Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rząd. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rząd. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 stycznia 2021

Teorie spiskowe 2020/21 - Wszczep antykowidowy

 


Rok 2020 upłynął pod znakiem pandemii wirusa zwanego koroną, ze względu na swój wygląd, który widzieli tylko uczeni i badacze. W Polsce dołączył do niego Strajk Kobiet, który stawał w obronie praw kobiet, sprawa pewnego kardynała, który stawał z kolei w obronie Kościoła oraz Marszu Niepodległości, który stawał w obronie niepodległości, diabli wiedzą czyjej.

Rok 2021 rozpoczął się od szczepień....

Na tle tych wydarzeń rodziły się teorie spiskowe.... oto niektóre z nich....

Dzisiaj w zasadzie należałoby teorię jedynie zaprezentować i potwierdzić jej prawdopodobieństwo, gdyż bardzo, ale to bardzo pasuje do rzeczywistości zastanej, czyli początku nowego roku oraz początku akcji „Igła”.

Chodzi oczywiście o słynne szczepienie słynnej osiemnastki, potomnym przypominam – bez kolejki zaszczepiono 18 osób wciskając im kit, że poprzez nadstawienie górnej części narządu zwanego ręką, zostaną ambasadorami szczepionki, na którą znaczna część ludu nie ma ochoty.

Jako że osiemnastka to symboliczna cyfra, bo kto ją przekracza staje się pełnoletni i wiele może, do dnia dzisiejszego, wykryto głównie owych osiemnaście osób i teoria spiskowa mówi, że w większości są to osoby przeciwne obecnemu rządowi, który miał główny cel w szczepieniu ich niż właściwy cel szczepienia.

I tak oto napisałam kilka zdań wielokrotnie złożonych. Dział gramatyki zwany składnią bardzo lubiłam. Jako uczeń i nauczyciel. Będąc drugim, zdania z wieloma orzeczeniami lub równoważnikami zdań w środku zdania wielokrotnie złożonego, służyło mi do udupi.... ucznia, który akurat podpadł mi z innego powodu. Napyskował mi na korytarzu, no to sru go do tablicy i rób rozbiór logiczny zdania! Nie zrobisz – pała! A ja już takie ci podyktuję, że nie zrobisz i wykresu nie narysujesz!

I tak właśnie udupie.... zostali ci, co dali sobie poza kolejnością wstrzyknąć płyn przeciwkowidowy, którą to nazwę ośmielam się już spolszczyć, bo na tyle gości w naszych słownikach, że już można.

Najpierw ktoś wmówił komuś, że naród jest przeciwko płynowi i trzeba go odpowiednio przekonać wykorzystując w tym celu osoby znane i szanowane, co prawda ten drugi ktoś miał wątpliwości, zwłaszcza dotyczące ilości wstrzyknięć z jednej butelki – pięć czy sześć – wszak butelka to towar ścisłego zarachowania.

Ktoś pocieszył, że towarzysze ongiś nie takie rzeczy robili, wszak historia to nauczycielka życia, a jeśli ktoś już czasów towarzyszy nie pamięta, na pewno zna jakiś kreatywnych księgowych, co to cuda z rozpisywaniem przychodów, dochodów i rozchodów czynią.

Kolejny ktoś, opierając się na podszeptach intuicji, duchów, niekoniecznie świętych, przyjaciół, szwagrów i wujków, dokonał selekcji potencjalnych kandydatów na osoby kandydujące do miana ambasadorów ukłucia igłą, którą wcale nie był bohater słynnej książki Kena Folleta.

I tak oto dokonano kontrolnego wszczepu antykowidowego, który zaowocował zwolnieniem z pracy kilku osób, które pewnie nie były owymi ktosiami, ale aktywnie uczestniczyły w procesie łamania, przepisów, których nie ma, ale wkrótce będą, bo kolejne rozporządzenie wejście w życia z datą wsteczną do daty ogłoszenia.

Na zewnątrz wypłynęły natomiast wypłynęły nazwiska owych nieszczęśników, co to dali się wpuścić w maliny i udu... przez równie wpuszczonych jak oni, byłych pracowników, zapewne też niewygodnych dla rządzącej ekipy, która teraz jest cacy, bo ukróciła proceder pozakolejkowy i najpierw zaszczepi tych, co mają być zaszczepieni.

Nauczyciele poczekają sobie, dlatego też, w ramach zemsty nauczyciela emeryta, macie felieton ze zdaniami wielokrotnie złożonymi i męczcie się czytając do końca.

czwartek, 16 kwietnia 2020

Narodowa kwarantanna XXXV - Szczepionka Billa Gatesa



                 film na dziś "Surogaci"

I od dziś . Maska na twarz. Dobrze, w porządku, spoko. Nałożę. Tyle tylko, że mojej pomadki mi żal...

