Pokazywanie postów oznaczonych etykietą epidemia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą epidemia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 listopada 2021

Narodowe szczepienie 2021

 




Zanim przejdę do szczepionek, trochę refleksji.….


Minął rok od ogłoszenia stanu covidowego. Przez ten rok okazało się, że nie panujemy nad wirusem. Maseczki z „Antonowa”, hucznie ongiś witane przez premiera, założone na usta i nos jak widać nie potrafią powstrzymać zarazy. Nałożyliśmy sobie takie narodowe maseczki na oczy, serca i umysł. Ważniejsze stały się laptopy, telefony i telewizory niż drugi człowiek. Bo przez rok wmówiono nam, że drugi człowiek to nosiciel śmierci. Wszystkie media trąbią od roku, żeby się zamknąć w domu, unikać ludzi, bo przynoszą zło.

A można było inaczej. Nie mogę bowiem zrozumieć, jak można było nie wykorzystać tego czasu na promowanie zdrowego trybu życia? Wiem, ludzie ruszyli do lasów i zapchali je tak, że trzeba było je kiedyś zamknąć. Do których lasów? Jacy ludzi? Ci z przepełnionej Warszawy? Tam nawet w Puszczy Kampinowskiej jest tłok. W lesie, przy której mam działkę rekreacyjną nawet w okresie grzybobrania tłumów nie było. Żadne siłownie, o które toczą się boje czy zamknąć czy otworzyć, nie zastąpią spaceru po morskiej plaży. A siłownie plenerowe? Urządzenia ustawione w takiej odległości, by sobie wzajemnie nie przeszkadzać, o dziwo nawet większej niż zalecana odległość covidowa....

Dlaczego nie promowano zdrowej diety? Skoro już kazano nam siedzieć w domu, to może trochę więcej o ilościach zjadanych kalorii?

Może trochę o tym, jak uniknąć depresji? Czy rzeczywiście jedynym ratunkiem jest niewłączanie internetu i telewizji lub wyjazd w Bieszczady?

Co ma zrobić zakochany chłopak, któremu nie wolno pocałować ukochanej, bo się mogą wzajemnie zarazić?

Dostajemy informację o ilościach zarażonych. Załamujemy ręce, bo nieustannie w tym Mazowieckiem jest najwięcej. I na Śląsku też. Niedługo oba województwa się wyludnią. Dlaczego otrzymujemy tylko dane w liczbach bezwzględnych? Dlaczego nikt nas nie informuje, jaki to procent mieszkańców? Przecież wiadomo, że akurat w tych częściach naszego kraju mieszka najwięcej osób i zawsze będzie tu wszystkiego najwięcej....

Dobra, już kończę, bo za mała i za cienka jestem, by wszystko ogarnąć. Też idąc do sklepu wkładam maseczkę i tłumi ona wiele zmysłów. Być może zachoruję, być może nie. Być może wirus mnie pokona, być może uczynią to choroby współistniejące, które oczywiście mam i które wchodzą w skład chorób nieplanowanych do leczenia. W każdym razie jako pierwsza z rodziny wezmę szczepionkę na klatę i zaszczepię się. Tym samym sprawdzę, jak nasze geny reagują na słynną Astrę Zenka.

We wtorek po świętach rozsiadłam się wygodnie w fotelu i podjęłam desperacką decyzję, że do przychodni muszę się dodzwonić. Choćbym miała dzwonić pół dnia, to nie odpuszczę.

Ze spisu w telefonie wybrałam numer. Nie zdążyłam westchnąć, sygnał nie przebrzmiał do końca kiedy.... po drugiej stronie odezwała się pani. Cuda i dziwy. Naród po świętach zdrowy i niespragniony teleporad.

  • Ja w sprawie szczepionki...

Podałam potrzebne dane.

  • Czy ósmego kwietnia na szesnastą może być? - zapytała mnie pani.

Rety, coś mi tu nie gra. Przecież są kolejki, ludzie stoją godzinami przed przychodniami, systemy nie wytrzymują, elektronika siada, a ja mam ot tak, za około 54 godziny iść do przychodni, oddalonej od mego miejsca zamieszkania o ok. 500 m i dać się zaszczepić?

Tak. To prawda. Jednym słowem można bez kolejek, bez czekania, normalnie i po prostu wejść, nadstawić ramię i się normalnie zaszczepić.

I na tym kochani moją opowieść skończę. W czwartek dostanę pierwszą dawkę i różnie może być. Jak po każdym szczepieniu. Może będę gorączkować przez kilka dni. Będę leżeć, ciężko oddychać, a syn będzie wyprowadzał psa. Nie będę miała wtedy głowy do wysyłania tego tekstu, a termin ostateczny już blisko. Zatem jutro dokonam poprawek, wyeliminuję część literówek, druga część zostanie i wyślę.... A ciąg dalszy nastąpi podczas kolejnego etapu konkursu.... jakoś nie wierzę, że takowego nie będzie....


Całuję w same usta! Tak bardzo niecovidowo!



Epilog


Narodowy szpital.

Narodowa maseczka.

Narodowe święta.

Narodowe szczepienie.

Narodowa kwarantanna.

  • Babciu, co oznacza słowo narodowy?

  • Już nie wiem wnusiu.... kiedyś to było fajne słowo...


środa, 20 października 2021

Narodowa maseczka 21

 


Narodowa maseczka

Praktycznie wszyscy znają powiedzenie „A może pie.... nąć to wszystko i wyjechać w Bieszczady?”. Odciąć się, odizolować od wszystkiego, zamknąć w głuszy, puszczy, lesie i mieć na wszystko wywalone?

Odpowiedziałam „Tak” i wprowadziłam pomysł w życie. Nie, w Bieszczady nie pojechałam. W rocznicę wprowadzenia stanu covidowego syn wywiózł mnie, z psem oczywiście, nad morze, konkretnie do mojej ukochanej Ustki. Kłopotu ze znalezieniem miejsca do spania nie miałam. Od dawna preferuję kwatery prywatne, zwane szumnie apartamentami. Jak dla mnie są znacznie lepsze niż hotele. Przede wszystkim tańsze. Człowiek dostaje klucz i nikt mu po pokojach nie chodzi. Nie musi witać się z recepcją i zjadać śniadanie do wyznaczonej godziny, bo inaczej przepadnie. Może sam sobie coś ugotować, bo apartamenty, w przeciwieństwie do pokoi gościnnych, mają zwykle aneks kuchenny. A sklepy typu owadowego znajdują się wszędzie.

Ja zakotwiczyłam w swej starej kwaterze. Sto metrów od promenady, dwieście od brzegu Bałtyku. Właściciel wcale nie był zaskoczony moim przyjazdem. Wprost przeciwnie. Jako stary mors uznał, iż marzec to ostatni z najlepszych miesięcy, by nad morzem łapać zdrowie.

Tak więc przyjechałam. Każdego dnia chodziłam. Z opaską treningową na ręce. Kroki zmieniały się w kilometry, gardło magazynowało jod, a płuca powiększały objętość. Szczepionka naturalna. Albo ta zaraza mnie weźmie, albo ja ją.

Miasteczko było senne. Puste. Ale kilka sklepów z tzw. pamiątkami podjęło próbę sprzedaży. Na słynnej szerokiej usteckiej plaży ludzkość występowało w śladowych ilościach. W jeden z sieciówek było moje ulubione wino. Piłam do kawy, do obiadu i na wieczór – na sen.

Przepisowe odległości między spacerującymi, biegającymi i podziwiającymi zachód słońca – zachowane wielokrotnie. Chcesz być w odległości dwóch metrów od sąsiada – byłeś. Chcesz dwadzieścia – byłeś. Możliwości aż za dużo i człowiek, jak chciał, nie mógł się zdecydować.

Pogoda właściwie sprzyjała marcowemu „plażowaniu”. Marcowe słońce, jest marcowy wiatr, marcowa zima. Był sztorm. Idealna zgodność z przysłowiem „W marcu jak w garncu”.

Czułam się jak w oku cyklona (cyklonu? - ach, ta fleksja...) . Wokół mnie ponoć panowała pandemia. Właśnie otrzymałam alert komórkowy o nowych obostrzeniach.

Zamknięto galerie handlowe.

W Ustce nie ma galerii.

Zamknięto kina.

Tu jest jedno. Takie stare, klimatyczne. Podczas wcześniejszych pobytów zawsze do niego zachodziłam. Teraz trudno, przeżyję. Internet dobrze chodzi. Obejrzę sobie jakąś staroć, tak zresztą jak w kinie, bo premier brak.

Muzea też zamknięte.

Te usteckie już zwiedziłam kilkakrotnie.

A, do kościoła mogę iść... Nie nudziłam się na tyle, żeby pójść....

Portale atakowały mnie wielkimi cyframi. Nie negowałam. Wierzyłam, że tak jest. Programów informacyjnych w telewizji nie włączałam. Morskie ptaki czasami siadały na parapecie i skrzeczały. Pies biegał radośnie po piasku. Kopał łapkami w piasku niczym małe dziecko.

Moje Bieszczady nazywają się Bałtyk.

W weekend pojawiała się nieco większa ilość ludzkości. Na parkingach więcej samochodów, ale głównie z rejestracją GS, czyli Słupsk i okolice. Ludzie robili typowy wypad za miasto. Spacerowali po plaży. Większość.... w maseczkach. Narodowych rzecz jasna.

Gdzie sens, gdzie logika, nie wiem.

