwarantanna”. Bo inne felietony oczywiście będą, nie codziennie, ale będą. Zatem tak całkowicie nie opuszczajcie cioci Grażynki.

Dlaczego akurat dziś kończę?

Pierwszy powód to oczywiście wymieniona powyżej cyfra. Chciałam co prawda dociągnąć do tej oznaczającej mój wiek, ale pomyślałam o kłopotach. Kłopotach tematycznych.

Od kilku dni przerzucam sieć, nawet programy w różnych tv zaczęłam oglądać, by znaleźć natchnienie. Kiepsko jest. Zauważyłam, że mały, wredny hitlerek zaczyna znikać. Oczywiście, że nie z naszego życia.
Z ekranów. Monitora i telewizora w moim przypadku.
Jest go coraz mniej, a jego miejsce zajmują wybory. Jasne, że prezydenckie, nie te związane z zakupami, czy kupić „Żubra” czy „Łomżę”.

Być może niedługo wszyscy zapomną o wirusie. Ważne będą jedynie karty do głosowania. Urny do pochowania. Kandydaci do zapomnienia. Wyborcy do kitu.

Szykuje się zwycięstwo polskich wyborów prezydenckich 2020 nad koronawirusem.

O polityce starałam się pisać niewiele. Wiem, że od niej nie uciekniemy. Ale pisać o niej jakoś mi się nie chcę. Są inni od tego. I mądrzejsi. I głupsi. Kontynuując cykl „Narodowej kwarantanny” pewnie bym wkrótce musiała pisać, bo z innym tematem bym się nie przebiła. Mamy zatem drugi powód, by cykl zamknąć.

Trzecim powodem jest dzisiejszy dzień.

1 Maja.

Święto Pracy.

Dzień uwielbiany przez moje pokolenie.

Dzień przeklęty przez przeciwników socjalizmu.

Dzień wstąpienia Polski do UE.

Słowem – dzień bardzo ważny.

Już wczoraj wywiesiłam na balkonie flagę. Pewnie nadal samotna powiewa na wietrze. Przez okna widzę aż dwie inne. Normalne. To nie procesja w Boże Ciało, by dekorować balkony. Ani piłkarskie mistrzostwa w 2012, kiedy wszystko pokryte było narodowymi barwami.

Zaraz, zaraz, kiedy ja ostatni raz obchodziłam Święto Pracy?

Tak w 2011.... Na „majówkę” wyjechałam do ukochanego Wałbrzycha. Pierwszego maja siedziałam ze znajomymi w pubie przy stadionie na Nowym Mieście. Piliśmy piwo, wspominaliśmy stare, dobrze pochody i stragany. Co chwilę ktoś podsumowywał „I komu to przeszkadzało?....”. Drugiego maja byłam na grillu. A w rocznicę uchwalenia konstytucji miałam pociągiem około 13.00 wyruszyć do Wrocławia, gdzie oczekiwał mnie zmotoryzowany syn.
Tymczasem zatelefonował i kazał być wcześniej. Wyjechałam ok. 8.00. Już na dworcu zauważyłam, że z nieba leci coś białego. Może to płatki kwiatków? Drzewa wszak kwitną... Wraz z towarzyszącą mi roczną wówczas sunią wsiadłam do pociągu. W połowie trasy telefonicznie odezwała się wczorajsza koleżanka z grilla. Zapytała, czy widzę ten śnieg. Jaki? Za wagonowym oknem pada deszcz. Tymczasem w Wałbrzychu ponoć zaczął padać śnieg i to nie byle jaki. Taki styczniowy.
We Wrocławiu przesiadłam się do auta syna i pomknęliśmy „ósemką” do domu. Lało. Normalnie lało. W okolicy Rawy Mazowieckiej postanowiliśmy zrobić postój toaletowy. Lało. Pies nam zmókł. Kolejna znajoma zatelefonowała. Pytała, czy jesteśmy poza Dolnym Śląskiem, to ten już odcięty od świata. Śniegiem. Zaspami.

Po dotarciu do domu szybko włączyliśmy telewizor i komputer. Nie wierzyliśmy własnym oczom. Trasa kolejowa, którą rano jechałam – zamknięta. Drzewa zerwały trakcję elektryczną. Na podjeździe do Wałbrzycha ze strony Świdnicy – stłuczka za stłuczką. Wiadomo, auta miały już letnie opony...

Ja na szczęście byłam już w domu.... w tym samym co teraz....

Niech się święci 1 MAJA!

poniedziałek, 27 kwietnia 2020

Narodowa kwarantanna XLVI – Taki sobie chaosik....


film na dziś "Nic nie widziałem, nic nie słyszałem"


Dziś o chaosie. Nie tym w waszych domach. Ani tym bardziej w moim. U mnie porządek. Nawet wczoraj podłogę wymyłam. Codziennie zmywam naczynia. Piorę, jak w koszu nazbiera się odpowiednia ilość prania białego i kolorowego. Śmieci też wynoszę. Posegregowane w miarę możliwości.

Za oknem też wszystko gra. Ludzie chodzą w maseczkach pod brodą. Większość sprząta po swoim psie. Pan dozorca codziennie robi obchód swego rewiru. Sprząta śmietnik. Przed nim leży tzw. wielki gabaryt, bo lokatorzy mają gdzieś termin akcji „Wywal graty z chaty”. Stare wersalki i fotele wymieniają wtedy, kiedy im wygodnie.

Chodzi o chaos informacyjny.

Zbyt dużo pojawia się informacji w związku z nieszczęsnymi wyborami. Karty do głosowania mają trafić bezpośrednio do skrzynek. Ale mamy potwierdzić ich odbiór. Listonosz ma nas wylegitymować. Czyli mamy z dowodem osobistym stać przy skrzynce na listy? A skąd pewność, że to my tu mieszkamy, że nie stoimy pod skrzynką Jasia Kowalskiego, żeby przechwycić kartę do głosowania w celu sfałszowania wyborów? Kochani, w naszych dowodach nie ma danych o miejscu zameldowania... A roznosiciel ma prawo nas nie znać. Wirus też nas nie zna.

Słowem – nikt do końca nie wie, jak będzie.

Największy chaos informacyjny dotyczy samego małego, wrednego hitlerka. Przejdźmy do konkretów, czyli jak to z nim jest.

„Niemiecki wirusolog twierdzi, że epidemia potrwa aż do wynalezienia skutecznej szczepionki. Francuski wirusolog twierdzi, że epidemia samoczynnie wygaśnie za kilka tygodni. Chiński wirusolog twierdzi, że Covid będzie powracał jak grypa sezonowa. Włoski lekarz twierdzi, że wyleczeni pacjenci nabierają trwałej odporności. Brytyjski lekarz twierdzi, że pacjenci mogą być odporni tylko przez kilka tygodni lub miesięcy. Polscy lekarze twierdzą, że wyleczeni pacjenci nie mogą nikogo zarazić. Chiński lekarz twierdzi, że wyleczeni pacjenci mogą nadal zakażać”.

Tak, skopiowałam z postu byłej uczennicy. Było tam jeszcze więcej wzajemnie wykluczających się wypowiedzi, których już przytaczać nie będę.