W czas kwarantanny, czas nie całkowicie normalny, maluję powieki na zajebiście różowy kolor. Takim cieniem, który w całej palecie cieni omijałam szerokim łukiem. Pędzelka oczywiście. Do tego dokładałam zajebiście czerwoną pomadkę, zwaną inaczej szminką. ( To wyjaśnienie dla facetów, którzy nie kumają kosmetycznej terminologii).

Teraz czerwieni na ustach już nie będzie. Co prawda znajoma podesłała mi link do filmiku, jak ładnie wymalować maseczkę, ale za dużo roboty. Bo to i podkład trzeba, i puder, i coś tam jeszcze, by z białej maseczki uzyskać efekt takiego Jokera.

Wolałam sobie go kupić. W ogóle to kupiliśmy maseczki rodzinnie. Syn teraz zakłada wściekłe usta Hulka. Twarz jak na Halloween. Ja wybrałam Jokera. Czekam na dostarczenie do domu. Jak by nie patrzeć, strój na tegoroczne święto duchów już jest. Podejrzewam, że 31 października najwięcej będzie jednak koronawirusów.

O tym, jak się nosi maseczki, na pewno jeszcze nie raz napiszę.

Druga sprawa jest poważniejsza. Wczoraj, tuż przed zalegnięciem w łożu, trafiłam w sieci na przerażającą wypowiedź. Człowiek, nie przebierając w słowach, wyzywał i wyklinał ministra zdrowia. Ten miał powiedzieć, że stan wirusowy będzie panował tak długo, jak długo wszystkich się nie zaszczepi. Krzyczący do kamery mężczyzna twierdził, że to będzie ludobójstwo, a stoją za tym najbogatsi tego świata z Billem Gatesem na czele.

Oczywiście Bill Gates przyśnił mi się w nocy, jak wstrzykiwał mi coś w prawe ramię (spałam na lewym boku).

Nie, rano nie weryfikowałam wypowiedzi ani ministra, ani krzyczącego pana. Dorwałam się do jakiegoś romansu z czasów napoleońskich. Taka praca socjologiczna. Muszę przez niego przebrnąć, żeby uzyskać odpowiedź, dlaczego tysiące, ba, miliony kobiet uwielbiają tego typu literaturę.

Wracajmy do szczepionki...

Na początku narodowej kwarantanny dotarła do mnie teoria spiskowa mówiąca właśnie o szczepionkach. Każdy obywatel na Matce Ziemi miał być obowiązkowo zaszczepiony. Czy to na koronę, czy na sarsa czy na wściekliznę, to nieistotne. Najważniejsze, żeby wszczepić mu mikroczip. Ten czip pozwoliłby na jeszcze większą permanentną inwigilację, o której w czasach Związku Radzieckiego nawet nie marzono. Urządzenie kontrolowałoby nasze nerki, wątrobę i uzębienie. Gorączkę oczywiście też. I tak człowiek chory – siedzi w domu, zdrowy – baluje.

Szczerze mówiąc nie mam nic przeciwko takiemu czipowi. Koleżanka, z którą o tym rozmawiałam, też nie. Zamiast łazić po lekarzach i łykać lekarstwa na żołądek, od razu będzie wiadomo, że to wątroba. Proste zalecenie – mniej alkoholu i w porządku.

Sprawą problematyczną jest, czy mikroczip będzie kontrolował nasz umysł. Czy będzie kierował naszym życiem osobistym? W kim się zakochać? Czy pokieruje, jak głosować w wyborach? Takich tych najbliższych na przykład....

Ja nie żartuję. Ja się nie śmieję.

Poczytajcie Juliusza Vernea. Facet żył na przełomie stuleci, a jakie rzeczy wymyślił! Fascynował mnie, kiedy byłam w szkole średniej. Wchłaniałam powieść za powieścią zachwycając się wynalazkami ich bohaterów. Ponad sto lat temu uchodziły za wymysł pisarza, zaliczano je do pojęcia „fantastyka naukowa”. 
A kto z Was zna film „Surogaci” ? Akcja filmu rozgrywa się w 2017 (!!!) roku. Ludzie żyją w całkowitej izolacji, a jedyny kontakt między nimi następuje za pomocą robotów, które są udoskonalonymi wersjami ich samych!

Jak niewiele nam brakuje do tego, by wydarzenia w filmie stały się autentyczne! W domach już siedzimy, zamiast robotów mamy komputery.... na razie.... na razie... póki co... póki co....