Człowiek oddalony od człowieka. Wiatr od północy. Nawet moja, nieco wybujała wyobraźnia nie mogła ogarnąć widoku wirusa przeskakującego z człowieka na człowieka z odległości owych dwudziestu metrów. Ten wiatr go tak szybko przenosił?

Rozumiem osoby, które wchodząc na plażę ściągają maseczki, a wychodząc ponownie nakładają. Rozumiem chodzących po promenadzie. Trochę narodu jest. Niektóre kawiarenki robią kawę i gofry na wynos. Ludzie kupują, siadają na ławkach, jedzą. Kto nie je i idzie, ma prawo się takiego konsumenta bać.

Ale podczas spaceru prawie dziką plażą?

Oto idzie para w wieku 50+. On robi jej fotki. I krzyczy: „Oddychaj głęboko! Tu jest bardzo świeże powietrze!”. Oboje w maseczkach zasłaniających pół twarzy. Tak wygląda teraz naród.

Oto pani 70+. Idzie wolno. Staje i wystawia twarz do nieśmiało wychodzącego zza chmur wiosennego słońca. Na głowie ciepła czapka zasłaniająca połowę czoła. Wiadomo, jeszcze zimno. Na pozostałej części twarzy maska. Zostały tylko oczy. Nie, nie zostały. Są na nich okulary. Biedne słońce nie może dostać się do żadnego zakamarka ciała, by wytworzyć w organizmie witaminę D3.

Żal mi słońca.

Ja oddychałam normalnie. Morsy też. W pierwszy dzień wiosny grupa entuzjastów zimowych kąpieli wrzuciła do morza uschnięte kwiaty. Było wesoło. Próbowali mnie przekonać, że morsowanie można zacząć w każdym wieku. Docenili również fakt, iż przyjechałam nad morze właśnie teraz, w marcu, że nie boję się wiatru ani chłodu. Wiadomo, hibernacja człowiekowi służy. Idealnym przykładem jest Kapitan Ameryka.

Poszłam również do restauracji. Normalnej. Otwartej i dziwnie nie nękanej przez policję czy Sanepid. Normalni ludzie siedzieli przy normalnych stolikach, a obsługiwali normalni kelnerzy. Można było usiąść przy barze i walnąć „setę”. Przed wejściem do knajpy wielki baner z napisem :”Tu kończy się strach. Byliśmy. Jesteśmy. Będziemy otwarci dla was. Pracujemy, bo musimy za coś żyć. Zapraszamy na pyszne jedzonko.”

Po dwóch tygodniach ruszyłam w podróż powrotną. Do Słupska zawiózł mnie klasyczny znajomy znajomego. Rozmawiamy oczywiście o covodzie. Kierowca mówi o jego skutkach ubocznych. Przez ostatni rok jego rodzice postarzeli się o kilka lat. Wcześniej byli bardzo aktywni, uniwersytet trzeciego wieku, nordic walking, imprezki ze znajomymi.... Teraz siedzą wystraszeni w domu. Każde przymusowe wyjście poza próg traktują jako drogę na szafot. Telewizja mówi, że na schodach ich bloku czeka śmierć. Nie wiadomo również, co robić z dziećmi.... Rok temu chodziły na basen, na treningi, na zajęcia plastyczne.... teraz siedzą przy komputerze. „ Czasami mówimy, żeby wyłączyły, a one na to, że odrabiają pracę domową. Nie możemy im zaproponować niczego innego...”

W pociągu relacji Szczecin – Olsztyn ludzi, jak wszędzie, mało. Rozkładam psi kocyk na wolnym siedzeniu obok siebie. Kulka radośnie wskakuje. Postępuję nieprawidłowo. Łamię przepisy. Pies nie może siedzieć na ludzkim siedzeniu. Czekam na reakcję konduktora. Nic nie mówi. Sprawdza bilety. Komuś zwraca uwagę, że trzeba maseczkę włożyć na usta. Odchodzi. Nie tylko ten pierwszy. Ten drugi i trzeci tak samo. Po raz pierwszy w swym życiu moja sunia jedzie pociągiem jak królowa. A wiele tras już pokonała.

W Olsztynie czeka syn z kolegą, który przyjechał dla towarzystwa. Oczywiście najpierw szukam toalety. W pociągu trochę tak niezręcznie z psem do wc....Oczywiście, ze znajduję – trzy złote za wizytę. Drożej niż chleb w Biedronce. Zniżki dla seniorów nie ma, bo taki senior na dworcu to nieustanne źródło dobra wszelkiego. To on najczęściej korzysta z WC. Nic z tego. Nie mnie nikt dorabiać się nie będzie. Podjeżdżamy pod McDonaldsa. Z drugiej strony jest stacja benzynowa. WC tylko dla klientów. Syn nie tankuje, bo wcześniej zatankował. Ustawia się w kolejce aut do okienka z zamówieniami. A mnie przyciska. Biegnę do drzwi wejściowych. Oczywiście limit ludzi i młody chłopak kieruje ruchem. Wpuszcza i wypuszcza. Stojących pod chmurką informuję, że ja tylko do kibelka. Metoda dawno opracowana i skuteczna. Jeśli zaczną się burzyć, dam wykład na temat zjawiska nietrzymania moczu przez osoby w wieku senioralnym. Nie muszę. Ludzie wyrozumiali. Chłopak też wpuszcza mnie bez problemu.

W drodze do domu, wsuwając niezdrowe potrawy, opowiadam o morzu, wietrze i mgle nad Bałtykiem....



wtorek, 10 sierpnia 2021

Jak pisałam bloga - wspomnień pandemicznych część V


Kiedy rozpoczęła się narodowa kwarantanna, a było to 12 marca 2020 roku, postanowiłam, że na swoim blogu będę codziennie pisać teksty o własnych przeżyciach związanych z tym wydarzeniem... Oprócz poczucia obowiązku wobec przyszłych pokoleń, żeby wiedziały jak to ongiś bywało, pisanie spełni wobec mnie funkcję terapeutyczną. W końcu mam być zamknięta na 48 metrach, kwadratowych rzecz jasna, przez... przez.... może dwa tygodnie... A potem trwało, trwało, trwało.... 

23 kwietnia 2020 czwartek

Piszę tekst nr 42. A to oznacza, że narodowa kwarantanna liczona przeze mnie tyle trwa. Właśnie następuje zjawisko zwane odmrażaniem gospodarki. Staram sobie zrobić przysłowiowe jaja z dopuszczeniem do ruchu w lesie istot na dwóch nogach. A to się zwierzyna zdziwi, no nie?

Kończą się moje swobodne spacery z sunią. Piętnastometrowa smycz treningowa zostaje schowana. Wraca smycz automatyczna. Kulka jest zdziwiona. Zaczyna tęskni ć za poprzednia swobodą. Ludzi wokół coraz więcej. Naród wychodzi z mieszkań niczym bohaterowie filmu „Surogaci” po awarii ich robotów, znaczy się surogatów. Większość zamaskowana, czyli w przesławnych maseczkach. Lub chustkach na twarzy. Lub kominiarkach kojarzących się z filmami kryminalnymi lub tymi o terrorze. Niekoniecznie wirusowym.

Rozmawiamy na spacerze. Normalnie. Moi znajomi emeryci nie narzekają. Fajnie było. Wreszcie opróżnili barek z pozostałości. Procentowych. Przy okazji potańczyli. Wesoło było.

Nie wszystkim. Znajoma emerytka nadal jest ciężko przerażona i nie chce rozmawiać. Odsuwa się ode mnie na odległość przekraczającą przepisowe dwa metry. Mówi, że wirus jest po to, by wybić starsze pokolenie. To zmowa młodych, co to władzę, pieniądze i wszelkie spadki chcą zagarnąć.

Aha, czyli w tę stronę idą teraz teorie spiskowe.

Próbuje jej wyjaśnić, że na takiej mnie to nikt się nie dorobi. Emerytura nie jest dziedziczna. Znajoma nie wierzy, że nie posiadam majątku. Każdy coś posiada.

Tak, mam psa. Gdyby dopadł mnie wirus, pewnie wylądowałby w schronisku...

Dobrze, nie będę się z ludzi nabijała. Każdy ma prawo do orgazmu.... choroba, co mnie napadło z tym orgazmem...

Po raz pierwszy od czterdziestu dni idę do sklepu. Nic się nie zmienił. Sklep. Jakaś pleksa tylko wisi nad głową kasjerki.

Pomidory takie same. Nawet marchewka się nie zmieniła. Pomyślałam, że kupię cukier i sprawdzę, czy nadal słodki. Zrezygnowałam. Cukru używam niewiele lub nawet wcale. Nie będę chomikować. Gorzały pędzić nie umiem.

Pieniądze też takie same. Oczywiście, preferowana opłata kartą. Tyle tylko, że w portfelu zalega mi gotówka wybrana z bankomatu na początku kwarantanny na wypadek... Właśnie... Wypadek czego? Trzeba się jej pozbyć. Płacę gotówką. Dostaję resztę.

Na monetach i banknotach też wirus żyje. Pięć złotych, co ja mówię, dziesięć groszy, no nie, jeden grosz reszty może stać się przyczyną tragedii czy popadnięcia w chorobę.

W telewizji coraz więcej relacji ludzi, którzy koronawirusa przeżyli. Straszna choroba. A przechodziłaś kobieto „różyczkę” w wieku 18 lat, albo „świnkę” w wieku 36? O anginie z temperaturą 40 stopni zapomniałaś? A co ty wiesz o rzyganiu po operacji przez całą dobę?