Klasycznym już przykładem mętliku w wypowiedziach jest nasz minister zdrowia. Niby lekarz, a jednak coś mu się miesza. Najpierw mówił, że maseczka nic nie daje. Nikogo przed niczym nie uchroni. No, może ci co kaszlą lub kichają powinni ją nosić. Reszta niech machnie na ten środek zapobiegawczy ręką. Potem odwrót o 180 stopni i nakaz noszenia czegokolwiek na ustach i nosie.

Dziś też mamy masę sprzecznych opinii o owych maskach. Ulice przypominają karnawał, bo każdy ma inną. Ja na przykład mam taką z uśmiechem Jokera. Chodzę i straszę. Joker uszyty jest z przewiewnego materiału, w związku z czym ma przewiew. Tradycyjne, koronawirusowe uszyte są z bawełny. Oj, mam taką... Oj, trudno oddychać. Człowiek łyka własny dwutlenek węgla... Oj, wdycha...

Właśnie... Są tacy, co uważają, że ów dwutlenek nie zaszkodzi, są tacy, co biją na alarm. Bo doprowadzi do zapalenia płuc. Pomaseczkowego, nie wirusowego.

I komu tu wierzyć?

O ilości teorii spiskowych już nie wspomnę. Odnotuję jedynie, że coraz więcej osób z mego otoczenia, osób całkiem poważnych, politycznie niezaangażowanych, zaczyna wierzyć, iż coś w tym wszystkim jest. I nie jest to jakiś tam wirus....

Najmniej chaosu jest w łomżyńskich szpitalu jednoimiennym. Znaczy się zakaźnym. Co prawda pod koniec tygodnia ktoś próbował coś napisać na temat związany ze szpitalem i podał wiadomość, że karetki wiozą chorych do szpitala!

Ludzie, rewelacja! Chorzy ludzie będą leczeni w szpitalu!

Według dzisiejszych danych na 203 sale i 476 łóżek, w łomżyńskim szpitalu przebywa 30 (słownie trzydzieści) osób w koronie.

A martwiła się była pani poseł, że warunków nie ma do leczenia, a martwiła się... Tymczasem mamy w Łomży komfortowe warunki do opieki medycznej!

A jak tam wasze szpitale?

sobota, 25 kwietnia 2020

Narodowa kwarantanna XLIV – Ciężki żywot emeryta


                        film na dziś „Znachor”

Właściwie gdybym chciała napisać jakiś chwytliwy felieton, by był czytany przez setki, tysiące ludzi to pewnie powinien być o polityce, technologii 5G lub kościele.

Pierwszego tematu unikam jak niekontrolowanego ognia. Wszyscy o tym piszą i nie ma jak się przebić.

Na temat nowoczesnych technologii się nie znam. A kościół w czas narodowej kwarantanny zamilkł. Czasami pojawiają się jakieś memy, czasami jakiś ważny biskup powie coś mniej ważnego. Ale w zasadzie kościół milczy. A szkoda, mógłby tak wyciągnąć rękę do narodu. I to nie z tacą...

W każdym razie w czasach postępującej normalizacji trudno o dobry temat poza prezentowanymi powyżej. Dlatego będzie o emerytach. A konkretnie o ludziach 60+.

Udowodniono niedawno naukowo, że wskazany przeze mnie wiek to obecnie już nie wiek senioralny. Teraz senior zaczyna się od 65+. Póki co, oprócz godzin w sklepie dla seniorów, nie zmieniono innych postanowień i nadal mogę korzystać z wielu ulg. W takim pociągu na przykład.

I niech nikt nie waży się zmieniać. Jesienią chcę jechać nad morze.

Emerytowi w zasadzie powinno być dobrze. Jeśli jego dzieci usamodzielniły się, to mieszka on sam lub z osobą towarzyszącą w swoim M. Ma w nim praktycznie wszystko, co mu do życia potrzebne. Sprzęt domowy wymienia jedynie wtedy, gdy mu się takie krzesło rozleci i nie można go naprawić. Bo obecny emeryt pochodzi jeszcze z pokolenia, które naprawiało.

W porządku, zgadzam się z waszymi sugestiami – ta stara lodówka jeszcze da się naprawić. Ta z dzisiejszych czasów już nie, bo koszt jej naprawy przewyższy koszt nowej.

Jeśli emeryt pracował i budował najpierw taką PRL, potem RP to zawsze jakąś emeryturę ma. Na luksusy go nie stać, ale na przeżycie jest.

Przebywając w takiej kwarantannie jak obecnie, emeryt powinien znacznie mniej wydawać. A do tego powinien lepiej się psychicznie czuć.

Nie kuszą go bowiem sklepy ofertami promocji. Nie kusi widok szynki jak za Gierka. Nie ma w skrzynce reklam oferujących odmłodzenie po zjedzeniu pierogów ruskich produkcji chińskiej. Słowem, emeryt jest odcięty od wszelkich pokus, na które go nie stać.

Rano je sobie zupkę mleczną na chudym mleku. Na obiad pożywną zupkę zwaną ziemniaczaną. A na kolację kromkę chleba z twarogiem, chudym rzecz jasna. I żyje.

Oczywiście wszystko to jest jasne i proste pod warunkiem, że emeryt jest zdrowy. To znaczy, niecałkowicie zdrowy. Bo każdy 60+ jest chory. Jeśli na nic się nie leczy, znaczy się niedługo zejdzie, bo ukryta w nim choroba powali go w jednej chwili.

Taka znajoma emerytka Zofia leczy się już od ponad dwudziestu lat. Jest nieustająco chora, ledwo chodzi, ale jakoś żaden wirus jej nie chwyta. Nawet sezonowej grypy nie przechodzi. Żyje bardzo skromnie i jest chodzącym dowodem na to, że do życia człowiekowi żaden „Ballantines” nie jest potrzebny. Teraz też ma się bardzo dobrze.

(Choroba, dlaczego po raz pierwszy po wyjściu z domu kupiłam cały litr tego napoju życia?)

Emeryt na kwarantannie powinien mieć się zatem dobrze. Są emeryci, co szyją maseczki. Są tacy, co nadrabiają zaległości książkowe. Są tacy, co siedzą nałogowo przy telewizorze.
Ich postawa wobec spraw bieżących zależy od tego, przy jakim programie telewizyjnym siedzą. 

Zofia siedzi przy TVP. Nikt z opozycji jej nie wytłumaczy, że dla psychicznej równowagi powinna oglądać również TVN. Zofia ma się za tradycjonalistkę, jej rodzice oglądali tylko TVP i ona też ogląda. Tłumaczenie, ze za czasów rodziców była tylko TVP, nic nie daje.

Sytuacja może być również odwrotna. Emeryt tkwi tylko w TVN, od czasu do czasu wrzuca Polsat. Też brak obiektywizmu. A przede wszystkim brak argumentów w dyskusji z opozycją z TVP.

No tak wasz głos w mej głowie już się odzywa. Uważacie, że współczesny emeryt ogląda tylko wiadomą telewizję wiadomego ojca... I tu was zaskoczę.

W moim otoczeniu 60+, nikt nie ogląda. Podejrzewam, że średnia wieku wiadomych mediów jest grubo powyżej 65+...

Dzisiejszy młody emeryt słucha muzyki rockowej, bo na takiej się wychował. Ogląda filmy fantasy. Chodzi na plenerową siłownię. A dla równowagi – bywa w filharmonii i płacze nad losem Marysi ze „Znachora”.