Jedną z rzeczy, której bardzo mi brak w czasie kwarantanny, jest biblioteka. Uwielbiam szperać w książkach, zwłaszcza starych. Chyba po zakończeniu tej całej hecy, zacznę nałogowo czytać właśnie Vernea. W jego twórczości na pewno znajdę odpowiedź, co też szykuje nam Bill Gates...




sobota, 18 maja 2019

Czas rozliczeń




A więc nadszedł czas, żebym i ja wypowiedziała się na temat najbardziej obecnie aktualny. Odczekałam trochę, by nie dać się ponieść emocjom i do tematu podejść nieco spokojnie. Jako że całkiem spokojnie się nie da, piszę. Za oknem zachmurzone niebo, na domowej pogodynce wilgotność w domu 68, na zewnątrz – 82. Pranie w łazience i na balkonie nie schnie.
Zatem do roboty.
W sprawie zjawisk pedofilii w kk ( znaczy się w kościele katolickim) podchodziłam bez super emocji. Oczywiście zjawisko godne największego potępienia, wieloletniego więzienia w mokrym i wilgotnym lochu, o chlebie i wodzie, ze szczurami i myszami na surowo. Bez względu na to, kim pedofil byłby z zawodu, urodzenia czy nadania.
Zdania nie zmieniam.
Sprawa w kodeksie karnym wydawało mi się wówczas oczywista. Przestępca, przestępstwo i już. Dziś taka oczywista nie jest. Dziś jestem przerażona i powalona faktem, iż są przestępcy, którzy stoją ponad prawem. A najgorsze jest to, że wiedziałam o tym od dawna. Ludzie o tym wiedzieli. Masa ludzi o tym wie. Dopiero jednak film braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu” uświadomił, jak bardzo byliśmy i jesteśmy tolerancyjni wobec pracowników kk.
To zupełnie tak samo jak rzucenie przeze mnie palenia. Wydmuchiwałam z siebie dym przez 26 lat. Wiedziałam, że to szkodliwe, że niebezpieczne, że cuchną nikotyną. Aż pewnego dnia obudziłam się z świadomością, że to wszystko prawda. Ktoś, coś wreszcie do mnie dotarło. Następnego dnia kupiłam ostatnią paczkę papierosów w swoim życiu. Nie palę 15 lat.
Teraz przypominam sobie, jak w mieście w którym mieszkam, mówiono, że miejscowy biskup lubi młodych chłopców. Wraz z innymi śmiałam się. W końcu biskupa przeniesiono do innej diecezji, za karę oczywiście.
Bo największą karą w kk jest właśnie przeniesienie z dobrej parafii (czytaj bogatej) do gorszej (czytaj biedniejszej). Cokolwiek by pracownik kk złego nie zrobił, jakiejkolwiek wagi jego czyn by nie był, kara jest jedna – uroczyste pożegnanie w starej parafii i uroczyste powitanie w nowej.
O zgrozo, dopiero z filmu Sekielskich dowiedziałam się, że istniał specjalny dekret? ustawa? przepis? kk mówiący najprościej o ukrywaniu przestępstw i przestępców seksualnych! Sprawa nie miała prawa wyjść poza mury katedr i świątyń różnego rodzaju. I było to za czasów JP II!
W maju 2001 roku kardynał Ratzinger, prefekt Kongregacji Nauki Wiary, wysłał list do wszystkich biskupów katolickich. Stwierdził w nim, że wszystkie wewnętrzne dochodzenia kościelne dotyczące molestowania dzieci podlegają tajemnicy pontyfikalnej.:” - to nie ja, to Wikipedia. Ogólnodostępna. Dla każdego. W wielu językach. Poczytajcie pod hasłem „Nadużycia seksualne w KK”. I nie chodzi tu tylko o tajemnicę spowiedzi.
Nadal jestem przerażona i zszokowana, że najważniejsi w kk ukrywali przestępców, ponieważ byli jego pracownikami. Tym samym współuczestniczyli w przestępstwie!
Gdyby o pedofilię oskarżono murarza X z brygady budującej obwodnicę Y, a jego szef – dyrektor Z ukrywał go we własnym barakowozie, też szef poniósłby karę! No, ale to nie kk... tylko zwykła obwodnica...
Niektórzy twierdzą, że winę ponoszą same ofiary, bo nie zgłaszały przestępstw do prokuratury...
Kochani, pomyślcie logicznie.... odkąd pamiętam kk głosił wszem i wobec, że jest nękany, atakowany i zniewalany, i co tam jeszcze chcecie. Najpierw gnębiła go komuna.
Czy potraficie wyobrazić sobie molestowane dziecko, które w latach 80-tych, zwłaszcza po ogłoszeniu stany wojennego, informuje, że pracownik kk, cytując niejakiego Piotrowicza, „ ciumkał go”? Zwłaszcza, że ów pracownik uczestniczył w walce z ową komuną, groziło mu internowanie i w ogóle wyrastał na narodowego bohatera?
Czy wyobrażacie sobie molestowane dziecko, które w latach 90-tych, po wprowadzeniu religii do szkół i wielkim triumfie robotników, (pod przewodnictwem kk, z wizerunkiem Matki Boskiej w klapie) nad komuną, idzie na odnowioną policję i mówi, że to już nie było tylko „ciumkanie”?
Czy wyobrażacie sobie w ogóle dziecko, które opowiada o molestowaniu? Jakże często młody człowiek myślał, że tak po prostu ma być!
Dlatego dopiero dziś wielu z tych ludzi mówi, o tym co ich spotkało.
Dziś już można.
Dziś już są świadomi zjawiska, które uczyniło ich życie koszmarem.
Dziś już się nie boją.
Dziś dzieje się to na całym świecie.
Polski kk nie jest wyjątkiem.
Może jednak nim zostać, jeśli najważniejsi w kk, ukrywający przestępców, nie poniosą kary.
Tu, na Ziemi. A nie, jak obecnie twierdzą, Bóg ich rozliczy.
Na rozliczenie przez Boga nie zasługują.