Uwaga, uwaga! Kto zna przyjemną chorobę?! Ręka do góry!

Też, z pewną taką nieśmiałością, dziennikarze zaczynają szukać osób, które w czasie zarazy chorowały nie na zarazę. Nastawienie służby zdrowia na wirusa spowodowało, iż zapomniano o innych chorobach.

Nie słychać o zawałach, udarach, złamaniach nóg lub rąk, o ataku kamicy nerkowej lub żółciowej... Słowem – świat choruje tylko na wiadomą chorobę.

Piszę tekst o pustym jednoimiennym szpitalu w Łomży. Na 476 łóżek – około dwudziestu zajętych.

Mam coraz więcej wątpliwości...

A teksty blogowe piszą się praktycznie same... jest się z czego pośmiać.

Aha, najważniejsze – wybory zaczynają górować nad małym, wrednym hitlerkiem. Proporcje: 70/30 dla polityki w telewizji i internecie.

niedziela, 8 sierpnia 2021

Jak pisałam bloga - wspomnień pandemicznych część IV

 


Jak pisałam bloga - wspomnień pandemicznych część IV

Kiedy rozpoczęła się narodowa kwarantanna, a było to 12 marca 2020 roku, postanowiłam, że na swoim blogu będę codziennie pisać teksty o własnych przeżyciach związanych z tym wydarzeniem... Oprócz poczucia obowiązku wobec przyszłych pokoleń, żeby wiedziały jak to ongiś bywało, pisanie spełni wobec mnie funkcję terapeutyczną. W końcu mam być zamknięta na 48 metrach, kwadratowych rzecz jasna, przez... przez.... może dwa tygodnie... A potem trwało, trwało, trwało.... 

9 kwietnia 2020 zwartek 

Coś się ruszyło. Nareszcie. Są jakieś tematy do omawiania na blogu. Rośnie liczba teorii spiskowych. Jedna lepsza od drugiej. Dzięki nim wiem już, co to technologia 5G. To znaczy dalej nie wiem, ale wiem, że takie coś jest.

Kolejny film. Kolejna książka. Kolejna płyta winylowa.

Każdego dnia wstaję około 8.30, myję dłonie, wskakuję w psi zestaw ubraniowy(kurtka i spodnie na piżamę) i wyprowadzam Kulkę na trawnik przed blokiem. Po powrocie myję dłonie, karmię psa, robię kawę, wskakuję ponownie do wyra. Piję i czytam książkę. Po godzinie podnoszę się z wyra, myję dłonie.... aha to już było...

Jest.

Każdego dnia.

O, doszło coś nowego!

Myję dłonie, a potem je kremuję!

W sobotę syn przynosi zakupy.

Na osiedlu nadal ludzka cisza.

Odzywa się przyroda.

Słyszę ptaki.

Tak, na wielkiej betonowej wsi słyszę ptaki. Wróble się pojawiły. Nieśmiało spod ziemi wychodzą pierwsze rośliny i nie jest to trawa. Ludzie mówią na to chwasty. Choroba, nie wiedziałam, nie takie tu rosną. No tak, załatwiają je kosiarki na paliwo ciekłe.

Czyżby zaczęło mi się podobać....

Jeszcze raz czytam wypowiedź Olgi Tokarczuk na temat obecnych czasów. Dla niej kwarantanna nie jest nieszczęściem... ma gdzieś zamknięte galerie handlowe. Ja chyba też. Świat przed kwarantanną był nienormalny?

Wychodzę z psem na spacer.

Trawa.

Ptaki.

Wiatr.

Słońce.

I zakaz wchodzenia do lasu.

I zamknięcie cmentarzy.

Przyroda jest mądrzejsza od ciebie człowieku.

Może właśnie robi z tobą porządek.

Jeśli tak, to zasłużyłeś sobie na to.


16 kwietnia czwartek

Żadnego kłopotu z pisaniem bloga. Żadnych stanów i epizodów depresyjnych. Wprost przeciwnie. Coraz więcej uśmiechu. Nie da się ukryć. Koniec jest bliski. Czego? No, zawsze coś się kończy.

Na przykład to...

W ciągu minionego tygodnia mieliśmy wiadomą rocznicę. Smoleńską. Najważniejsze osoby w państwie pojawiły się na niej bez maseczek, rękawiczek i blisko siebie. Oczywiście, że o tym napisałam. Jeśli wodzowie nie przestrzegają zasad, znaczy się nie boją.

To dlaczego ja się mam bać!? Bo mi ktoś każe? O takiego, też się nie będę bała!

Potem były święta. Też napisałam. Nie wiem, kto wymyślił, że święta muszą być spędzane w gronie rodzinnym, bo inaczej to jesteśmy w stanie wody poniżej poziomu morza. Długo przez telefon rozmawiałyśmy na ten temat z koleżanką. Do tego doszła sprawa tych jakiś video przez laptopa. Nie korzystamy z opcji pozwalającej oglądać się wzajemnie. Zaraz, zaraz, nie zawsze. Jeżeli ktoś się umówi na rozmowę z widokiem na nas, owszem, taka opcja jest. Ale tak sobie, nagle?

Nigdy w życiu.

Właśnie teraz siedzę przy laptopie. Pora jak na mnie wczesna, tako koło 10.00. Fryzura nocna. Koszulka też nocna. Brak sztucznej szczęki. Cera w starcze plamy.

I ktoś ma mnie taką oglądać?

Dlatego z wynalazków pozwalających oglądać człeka w każdej chwili nie korzystam.

A tak w ogóle to ta kwarantanna niewiele w moim życiu zmienia. Jestem takim wodnikiem - samotnikiem. Mieszkam sama, znaczy się z psem. Nie pracuję. Do restauracji nie chadzam. Do kościoła też nie. Obfitego życia towarzyskiego nie prowadzę. Po sklepach w celu kupienia czegoś tam na jakąś tam poprawę humoru nie chodzę. Podstawowe potrzeby mam zapewnione. Oczywiście szkoda bezpośrednich kontaktów z innymi ludźmi. Oczywiście szkoda tych, którym kwarantanna rujnuje życie. Nie należę do nich.

Siedzę w domu i czekam, czy mały, wredny hitlerek mnie dorwie, czy też nie.

A na to już wpływu nie mam. Zawsze może wpaść przez uchylone okno lub znaleźć się na opakowaniu mleka dostarczonego przez syna w sobotę.

Poza tym wreszcie na Okęciu wylądował samolot. Antonow się nazywa. Też napisałam bloga o tym. Wiekopomne wydarzenie. Po obejrzeniu filmy „2012” myślałam, że takie podniebny kolos to wymysł scenarzystów z Hollywood, a tu proszę – istnieje naprawdę. Córka widziała go na żywo. Nawet katar załapała. Szybko kazałam jej łykać aspirynę, żeby ludzie nie myśleli, iż ma wirusa.

I sprawa, o której postanowiłam nie pisać na blogu. Oczywiście w ilościach nałogowych, czyli każdego dnia. Czasami coś przemyciłam.

Polityka.

Wybory.

Na początku narodowej kwarantanny temat wyborów, co to mają się odbyć 10 maja zniknął. Potem pojawiał się sporadycznie. Z pewną taką nieśmiałością, można rzec. W ciągu kolejnych dni zaczął zajmować coraz więcej miejsca, obok zarazy oczywiście.

Właśnie obserwuję niezwykłe zjawisko. Tematyka wyborów zajmuje coraz więcej miejsca, wirusa – coraz mniej. Najpierw było to 10% do 90 %. Na dzień dzisiejszy 50/50 z tendencją wzrastającą w stronę wyborów.

Wydaje się, że to idealny temat na bloga.

Nic z tego. O wyborach pisać nie będę. Dlaczego? Bo wszyscy piszą. A ja orgazmu z powodu wyborów nie zamierzam dostać.

Wolę sposób tradycyjny, chociaż już zapomniałam, co to jest. Ten orgazm rzecz jasna.

środa, 4 sierpnia 2021

Jak pisałam bloga - wspomnień pandemicznych część III

 


Jak pisałam bloga.... wspomnień pandemicznych część III 


Kiedy rozpoczęła się narodowa kwarantanna, a było to 12 marca 2020 roku, postanowiłam, że na swoim blogu będę codziennie pisać teksty o własnych przeżyciach związanych z tym wydarzeniem... Oprócz poczucia obowiązku wobec przyszłych pokoleń, żeby wiedziały jak to ongiś bywało, pisanie spełni wobec mnie funkcję terapeutyczną. W końcu mam być zamknięta na 48 metrach, kwadratowych rzecz jasna, przez... przez.... może dwa tygodnie... A potem trwało, trwało, trwało.... 


26 marca czwartek 2020


Podstawowym problemem mego życia na kwarantannie, nazwanej przeze mnie „narodową” w przeciwieństwie do tej prywatnej, przymusowej, jest nadal znalezienie tematu na bloga. Oczywiście mogłabym pisać o swoim strachu, niekiedy przerażeniu. Nic z tego. W pisemnym wyrażaniu uczuć o charakterze negatywnym nigdy nie byłam dobra. No, może czasem jakiś smętny wiersz napisałam. Ale nagrody dostawałam za twórczość radosną. Pisanie było zawsze dla mnie specyficznym odreagowaniem. Jak coś napisałam z tzw. jajem, to od razu mi się humor poprawiał.

Po dwóch tygodniach życia w zamknięciu (ha ha, a myślałam, że to będą tylko dwa tygodnie), zakres tematyczny pisanych tekstów jest bardzo ograniczony.