I nie wie, czy weźmie udział w nadchodzących wyborach.

piątek, 24 kwietnia 2020

Narodowa kwarantanna XLIII – Pierwszy dzień wolności w cieniu teorii


                       film na dziś „Teoria spisku”

Tak, nadszedł. Wczoraj. Synowa zaprosiła mnie na ciasto i kawę. Ciasto było drożdżowe (takie jak robiła moja mama!). Szacun dla synowej i syna, który drożdże zdobył, znaczy się kupił. Wsuwając drożdżówkę i patrząc na rosnącego, też jak na drożdżach, wnuka, wspólnie zastanawiałyśmy się, skąd owa kwarantannowa popularność drożdży.

Żadnych konkretnych pomysłów. Tylko powtarzanie memów z sieci....

Do wnuka poszłam pieszo. Uznałam, że bezpieczniej i zdrowiej. Fruwający w powietrzu mały, wredny hitlerek ma mniejsze szanse opaść na mnie, niż gdybym siedziała w autobusie. Poza tym solidny spacer w okolice nieodwiedzane przeze mnie od ponad miesiąca, po prostu się mi należy.

Stwierdzam, że w okolicach prawie nic się nie zmieniło. Miasto jak stało, tak stoi. Nic nie wyburzono, znaczy się bombardowania nie było.

Dokończono natomiast budowę ulicy przy domu wnuka. Nawet normalny parking powstał. Jeszcze tylko trzeba wykonać „nasadzenia”. Cokolwiek to nie znaczy i cokolwiek ktokolwiek nasadzać będzie.

Drogę powrotną też pokonałam pieszo. Słońce świeciło mocno w plecy i po raz pierwszy tego roku poczułam wiosnę. W postaci potu na plecach. Przyjrzałam się drzewom i krzewom. Niektóre wyglądają na uschnięte... Inne mają mało liści.... Przypomniała mi się płonąca Biebrza... Susza, susza....

Ludzi na ulicach sporo. Na moim skate parku młodzież już się nie ukrywa z uprawianiem sportu. Spotyka się przy drążkach i drabinkach, wymienia doświadczenia związane z treningiem. Dwóch młodzieńców ćwiczyło nawet boks. Autentycznie. Bez ściemy. Nie tłukli się. To był prawdziwy trening. Jeden ćwiczył prawe i lewe proste, waląc drugiego w specjalne do treningu rękawice. Drugi udzielała fachowej instrukcji w stylu” „ Nogi niżej. Teraz odskocz. Teraz doskocz”.

Skończyły się moje wieczorne, spokojne spacery z psem.... Oj, skończyły... Kto wie, czy nie będę za nimi tęskniła....

Słowem – normalizacja postępuje. Brakuje mi jeszcze dzieci na placach zabaw. Z pobudek egoistycznych rzecz jasna. Z wnukiem chciałabym porobić babki z piasku.

I nie da się uciec od tego tematu.... Wybory prezydenckie....

Są tacy, co mówią, że to temat zastępczy, wywołany w celu odwrócenia uwagi od możliwości zejścia na wirusa. Inni twierdzą, iż nie ma o czym gadać, wyborów być nie powinno. Ich przeciwnicy, że powinny. Ktoś krzyczy o płonącej Biebrzy i ten temat uważa za najważniejszy. Jak by nie patrzył, du... zawsze z tyłu, od tematyki politycznej człowieku nie uciekniesz.
Z jednej strony słyszymy o zagrożeniu życia.

Mamy zostać w domach.

Mamy tracić oddech w maseczkach.

Mamy wkładać rękawiczki przy wejściu do sklepu.

Mamy unikać bliskiego kontaktu z drugim człowiekiem.

Dzieci nie chodzą do szkół.

Zakłady pracy pozamykane.

Fryzjery i restauratorzy w rozsypce.

Stop. Wystarczy.

Z drugiej strony przeprowadzenie wyborów tzw. korespondencyjnych nikomu nie zagraża.

Zostaną udostępnione nasze dane osobowe, o których utajnienie walczono przez lata (tzw. RODO).

Listonosz poda nam wysterylizowaną kopertę z przesławnymi kartami. ( W jaki sposób sterylizuje się papier? Przez gotowanie czy przez zanurzenie w alkoholu 60%? Preferuję tę drugą wersję).

Poda oczywiście z odległości dwóch i pół metra.

Będziemy musieli wyjść z domu, by te karty gdzieś dostarczyć...

Przepraszam, jak się to ma do hasła „Zostań w domu”?

Brak w tym wszystkim sensu i logiki. Chyba że....

No właśnie, chyba że wcale nie jest tak niebezpiecznie, jak się to nam wmawia... Udowodnił nam to dzień 10 kwietnia, kiedy najważniejsi wyszli z domu, by składać wieńce. I nie chorują do dziś. Właśnie minęły dwa tygodnie wylęgu choroby... Tamtego dnia napisałam, że jeśli nikt z nich się nie rozchoruje, zacznę wierzyć w teorie spiskowe....

Wczoraj przeprowadziłam kilka rozmów telefonicznych ze znajomymi z różnych stron Polski. Rozmawiałam z nimi na początku kwarantanny. Byli wówczas bardziej przerażeni niż ja. Teraz też zaczynają wierzyć w teorie spiskowe...

czwartek, 23 kwietnia 2020

Narodowa kwarantanna XLII – Pełna para w sądach!


film na dziś "Dwunastu gniewnych ludzi"

I tradycyjnie.... Kolejny dzień za nami.... I ludzi coraz więcej. Na ulicach, w sklepach i terenach, ongiś zielonych, teraz zieleniejących się. Bo susza. W sieci coraz więcej artykułów o braku wody. Mój kolega nawet z tego powodu się zdenerwował. Zarzucił dziennikarzom, znaczy się „pismakom”, że suszą straszą ludzi, a już niedługo wymyślą powódź lub gradobicie. Stulecia oczywiście.

Cóż, dziennikarz zawsze szukał sensacji, czyli materiału do napisania, bo taka jego praca. Im gorszy, tym lepszy, bo większe zainteresowanie. Już o tym kiedyś pisałam. Powtórzę – moje spokojne felietony nie wzbudzały zainteresowania. Te, z wyzywającym tytułem – a jakże! Widać ludzie wolą czytać o złych rzeczach, skoro one się lepiej sprzedają. A „pismak” to też zawód. Człek po prostu na chleb zarabia.

Wczoraj na powietrzu było więcej osób z małymi dziećmi, a wieczorem ruszyli rowerzyści. Skończyło się moje bezkarne spacerowanie po ścieżce rowerowej. Idiotycznie zresztą oznaczonej. Ociera się o ławki. Ludzie na nich siedzący, widząc rower, muszą chować nogi pod ławkę. Inaczej, nie ma bata, rower po nogach przejedzie. Do tego ścieżka biegnie tuż przy trawniku. A jak wiadomo, pieski muszą na trawniku. Wystarczyłoby tylko trochę farby, by znak „rower” z jednej strony zamalować i namalować go z drugiej strony, gdzie rosną krzewy.

Jak widać myślenie boli.

Tak więc wczoraj po skate parku zasuwali rowerzyści. I to ostro. Znaczy – szybko. Widać było, że siedzieli w zamknięciu przez czterdzieści dni.

Spotkałam dwie koleżanki. Jedna kupiła sobie sukienkę. Na lato. Bo zapewne zaraz będą upały, czyli nastanie pora sucha i tzw. ciuchy wiosenne nie będą już potrzebne.

