Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uczeń. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uczeń. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 kwietnia 2020

Narodowa kwarantanna XXIX – Zasada nieoznaczoności


                     film na dziś „Siódma pieczęć”

Patrząc na swoje felietony, widzę, że to już blisko miesiąc.... Przyjmując oczywiście, że miesiąc to 30 dni, bo jeśli 31 to minie jutro. Ale jakie znaczenie ma obecnie jeden dzień dla tych, co przebywają w domach?

Wczorajszy nie zapowiadał się szczególnie. Po przeczytaniu słowa drukowanego w towarzystwie kawy, przeszłam do słowa wystukanego. Znaczy się zaczęłam klikać w klawiaturę. W pewnym momencie postanowiłam wstać i rozciągnąć się, bo kręgosłup już nie ten (kostny, nie ten moralny!).

Wyjrzałam przez okno i zobaczyłam karetkę pogotowia. Zawsze ten pojazd wzbudza niepokój. Obojętnie czy zaraza, czy rocznica.
Karetka nie podjechała pod blok na sygnale, bo nic nie słyszałam. Nie miała „R” na sobie, czyli najgorzej nie jest. Wrodzona ciekawość kazała mi patrzeć i czekać. Ostatnio napatrzyłam się w telewizji na zamaskowanych lekarzy i ratowników. Może ujrzę ich na żywo. Nic z tego. Z klatki wyszli zupełnie normalnie ubrani ludzie jeżdżący karetką. Jeden usiadł koło kierowcy i zaczął klikać w laptopa. Jak wyklikał, poszedł w głąb pojazdu i przyniósł wydruk. Kolejny wziął go i zaniósł.... pewnie do człeka, u którego byli.

Potem zrobiło się mniej radośnie. Na innej z klatek pojawiła się klepsydra. W wieku 82 lat zmarł sąsiad....

Czyżbym pomyliła klatki schodowe?

Wieczorem najpierw dokończyłam oglądanie serialu, jednego z tych, co to nazywają „serialem wszech czasów” - „Powrót do Edenu”. Chodzi oczywiście o tzw. pierwszy sezon. Drugi była to chała komercyjna i jakoś nie chce mi się do niego wracać. Kto jednak nie oglądał pierwszego, to nie zna życia i tyle.

Tak więc kiedy już po raz enty Stefania zemściła się na Gregu i swej kuzynce, wyszłam na spacer, by pomedytować patrząc na gwiazdy. Właśnie czytam książkę z gatunku popularnonaukowych „Człowiek i Kosmos”. Niewiele z tego kumam. Ale zawsze warto się zastanowić, czy wszystko się oddala, czy zbliża. Czy czeka nas kolejny Wielki Wybuch, a wtedy żadna kwarantanna nam nie pomoże.... Śmierć we wszechświecie nie wybiera....

I wtedy zadzwonił syn. Oznajmił, że w związku z koniecznością noszenia maseczek właśnie siedzi przy laptopie i wybiera, którą kupić. Mnie proponuje taką z wizerunkiem Jokera. Jak już nosić, to coś z przysłowiowym jajem. Zwłaszcza, że jajeczne święta za pasem. Dobra, niech będzie z Jokerem. No i co z tego, że droga. Tyle teraz mówi się o wspieraniu drobnych biznesmenów, że trzeba takiego od jajcarskich maseczek wspierać. Co prawda maseczki mam, nawet na zmianę. Sąsiadka, szyjąca społecznie maseczki, podarowała mi trzy. Oczywiście bardzo dziękuję! Ale w obecnym czasie nigdy ich za wiele. 
Oczywiście synowi przypomniałam, że takie maseczki trzeba prać lub gotować.
„A nie można wymoczyć w alkoholu?” - zapytał.
„A nie szkoda ci alkoholu” - odpytałam.
„Ale potem ten alkohol będę wdychał!”
No nie, szkoda słów. Zaraza panuje. Ludzie umierają, a temu żarty w głowie....

Co by jednak nie mówić, humor mi poprawił.

Po powrocie otworzyłam piwo. Włączyłam telewizor i razem z sunia obejrzałyśmy serial „Cezar Millan na ratunek”. Psiarze pewnie go znają. Tych co nie znają, informuję, że to „zaklinacz psów”.

I kiedy wydawało się, że dzień skończy się pozytywnym akcentem, włączyłam komputer, by przejrzeć ostatnie wiadomości....