W internecie ciągle to samo. Ktoś rzucił hasło, że w jego bloku ktoś jest na kwarantannie prywatnej i trzeba blok omijać. Oczywiście, że o tym przykładzie debilizmu skrajnie wrednego piszę.

Rusza tzw. zdalne nauczanie. System siada. Też o tym pisze.

Nieustannie czytam i analizuję teorie spiskowe. Jest ich coraz więcej i są coraz ciekawsze. Wszak naród, nie tylko polski, siedzi zamknięty w domu i wymyśla, korzystając z zasobów internetowych skąd wzięła się „zemsta nietoperza” lub „mały, wredny hitlerek”, jak ja zarazę nazwałam.

Wprowadzam w swoim życiu kilka zmian. Na dłuższy spacer z Kulką wychodzę wieczorem. Cisza i spokój. Nikogo na horyzoncie. Gwiazdy nade mną i wszystkie ścieżki pode mną. Puste. Opuszczone. Zarastające... Nie, chyba nie... Oprócz ciszy panuje susza. Trawnik pod blokiem był bardziej zielony w czasie, co zimą być powinien. Teraz wysycha.

Może by tak bloga o tym?

Moja sunia na spacerze jest wyjątkowo spokojna. Wpadam na pomysł i biorę ze sobą smycz treningową. Taką, co ma piętnaście metrów. Używam jej jedynie na plaży, kiedy jedziemy do Ustki. Jako że Kulka musi być na smyczy, po osiedlu, nawet pustym, nie biega swobodnie. Będąc na takiej smyczy – czuje się jak na wolności. Zaliczamy górkę, wszystkie alejki, rzucamy patykiem, łapiemy go... To znaczy ja rzucam, sunia łapie. Rzut wychodzi mi fatalnie. Jasne, przecież pchałam kulą i rzucałam dyskiem. Oszczepem nigdy nie potrafiłam.

Zmieniam również coś w rozkładzie dnia. Po powrocie z nieco już krótszego spaceru popołudniowego, nie oglądam filmu. Szykuje kawę, ciastko i kieliszek czegoś procentowego. Siadam na balkonie. Oczywiście, że się ubieram. Włączam adapter, nazywany również gramofonem i słucham starych płyt winylowych.

Winyl trzeszczy, ale taki jego urok. Czasami się zacina. Wtedy wystarczy popchnąć rączkę z igłą do przodu i muza nadal leci. Czasami sam przeskoczy. Tak jest w przypadku jednej piosenki na starej „Ciemnej stronie księżyca” grupy Pink Floyd. „The wall” jest bez zakłóceń. Ale tylko dlatego, że to reedycja. Doczekałam bowiem czasów, kiedy stare płyty winylowe nagrywane są na nowo. „Ścianę” dostałam od swoich dzieci pod choinkę.

Moje kwarantannowe postanowienie – każdego dnia jedna płyta – przerażają mnie w momencie, kiedy przeliczyłam płyty. Mam ich pięćdziesiąt.

Tyle dni ma jeszcze potrwać ta kwarantanna? Tyle dni mam siedzieć w domu? Znowu przerażenie i strach.

Na szczęście Krzysztof Klenczon śpiewa „Hej Johnny Walker! Dla bezdomnych dom” (piosenka „Port”), a ja przypominam sobie, że ów pan, znaczy się ten Johnny jest w barku. Może uda się przerwać. A jak zabraknie... sklepy monopolowe otwarte.

Dziwnie no nie? Człowiek może wyjść z domy tylko w uzasadnionym przypadku, po takie zakupy pierwszej potrzeby na przykład, a taki monopol otwarty. Artykuł pierwszej potrzeby?

Był to pierwszy nonsens całej kwarantanny, który odkryłam. Nie, bloga o tym nie było. Jeszcze by sklep zamknęli. Sąsiadka w nim pracuje. Kobieta straciłaby pracę, umarła z głodu.... Dobra, dobra, nie o sąsiadkę mi chodzi.... już ściemniać nie będę. O taką polską gospodarkę chodzi. O wysokie podatki ze sprzedaży tego alkoholu chodzi. Szkoły się z tego utrzymuje. Nauczycielom pensje płaci. Nie będzie picia, nie będzie forsy.

Tak więc słucham tych płyt winylowych i oglądam oczywiście filmy z kaset VHS i płyt DVD. Oj, kiepska jakość produktów. Kaseta jeszcze jako tako, ale kilka już muszę usunąć, bo albo obrazu nie widać, albo głosu nie słychać. Z DVD jest jeszcze gorzej. Jedna rysa i nici z projekcji. Do kosza. Którego? Tego z plastikiem, czy na odpady zmieszane?

Aha, powinnam odnieść do Punktu Selektywnej Zbiórki Odpadów Komunalnych. Teraz, w czasie kwarantanny?

Odpuszczam sobie likwidację płyt.

Udaję się na rozmowę z Johnnym. Na balkonie.


2 kwietnia czwartek

Oczko. Według mego liczenia – dwudziesty pierwszy dzień narodowego siedzenia na du...

Odkrywam, że żyję ekologicznie. To znaczy ja w ogóle żyję ekologicznie. A teraz to już podwójnie. O tym bloga piszę. Nie wspominam o stanie kasy. Własnej. Czyli konta.

Zakupy robi mi syn. W soboty podwozi i wnosi do domu. Z paragonem. Wszystko zgodnie z dostarczonym drogą elektroniczną spisem. Artykuły pierwszej potrzeby.

Minęły właśnie dwa tygodnie od wpłynięcia na konto mego stypendium z ZUS-u zwanego emeryturą. Robię przelew synowi i odkrywam rzecz niesłychaną.

Mam pieniądze.

Zaoszczędziłam.

Dokonuję analizy wydatków.

To mi potrzebne. Tamto nie.

Tego nie kupuję, tamto kupuję.

To znaczy syn kupuje, bo mu każę.

Odkrycie na miarę Kopernika.

Człowiekowi do życia nie potrzeba wiele.

Dzwonię do koleżanki, by się swym odkryciem podzielić. Twierdzi, że jeszcze nie zrobiła takiego rachunku, ale chyba jestem bliska prawdy.

Druga koleżanka wie o tym od dawna. Choroba nie pozwala jej na częste odwiedzanie sklepów. Potwierdza, że człowiekowi nie trzeba wiele. Ona akurat więcej wydaje na lekarstwa niż na żarcie. No właśnie, kto powiedział, że każdego dnia rano muszę jeść ciepłe bułeczki, popijając kakao? A taka owsianka na mleku nie wystarczy? I zdrowo i tanio.

Mnie tam wystarczy. Kaszę manną na mleku też lubię.

Moja córka nie lubi.

Staję na wadze.

Rety! Cztery kilo mniej!

Akurat w przypadku mojej wagi to niewielki ubytek, ale zawsze coś.

W internecie ostrzegają, że siedząc w domu łatwo można przytyć. Jestem tego zaprzeczeniem.

Ciekawe, dlaczego nie tyję mając wrodzone skłonności do tycia? Może od tego częstego mycia rąk? Tłuszcz zmywam... Od jazdy na rowerku stacjonarnym? Od wyjątkowo długich spacerów z psem?

Kolejną zmianę dostrzegam podczas mierzenia poziomu cukru. Tak, mam cukrzycę. Taką, jaką mają otyli ludzie 60+.

Poziom cukru – wyjątkowo jak na mnie niski.

Nie wierzę.

Prowadzę obserwację dwa razy dziennie.

Palce mnie już od kłucia bolą.

Nadal to samo.

Synowa twierdzi, że to od wyjątkowo regularnego sposobu odżywiania się.

Nie ta się ukryć. Obecnie jem o tych samych porach. Jem ekologicznie, o czym było wcześniej.

Czy się denerwuję?

Oczywiście. Bywam wystraszona i przerażona. Zwłaszcza po wysłuchaniu programu informacyjnego w którejś z tv lub przejrzeniu stron internetowych.

Zdarza się jednak coraz rzadziej. Celowo unikam częstego kontaktu z wiadomościami. Tak metoda na opanowanie własnej psychozy, żeby w nią nie wpaść po same uszy.

W laptopie najczęściej sprawdzam, ile osób przeczytało mego bloga.

Słowem – nerwy jeszcze na wodzy...

Jak jeszcze długo?

Kiedy mnie puszczą, tak jak sąsiadkę?

W jaki sposób spanikuję?

Będę płakać? Muszę do listy zakupów dopisać chusteczki higieniczne....

Wytłukę naczynia?

Nakrzyczę na psa?

O, i to jest właśnie powód do niepokoju....

Zbyt duży spokój...

Typowa cisza przed burzą.

poniedziałek, 2 sierpnia 2021

Jak pisałam bloga - pandemicznych wspomnień część II

 


Jak pisałam bloga....


Kiedy rozpoczęła się narodowa kwarantanna, a było to 12 marca 2020 roku, postanowiłam, że na swoim blogu będę codziennie pisać teksty o własnych przeżyciach związanych z tym wydarzeniem... Oprócz poczucia obowiązku wobec przyszłych pokoleń, żeby wiedziały jak to ongiś bywało, pisanie spełni wobec mnie funkcję terapeutyczną. W końcu mam być zamknięta na 48 metrach, kwadratowych rzecz jasna, przez... przez.... może dwa tygodnie...

Wszystko zaczęło się jednak wcześniej....