Druga miała ciekawe wieści. Niedługo ruszą sądy! Nie, nie, nikt nigdy sądów rejonowych, okręgowych ani żadnych innych nie zamknął. Nawet jakieś sprawy się odbywały. Większość jednak została odwołana. Według jakiego klucza, znajoma nie wiedziała. Wczoraj dostała wezwanie na kolejną rozprawę o spadek. Ten jej się oczywiście należy, ale zgodnie z literą prawa, sąd musiał szukać innych spadkobierców. Teoretycznie byli lub są. Praktycznie nikt w rodzinie niczego o nich nie wie. Czy są, czy ich nie ma, koleżanka dowie się na rozprawie 14 maja.

I ma dylemat. Czy jechać do innego miasta na tę rozprawę, czy zgodzić się na wszystko, co sąd postanowi?

Pytam, czy suma warta jest poświęcenia zdrowia, a może nawet życia? Czy, jeśli zejdzie na małego, wrednego hitlerka, to jej rodzina po niej ów spadek dostanie? A jak się wyrok jeszcze nie uprawomocni?

Cóż, wartość sumy spadkowej ma wartość w zależności od człowieka. Dla kogoś 500+ to majątek, a ktoś taką sumę nosi w portfelu w przegródce z napisem „drobne”.

Sumy spadku oczywiście nie usłyszałam. Normalne.

Fakt, że sądy zaczynają pracę pełna parą, też jest całkiem normalny.

Niedługo mają być wybory. Jakiś sąd musi uznać te wybory za legalne i przeprowadzone zgodnie z prawem. Sąd musi więc działać. Narodowi trzeba pokazać, że postępuje „normalizacja” ( to taki termin z okresu stanu wojennego w Polsce).

Aha, o uruchomieniu pełną parą sądów – cisza.

Kolejnym tematem poza wirusowym są oczywiście wybory. Nie będę o tym pisać. Wszyscy o tym piszą. Nic nowego nie wymyślę. Teorii spiskowych brak. Wszystko jest jasne.

Najbardziej boli mnie pożar w Biebrzańskim Parku Narodowym.... Ktoś celnie zauważył, że jeszcze niedawno płakaliśmy nad Australią... a teraz... mało uwagi zwracamy na naszą, narodową tragedię. Użalaliśmy się nad koalą. Teraz mało kto wspomina bielika broniącego gniazda z jajami...

Temat biebrzańskiego parku schodzi na plan dalszy....

Smutno ….

niedziela, 19 kwietnia 2020

Narodowa kwarantanna XXXVIII - Wielki nam dzień nastanie (jutro)



                              film na dziś "Ptaki"

Kochani, od jutra niezwykłe zjawisko. Nazwano je odmrażaniem gospodarki. Stopniowym. Pierwszy etap będzie. Odmrażanie zacznie się od otwarcia parków i lasów (o cmentarzach nie wspomniano...). Znikną druty kolczaste, znikną szlabany, zasieki i barykady. Las stanie otworem dla spragnionego powietrza ludu.

Lud wejdzie do parku!

Przypomni sobie, jak wygląda drzewo, co się zowie brzoza. Ujrzy sosnę i świerk. Dotknie kory i budzących się do życia liści.
Odetchnie pełną piersią i przeponą.

No i co z tego, że w maseczce? Odmrażanie jest przeca stopniowe.

Dlaczego najpierw odmraża się, znaczy otwiera lasy? Proste. Każda gospodyni domowa wie. Jeśli chcemy odmrozić lodówkę, to wyciągamy z niej wszystko. Żeby odmrozić gospodarkę, trzeba lud do lasów wygonić.

Nie ma obawy. Lud partyzantki nie założy. Lud się zachłyśnie świeżym powietrzem i będzie za nie niezwykle wdzięczny tym, co go do lasu wpuszczą.

A ów ma w tym swój cel.

W takich lasach bowiem ustawi punkty odbioru kart do głosowania. Wiadomego głosowania. Jeśli człek do lasu 10 maja trafi, na pewno do takiej dziupli głos wrzuci. Oczywiście przy okazji wdechu i wydechu.

Za komisje wyborcze będą robić ptaszki. Będą też sarenki i dziki. Ale to w dalszych rejonach lasów, gdzie będą zapuszczać się myśliwi wraz z rodzinami. Ci połączą przyjemne z pożytecznym i ustrzelą kilku członków komisji w ramach edukacji swoich dzieci.

Jasne wszystko? Jasne!

Jeszcze tylko kilka haseł trzeba wymyślić i lud będzie zachwycony działaniami swych władców. Jako że hasła nie przychodzą mi do głowy, przejdźmy dalej do odmrażania.

W sklepach będzie nas więcej. Dlaczego akurat to? Otóż kolejki, nawet człowiek od człowieka oddalony o dwa metry, nie robiły dobrego wrażenia. Takim antykom jak ja przypominały czasy PRL-u. Wystarczająco dużo kojarzy nam się ostatnio z tamtymi latami, postanowiono zatem przynajmniej jeden element zlikwidować. Ten najbardziej rzucający się w oczy.

I na tym koniec etapu pierwszego. Drugi zostanie zapewne rozpoczęty po 10 maja. Do tego czasu las i sklep musi ludowi wystarczyć.

W drugim etapie nastąpi „otwarcie hoteli i innych miejsc noclegowych”. Oznacza to, że będziemy mogli podróżować. Zupełnie niewskazane to jest przed wyborami. Przemieszczający się lud może nie zagłosować ze względu na zmianę miejsca zamieszkania. Dzięcioł z komisji wyborczej z nieswojego lasu ma prawo go nie znać.

A zresztą czy taki, co się przemieścił, będzie myślał o wyborach? Będzie się cieszył z przemieszczenia i tyle!

W drugim etapie przewidziano również otwarcie „niektórych instytucji kultury: bibliotek, muzeów i galerii sztuki”.

Oczywiście, że po 10 maja. Według mnie oczywiście. Ja bym tak zrobiła rzecz jasna, gdybym była na miejscu odmrażających. 

Otwarcie tych instytucji obudzi bowiem inteligencję. A dla tej grupy książka, obraz czy kawałek antycznego dzbanka jest ważniejszy niż las. Zamiast do lasu w niedzielę inteligent pójdzie do galerii oglądać obrazy. Do muzeum podziwiać stare monety. Spragniony nowych powieści zacznie czytać na balkonie. I co? Frekwencja wyborcza się rypnie. Wróbelki, kukułki, nornice i liski będą nadaremnie oczekiwały na wyborcę....

Zbyt wczesne dopuszczenie do uciech intelektualnych może również spowodować, że ludzie zaczną myśleć. A myślenie w obecnych czasach jest najmniej pożądane.

Zatem jutro ruszamy do lasu, do parku, na łąkę.... zaraz.... o łące nie było mowy... w każdym razie od jutra nasze psy mogą swobodnie srać na trawnikach. Do tej pory robiły to nielegalnie, bo przecież wszystkie tereny zielone były zamknięte.

Do zobaczenia pod krzakiem!




wtorek, 7 kwietnia 2020

Narodowa kwarantanna XXVI - Cuda i dziwy


                film na dziś "Killer" 

Kiedyś kursował taki dowcip:
  • Dlaczego budynek sejmu jest okrągły?
  • A kto widział cyrk kwadratowy?
Po wczorajszych hecach z głosowaniem posłów w sprawie wyborów prezydenckich, uważam, że ten dowcip uwłacza artystom cyrkowym.
Powiedzenie, że polska polityka zeszła na psy, ubliża psom.