Jedną z nich była informacja o śmierci mego ucznia..... 

Wypadek samochodowy....

Prysnął czar maseczek i teorii powstania wszechświata.... Nastała rzeczywistość....

Przypomniała mi się zasada nieoznaczoności.... nie można z dowolną dokładnością wyznaczyć jednocześnie położenia i pędu cząstki...

Nie można jednocześnie cieszyć się i płakać z rozpaczy....

wtorek, 31 marca 2020

Narodowa kwarantanna XIX - Lekko, łatwo i przyjemnie



film i książka na dziś "Szatan z siódmej klasy"

Mam nadzieję, że dziś będzie pozytywnie. A trudno o to, gdy świat tkwi w szponach małego wrednego hitlerka i właściwie stoi w miejscu. Politycy nieudolnie coś tam próbują robić, żeby naród nie powiedział, że są do niczego niepotrzebni. Znany nam kościół i wszelkie inne wyznania – milczą.

Dobrze, w porządku ktoś tam zrobił zrzutkę na respirator, nawet dwa.

Skontaktowałam się też z wyznawcą innej religii, czy może oni jakąś zrzutę robią. Nie, oni się modlą. Wirtualnie. Ktoś tam wykupił, ktoś tam zainstalował specjalne oprogramowanie i teraz widząc siebie wzajemnie – modlą się razem.
Pytam znajomego, jaki to program i ile kosztuje. Nie wie. Ktoś im to sfinansował. Taka ich nadrzędna władza.

Marzeniem jest, żeby nauczyciele mieli taką nadrzędną władzę. I uczniowie zresztą też. Siada sobie taki nauczyciel przed kompem i widzi swoich uczniów w liczbie takiej na przykład 25. Oni też go widzą i sobie taka lekcja leci, jak kabarecik. Lekko, łatwo i przyjemnie.

Poniosło mnie, wiem, ale bardzo pozytywnie poniosło i uniosło ponad obłoki.

Póki co takie nauczanie w przeciętnej polskiej szkole mieści się w pojęciu science fiction. Marząc o zdalnym nauczaniu w stylu zdalnej modlitwy pewnej religii, zadzwoniłam do koleżanki, nauczycielki sześciolatków czyli tzw. „zerówki”, pracującej w przeciętnej wiejskiej szkole.

„ I jak sobie radzisz? Jak zdalnie pracujesz z maluchami?: - zapytałam z uśmiechem od ucha do ucha spodziewając się fali narzekań i złorzeczeń. O przekleństwach już nie wspomnę.

Tymczasem koleżanka całkiem spokojnie odpowiedziała, że sobie radzi i to spokojnie.

Skąd ten spokój?

Otóż koleżanka założyła na czas zdalnego nauczanie specjalnego maila. Wysłała go do rodziców na ich maile. Poinformowała, że tą właśnie drogą będzie wysyłała zadania dla dzieci. I wysyła. Każdego dnia. Pisze, co dziecko powinno zrobić w związku z tzw. nauczaniem szkolnym (literki i cyferki), co powinno narysować, proponuje zabawy edukacyjne wykorzystując te zamieszczone w sieci, jakiej piosenki może się nauczyć....

I koniec. I finito.

Czy maluch to wykona? Tego oczywiście nie jest pewna. To już w przypadku „zerówki” wszystko w rękach rodziców.
I proszę, efekty są. Otrzymuje zdjęcia prac plastycznych i filmiki przedstawiające zabawy.
Nie, nie wymaga, by rodzic z dzieckiem usiadł przy kompie o określonej godzinie. Wiadomości odbierze, kiedy będzie chciał. Zadania wykona też w dowolnym terminie.
Tak, rodzice mają swoje wirtualne adresy od wielu lat. Nauczycielka nie pamięta już czasów, kiedy ich nie mieli.
„Przecież to pokolenie na komputerach wychowane!” - uświadamia mi w czasie rozmowy.
Racja, obecnie trzydziesto -, a nawet czterdziestolatkowie od czasów dzieciństwa lub młodości kontakt z kompem mieli.
„To znaczy, że wszyscy w domach posiadają komputery?” - drążę dalej temat.
Koleżanka roześmiała się tak głośno, że mój telefon się poruszył też ze śmiechu.
„Jeśli ktoś nie posiada, niech dzwoni do szkoły. Szkoła wypożyczy. A zresztą, czy widziałaś w interenecie apele o wypożyczenie komputera dla ucznia, który go nie posiada?”.
No, jeden, albo dwa, a może to była prośba o wypożyczenie dla rodziny, w której jest dużo dzieci? Nie da się ukryć, wiadomy portal nie jest zarzucony prośbami o sprzęt.