środa, 24 kwietnia 2019

Zawód najmniej potrzebny




Kiedy wprowadzano zakaz handlu w niedzielę, oznajmiano, że najtrudniejszym zawodem świata jest praca na kasie w owadowym sklepie. Bo to i hemoroidów można dostać, i kręgosłup siada, i w ogóle samo zło. Dziś kolej na inny, bardzo sławny, a równocześnie najmniej potrzebny zawód świata.
Nauczyciel.
(Oświadczam, że wszelkie poglądy są tylko i wyłącznie moje, zaś przykłady nie pochodzą tylko ze szkoły, w której obecnie pracuję. Obejmują wielki nieprzebrany świat internetu oraz plotek ze spacerów z psem)
Obecnie trwa nadal i jeszcze strajk nauczycieli. Od przeszło dwóch tygodni każdy z nich dowiaduje się kim jest i ile znaczy dla budowy którejś już z rzędu Rzeczpospolitej.
Jak wynika z moich obserwacji nauczyciel (w tym ja) jest prawie nikim i nic nie znaczy.
Proszę, już uzasadniam.
Kiedy nauczyciele ogłaszali, że nie odpuszczą i będą strajkować, tzw. społeczeństwo wespół z rządem wzruszało ramionami. Naczelnik mówił o krowach i świniach, premier uprawiał propagandę sukcesu, a rodzice nie dopuszczali myśli, że sprawa jednak się rypnie.
W poniedziałek rano zastali szkoły i przedszkola zamknięte z powodu strajku. Jak Polska długa i szeroka rozpoczęło się wycie pt. „Co ja mam zrobić z dzieckiem!?”.
Jak to, zrobili dzieci, a teraz nie mają co z nimi zrobić? A trzeba było nie robić! - wrzeszczałam do telewizora i laptopa.
Okazało się, że najważniejszym problemem rodziców był brak miejsca, gdzie można by potomstwo zostawić. Nikt nie zapytał, co z programem nauczania, w jaki sposób nauczyciele nadrobią braki, nikomu nie przyszło do głowy, by zapytać, czy może wśród niestrajkujących są spece od polskiego, matmy, żeby tak całkowicie dzieciaki od nauki nie odwykły?
Nie, nie było żadnego hasła związanego z procesem nauczania. Wniosek z tego oczywisty – szkoła to przede wszystkim przechowalnia dzieci. Jeśli więc jest tak postrzegana, to po co tam magister dyplomowany, jak wystarczy taka babcia Grażynka na przykład?
Oprócz tego nauczyciele są źli, niedobrzy i paskudni. Niczego nie potrafią, niczego nie nauczą. Po co więc dzieci chodzą do szkoły? Tylko dlatego, że przymus? Informuję, że przymusu nie ma. Można rozpocząć tzw. edukację domową lub powołać do życia stowarzyszenie, która z kolei powoła szkołę. Prywatną. Przy najbliższym kościele na przykład. Nie bójcie się tego kroku kochani rodzice! Subwencję oświatową dostaniecie! Zatrudnicie, kogo będziecie chcieli! Pani Basia z kuchni może uczyć dziewczęta podstaw gotowania, a ksiądz literatury starożytnej.
Po co komu nauczyciel?
Odbyły się egzaminy klas ósmych i gimnazjalne. Kiedyś, żeby być członkiem komisji podczas owych egzaminów, trzeba było zaliczyć specjalne szkolenie prowadzone przez dyrekcję szkoły. Komisje składały się z członków Rady Pedagogicznej w danej szkole, a czas pracy podczas pilnowania uczniów wliczony był w nauczycielki etat. Wszystko regulowały ustawy, uchwały, rozporządzenia....
Dziś możemy sobie z nich zrobić papier toaletowy. Wystarczy mieć władzę, większość w Sejmie i jedną noc, żeby przewrócić system do góry nogami. Okazuje się, że do pilnowania uczniów podczas egzaminów wystarczą leśnicy, właściciele warsztatów samochodowych, kosmetyczki i oczywiście strażnicy więzienni. O ile pojawienie się tych ostatnich w szkole może mieć swoje uzasadnienie, o tyle sprawa przybycia na egzamin specjalistki od peelingu kontrowersje wzbudzić może.
I nie macie racji! Pani od miękkich pięt ma uprawnienia pedagogiczne! Musi je mieć, żeby na przykład przyjąć na praktykę studentkę i uczyć ją fitokosmetologii lub fitokosmetyki.
Niedługo matury. Właśnie posiadający większość w parlamencie rząd w trybie natychmiastowym opracował listę zmian w prawie oświatowym pozwalającym na dopuszczenie do matur, każdego kto na liście uczniów w danej szkole figuruje. Można? Można!
Matury też się odbędą. Bez udziału nauczycieli oczywiście. Po co nad głową ucznia ma stać belfer, który stresował go przez trzy lata? Lepiej żeby stał pan Władek z najbliższego ośrodka penitencjarnego. Ma już przecież praktykę pedagogiczną, bo zaliczył egzamin gimnazjalny i ósmoklasisty!
Po co więc nauczyciele? Po co więc szkoły?
Żadnego pożytku, tylko obciążenie dla budżetu. Niczego nie produkują. Są niepewni politycznie, nie nigdy nie wiadomo na kogo zagłosują.
A rozgonić to całe towarzystwo na cztery wiatry, a w budynkach ulokować …. no dobrze, już nie powiem, że chlewnie...
Aha, takie będą Rzeczpospolite, jakie młodzieży chowanie....
Ośmieszenie i zdyskredytowanie nauczycieli to właśnie obecny element wychowywania młodego pokolenia. Poczekajcie krytycy, za kilka lat zbierzecie owoce swojej pracy.
Na szczęście mnie już wtedy na tym świecie nie będzie. Hi hi!