Kto jest temu winien?

My.

Naród.

Tak wybraliśmy.

Tak mamy.

Jak widać.

Jak słychać.

Jak czuć.

I tyle w tym temacie – jak mawiał jeden z bohaterów filmu „Pieniądze to nie wszystko”.

Wczorajszy dzień postanowiłam przeżyć z dala od wirusa. I właściwie wszystko się udało. Nie, nie, włączenie telewizora o określonej godzinie błędem nie było. Człowiek w końcu nie żyje na bezludnej wyspie.

Wczoraj w sieci pojawił się mem z Rumcajsem, takim rozbójnikiem z czeskiej „Dobranocki”, gdyby ktoś nie wiedział. Rumcajs zapytany o ostatnie wydarzenia, odpowiada, że o niczym nie wie, bo cały czas siedział w lesie.
Zaczęłam się właśnie zastanawiać, czy nie uciec od tego wszystkiego na swoją działkę. Prąd jest. Woda jest. Żarcie ktoś przez siatkę przerzuci. Robi się coraz cieplej. Fakt, internetu złapać nie można.... ale wytrzymacie chyba beze mnie...

Tak więc wczoraj wyszłam dwa razy z psem na dłużej niż pół godziny. Mam gdzieś zakazy i nakazy. Terenu rekreacyjnego zwanego skate parkiem nikt taśmą mi nie zamknął. Place zabaw też nie zostały zaplombowane. Pospacerowałam dłużej niż zwykle. Spotkałam znajomą. Kobieta po przejściach ekologicznych chodziła wokół swego bloku. Okrążyła go raz, drugi, trzeci. Niczym na spacerniaku w więzieniu. W jej przypadku ruch jest formą terapii. Fizycznej i psychicznej też.

Obejrzałam trzy polskie komedie. Takie prawdziwe, nie te romantyczne. Znaczy się obejrzałam stare polskie komedie.
Przeczytałam kryminał. Też stary. Podczas czytania rozsypał się i dziś trafi do pojemnika z napisem „Papier”. Akcja egzotyczna była. Ktoś kogoś zabił na morzu, na statku płynącym do jakiegoś portu w Ameryce Południowej. Statek oczywiście był polski, trup też przynależał do tego państwa.

Nawet kisiel sobie ugotowałam. Ostatnie opakowanie. Przy okazji znalazłam dwie zupki typu „Gorący kubek”, otwartą przyprawę do kawy i rozpoczęty barszczyk czerwony w proszku. Termin ważności niby minął, ale wiadomo, że to, co w torebkach to prawie czysta chemia, może więc jeszcze wykorzystam.

Wieczorny spacer poświeciłam medytacjom na temat potrzeb człowieka. Tych materialnych przede wszystkim.

Co tydzień syn przywozi mi zakupy. I wystarczają na tydzień. Niewiele tego. Mógłby więcej, gdybym chciała. Ale jakoś mi się nie chce. Moje obecnie skromne i bardzo proste jedzenie spowodowało, że poziom cukru we krwi mam w normie, a waga trochę się cofnęła. Z konta też ubywa mniej pieniędzy....

Również wczoraj wieczorem uświadomiłam sobie, że wychodząc z psem poza teren bloku codziennie widzę jasną Wenus. Ponad trzydzieści lat mieszkam w tym miejscu, od dziesięciu chodzę tą samą trasą z psem, a dopiero teraz dotarło do mnie, że to Wenus.... taka planeta... zerka na mnie każdego wieczora... I podgląda. Znaczy się permanentna inwigilacja. A co najciekawsze takiej Wenus nie potrzebny mój pesel, by wiedzieć, o której i gdzie chodzę.... 

Cuda i dziwy.

poniedziałek, 23 marca 2020

Narodowa kwarantanna XI – Mały, wredny hitlerek


film na dziś "Operacja Samum"

Już wiem na pewno – jesteśmy w stanie wojny. Wojny światowej oczywiście. Z wirusem oczywiście. Taki mały wredny hitlerek załatwił nas na cacy. Wąsika co prawda nie ma, ale koronę na całym ciele tak. Znak rozpoznawczy jest. I na razie idzie przez świat, po trupach do celu. Jaki ten cel? A diabli wiedzą. Teorie spiskowe mnożą się nadal.

Hitlerek strzela do nas kichaniem i kaszlem (chyba, że jest to wuc narodu i kaszle w radiowym studio, wtedy to jest niewinny kaczorek). 

Biedni dziś alergicy, co to kichają i kaszlą z powodu pyłków.... Jeśli przez przypadek kichną na balkonie, sąsiad od razu zawiadomi wiadome służby i alergika zawiozą do zakaźniaka. Niby taka kwarantanna dla alergika dobra. Siedzi w domu i nie ma kontaktu z nikim i niczym, z rozkwitającą przyrodą przede wszystkim. Ale jeśli w domu nagle, nieoczekiwania zakwitnie jakiś kwiat doniczkowy?

U mnie na przykład sfiksowały „grudniki”. Kwitnie już drugi. A ja mam na przyrodę alergię. I co robić? No dobra, bez przesady. Łykam tabletki, które kupiłam tuż przed atakiem hitlerka na Polskę.
I do tego mam zabudowany balkon. Nawet jak sobie kichnę, to sąsiad nie usłyszy. Zwłaszcza, że nie siedzi na balkonie.
A ja ostatnio siedzę. Dotleniam się. Biorę kawę, ciastka, w pokoju włączam starą winylową płytę i delektuję muzyką „Niebiesko – Czarnych” czy Krzysztofa Klenczona. Każdego dnia jedna płyta. „Mam ich pięćdziesiąt” - poinformowałam kuzynkę.
„Zabraknie ci, to ma trwać trzy miesiące”.
„Spokojnie. Mój stary sprzęt ma jeszcze kieszeń na kasety. Tych mam około setki”,

No więc mały, wredny hitlerek atakuje. Nie ściska w dłoni karabinu, nie przychodzi nocą, co to kolbami w drzwi załomocą, ale uściskiem potrafi człowieka uszkodzić. Przeskoczyć z jednej ręki na drugą podczas przyjacielskiego powitania. Ludzie noszą więc rękawiczki. Ja też. Mam dwie pary. Po powrocie z wyjścia z psem (trudno nazwać to spacerem) wrzucam je do umywalki i szoruję podobnie ja dłonie. Nie zaszkodzi. A pomóc może.

Hitlerek ma czapkę lub pelerynę niewidkę ( w zależności od tego, czy odwołamy się do baśni czy do fantasy). Dzięki temu zjawia się wszędzie tam, gdzie chce. Nie sposób go przegonić.

Drwi sobie z polityków i zaciera ręce, kiedy w takiej Polsce na przykład jeszcze nikt nie odwołał wyborów prezydenckich. Oj, będzie miał używanie, oj będzie miał. Kiedy się ludziom będzie wydawało, że już go mają w garści, kiedy zaczną rozbrzmiewać na wiwat dzwony, on z uśmiechem na niewidzialnych ustach rzuci się na urny, karty i wyborców.