„Gorzej, jak dostęp do sieci jest słaby....”.

I tu wreszcie koleżanka zgodziła się ze mną. Ustaliłyśmy jednak, że jest to sławetne „coś za coś”. Dostępu do sieci nie ma w głuchej głuszy. Na takiej mojej działce na przykład. W zamian za internet mamy czyste powietrze i mniej ludzi wokół. Mniejsze ryzyko zarażenia.

W sumie więc nauczycielka „zerówki” pracuje po tzw. najmniejszej linii oporu. Wszyscy są zadowoleni.

A gdyby tak tacy nauczyciele polskiego i takiej historii pracowali tak samo? Maile do uczniów ze wskazówkami, zadaniami, linkami zamiast zwoływania ich codziennie od …. do... przed monitor? A czy uczeń zadania wykona, czy zechce się uczyć... to już jego sprawa.... Powtarzam to od zawsze.

czwartek, 26 marca 2020

Narodowa kwarantanna XIV – System padł!



film na dziś "Billy Eliot"

I oto mamy kolejny dzień. Słoneczny. Właśnie wyniosłam na balkon swoje „świecidełka” czyli lampki na baterie słoneczne. Podczas wieczornego seansu filmowego oświetlą mi mrok zarazy.
A teraz do rzeczy.

Pisząc wczorajszy felieton obserwowałam równocześnie, co też dzieje się w polskiej oświacie. Miał to być pierwszy dzień nowej, polskiej szkoły. Dzień „zero” miał pokazać jak bardzo do tzw. zdalnego nauczania potrzebne są głównie chęci i …. silne nerwy, jak się chwilę potem okazało.

Najpierw minister powiedział nauczycielom, iż w czasach panowania małego, wrednego hitlerka powinni pokazać, że nie tylko strajkować potrafią, że do nauczania młodego narodu się nadają. W sumie źle nie było. Ja pamiętam ministra, co groził laską strajkującym nauczycielom i powoływał się na wojenne tajne nauczanie. To brzmiało groźnie. Bo jeśli to była laska niejakiego Kwinty z "Vabanku"?

Potem minister zarządził obowiązkową szkołę przez internet. Rozporządzenie dotarło również do mnie. Coś nowego, ciekawego.... e tam, te sam bełkot co zawsze w takich dokumentach – przekazuje, koordynuje, ustala, wskazuje, zapewnia.
Pisemko dotarło do kuratora, kuratora dołożył swoje ostre „sprawdzę” i przesłał dyrektorom. Ci z kolei podrzucili nauczycielom z wyraźnym ostrzeżeniem „Na pewno sprawdzę!” A wszystko ma wykonywać nauczyciel. Normalna hierarchiczna zależność. Minister będzie sprawdzał sprawozdania kuratora, kurator dyrektorów, dyrektor nauczycieli. Bo przecież nie wystarczy, że taki nauczyciel wyśle uczniowi przez facebook linka do filmu o rozmnażaniu królika w porównaniu z rozmnażaniem pantofelka. Taka przesyłka musi być odnotowana w annałach dyrektorskiego komputera, z dokładnym opisem który rozdział i paragraf podstawy programowej realizuje, jakie cele osiąga i jak to sprawdzić. Znaczy się sprawdzić, czy uczeń się zapoznał i wyuczył. Bo może nauczyciel wysłał uczniowi link do filmu "Kto wrobił królika Rogera"?

Tak więc naród nauczycielki usiadł przy swoich laptopach, często zarekwirowanych pracującemu zdalnie mężowi.

O dziwo, zasiedli też uczniowie! Tego fenomenu zrozumieć nie potrafię, ale dobrze, że się wydarzył.

Skąd takie moje wnioski?

Bo system padł!

Wszystkiego i wszystkich było za dużo!

Czyż mogło być coś wspanialszego niż wizerunek narodu spragnionego wiedzy i ludzi pragnący tę wiedzę przekazywać!

Cieszyć się! 
Radować się!