środa, 20 marca 2019

Babka z wymodlonej kuchenki


blog

tekst z czerwca 2018

Już miałam nadzieję, że moja znajoma rencistka Zofia znormalniała. Zaprosiła mnie na własnoręcznie upieczoną babkę, bo została zmuszona do kupna nowej kuchenki gazowej wraz z piekarnikiem. Stara „puszczała” gaz i mogła zagazować lub wysadzić Zofię w powietrze, znaczy się w mieszkanie. A Zofia, mimo iż nic się jej nie podoba, bo świat jest do du..., z życiem rozstawać się nie chce.

Kuchenka tak zupełnie nowa nie była. To był towar z odzysku. Opieka społeczna ułatwiła zakup za przysłowiowe grosze. Załatwiła również fachowca, który nowy sprzęt podłączył, sprawdził i obiecał, że wybuchu nie będzie.

Zofia przyznała się, że jeszcze uśpienie na wieczność to by przeżyła, znaczy się lepiej tak umrzeć niż zginąć w wielkim wybuchu. Upiekła więc babkę w nowym, dla niej, piekarniku i zaprosiła mnie na ucztę.
Babka była całkiem niezła. Trochę się za bardzo przypiekła z jednej strony, ale poradziła Zofii, żeby wzięła tarkę , taką gęstą od tarcia ziemniaków na placki i pociągnęła parę razy po babce, likwidując w ten sposób spaleniznę. I tak oto zasiadłyśmy do konsumpcji. Zofia oczywiście opowiedziała o swoich starych i nowych chorobach, kolejkach do lekarzy i oczywiście, o tym, że na niczym się nie znają i wkrótce wpędzą ją do grobu. „A co z nową kuchenką?” - zapytałam. Zofia pokręciła głową i przyznała, że jednak jeszcze trochę musi pożyć. To był bardzo pozytywny znak.

Wszystko potoczyłoby się łagodnie, gdyby nagle nie pojawił się temat polityki.

Zaczęło się od protestu niepełnosprawnych w Sejmie. Zofia stwierdziła, że rodziców co to wykorzystują chore dzieci, trzeba do więzienia, bo to znęcanie się nad ludźmi. A tak w ogóle jak owe dzieci mają siłę do protestowania, to powinny iść do jakiejś pracy.

Nie, jeszcze mnie babka nie zatkała. Zofia po prostu powtórzyła słowa pewnej pani poseł. Widać, że rencistka telewizję ogląda. Zdołałam zapytać „A do jakiej pracy? Co osoby na wózkach mogą robić?” Rencistka miała odpowiedź od razu „ Niech robią za stróży. Mają już pojazdy, mogą teren objeżdżać, pilnować. W wózkach zainstalować system alarmowy. Jak zobaczą złodzieja, nacisną i wezwą policję”. No, ja bym na to nie wpadła.