Bo to hitlerek przecież. Tak łatwo się nie podda. Tym bardziej, że pierwotny plan mu się nie udał. Miał zaatakować w kościołach. A tu nic. Ludzie nie przyszli. Czas nadrobić zaległości w maju. Zrobi więc przyczajkę w okopach ( niekoniecznie Świętej Trójcy – to z „Nieboskiej komedii”) i hura! Hajże na wybory!

Hitlerek obecnie dyktuje nam jak żyć. Najpierw kazał rzucać się na sklepy i brać wszystko, co pod ręką. Oczywiście wszystko w celu rozprzestrzenienia się pośród amatorów chleba i papieru toaletowego. (Aha, sprawy papieru nie rozgryzłam do dziś.... ma ktoś jakieś pomysły?)

Zamknął nas w mieszkaniach. Rozdzielił rodziny w tym samym mieście. Wnuka nie widziałam już pięć tygodni. Najpierw przebywałam na urlopie w Wałbrzychu, gdzie obserwowałam walkę z plastikiem. Teraz, jako osoba z chorobami współistniejącymi, nie będę narażała najbliższych na kontakt z hitlerkiem. Oni zaś nie chcą narażać mnie.

Bo ja, emerytka, mogę się okazać bardzo ważna.

Wczoraj koleżanka w rozmowie, telefonicznej oczywiście, powiedział, że jej syn już stracił pracę. Firma zamknięta, a ci co mieli umowy tzw. śmieciowe oraz pracowali w niej najkrócej, poszli na przysłowiowy bruk. Koleżanka ma emeryturę i dorabia jako sprzedawca. Kto wie, czy nie okaże się, że będzie musiała wziąć na utrzymanie przynajmniej jednego wnuka?

Ile takich sytuacji będzie, kiedy wreszcie hitlerka pokonamy?
Wierzę, że pokonamy. Jak uczy historia każdy dyktator w końcu swój żywot polityczny kończy. Z tym pozytywnym akcentem was dziś zostawiam.

wtorek, 26 marca 2019

Kampania wyborcza po raz ósmy - Długi weekend

 
7519802.6

tekst z listopada 2018

I zbliżamy się  do końca … Pierwsza tura wyborów samorządowych za nami. Szczęśliwi mieszkańcy miast, miasteczek i wsi, którzy swoich władców na tron powołali właśnie w pierwszej turze. Mogą sobie spać spokojnie, sprzątać banery, utylizować ulotki, chować urny wyborcze i zamiatać chodniki wokół lokali wyborczych.

O banery z twarzami nowych władców oraz tych, co przegrali, zabiegają schroniska dla zwierząt. Ponoć tak dobrego materiału do izolacji pomieszczeń dla bezdomnych piesków, jakim jest wyborczy baner, nikt jeszcze nie wymyślił. I dobrze, recykling w modzie. Pytanie tylko, czy taki ważny polityk zechce, by taki mało ważny pies lał na jego twarz na przykład. Bo tak się może zdarzyć, jeśli baner będzie ocieplał psią budę od spodu, znaczy się podłogi...

Aha, pies nie będzie, pies nie zanieczyszcza miejsca, w którym śpi. Mądry pies, oj mądry... Ciekawe, czy ktoś będzie prowadził statystyki, ile wyborczego plastiku trafi do schronisk....

Gorzej mają miasta, w których jest druga tura. Tu propaganda banerowo-plakatowa trwa nadal. Wiatr trochę psuje szyki tym, co powalczą w drugiej turze, bo zrywa tu i ówdzie takie tam i tego podobne.
W Ł. najwięcej elementów wyborczych powiesiła wiadoma dziewczyna, która stoczy bratobójczy pojedynek z wiadomym chłopakiem. Niestety, obecnie wiatr z nią nie współpracuje. Zrywa mniejsze elementy i rozrzuca po mieście.

Co? To oznacza współpracę? Można na to i tak patrzeć.

Taki wiatr zerwie plakat z głównej ulicy i poniesie na podwórko, gdzie przez czas kampanii wyborczej nie było żadnego. Przedstawiciele komitetów wyborczego po mieście już nie muszą biegać, by imię kandydatki na tron przypomnieć.
Druga sprawa, na którą zwróciłam uwagę, to głosowanie do tzw. sejmików. Oj trwało to liczenie głosów, trwało. Partie polityczne podniecały się, oj podniecały się, kto będzie na takim sejmiku rządził. Każdy marzył o roli takiego Gerwazego z „Pana Tadeusza”, jego mieczu zwanym Scyzorykiem, by móc powiedzieć:
„ Zapewne Pan o moim słyszał Scyzoryku,
Sławnym na każdym sejmie, targu i sejmiku”

Oczywiście miało to miejsce w trakcie liczenia głosów. Wcześniej jakoś nikt o te sejmiki nie walczył. Przynajmniej w Ł. Były debaty przedprezydenckie, kandydaci do rad gmin i miast roznosili samodzielnie ulotki, wysyłali SMS-y na wszystkie numery, które mieli w spisie na karcie SIM... do mnie na przykład dotarł SMS z Koszalina, Sopotu i Włocławka.

O kandydatach do sejmików panowała cisza... A tu nagle wybuchło, że sprawa ważna, priorytetowa.
Było, minęło.

I tak doszliśmy do najważniejszej sprawy na dziś.

Oto w trybie nagłym i alarmowym uchwalono, że dzień 12 listopada będzie dniem wolnym od pracy. Powodów do świętowania tego dnia, znaczy się leżenia bykiem w wyrze, jest sporo. Tego dnia w 1935 roku koło Łowicza spadł meteoryt, w 2003 na Stadionie Wojska Polskiego w Warszawie towarzyskim meczu piłkarskim Polska pokonała Włochy 3:1, no i oczywiście fakt najważniejszy, mocno podkreślany przez użytkowników internetu – 12 listopada 1962 odbyła się premiera filmu przygodowego „O dwóch takich, co ukradli księżyc” .

Tak, wiem, nie musicie mnie uświadamiać. Dzień wolny od pracy, który autentycznie wziął się z Księżyca, to największe pęto wyborczej kiełbasy w tegorocznej kampanii wyborczej. Rzuconej na barykady walki o tron w II rundzie. W wyniku tej walki mamy długi weekend, kiepski, bo listopadowy i grilla nie rozpalimy.
Zastanawiam się, ile wolnego dostaniemy podczas kolejnych kampanii wyborczych.
A obawiam się, że w trybie przyśpieszonym sejm może uchwalić obniżenie wieku uprawniającego do udziału w głosowaniu. Największą bowiem radochę z powodu dnia wolnego mają uczniowie starszych klas podstawówki i wykańczanej gimbazy. Ich gospodarka narodowa jeszcze nie dotyczy...



poniedziałek, 25 marca 2019

Kampania wyborcza po raz siódmy - bony i fotografie


P1270599foto - pozostałość po kopalni złota w Złotoryi

tekst z października 2018

Dzisiaj postaram się nieco poważniej, wszak czas wyborów zbliża się siedmiomilowymi butami. Losy miast, miasteczek, gmin i wsi niedługo się rozstrzygną. Kto się dorwie do koryta, sorry, do urzędu, kto kogo wykosi, kto z kim przejmie władzę i zgarnie darmowe bony, takie edukacyjne na przykład.
Bo z tymi bonami w Ł. to bardzo poważna sprawa. Jeden z kandydatów wyborcom obiecał, a kandydującą obecną władze postraszył, że po wygraniu wyborów ujawni tajną listę najbliższych współpracowników, którzy otrzymali owe bony i podnosili swe kwalifikacja za państwowe (a może unijne – nie pamiętam już ofiarodawcy) pieniądze. Ot, taka tradycyjna kiełbasa wyborcza.