I tak to się wczoraj cieszyłam. Czas na refleksje przyszedł później.
Nauczyciele skarżyli się głównie na to, że system nie chce współpracować w momencie przesyłania załączników.
Przypomniały mi się czasy mojej edukacji....

W pierwszej klasie złamałam nogę. Przez dwa zimowe miesiące siedziałam w domu. Głównie przy oknie patrząc na zimowe zabawy kolegów. Ciężko było....

Uczyła mnie mama. A wówczas pierwsza klasa to była nauka czytania, pisania i liczenia. Nic więcej. W ramach plastyki robiliśmy dekoracje na choinkę, w ramach muzyki śpiewaliśmy kolędy... A wiedzę o historii, przyrodzie czy geografii uzyskiwaliśmy od rodziców. Ci wspominali dzieciństwo, planowali zasiew na przydomowym ogródku, a potem razem oglądaliśmy zbierane przez nas widokówki...

Niezwykły źródłem były książki. Człowiek po prostu czytał, czytał.... Jako nieco starsza uczennica , już bez złamanej nogi, zakochałam się w podróżniczych książkach Arkadego Fiedlera i na lekcjach wiedziałam o określonych krajach więcej niż było to w podręczniku od geografii.

Wiedzę ogólną moje pokolenie czerpało ze swego otoczenia.
Dziś młodzież powinna ją czerpać z dostępnych szeroko źródeł. Może wiec warto podrzucić młodym jedynie kilka linków....
Może warto zaproponować jakiś projekt obejmujący kilka przedmiotów? Jak chcecie mogę coś wam podpowiedzieć...

Bo wiecie co, to nie tylko system operacyjny wczoraj padł.

Wczoraj padł cały system nauczania w Polsce. 

Padły wszystkie nasze podstawy programowe.

Mały wredny hitlerek pokazał nam, że to już koniec istniejącego systemu. 

Zamiast ratować stare, myślcie jak wprowadzić nowe. 

środa, 25 marca 2020

Narodowa kwarantanna XIII – Wybory i nastolatka


film na dziś "Grease"

Zacznę od najważniejszego. Chodzi oczywiście o przesławne wybory prezydenckie. 

Kochani, ich nie będzie. Rządzący po prostu celowo i z premedytacją wnerwiają naród będący w opozycji do nich. Wysyłają również sygnał niepokoju do swego elektoratu. Parę dni przed wyborami ogłoszą, że wyborów nie ma i prędko nie będzie. Okażą w tym momencie litość dla całego narodu, opozycji też oraz udowodnią, że słuchają głosu ludu. I naród to kupi. Może nie cały, ale część tak! I będzie to ta cześć, która zagłosuje na …. wiadomo kogo. I w ten sposób wiadomo kto wygra.

Jest jeszcze jedna opcja. - rządzący są tak mocno wierzący, iż wierzą w cud uzdrowienia narodu do 10 maja.

Zaraz, zaraz, ale czy to jest teraz rzeczywiście najważniejsze? 

Może mnie, siedzącej w domu już się w głowie miesza? Czy naprawdę nie ma ważniejszych spraw?

Oczywiście, że są. Wszyscy wiemy jakie. Trzeba pokonać małego, wrednego hitlerka.

Rządzący ogłosili kolejne zakazy i nakazy. Nie ruszają mnie. Mam psa, wychodzić muszę. Wyszłam około 21.00. Pusto. Tylko gdzieniegdzie tacy jak ja – psiarze. Jeden oddalony od drugiego o ….. jakieś 50 do 100 metrów. Zastanawiam się, czy ktoś obecnie monitoruje, ile z osób posiadających psy jest nosicielem hitlerka, ile choruje, ile jest zdrowych. Pozornie powinniśmy być w lepszej kondycji niż ci, co muszą siedzieć w domu. Wszak wychodzimy na świeże powietrze, mamy trochę ruchu, może w przypadku ataku – przeżyjemy?

A powietrze jest super. Wczoraj w dzień chłodno, ale piękne bezchmurne niebo, wieczorem lekki mrozik. Aż chciało się oddychać pełną piersią. Tradycyjnie spędziłam godzinę na balkonie wystawiając twarz do słońca.

Jedna z moich czytelniczek zaproponowała, by zająć się tematem „Kto może coś kupić do zjedzenia na następny tydzień?”.