A tak w ogóle to ci rzekomo chorzy ludzie chcą od tego rządu? Przecież modli się za nich!

Tym razem kawałek babki utkwił mi w przełyku i musiałam szybko popić wodą, bo inaczej zeszłabym z tego świata z powodu uduszenia. Zofii nigdy nie posądzałam o religijność. Owszem księdza po kolędzie przyjmuje, ale do kościoła dawno nie chodzi. Czyżby się nawróciła?

„A co daje modlitwa?” - zapytałam z pewną taką nieśmiałością, żeby czasem nie dopuścić się przestępstwa urażenia uczuć religijnych.

Okazało się, że Zofia modliła się o nową kuchenkę i ją dostała. Oczywiście, że nie prosto z nieba, ale to modlitwa sprawiła, że opieka społeczna zjawiła się z kuchenką. Wobec takiego argumentu byłam bezsilna.

Rencistka kontynuowała temat rządowy. Oznajmiła, że zupełnie nie rozumie dlaczego ludzie przeciwni byli przyznawaniu sobie przez siebie nagród. „Przecież pracują całą dobę. Zdrowie poświęcają dla tego kraju. Gdy ty śpisz, oni w nocy pracują. Te nagrody się im należą”.

Nie sięgnęłam już po babkę. Nalałam sobie ponownie wody i zapytałam, czy aby Zofia nie ma czegoś mocniejszego. Nie miała. Oczywiście, że próbowałam kontrargumentować. Nic z tego. Trafiłam na beton, co ja mówię – żelbeton.

Mówię na przykład – taka pani senator z Podlasia, mieszka w USA, lata sobie do domu klasą biznes i wylatała już ileś setek tysięcy złotówek, to w porządku wobec wyborców z ubogiego Podlasia?

Oczywiście, że Zofia miała odpowiedź. Gdyby ona była senatorem, też by korzystała z wygód, bo żeby dobrze pracować (zwłaszcza w nocy), trzeba być wypoczętym. Rencistka samolotem by nie latała, bo za blisko, „Pendolonio” pierwsza klasa też odpada... samochód.... też niewygodny.... o, jest – tylko i wyłącznie duży wygodny kapmer!

A tak w ogóle to chyba ci wyborcy wiedzieli, że senator z USA i musi do domu latać, więc dlaczego ją wybrali?

Tu bezwzględnie musiałam rację przyznać. Ktoś ją wybrał. Ktoś ten rząd wybrał. Ktoś tych posłów wybrał. Taka Zofia i jej podobni. I taka Zofia i jej podobni pójdą do wyborów. Wiadomo na kogo będą głosować.

Kiedy rencistka powiedziała, że teraz jest prawie jak za dawnych czasów, kiedy panował u nas socjalizm, stwierdziłam, że czas na mnie.

Chyba zacznę się modlić. Skoro kuchenkę dało się wymodlić, może uda się co innego....


wtorek, 12 marca 2019

Jest życie w małych miasteczkach....

tekst z sierpnia 2017

Zacznę może od tego, że jestem w opozycji do obecnego rządu, a do poprzedniego mam wielki żal. Żal o to, że stracił kontakt z polską rzeczywistością, zapomniał o zwyczajnych ludziach, był zbyt mocno zapatrzony sam w siebie.

Co do obecnego to ... Ten nie mówi, ten krzyczy, jakby mikrofonów jeszcze nie wynaleziono. Ten cierpi na bezsenność. Ten podzielił obywateli na dwie podstawowe grupy: oni i my.

Zaraz, zaraz, czy rzeczywiście podzielił? A może tylko podział pogłębił?
Kiedyś dzielono nasz kraj na Polskę A i Polskę B. Ta pierwsza była lepsza, bogatsza, bardziej wykształcona, wiadomo – inteligencja i przemył. W drugiej mieszkali ubodzy rolnicy, ba, można ich nawet nazwać ze staropolska chłopami, którzy mieli kiepskie wykształcenie, nie bywali w teatrach i operach. Byli przedmiotem kpin i żartów ze strony wielkomiastowych.

Ponad pół roku pracowałam w miasteczku o charakterze gminnym w Polsce B. Przyglądałam się, rozmawiałam z ludźmi, uczyłam młodzież, jak pisać rozprawki. Nie będę ukrywała, początkowo w duchu uśmiechałam się sama do siebie. Z każdym jednak dniem moja sympatia do miasteczka i okolicznych wiosek rosła.