Akurat jeśli chodzi o edukację to jako emerytowany nauczyciel nie mam nic przeciwko nauce. Niech się uczą, po co ten szum. I dlaczego ujawnienie nazwisk po wyborach? Moje pokolenie pamięta człowieka, który w kampanii na prezydenta kraju łaził z czarną teczką i gadał podobnie. Wyborów nie wygrał, teczki nie otworzył i porządku nie zrobił.

Kandydaci – nie powielajcie jego błędów! Wszak chodzi o dobro miasta! Ujawniajcie afery, przekręty, tudzież inne ciemne strony mocy!

No dobra, przejdźmy do kandydatów. W sumie w każdym mieście są tacy podobni. W Ł. mamy dwóch przedstawicieli partii rządzącej. To znaczy niby oficjalnie jest jeden. Ale drugi partii, która go cztery lata temu poparła, nie wyrzeka się. Do tego popiera go druga partia tzw. współrządząca. Mieszkańcy Ł. mają zatem problem, bo jak tu wybierać między mlekiem i mlekiem, skoro różnią się tylko opakowaniem? Jedno i drugie smakuje tak samo, różnice widać być może pod mikroskopem, ale kto z wyborców posiada taki przedmiot w domu?

Oczywiście dzierżący w państwie władzę obiecują, iż w przypadku wygrania tronu przez ich kandydata, na miasto spadnie róg obfitości, nawet jak znana unia obetnie dotacje. Ale co będzie, kiedy straci władzę? Wtedy ów róg może dostać się w ręce opozycji i może warto zagłosować na kandydata właśnie z innej opcji politycznej.

W każdym mieście jest bowiem kandydat z opozycji. Występuje tradycyjnie przeciwko obecnej władzy, bo inaczej nie byłby opozycją.

Słowem – ryzyko wyborów jest.

Również w każdym miasteczku czy gminie na najwyższe urzędy kandydują osoby nie związane z obecnie urzędującymi na Wiejskiej w stolicy posłami. Jakie szanse mają? I tu trudno powiedzieć. Tacy kandydaci mogą sprawić niespodziankę. W kampanii przedwyborczej nie są nerwowi. Nie straszą, nie rzucają kiełbasą wyborczą. Nie mają wielkich banerów. Biorą udział we wszelakich debatach. Słowem – siła spokoju.

Ale jest jeszcze inny typ kandydata. W Ł. tym przykładem jest D. Przypomnijmy - zapowiedź jego kandydowania na tron w mieście początkowo uznano za happening. Sprawa okazał się jednak poważna. Człowiek komitet zarejestrował. Podpisy zebrał i jest na liście. Ostatnio stał się nawet bardzo poważny. Ma za sobą aferę zdjęciową.

Wziął udział w debacie przedwyborczej w miejscowym radio (radiu?) o profilu religijnym ( a jakież inne może być w tym mieście!). Radio posiada również stronę internetową. Tam zamieszcza foto i linki do swych audycji. Początkowo debatę firmowało zdjęcia wszystkich kandydatów. Potem foto zmieniono – na nowym brakuje D.

Dlaczego? Komu zalazł za skórę ten nie mający z żadną partią związku kandydat?

W każdym razie co poniektórzy postanowili na D. głosować. W większości są to ludzie, którzy mają głęboko w pewnej części ciała partyjne rozgrywki i są zmęczeni wzajemnymi oskarżeniami. Słowem przerzucili się na wegetarianizm, odrzucają kiełbasę.

Wyraz buntu przeciwko wszelkim formom ucisku jakichkolwiek rządzących? Sprzeciw wobec jakimkolwiek systemom zniewolenia przez władzę? A może rzeczywiście konieczność zmian?
W każdym mieście tak D. na pewno się znajduje. Jak sobie poradzą w wyborach?



Kampania wyborcza po raz szósty – hej, kto Polak na banery!

 

logo_zamow_baner

Tekst z października 2018

Wkroczyliśmy właśnie w decydujący czas kampanii wyborczej, czas dekorowania miast i wsi kolorowymi płachtami zwanymi banerami. Są tacy, co nazywają owe plastikowe, nieekologiczne pałatki transparentami. Już wyjaśniam, znaczy się internet wyjaśnia: baner - „forma reklamy, komunikatu lub innego przekazu. Najczęściej jest to wydrukowany na płachcie materiału przekaz informacyjny lub reklamowy”; transparent zaś to „ tablica, pas materiału lub tkaniny, zwykle umocowany na jednym lub dwóch drążkach (...), (niekiedy niesiony w rękach bez drążków lub mocowany do ścian budynków lub ogrodzeń) z napisem lub rysunkiem o treści okolicznościowej, propagandowej”.

W imię zgody ponad podziałami nie zaprzeczajmy ani jednym, ani drugim. Ustalmy, że takie coś, co wieszają kandydaci to reklama propagandowa.

Największą reklamę robią oczywiście najbogatsi. I nic dziwnego. Kapitalizm mamy i kto ma więcej, ten ma większy baner i więcej banerów na mieście. Biedota, znaczy się raczkujące komitety wyborcze na transparenty forsy nie mają i praktycznie z góry skazane są na pożarcie. Chyba że... ale o tym potem.
Chodzę więc teraz ulicami i czuję się permanentnie inwigilowana. Przez twarze z ogrodzeń, płotków, tablic reklamowych, przystanków (bogatym wolno umieszczać na nich swe propagandowe oferty, biednym nie...) … I tak sobie idę i tak sobie patrzę na te twarze i tak sobie myślę, że jakiś fotograf dobrze zarobił...

Wszyscy tacy sami!

Patrzą w jednym kierunku. Oczy bez błysku. Cera w jednym kolorze. Garnitury takie same. Uśmiech błąka się po twarzach nielicznych. O dziwo, ci, których znam – niepodobni do siebie. Jedni odmłodzeni - rozumiem, drudzy postarzeni (ha ha, komputer nie podkreśla na czerwono, zatem słowo prawidłowe) – tego nie rozumiem. Część do siebie w ogóle niepodobna. Albo podobna do kogoś zupełnie innego... Jak na przykład ten baner, który mijam codziennie idąc do pracy. Z daleka – wypisz, wymaluj towarzysz Lenin. Dopiero z bliska okazuje się, że jednak nie... A szkoda, bo wiadomo, że Lenin wiecznie żywy i komuna wróciła, jak twierdzi moja znajoma rencistka Zofia.

A dziś akurat mocno wieje. Wiatr rozwiewa mniejsze banery, łopoczą niczym flagi, większe uderzają o stalowe ogrodzenia, druty, którymi są przyczepione, trzeszczą. Słowem niebezpiecznie się robi. Jeśli nadejdzie wichura, można transparentem w łeb lub w szybę auta oberwać.

Już odzywają się głosy z pytaniem, kto to wszystko posprząta, a następnie zutylizuje, wszak plastik jest plastik, a ten przedwyborczy – twardy.