Zacznę inaczej. Nie ma to jak pokolenie wychowane na kolejkach z lat osiemdziesiątych, czyli takie jak ja. W domu zawsze coś do żarcia jest. Kiedy ogłoszono narodową kwarantannę, stwierdziłam, że na przez dwa tygodnie z głodu nie umrę. Ale jak narzucę sobie dietę odchudzającą, co w moim przypadku byłoby wskazane, przeżyję nawet trzy tygodnie.

Gorzej z tymi, co kupują jedzenie z tygodnia na tydzień. 

Rzeczywiście, nie mają wyjścia jak skorzystać z pomocy innych. Co ja bym zrobiła?

Najpierw skontaktowałbym się z rodziną i znajomymi. „Robisz zakupy dla siebie? Zrób i dla mnie!”. Gdyby to zawiodło, kontakt poprzez internet „Kto zrobi zakupy starszej pani?”. W Łomży jest taka grupa na wiadomym portalu, na którym można napisać o swoim problemie lub zaproponować pomoc.
Można jeszcze wesprzeć lokalnych restauratorów, którzy oferują jedzenie na wynos. Dzwonisz, przywożą...

Jest szansa, ze z głodu nie pomrzemy.

Tak więc myśląc, analizując spaceruję z sunią po opustoszałym osiedlowym skate parku.... 

Nagle, po ścieżce rowerowej obok mnie przelatuje wichura, tornado czy jak to zwał tak zwał. Postać na rolkach. Zasuwa w tempie F1. Podczas kiedy ja idę krokiem normalnym, postać mija mnie ze trzy razy, znaczy się robi trzy kółka. Mój pies, który zwykle na rolkowiczów i rowerzystów szczeka, tym razem nie ma szans.

Za czwarty razem osoba staje. Dotyka czapki i rozpoczyna rozmowę telefoniczną. O proszę, słuchawka w uszach. Przyglądam się. Nastolatka. Normalna nastolatka. Podejrzewam, że nie wytrzymała siedzenia w domu. Wyszła nocą na rolki i śmiga szybciej od wiatru. Dla relaksu, dla wyładowania energii. Pieszy patrol policyjny jej nie dogoni.

Teraz stoi, słucha i wreszcie odpowiada: „Mam to gdzieś. Sprawdzian mogę poprawić. W żadne pierdo.....ne projekty nie będę się bawić. Nie przeszkadzaj mi. Mam ważniejsze sprawy na głowie niż szkoła!”.

Rozłączyła się i pomknęła dalej....

Szalona? Normalna?

Sama nie wiem.... Wróciłam do domu, wypiłam ostatnie piwo.... Cholera, czy w ramach pomocy ktoś kupi mi jakiś sześciopak?


sobota, 21 marca 2020

Narodowa kwarantanna IX – Szkoła a papier ksero



film i książka na dziś "Podróż za jeden uśmiech"

Oczywiście, że dziś o nauczycielach, wszak emerytowany belfer ze mnie i kolegom po fachu moja uwaga się należy.

Zajęcia szkolne w szkole odwołane do świąt. Ale mają się odbywać zdalnie, wirtualnie, monitorowo czy komputerowo. Jak zwał tak zwał. Wiemy o co chodzi. Nauczyciel ma uczyć przy pomocy sprzętu na odległość.

Ktoś w sieci przypomniał, że kiedyś już to było. Nazywało się Telewizyjne Technikum Rolnicze. Były też kiedyś lekcje telewizyjne. Z pierwszych latach pracy pamiętam tworzenie planu lekcji w małej, wiejskiej szkółce.... najpierw wstawiano polski i matmę w czasie, kiedy lekcja była w tv. 
W sumie więc jakby się uparł, pomysł nie taki nowy. Ruszyli więc nauczyciele do boju o kształt nowej szkoły. Oj, ruszyli.

W ubiegłym roku byłam jeszcze czynnym nauczycielem. Pozostała mi z tych czasów grupa na wiadomym portalu. Nie wyrzucili mnie. Dziś czytam, co się w szkole dzieje. Czcionka wydaje mi się być czerwoną od ilości zadawanych podczas dyskusji pytań. Jak uczyć? Wysyłać mailowo czy przez „librusa”? Układać zadania czy trzymać się podręcznika? Co robić jak uczeń nie odbierze wiadomości? Nowe wiadomości czy powtórzenie materiału?
Do tego dochodzą zagadnienia techniczne związane z oprogramowaniem prywatnych komputerów. Tych nie powtórzę. Tępa w tym zakresie jestem.
Słowem – uwierzcie, moi koledzy po prostu starają się.