Tak, rzeczywiście, ludzie tam mają poglądy obecnorządowe. Gotowi są wykrzykiwać wiadome imię w wiadomą męczennicę, sorry miesięcznicę, tyle tylko, że nie mają takiej potrzebny. Żyją sobie spokojnie zajęci swoją pracą i swoimi problemami. Też je mają.
Kiedy rozpoczęłam pracę, udzielono mi podstawowych informacji o uczniach. Ten taki, ta taka... normalna rozmowa. Wskazano mi również „najgorszego” ucznia, z którym są nieustawiczne kłopoty. Po trzech tygodniach poinformowałam grono pedagogiczne, że w szkole żadnych kłopotów nie ma, skoro owego „najgorszego” postawiłam do pionu po trzech rozmowach. W porównaniu z innymi szkołami, ta przypomina sanatorium. 

Podobnie z problemami miasteczka. Oczywiście, że są. Ludziom z nieco większego świata wydają się małe, proste i śmieszne. Tu nikt nie pójdzie protestować pod sąd, bo sądu nie ma, a poza tym trzeba zadbać o gospodarstwo i blisko setkę krów. Tu nikt nie będzie walczył w obronie demokracji, najwyżej napyskuje burmistrzowi i wójtowi. Więcej może na tym zyskać niż poprzez oflagowanie własnej stodoły. Tu nadal rządzi ksiądz i nieprędko to się zmieni. Zupełnie jak w serii filmów „U Pana Boga ….”.
A ludzie? Jacy są ludzie? Oj, ciężko bym zgrzeszyła, gdybym coś złego powiedziała na ich temat. Przyjęli mnie do swego grona, pomagali w pierwszych tygodniach pracy, uśmiechali się, byli dla mnie życzliwi i sympatyczni. Wszystko wbrew opiniom, jakie o nich słyszałam. I teraz, jeśli ktoś mówi mi o jakiś konfliktach w owej gminie, zaprzeczam. Tam nie ma konfliktów. Tam są normalne ludzie sprawy, różnice zdań, dyskusje, jak w każdym normalnie funkcjonującym społeczeństwie. Praca z nimi była bardzo cennym i jednym z najprzyjemniejszych doświadczeń w moim życiu. Polubiłam miasteczko i mieszkańców całej gminy za prostotę, szczerość i sympatię, jaką mnie darzyli. Spojrzałam również inaczej na Polskę B. Tam też jest życie. Spokojne, normalne. Tam jeszcze woda czysta i trawa zielona. 

Niedawno odwiedziłam znajomych w Warszawie. Opowiedziałam o swojej pracy, o grzecznych uczniach i małomiasteczkowym klimacie. „To jeszcze takie miasteczka są? W dobie internetu i wszechobecnych kanałów telewizyjnych....Myślałem, że tylko w filmach....” - zdziwił się znajomy i załamał ręce. Podczas gdy oni, ludzie z wielkiego miasta walczą o demokrację, wolność i niezawisłość sądów, o dobre imię Polski w świecie, ludzie z małych miasteczek mają to gdzieś? Ważniejsze dla nich są krowy, świnie i pola? Brak świadomości politycznej. Brak wiedzy na temat wolności i demokracji. Święte oburzenie.  

"Mieszkańcy takich miejscowości dzisiaj rządzą" - mówią ci z wielkich miast. Kto jest temu winien? Może właśnie wielka inteligencja, wielcy myśliciele, którzy zapomnieli o Polsce B, o tym, że są ludzie, którzy inaczej myślą i znacznie mniej zarabiają? Jakie poparcie może tu mieć pani prezes twierdząca, że za 10 tysięcy to można przeżyć właśnie jedynie na prowincji? Za takie pieniądze na prowincji to można pytać, ile ta prowincja kosztuje.... Za taką gadkę poprzedni rząd poleciał...

Czas na wniosek - może zamiast żartów i potępienia owej Polski B, warto zauważyć, że tam też jest życie, może warto docenić małe miasteczka, bo jeśli obecna opozycja ich nie doceni, to długo opozycją pozostanie.  


niedziela, 10 marca 2019

A co z tą Polską?


Tekst z 2016

Odbyłam właśnie podróż po części naszego kraju, która odwiedzam raz do roku. Z ludźmi pogadałam, wymieniłam poglądy na wszelkie możliwe tematy. Królował oczywiście temat zdrowia czyli co, kiedy i komu się popsuło. Pozornie wydawać by się mogło, że było narzekanie. Tylko pozornie. Moi bliscy z reguły nie narzekali. Większość stwierdziła, że komputery się psują, to co dopiero człowiek.... Oczywiście z wyjątkiem rencistki Zofii. Ta narzeka zawsze i gdyby przestała, to byłaby wtedy chora.