14 marca 2020 - sobota


Właśnie jestem po pierwszej panice w wykonaniu własnych dzieci. Córka przez telefon pytała, czy zamkną Warszawę i czy w ogóle będzie zakaz podróżowania. Bo nie wie, co robić. Zostać w stolicy? Wracać do mamusi? Do tego nie pracuje na etat i jak nie będzie pracować, to żadne pieniądze jej na konto nie wpłyną. O ile drugi problem rozumiem …. no nie do końca.... bo można było znaleźć jakąś inna pracę na etat... wiem, ze mniej płatną... dobra, nie czepiajmy się ludzi w czasie zarazy. Ta rodzi sytuacje ekstremalne. Wystarczy przypomnieć sobie taką „Dżumę” Alberta Camusa...


Wracajmy do córki.... Dlaczego pyta mnie o jakieś zakazy? Wszak sama mieszka w stolicy i powinna najlepiej wiedzieć, czy ją zamykają, znaczy się stolicę, czy nie. Informuję wystraszone dziecię, że w telewizji nic nie mówiono o szlabanach i zasiekach wokół tego miasta.

Syn natomiast każe robić zakupy. Bo wszyscy kupują. Wiem, mleka muszą dokupić. I woda by się przydała. Kranówa nie jest smaczna. Lubię gazowaną. W butelkach plastikowych oczywiście, bo na zakup w szklanych mnie nie stać. Aha, mam wyjąć z bankomatu trochę forsy. Bo gotówka w ciężkich czasach zawsze może się przydać.

Z tym to akurat bym dyskutowała. Przypomniały mi się czasy potężnej inflacji. Wartość pieniądza leciała na łeb, na szyję. Wtedy mówiono, że jak pieniądze to najwyżej dolary, a najlepiej inwestować w złoto.


Pierścionek z tamtych czasów mam. Taki złoty z niebieskim oczkiem.


Ale w porządku, może młodzież ma rację.... Biorę psa na smycz i lecę do najbliższego bankomatu po tę forsę. Już podobni mi wypłacili wszystko. Zasuwam do drugiego. Pies biegnie za mną na swych krótkich nóżkach z językiem na brodzie. W drugim bankomacie też pusty. Jest jeszcze jeden.

Hura! Jest gotówka.

Teraz zakupy. Mleko. Woda. Jedno i drugie stoi spokojnie w najbliższym dyskoncie. Oczywiście, że nie ma drożdży, papieru toaletowego i chleba.

W zasadzie tych rzeczy na dzień dzisiejszy nie potrzebuję. Papier w domu mam. Piec nie zamierzam. Chleba jadam niewiele.


Syn podjeżdża samochodem pod sklep, by mamusię emerytkę z zakupami zabrać do domu. Jego zakupy są zdecydowanie większe, dlatego patrzy na moje co najmniej podejrzanie. W domu mówimy sobie do widzenia, jakbyśmy mieli się już nie zobaczyć.

A wiadomo kogo pierwszego ta zaraza dorwie? Kto pierwszy trafi do szpitala jednoimiennego, który jest trzysta metrów ode mnie? Komu zabije dzwon?

Słowem katastrofa na całego.


19 marca czwartek


Zaczynam tracić orientację.

W czasie.

W datach.

W liczbach. Zawsze byłam kiepska z matematyki.

Który to już dzień kwarantanny?

Siódmy?

Zależy jak liczyć. Ja liczę od czwartku, tydzień temu. Inni liczą od poniedziałku.

Bloga oczywiście, że piszę. Wywalam wszystko, co mi leży na wątrobie! Spoko, spoko... nie wszystko. Tekst musi być ciekawy, żeby ktoś go przeczytał. Każdego wieczora myślę, co będzie tematem bloga następnego dnia. Bo ja opisuję zawsze dzień miniony. Mój umysł dokonuje nadludzkiego wysiłku, by znaleźć jakiś interesujący temat. Pierwotnie zamierzałam pisywać swoje dni, co robię, co dzieje się wokół mnie.


Po tygodniu stwierdziłam, że nic się nie dzieje.


Wstaję około 8.30, myje dłonie, wskakuję w psi zestaw ubraniowy(kurtka i spodnie na piżamę) i wyprowadzam Kulkę na trawnik przed blokiem. Po powrocie myję dłonie, karmię psa, robię kawę, wskakuję ponownie do wyra. Piję i czytam książkę. Po godzinie podnoszę się z wyra, myję dłonie, zasiadam przed kompem, piszę bloga. Po napisaniu myję dłonie i pozostałe części ciała. Ubieram się. Ogarniam mieszkanie. Wykonuje kilka telefonów do osób mnie podobnych, znaczy się emerytów na kwarantannie. Po rozmowach typu „Nie ma o czym gadać. U mnie to samo” myję dłonie.


Wychodzę legalnie z psem. Na ulicach nic się nie dzieje. Jedynie pod szpitalem trwa protest przeciwko szpitalowi zakaźnemu. W obliczu epidemii – okropny. Człowiek przy człowieku. Nikt mnie nie namówi, by w czasie zarazy pchać się w tłum. Zresztą, jest już tam telewizja. Obejrzę wszystko w domu.

Pozostałe części osiedla – wyludnione, wyciszone. Póki co, przeraża mnie ta pustka. Natomiast moja sunia jest wyjątkowo zadowolona. Biega spokojnie, gdzie smycz sięga. Nie muszę skracać smyczy z powodu poruszających się obok nas ludzi i rowerów. Pies nareszcie czuje się wolny.

Po powrocie do domu myje dłonie. Robię druga kawę. Do kieliszka wlewam nalewkę. Włączam telewizor i oglądam film. Własny. To znaczy taki na DVD lub VHS.


W swoich tekstach zawsze proponuję czytelnikowi jakiś film fabularny. Dziś na przykład „Przeminęło z wiatrem”. Jutro „Ben Hur”, pojutrze „Podróż za jeden uśmiech”....


W trakcie stopuję aparaturę odtwarzającą film, wychodzę do toalety. Myję dłonie. Przygotowuję obiad. Myję dłonie. Oglądam film. Jem obiad. Usypiam w trakcie filmu, bo zna go na pamięć. Myję dłonie....


Nie da się ukryć. Najważniejszą czynnością jest mycie dłoni. Wirus czai się wszędzie. Nawet na moich kasetach VHS, które świat oglądały, kiedy były przeze mnie kupowane. Niektóre mają blisko trzydzieści lat. Na szczęście mydła mam sporo.


niedziela, 1 sierpnia 2021

Jak pisałam bloga..... wspomnień pandemicznych część I

 



Jak pisałam bloga.... wspomnień pandemicznych część I 


Kiedy rozpoczęła się narodowa kwarantanna, a było to 12 marca 2020 roku, postanowiłam, że na swoim blogu będę codziennie pisać teksty o własnych przeżyciach związanych z tym wydarzeniem... Oprócz poczucia obowiązku wobec przyszłych pokoleń, żeby wiedziały jak to ongiś bywało, pisanie spełni wobec mnie funkcję terapeutyczną. W końcu mam być zamknięta na 48 metrach, kwadratowych rzecz jasna, przez... przez.... może dwa tygodnie...

Wszystko zaczęło się jednak wcześniej....


8 marca 2020 - niedziela


Właśnie wracam do Łomży. Pewnie do domu, bo tam mam swoje M... Ale to nie takie jasne. Wracam z Wałbrzycha. Niektórzy mówią, że ze Szczawna Zdroju. Bo od szesnastu lat, jeżdżąc do ukochanego rodzinnego Wałbrzycha, kwateruję w Szczawnie Zdroju.

Odległość między miastami jest żadna. Ulica podzielona znakami na dwie części. Z jednej Andersa w Wałbrzychu, z drugiej – Solicka w Szczawnie.

A w uzdrowisku więcej tańszych kwater do wynajęcia. Od dwóch lat zamieszkuję w niewielkiej oficynie, pokój z kuchnią, tuż przy parku zdrojowym. Przed sobą mam duże podwórko i restaurację. Pierwsze służy rano i w nocy memu psu, drugie – czasami mnie.

W tym roku miałam zamiar przyjechać tu na cztery tygodnie. Niestety, nie udało się. Od 9 marca oficyna już była zajęta. Byłam więc tylko trzy.


Tak więc około 11.00 ruszam spod kwatery do Wrocławia. Wiezie mnie samochodem dwójka sympatycznych ludzi. Śmiejemy się, rozmawiamy. Oczywiście, że o tajemniczym koronawirusie, wyprodukowanym w dalekich Chinach. Oczywiście, że Chińczycy mogli się lepiej postarać. Tylko zwykła grypa? No dobra, niech im będzie.... zawsze wszystko podrabiali. Teraz podrobili tę …. świńską? ptasią? Ponoć do nas idzie? Do Wałbrzycha jeszcze nie dotarła. Zobaczymy, czy jest we Wrocławiu.


We Wrocławiu na dworcu głównym – normalka. Sporo ludzi. Sporo pociągów. Zupełnie inaczej niż za mej młodości. Kiedyś większość pociągów odjeżdżała nocą. Do takiego Wałbrzycha z Warszawy pośpieszny jechał 10 godzin, osobowy – prawie dwanaście. Teraz Pendolino zasuwa cztery i pół. A z Wrocka tylko trzy i pół godziny.


Wsiadam z psem do pierwszej klasy. Żegnam się z młodymi. Pociąg rusza. Gdyby nie ludzie, głośno rozmawiający o jakiejś tajnej naradzie w jakimś tajnym instytucie w związku z jakimiś tajnymi wyborami, podróż minęłaby w całkowitej ciszy.