Ze strony rodziców wygląda to różnie. Zacznijmy od spraw praktycznych. W telewizji pokazywano nowoczesną szkołę, w której nauczyciel siedzi przed kamerą, a na ekranie ma wizerunki uczniów, którzy siedzą przed swoimi kamerami. Praktycznie normalna lekcja. Nie zaprzeczam, są takie szkoły.

W większości jednak jest zupełnie inaczej. Po pierwsze nie każdy nauczyciel dysponuje prywatnym sprzętem pozwalającym mu na taki kontakt z uczniami. Co ja mówię, nauczyciel.... Szkoła nie dysponuje!

Po drugie – Czy każdy uczeń o wskazanej godzinie ma dostęp do kompa? Wyobraźmy sobie rodzinkę 2+2, w której dodatkowo tata pracuje zdalnie, czyli w domu, a laptopy są tylko dwa? Kto ma do dyspozycji tylko „komórkę”?

Pozostaje zatem jedyna możliwość – wysyłanie linków do materiałów znajdujących się już w internecie i zadań do wykonania.

Taka ja problemu by nie miała. Uczyłam polskiego więc treści związanych z przedmiotem w sieci multum. Uczeń jak chce to obejrzy. Jakąś książkę do czytania na ekranie też można zlecić. Podejrzewam, że podobnie może być z taką geografią. Rodzic nie musi w niczym pomagać. Gorzej mają przedmioty ścisłe. Szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie samodzielnej realizacji jakiegokolwiek tematu z matmy począwszy od siódmej klasy podstawówki. Sama nie dałabym rady, o udzielaniu pomocy własnemu wnukowi na przykład – nie wspominając. Tu potrzebny jest żywy człowiek.

Rodzice mogą mieć zatem problem. Zwłaszcza humaniści. Ale sygnalizowane przez rodziców problemy są inne.

Oto pojawiły się głosy, że nauczyciele przysyłają zbyt wiele materiału i zadań do wykonania. Początkowo, nie powiem, chciałam ich poprzeć. Ale przypomniałam sobie normalną lekcję. Ludzie, tyle właśnie „materiału” omawiamy podczas normalnej lekcji! Fakt, odbywa się to, na przykład na polskim, w formie ustnej. Teraz musimy przenieść to na pisemną...

Kolej na uczniów.... teraz tylko i wyłącznie od nich zależy, czy będą się uczyć, czy nie. Dla mnie to nic nowego. Zawsze mówiłam, że to tylko i wyłącznie im powinno zależeć na nauce. Ja już swojego się wyuczyłam, a pensję będę miała zawsze taką, jaką ustali władza, niezależnie od ocen, które wystawię. Moja postawa nie podobała się co niektórym. Uważali, iż ucznia trzeba do nauki zachęcać. A teraz proszę, wszystko w rękach i głowie ucznia.

Cóż kochani, nikt nie był przygotowany na takie nauczanie. Po epidemii już świat nie będzie taki sam jak był. Szkoła też musi się zmienić.

Aha, jeszcze jedno.... moja była uczennica napisał, że zamiast papieru toaletowego mogła kupić więcej takiego do ksero.... drukuje te zadania, drukuje.... a papieru do drukarki mało... Jeśli więc i wy wysyłacie zdania, by je drukować.... odpuście sobie.
Warto wrócić do starego sposoby zapisu – w takim zeszycie. Mam nadzieję, że w dobie drukarek i ksero ktoś jeszcze pamięta, co to jest kajet....

środa, 1 stycznia 2020

Apoteoza śmierci




W ostatnie dni starego 2019 roku przez wszystkie portale internetowe przewinęła się relacja z szkolnego przedstawienia prezentującego zagazowanie dzieci. Nawiązywało ono do tragedii obozów koncentracyjnych drugiej wojny światowej.

Zdjęcie ze sceną ukazującą leżące na podłodze dzieci w pasiakach i obok stojące kolejne, tym razem ze swastykami na rękach, oburzyło większość czytających i oglądających. Mniejszość była zachwycona. Wszystkie teksty pisane pod wpływem emocji. W komentarzach zabrakło jednak głosu w miarę obiektywnego, próbującego wyjaśnić zjawisko zwane szkolnym spektaklem o zagładzie.