Podczas rozmów o wyciętych pęcherzykach żółciowych, guzach i udarach, nikt też złego słowa o służbie zdrowia nie powiedział. Większość z usług miejscowych szpitali była zadowolona. No, oczywiście z wyjątkiem rencistki Zofii, bo tej wszędzie źle.

Temat kultury, sztuki i sportu też przeszedł raczej spokojnie, chociaż było kilka niezłych rodzynków (rodzynek?) w tym cieście, ale to może przy innej okazji.

I była oczywiście polityka! Jak się prawdziwy Polak z prawdziwym Polakiem spotka to polityka być musi! Nie ma lekko... trzeba dyskutować. Moi bliscy to cały przekrój obecnej sceny politycznej, dlatego też dyskusje były chwilami ostre. Zacznijmy od przeciwników obecnej władzy.

Nie da się ukryć, w moim otoczeniu niezależnie od części Polski jest ich najwięcej. Ludzie porządzili sobie osiem lat i teraz mają prawo narzekać na dzisiejsze rządy. Taka rola opozycji. Tak więc opozycja krytykuje praktycznie wszystko: imprezy w Białymstoku, powiększenie Warszawy, reformę oświatową, brak reformy zdrowia, dziurę w budżecie, stan oblodzonych chodników i opóźnienie pociągu na trasie Kudowa Zdrój – Wałbrzych o całe 20 minut z powodu obfitych opadów śniegu. Na to opóźnienie, które mnie bezpośrednio dotyczyło, ja akurat nie narzekałam. Na dworcu PKP, na którym oczekiwałam na pociąg, było ciepło i znakomicie chodziło wi-fi. Do tego w poczekalni działały gniazdka do prądu, zatem podłączyłam się i było w porzo i spoko.

Znacznie trudniejsze było pytanie, co opozycja, z którą ja się zetknęłam, robi, by było lepiej. Czy ktoś ze znajomych był na jakimś marszu protestacyjnym, ba może sam zorganizował jakąś pikietę, czy zna lepsze rozwiązanie niż proponują obecnie rządzący? I tu z reguły rozlegała się …. cisza. Okazało się bowiem, że znaczna część ludzi w ogóle na wybory nie poszła! W czas wyborów stwierdzili, że i tak i tak nie ma na kogo głosować, że jedni drugich warci, że i tak i tak każdy zrobi, co będzie chciał, jeden głos niewiele znaczy, zatem nie warto w ogóle zabierać głosu w wiadomej sprawie. I teraz macie, co chcieliście. Bo ci, co teraz rządzą, na wybory poszli!

I wygrali. Pewnie nie dlatego, że popierali w całej rozciągłości program wiadomej partii, bo go zapewne nie znali, ale dlatego, że posłuchali być może księdza, być może szwagra, być może babcię i głosowali. Wygrał naród posłuszny. I teraz se rządzi.

Ci, co poszli na wybory cieszą się. Nie martwią się dziurą budżetową, bo w końcu kiedyś przestaną rządzić i ewentualne skutki braku forsy w kasie zwalą na wówczas rządzących. Biorą swoje 500+, a przede wszystkim cieszą się, że stare wróciło.

Zaraz, zaraz, inaczej miało być...

Młodzi zwolennicy dzisiejszej władzy nie wierzą starszej opozycji, że część z rozwiązań obecnej polityki to powrót do przeszłości, że kiedyś już tak było... taka telewizja na przykład. Też była kiedyś tubą propagandową władzy. Taki najważniejszy człowiek w państwie na przykład....

Młodzi nie wierzą, a starsi zwolennicy cieszą się, że stare wróciło. Bo nie wszystko kiedyś złe było. Taka ośmioklasowa szkoła na przykład. Taka wizyta wojsk obcych na terytorium Polski na przykład. Kiedyś była taka armia, co chroniła nas przed zgniłym zachodem. Jak widać, nie udało się jej. Teraz inna chroni nas od wiatru ze wschodu. Pewnie też jej się nie uda....

Jeszcze inni są przeciwnikami wszystkich opcji politycznych. Ale los Polski jest im bliski i chcą Polski dla Polaków. Z tymi się jednak najtrudniej rozmawia....

I oczywiście jeszcze jedna grupa – ta, której wszystko dynda i powiewa. Najwspanialsi ludzie do balangowania! Wśród tych nie sposób się nudzić. Śmieją się ze wszystkich i wszystkiego. Twierdzą, że mają ważniejsze problemy na głowie. Dzieci trzeba ubrać i wyżywić, kredyt spłacić, auto naprawić, dobrze pracować, by dobrej pracy nie stracić, a do tego raz w tygodniu, przy sobocie zaprosić znajomych i po prostu poszaleć. Na miarę swych możliwości oczywiście!

A co z tą Polską?

Nie zginęła i nie zginie.