Moja sunia dostaje tabletki uspakajające i zachowuje się trochę jak naćpane zwierzę. Trochę poleży na podłodze, trochę na mych kolanach. Nie, kochani, żadnej samowolki. Tabletki przepisane przez weterynarza na czas podróży.


W Warszawie czekają rodzone dzieci. Jedziemy trochę pogadać do mieszkania córki. W związku z wykonywaną pracą córa bywa praktycznie codziennie w sejmie. To znaczy w gmachu sejmu. Wraz z synem pytamy o chińskiego wirusa. Jakie środku ostrożności w owym, najważniejszym polskim gmachu, przedsięwzięto w celu ochrony najważniejszych w Polsce ludzi.

Żadnych.

Dodatkowych rzecz jasna.

Stare są i mają się dobrze.

Bomby na teren instytucji nikt nie wniesie.

Wirusa może...

Jakiego wirusa? Skoro nikt i nic nie chroni decydentów, to i wirus nam nie straszny.

Ze stolicy syn wywiózł mnie w dobrym humorze. Opowiadam o swoich przeżyciach na Rodzinnej Ziemi, syn mówi o swoim synu. Wszak nie widziałam go przez prawie cztery tygodnie. Pies śpi w bagażniku. Spoko. Jedziemy combi.


11 marca - środa


Pierwszą zmianę w otoczeniu zauważyłam około trzynastej. Mieszkam tuż przy szkole. Obok jest osiedlowy teren rekreacyjny, zwany skate parkiem i szkolne boisko, a właściwie mały stadion. O tej porze dnia, panuje tu ruch jak na przysłowiowej Marszałkowskiej. Teraz jest cicho... za cicho... Właśnie wracam z tzw. miasta. Zrobiłam zakupy. Zapisałam się w kolejce do dentysty. Na fundusz oczywiście. Bo sprawa pilna nie jest. Plomba w martwym zębie mi się rusza.

Zakupy zostawiam w kuchni i biorę psa na spacer.

Nie, nie jest normalnie... coś wisi w powietrzu... I nie jest to smog.


Wieczorem wszystko się wyjaśnia. Wirus dotarł do Polski. Rząd zawiesza wszystko. Zajęcia w szkołach też. Wszyscy mają siedzieć w domu. Internet zapełnia się nakazami i zakazami.

Seniorze, nie chodź do wnuczka. Może cię zaradzić.

Dobra, nie pójdę.

Po raz pierwszy zrobisz światu przysługę siedząc na du... w domu.

Będę siedzieć.

Zaraz, zaraz, a co z psem?

Psa oczywiście wolno wyprowadzać.

Bo tak w ogóle, to wszystko zacznie obowiązywać od poniedziałku. Póki co, mamy jeszcze trochę wolności, żeby do narodowej kwarantanny się przygotować.

Na kartce notuję, co mam do zrobienia.

Weterynarz – lekarstwa i środek przeciwkleszczowy dla psa.

Lekarz pierwszego kontaktu – moje lekarstwa.

Zakupy....

Szybki przegląd lodówki i szafki z produktami bez konieczności chłodzenia.

Nie ma potrzeby. Zapasy na miesiąc są. Mleka trzeba dokupić.

Ważniejsza sprawa – czym zająć się, żeby nie zwariować przez te... no, dwa tygodnie...

Na szczęście jestem z gatunku samotników. Patrzę na półkę z kolekcją filmów na VHS i DVD, stertę książek zabranych tuż przed wyjazdem do Wałbrzycha z półki „Uwolnij książkę” w bibliotece. Do barku też zerknęłam – nalewki, zdrowotne na spirytusie, są.

Podejmuję też decyzję. Będę codziennie pisać teksty na swoim blogu. O tym co robiłam, co widziałam, wszak mogę wychodzić z psem. Tak codziennie rano będę pisała taki sobie felieton o dniu minionym... Niechaj wyjścia z Kulką i felietony wyznaczają mi rytm życia podczas narodowej kwarantanny.


czwartek, 14 stycznia 2021

Teorie spiskowe 2020/21 - Stan agonalny

 



Rok 2020 upłynął pod znakiem pandemii wirusa zwanego koroną. W Polsce dołączył do niego Strajk Kobiet, który stawał w obronie praw kobiet, sprawa pewnego kardynała, który stawał z kolei w obronie Kościoła oraz Marszu Niepodległości, który stawał w obronie niepodległości, diabli wiedzą czyjej.

Rok 2021 rozpoczął się od szczepień....

Na tle tych wydarzeń rodziły się teorie spiskowe.... oto niektóre z nich....

Dzisiaj o teorii, która jest królową teorii. Spotykamy się z nią przy każdym ważnym wydarzeniu mającym na celu otumanienie tzw. społeczeństwa.

Tacy kapłani egipscy na ten przykład wykorzystywali zaćmienie słońca do pogrążania ludu w ciemnocie. Chłop egipski ciemniał jeszcze bardziej, a kapłani gromadzili nadal złoto w labiryncie (źródło - „Faraon” Prusa).

Za czasów PRL taki na przykład towarzysz Wiesław ogłaszał obniżkę ceny Ursusa, traktora zresztą, licząc, że nikt nie zauważy podwyżki cen cukru ( źródło – jakieś filmiki na youtubie).

Kiedy ogłoszono pandemię korony, od razu pojawiły się setki, może i tysiące teorii spiskowych. Najwięcej było tych związanych z rządzącymi, że niby pandemią chcą przykryć własne błędy i wypaczenia. A rząd każdego państwa coś za uszami ma i teoria wydaje się być zawsze aktualna. Rządzący zawsze chcą przepchnąć jakąś ustawę tak, by ciemny lud tego nie zauważył. O, taki polski rząd podniósł podatki, ustanowił nowe, a taki lud polski podnieca się do osiemnastu zaszczepionych poza kolejnością. Nikomu do głowy nie przyjdzie, by walczyć o całkowite zniesienie podatku od psa!

Był też czas na protest w związku z technologią 5G, że niby groźniejsza od wirusa, ale większe przynosi zyski wybrańcom i maszty trzeba stawiać. Sprawa jakoś przycichła.

Niestety, to nic w porównaniu z teorią spiskową, z którą zetknęłam się wczoraj podczas dyskusji na wiadomym portalu.

Zacznijmy od tego, że pandemię ogłosiła organizacja ponadnarodowa. Oczywiście nie wyklucza to tego, że wykorzystywana jest do bezecnych celów przez element bliżej nieokreślony. Pytanie – dlaczego w ogóle to ogłoszono?

Pierwsza przyczyna to strach przed nieznanym. Oto pojawia się obcy, znaczy się wirus. Nie wiadomo czym grozi, komu grozi i dlaczego. Jeśli nie ogłosi się stanu klęski zdrowotnej, a ona nastąpi – likwidacja organizacja i sucha gałąź dla jej członków.

A więc ogłośmy – na wszelki wypadek, żeby nikt nie miał do nas pretensji.

Druga teoria – medycyna na świecie jest w fatalnym stanie. Agonalnym prawie. Nie ma lekarstw na choroby układu krążenia i nowotwory. Niedługo ludzkość czeka totalne wymarcie.

Co, twierdzicie inaczej? W telewizji pokazują najnowsze osiągnięcia, najnowsze aparatury, tu ludziom przeszczepiają twarz, tam operują nienarodzone dziecko....

To pokazówka. A jeśli jest w pewnych okolicznościach prawdziwa, to tylko za pieniądze. Prawdziwe, nie te z ZUS-u.

W rzeczywistości medycyna przestała radzić sobie z chorobami. Dzięki ogłoszeniu, że największym wrogiem ludzkości jest kowid, nikt już nie umiera na raka. Walczymy z kowidem, bo zawał to pryszcz przy wirusie. Na zawał umiera się od razu. Kowid człowieka wykańcza powoli. Kowida można leczyć respiratorem, a na raka potrzeba zdecydowanie więcej lekarstw. O kosztach operacji chirurgicznych nie wspomnę.

Mało tego, z nowotworami medycyna walczy od lat i postępu nie widać. A taka korona po pewnym czasie zniknie lub dostosuje się do naszego świata, jak każdy wirus....

niedziela, 10 stycznia 2021

Teorie spiskowe 2020/21 - Wszczep antykowidowy

 


Rok 2020 upłynął pod znakiem pandemii wirusa zwanego koroną, ze względu na swój wygląd, który widzieli tylko uczeni i badacze. W Polsce dołączył do niego Strajk Kobiet, który stawał w obronie praw kobiet, sprawa pewnego kardynała, który stawał z kolei w obronie Kościoła oraz Marszu Niepodległości, który stawał w obronie niepodległości, diabli wiedzą czyjej.

Rok 2021 rozpoczął się od szczepień....

Na tle tych wydarzeń rodziły się teorie spiskowe.... oto niektóre z nich....

Dzisiaj w zasadzie należałoby teorię jedynie zaprezentować i potwierdzić jej prawdopodobieństwo, gdyż bardzo, ale to bardzo pasuje do rzeczywistości zastanej, czyli początku nowego roku oraz początku akcji „Igła”.

Chodzi oczywiście o słynne szczepienie słynnej osiemnastki, potomnym przypominam – bez kolejki zaszczepiono 18 osób wciskając im kit, że poprzez nadstawienie górnej części narządu zwanego ręką, zostaną ambasadorami szczepionki, na którą znaczna część ludu nie ma ochoty.