I tu przypomina mi się rodzinna historia... Odwiedziłam kiedyś kuzynostwo w Polsce. Akurat dostało wiadomość, że pod ich dom zmierza transport drewna do kominka. Kuzyn udał się do piwnicy i wyciągnął z niej wielki baner wyborczy jego sąsiada, który ongiś kandydował na miejski tron. Rozłożył go, (baner, nie sąsiada) na chodniku pod domem. Na niego zostało wyrzucone drewno, które następnie taczkami odwieźliśmy w miejsce, gdzie miało wysychać. Po czym plastik zwinięto i schowano ponownie w piwnicy. „Kilka lat już nam służy! Solidny” - pochwalił się kuzyn. Na wszelki wypadek sąsiad miał jeszcze kilka egzemplarzy, bo człek też solidny i po sobie posprzątał.

A co mają robić ci, których na takie solidne cudeńka nie stać? Cóż, starają się być oryginalni, starają się wyróżnić z tłumu osobowością, charakterem... Ba, może właśnie postawą ekologiczną, wszak miasta nie zaśmiecają, ulotek masowo nie drukują, niczego nie wywieszają...

I znowu historia z życia... Ongiś moja koleżanka znalazła się na liście kandydatów. Pośrodku, czyli bez szans na awans, znaczy się wygraną. W komitecie wyborczym podzielono forsę na reklamę propagandową. Część trafiła bezpośrednio do kandydatów, żeby sobie coś tam wedle własnego widzimisię wydrukowali. Koleżanka wydrukowała... moją książkę. Oznajmiła, że nie chce, by jej podobizna na ulotkach walała się po klatkach schodowych, sklepach i śmietnikach. I tak oto moje jedyne wydawnictwo zostało wydrukowane jako …. ulotka wyborcza. Jak wspomniałam, koleżanka w wyborach przepadła, ale książka nie! Kiedy wyborczy pył opadł, ruszyłyśmy z kampanią reklamową, wcale nie banerową i zadyma w mieście była! 

Kochani, może więc czasami warto zapoznać się bliżej z programem i zagłosować na takich, co to transparentów nie mają... 

Kampania wyborcza po raz piąty – męczeństwo nad brzegiem jeziora Narew


rozlewisko_3

tekst z października 2018

Kiedy już myślałam, że w kampanii w miejscowości Ł. nic się nie wydarzy, kiedy już prawie siedziałam przy laptopie i prawie waliłam w klawiaturę, by zachęcić kandydatów na prezydentów i radnych (bezradnych też) do minimum aktywności przedwyborczej, odbyła się debata radiowa.

Stawili się kandydaci na tron czyli na najwyższy urząd w mieście. Odbyła się w zaciszu pokoju zacnej uczelni, bez widzów, kamer, ale z mikrofonami. Takie duże czerwone na dużym patyku stanęły przez kandydatami i do nich mówiono. Transmisja szła na żywo, czyli bez ingerencji jakiejkolwiek cenzury. Słowem pełna wolność wypowiedzi, jak na czasy demokratyczne przystało.

Było ich pięciu. Przepraszam – pięcioro, bo dziewczyna była. Poprawka bardzo ważna, gdyż kandydat D. przedstawił się jako polonista mówiący pełnymi zdaniami. Nie mogę być gorsza, skoro debatę mam przedstawić, a może nawet ocenić.

Dobra, jedźmy dalej z tym koksem...

Był obecny prezydent, zwany przeze mnie we wcześniejszych tekstach – chłopakiem oraz dziewczyna, znana jako były vice prezydent. Jeśli ktoś w Ł. zapomniał, że są ze sobą skłóceni, to od razu na początku spotkania przypomnieli o tym.

Dziewczyna zaatakowała pierwsza. Wypomniała, że chłopak nic nie robił dla miasta, a jak przyjechał minister, to nawet mu ręki nie podał. Potem okazało się, ze narobił długów, co jednak jest jakąś formą działalności. Tym bardziej, ze każde szanujące się miasto długim ma. Następnie dziewczyna poinformowała, że to ona prowadziła, rozmawiała, pracowała, pozyskiwała. Używała często słowa „ja” i czasownika w 1 osobie liczby pojedynczej czasu każdego. Słowem, kontynuowała styl kampanii rozpoczęty przed jej oficjalnym początkiem – wyrzucona z urzędu przez chłopaka, pokrzywdzona, pracowita stała się symbolem męczeństwa w imię wyższych idei.

Oczywiście zaprzeczała jakoby atakowała chłopaka, wszak atakowała problem.
Widocznie chłopak nim był.

A co na to chłopak?

Przedstawił czego, jako zasiadający na tronie, dokonał. Buduje to, buduje tamto, tu mu zabrakło pieniędzy, ale tu będzie miał. Tu zabiegał, tam pobiegał, a mety nie widać. Zagranitował, zabetonował, wyburzył, kupił i nie sprzedał. Jednym słowem pełen zakres niekończonych inwestycji, które jeszcze sporo będą kosztowały zanim zostaną skończone. A potem zaprosił dziewczynę na kawę.

Ta oczywiście wtrąciła swój komentarz, przypominając, że miała w ogóle być nie zaproszona na wielkie uroczystości w Ł., które osobiście przygotowywała półtora roku.

Chłopak zaprzeczył... nie, chyba nie... zaraz, zaraz, czy to było w takiej kolejności?

W każdym razie połowa debaty była to wielka dyskusja między dwojgiem różnej płci na temat tego kto, co, kogo, czego, komu, czemu, z kim, z czym, o kim, o czym i niech będzie kiedy - zrobił.

Tej osobistej wymiany poglądów na problemy naszej dwójki nie wytrzymał kandydat D. Podjął desperacką próbę przerwania prywaty i dorwania się do głosu. Nawet się na moment udało! Rzucił hasło wybudowania w dolinie Narwi wielkiego jeziora, będącego konkurencją dla Zalewu Zegrzyńskiego i Mazur!

I co, może myślicie, że temat chwycił, że ktoś się nim zachwycił albo wyśmiał?

Nic z tego.

Dopuszczona do głosu dziewczyna wróciła oczywiście do tematu obecnej władzy, która nic nie zrobiła dla rozwoju kolejnictwa w Łomży, podczas kiedy ona zrobiła, rozmawiała i postulowała.

Temat pociągu do Ł. wzbudził nieco większe zainteresowanie, bo nawet ustosunkowali się do niego pozostali dwa kandydaci.

Tymczasem D. pełnymi zdaniami, ze dokładną znajomością historii, dobitnie stwierdził, iż ani Rosjanie za czasów caratu nie poprowadzili przez Ł. pociągu do Petersburga, ani Niemcy do Berlina za okupacji, ani PRL z braterskim ZSRR do Moskwy, to tym bardziej obecna Unia nie poprowadzi torów do Brukseli. Będąc przy głosie szybko, bo czas debaty gonił, wyjaśnił ideę wielkiego Jeziora Narew, ale nikt z pozostałych kandydatów zainteresowania wodą nie wykazał.

Dwaj pozostali kandydaci starali się być poprawni, zachować dystans zwłaszcza w sprawie konfliktu między chłopakiem a dziewczyną, przedstawić swój program wyborczy. Czy ich wysiłek spokojnego i merytorycznego prowadzenia kampanii zostanie dostrzeżony? Wątpię. Muszą coś wymyślić, by zaistnieć.

A ja czekam na rozwinięcie tematu Wielkiej Wody.... bo nie jest to powódź...