Jako że osiemnastka to symboliczna cyfra, bo kto ją przekracza staje się pełnoletni i wiele może, do dnia dzisiejszego, wykryto głównie owych osiemnaście osób i teoria spiskowa mówi, że w większości są to osoby przeciwne obecnemu rządowi, który miał główny cel w szczepieniu ich niż właściwy cel szczepienia.

I tak oto napisałam kilka zdań wielokrotnie złożonych. Dział gramatyki zwany składnią bardzo lubiłam. Jako uczeń i nauczyciel. Będąc drugim, zdania z wieloma orzeczeniami lub równoważnikami zdań w środku zdania wielokrotnie złożonego, służyło mi do udupi.... ucznia, który akurat podpadł mi z innego powodu. Napyskował mi na korytarzu, no to sru go do tablicy i rób rozbiór logiczny zdania! Nie zrobisz – pała! A ja już takie ci podyktuję, że nie zrobisz i wykresu nie narysujesz!

I tak właśnie udupie.... zostali ci, co dali sobie poza kolejnością wstrzyknąć płyn przeciwkowidowy, którą to nazwę ośmielam się już spolszczyć, bo na tyle gości w naszych słownikach, że już można.

Najpierw ktoś wmówił komuś, że naród jest przeciwko płynowi i trzeba go odpowiednio przekonać wykorzystując w tym celu osoby znane i szanowane, co prawda ten drugi ktoś miał wątpliwości, zwłaszcza dotyczące ilości wstrzyknięć z jednej butelki – pięć czy sześć – wszak butelka to towar ścisłego zarachowania.

Ktoś pocieszył, że towarzysze ongiś nie takie rzeczy robili, wszak historia to nauczycielka życia, a jeśli ktoś już czasów towarzyszy nie pamięta, na pewno zna jakiś kreatywnych księgowych, co to cuda z rozpisywaniem przychodów, dochodów i rozchodów czynią.

Kolejny ktoś, opierając się na podszeptach intuicji, duchów, niekoniecznie świętych, przyjaciół, szwagrów i wujków, dokonał selekcji potencjalnych kandydatów na osoby kandydujące do miana ambasadorów ukłucia igłą, którą wcale nie był bohater słynnej książki Kena Folleta.

I tak oto dokonano kontrolnego wszczepu antykowidowego, który zaowocował zwolnieniem z pracy kilku osób, które pewnie nie były owymi ktosiami, ale aktywnie uczestniczyły w procesie łamania, przepisów, których nie ma, ale wkrótce będą, bo kolejne rozporządzenie wejście w życia z datą wsteczną do daty ogłoszenia.

Na zewnątrz wypłynęły natomiast wypłynęły nazwiska owych nieszczęśników, co to dali się wpuścić w maliny i udu... przez równie wpuszczonych jak oni, byłych pracowników, zapewne też niewygodnych dla rządzącej ekipy, która teraz jest cacy, bo ukróciła proceder pozakolejkowy i najpierw zaszczepi tych, co mają być zaszczepieni.

Nauczyciele poczekają sobie, dlatego też, w ramach zemsty nauczyciela emeryta, macie felieton ze zdaniami wielokrotnie złożonymi i męczcie się czytając do końca.

poniedziałek, 4 stycznia 2021

Teorie spiskowe 2020/21 - Ziemia obiecana z marmuru

 



Rok 2020 upłynął pod znakiem pandemii wirusa zwanego koroną, ze względu na swój wygląd, który widzieli tylko uczeni i badacze. W Polsce dołączył do niego Strajk Kobiet, który stawał w obronie praw kobiet, sprawa pewnego kardynała, który stawał z kolei w obronie Kościoła oraz Marszu Niepodległości, który stawał w obronie niepodległości, diabli wiedzą czyjej.

Rok 2021 rozpoczął się od szczepień....

Na tle tych wydarzeń rodziły się teorie spiskowe.... oto niektóre z nich....

To już nie teoria. To fakt. Autentyczny do tego, co potwierdza, że jest prawdą, tylko prawdą, a nie gó... prawdą.

W naszym kraju nad Wisła, Odrą, Narwią i Pełcznicą rozpoczęto szczepienia mające na celu uchronienie ludu słowiańskiego od chińskiej zarazy. Oczywiście powstał precyzyjny plan jak, gdzie, kiedy i kogo szczepić. Bo ponoć chętnych było multum, a szczepionek jak na lekarstwo przeciwko nowotworom. Znaczy się niewiele.

Nie, chyba to nie było tak.

Zanim szczepionki dotarły do celu, w kraju nad Wisłą, Odrą, Na.... itd. najgłośniej wrzeszczeli ci, co to zaszczepić się nie chcieli. Potem odezwali się ci, co pragnęli ukłucia. Rozpoczęła się narodowa kłótnia.

Dziennikarze sprawę podgrzewali. Wiadomo, temat na jakiś czas, nie trzeba szukać nowych. W pewnym momencie miałam nawet wrażenie, iż tych, co się szpikować nie dadzą, jest zdecydowanie więcej. Tak chyba też pomyśleli zwolennicy ukłucia. Zapewne to oni pomyśleli, iż trzeba zaszczepić ważnych ludzi, by dali przykład.

Publicznie zaszczepili się dwaj wrogowie z senatu, pewien szef partii i prezydent miasta. Wiadomy prezes przykładu nie dał, o co niektórzy mieli do niego pretensje. W sumie promocyjnie i propagandowo było. Nikt się nie czepiał.

Awantura wybuchła, kiedy, ponoć przez przypadek, ze strzykawki wyciekła informacja, iż zaszczepili się znani aktorzy. Tak jakby byli innymi ludźmi niż politycy. Cóż, jak wiadomo są zwierzęta równe i równiejsze – jak rzekła stary mistrz Orwell.

Dziś, a pierwszy poniedziałek nowego roku mamy, od samego rana w sieci głównie mamy atak na celebrytów, bo wredni, bo poza kolejnością, bo poza moralnością.... itd.itp. Doszło do tego, że moja koleżanka, z grupy antyszczepionkowców covidowych, oznamiła, że musi się zaszczepić, bo widocznie szczepionka jest dobra, skoro lud się oburza na tych, co poza kolejnością dali sobie wstrzyknąć. Nie ma w nim żadnych mikroczipów ani żadnych środków ubocznych, jakiekolwiek by miały być.

Cel został osiągnięty.

Ludziska będą się pchać do szczepień, jak po mięso za PRL-u. Nie wpuszczą poza kolejnością nikogo. Powstaną komitety kolejkowe. Bogaci wynajmą zawodowych staczy, by kolejki przed miejscami szczepień pilnowali.

I uwaga! Czarny rynek też zareaguje. Bazar Różyckiego w stolicy ożyje. Inne bazary również. Drukarnie rozpoczną drukowanie etykiet. Pojawi się technologia przerabiająca plastik na strzykawki, a butelki po czystej na pojemniki ze szczepionką. Policja, zamiast ganiać za Strajkiem Kobiet, zabierze się za ściganie przestępców szczepiennych. Ktoś zaproponuje wczasy dwutygodniowe ze szczepieniem w pakiecie. Pod opieką lekarza oczywiście. Ktoś opracuje nowy zestaw przeciwstrząsowy. Ktoś zacznie go produkować. Ktoś będzie to sprzedawał. Ktoś w tym celu postawi nowy sklep....

Słowem – gospodarka ruszy z kopyta i szybko nadrobi straty z epoki panowanie wiadomego wirusa. A wszystko to dzięki zaszczepieniu się przez Agnieszkę, Maksa Baumana i ich córkę. 

wtorek, 29 grudnia 2020

Teorie spiskowe 2020 - Stado wilków w łańcuchu

 


Rok 2020 upłynął pod znakiem pandemii wirusa zwanego koroną, ze względu na swój wygląd, który widzieli tylko uczeni i badacze. W Polsce dołączył do niego Strajk Kobiet, który stawał w obronie praw kobiet, sprawa pewnego kardynała, który stawał z kolei w obronie Kościoła oraz Marszu Niepodległości, który stawał w obronie niepodległości, diabli wiedzą czyjej.

Na tle tych wydarzeń rodziły się teorie spiskowe.... oto niektóre z nich....


Już po świętach, mieszkańcy Ziemi zaczęli się szczepić, zatem czas na powrót do teorii spiskowych niezwykłego roku 2020. Trzeba się śpieszyć, bo zaraz rok 2021, a ten może być jeszcze ciekawszy. Szybko więc odnotuję najczęściej spotykaną teorię spiskową, powtarzaną w tym czasie, który właśnie mija.

Chodzi nie tylko o to, kto stworzył, utworzył czy wymyślił wirusa, ale o to kto za tym całym bałaganem, bajzlem, strachem i propagandą stoi. Słowem o to, kto ma cel w tym wszystkim, co nazwać już trudno.

Według spiskowców sprawca jest jeden – KAPITALISTA.

I nieważne jak się nazywa. Może być ich kilku, no może kilkunastu. Narodowość - najchętniej żydowska. Miejsce zamieszkania – z reguły wyspa na Karaibach. Człowiek wielodzietny, wielownukowy. Słowem taki, co ma wszystko. A jeśli się ma wszystko, to chce się więcej. Najczęściej podwójnie.

Taki kapitalista oczywiście ma swoje firmy, ma swoich ludzi, ma swoje biznesy, interesy i huk wie co jeszcze. I chce więcej. Może więc tak zgarnąć wszystko? Co to jest wszystko?

I tak oto najwięksi kapitaliści świata, na tajnej naradzie, na pewno nie w Wilczym Szańcu, postanowili cały świat zagarnąć dla siebie. Plan - prosty.

„Wywołamy pandemię wirusową. Nie, wojny nie będzie, bo sami chcemy jeszcze pożyć. A bomby latają w różnych kierunkach. W takiego wirusa, znaczy się chorobę, uwierzą praktycznie wszyscy. Wciągniemy w to wszystkie szanowane organizacje pro i niezdrowotne. I tak większość z nich finansujemy, niech się więc odwdzięczą. Wywołamy ogólnoświatową panikę. Spowoduje to ogólne zamieszanie, ludzie zaczną się bać. A strach jak wiadomo jest bardzo pożyteczny w sprowadzaniu nieszczęść. Część ludzi umrze (patrz mój tekst „Planowana eksterminacja”), część podporządkuje się naszym prawom, a przede wszystkim – część zbankrutuje! Bo nas najbardziej interesują pieniądze!”

Oczywiście wszystko, co się do tej pory wydarzyło i dzieje się nadal, podporządkowane jest wyeliminowaniu innych, mniejszych kapitalistów. Majątek ziemski trafi w całości do owych wybrańców, co to pandemię wywołali.

W takiej Polsce za czasów PRL-u firm prywatnych prawie nie było. Kiedy ustrój się zmienił, zaczęto namawiać ludzi, by własne interesy otwierali. Miałam koleżankę pracującą w Urzędzie Pracy. Decydowała o przyznawaniu forsy na rozkręcenie działalności gospodarczej Jaśkom i Maryśkom. Zawsze była zapracowana, bo każdy chciał mieć własną firmę.

Teraz takie firmy stoją nad przepaścią bankructwa. Prywatne majątki rozpływają się jak sztuczny śnieg na nieczynnych stokach narciarskich.

I oto pojawiły się ponoć osoby oraz inne, większe firmy, które te mniejsze chcą wykupić. Za grosze. Rozpoczyna się pożeranie mniejszych przez większych. Klasyczny łańcuch pokarmowy tworzący sieć zależności, dzięki którym możliwy jest obieg materii i przepływ energii.

W lesie, w którym rządzi stado wilków, sarna się nie uchowa.

czwartek, 17 grudnia 2020

Teorie spiskowe 2020 - Olejek goździkowy



Rok 2020 upłynął pod znakiem pandemii wirusa zwanego koroną, ze względu na swój wygląd, który widzieli tylko uczeni i badacze. W Polsce dołączył do niego Strajk Kobiet, który stawał w obronie praw kobiet, sprawa pewnego kardynała, który stawał z kolei w obronie Kościoła oraz Marszu Niepodległości, który walczył o niepodległość, diabli wiedzą czyją.

Na tle tych wydarzeń rodziły się teorie spiskowe.... oto niektóre z nich....

Skoro już wiemy dlaczego powołano do życia pandemię i jakimi metodami posłużono się w celu zastraszenia i wywarcia wpływu na ludzkość, należy zadać kolejne ważne pytanie – KTO?

Podstawowa teoria spiskowa mówi, że Chińczycy w celu gospodarczego opanowania świata. Nie zgodzę się z tym. Mieszkańcy Chin już opanowali świat. Robią to konsekwentnie od wielu lat. Pamiątki z Ustki są przecież produkowane w Chinach. Majtki też nosimy chińskie. O butach typu „adidas” nie wspomnę. Po co więc jeszcze dodatkowo produkować wirusa, który miałby uśmiercić potencjalnych klientów?

Druga teoria, ku której się skłaniam, to spisek farmaceutyczny, znaczy się spisek wszystkich co z tą niezwykłą dziedziną życia mają jakikolwiek związek od właścicieli wielkich firm poprzez naukowców, a skończywszy na pani Marysi zamiatającej aptekę w Kurzej Wólce.

Czy zauważyliście, że wśród protestujących przeciwko obostrzeniom (nowe słowo do słownika – zapisać, zapamiętać!) rządowym nie ma aptekarzy? Inni podają wielkość swoich strat, bankrutują, a branża aptekarska – nic. Cisza. Spokój. A przed aptekami – kolejki. Bo apteka z reguły mała, według obecnych przepisów może pomieścić niewielką ilość osób. A ludzie kupują. Wchodzą i długo nie wychodzą. Zatem kupują dużo. W sumie jestem ciekawa jakie zyski osiąga dziś przeciętna apteka w Polsce...

Bo wirus to nie tylko korzyści ze słynnej szczepionki. To przede wszystkim witaminki, suplemenciki diety, wzmacniaczki organizmu, zestawiki do regeneracji organizmu.... tu można dać promocję, tu zachęcić. Bo taka witamina X działa jedynie w połączeniu z witaminą Z i na dodatek w towarzystwie proenergomitanu z rodziny listowatych.

Miłośnicy serialu „Ranczo” na pewno pamiętają odcinek 57. Oto były wójt - właściciel apteki, Paweł Kozioł kupuje w promocji hurtowej olejek goździkowy. Jednak termin przydatności specyfiku zbliża się do końca. Trzeba go szybko sprzedać. Czerepach szybko udowodnia, że farmaceutyka potrafi kreować potrzeby ludności. Z wielu zastosowań olejku wybiera odstraszaniu meszek. Następnego dnia okleja wieś plakatami informującymi o pladze meszek, zagrażającej zdrowiu i życiu ludności. Apteka przeżywa szturm przerażonych ludzi. Tymczasem doktor Wezół stwierdza, że żadnych ofiar meszek nie ma, a cale zamieszanie jest tylko trickiem reklamowym.

Jasne? Jasne!

Byliśmy pierwsi! Sezon 5 serialu nakręcono w 2011 r. Kto nie widział, niech popatrzy!

https://vod.tvp.pl/video/ranczo,odc-57-czlowiek-z-rio,4071824



 

piątek, 11 grudnia 2020

Teorie spiskowe 2020 - Bez stetoskopu


Rok 2020 upłynął pod znakiem pandemii wirusa zwanego koroną, ze względu na swój wygląd, który widzieli tylko uczeni i badacze. W Polsce dołączył do niego Strajk Kobiet, który stawał w obronie praw kobiet, sprawa pewnego kardynała, który stawał z kolei w obronie Kościoła oraz Marszu Niepodległości, który walczył o niepodległość, diabli wiedzą czyją.

Na tle tych wydarzeń rodziły się teorie spiskowe.... oto niektóre z nich....



Jak widzicie kochani, obracamy się nieustannie wokół teorii o przerzedzeniu Matki Ziemi, która nie daje już rady ze zbyt dużą ilością jej dzieci. Wojny światowej dawno żadnej nie było. Wydłużyło się życie człowieka, znaczy się wiek, a lasy wycięto, lodowce topnieją.... Trzeba jakoś zapewnić byt tym, co... inaczej – młodym i zdrowym.

Bo oto dochodzimy do podstawowej metody przerzedzania ludzkości poprzez wirusa – medycynę telefoniczną.

Sposób kontaktowania się z lekarzem, dla zmyłki nazywanym „lekarzem pierwszego kontaktu”, ma wyeliminować nie tylko nierentownych gospodarczo seniorów, ale również osoby chore. Te osoby nie pracują, nie wzbogacają gospodarki, nie wytwarzają. Wprost przeciwnie – regenerują wielkie koszta. A to szpitale, przychodnie, a to zabieranie czasu lekarzom, a to wypłaty z ZUS.... słowem chorego człeka trzeba ….

(Na szczęście hospicja korzystają głównie z datków i 1% i nie obciążają budżetu.)

Metoda wydaje się być w miarę humanitarna. Lekarz telefonicznie postawi diagnozę, da numer recepty i w sumie nie można niczego nikomu zarzucić. Taki chory pójdzie do apteki, postoi z pół godziny na deszczu (w aptece mogą przebywać równocześnie dwie osoby, reszta – won za próg, czyli na świeże powietrze), w drodze powrotnej wyczerpany złapie wiadomego wirusa. Trafi do szpitala, tam zejdzie i wprowadzą go na listę ofiar korony, tworzonej ku przestrachowi społeczeństwa. Winny jest zatem wirus. Jasne? Jasne!

Służba zdrowia w tym wypadku zdaje się być służbą wirusowi.

Oczywiście nie w całości. Sama jestem, jak wielu innych, ofiarą medycyny telefonicznej. Nawet trafiłam do szpitala. Normalnego szpitala. Wszyscy tam normalnie pracowali. Potem trafiłam do prywatnej przychodni w celu wykonania badań. Tu nie tylko pracowano normalnie, tu pracowano rewelacyjnie.

Można? Można!

Dlaczego więc lekarz tzw. pierwszego kon.... dobra, nie będę tego powtarzała, nudne się robi... nie przyjmuje pacjentów normalnie? Jak jest cel? O co w tym wszystkim chodzi?

Teoria spiskowa mówi, że chodzi głównie o przerzedzenie. Starszym, schorowanym ludziom odechce w końcu porad przez telefon. Bo nawet oni już nie uwierzą, że można telefonicznie odróżnić przeziębienie od anginy, grypy lub alergii. O zapaleniu oskrzeli czy płuc już nie wspomnę.

Telefon to nie stetoskop.

W oczu też takiemu pacjentowi telefon nie zajrzy. Zapalenie spojówek? Zespół suchego oka? A może zwykły paproch?

Na zakończenie zacytujmy klasyka:

„Ślachetne zdrowie,

Nikt się nie dowie,

Jako smakujesz,

Aż się zepsujesz....”