Przyznaję się – byłam oburzona. Mój pierwszy odruch – skrytykować, posłać do wszystkich diabłów tych, którzy mieli z tym szkolnym przedstawieniem coś wspólnego. Refleksje przyszły chwilę po świętym oburzeniu.

Oto jesteśmy w szkole, która ma przekazać młodemu pokoleniu nie tylko wiedzę. Szkoła powinna pokazać również różne aspekty współczesnego świata, życia człowieka na planecie Ziemia.
Trzeba więc pokazywać ludzi z kręgu LGBT, chorych i starych, trzeba mówić o pokwitaniu, przekwitaniu i śmierci.
W szkole trzeba i należy mówić o wszystkim. Podstawowym zagadnieniem jest JAK mówić, JAK przekazać, JAKĄ formę wybrać.
I tu właśnie wkracza nauczyciel. To on wybiera sposób przekazania wiedzy lub emocji.

Nie wiem, jak było to w przypadku owej szkoły z uczniami ze swastykami. Nie wiem, więc nie potępiam całkowicie. Oczywiście spektakl był kontrowersyjny. Ale jeśli wcześniej rozmawiano z uczniami na temat historii, jeśli wskazano im znaczenie treści przedstawienia, jeśli przedyskutowano sposób kreacji aktorskich i wyjaśniono na czym polega inscenizacja, gra, a uczniowie zrozumieli - można było takie coś realizować. Bez obawy o zniszczenie psychiki młodych ludzi.

Gorzej gdy takich rozmów nie przeprowadzono. Jako była nauczycielka wielokrotnie przygotowywałam szkolne „części artystyczne”. Uczniowie reagują różnie. Część występuje, bo chce lepszą ocenę z czegokolwiek, część pochodzi z tzw. nauczycielskiej „łapanki”, część ma parcie na szkło. Niewielka część chce po prostu wziąć udział w wydarzeniu typu artystycznego.
Najbardziej boję się tego, że biorące udział w omawianym przedstawieniu potraktowały go jak jedną ze szkolnych uroczystości, w której nauczyciel kazał wziąć udział. Tak samo jak występ z okazji Dnia Dziecka czy zakończenia roku szkolnego.

Wszystko się udało, a więc hura!

Było fajnie!

Fajnie było zagrać gestapowca!

Fajnie było umierać w oparach sztucznej mgły robiącej za gaz!

A tak właściwie dlaczego naród taki oburzony?

Wszelkiego typu rekonstrukcje historyczne są obecnie w modzie. Mamy bitwę pod Grunwaldem. Mamy lokalne bitwy z okresu II wojny. Mamy specjalistyczne grupy rekonstrukcyjne, które występują przy każdej patriotycznej okazji. Ludzie przebierają się za żołnierzy wrogich armii. Podczas inscenizacji jedni strzelają, drudzy umierają.

Jak my kochamy te widowiska!

Symbolem chrześcijaństwa jest ukrzyżowany człowiek. Nie ten radosny, zmartwychwstały, dający nadzieję, ale ten, który umarł. Wisi w domach, urzędach, na rozstajach dróg. Otoczeni jesteśmy symbolem śmierci.

Jeśli ulicami miast idą ludzie ubrani w kolory tęczy, głoszący hasło „Miłość, równość, akceptacja”, część narodu buntuje się. Radość nie jest w modzie.

Widowisko w niewielkiej szkole nie było niczym innym jak odbiciem naszej rzeczywistości. 

Apoteozą śmierci.

Bo my kochamy jak inni umierają.


czwartek, 19 grudnia 2019

Procedura wyjścia do kibla



Jakieś osiem czy dziewięć lat temu, podczas posiedzenia Rady Pedagogicznej w macierzystej szkole, z mozołem i uporem godnym lepszej sprawy, ustalaliśmy całą serię procedur. Mój organizm, będący wówczas w stanie aktywnego przekwitania, nie wytrzymał psychicznie i fizycznie. Z odciskami na tylnej części ciała i perspektywą odcisków na mózgu, zaproponowałam, żeby jeszcze ustalić procedurę, czyli przepisy prawne ustalające postępowanie, w przypadku wyjścia do ubikacji. Dyrektor pominął milczeniem wniosek, reszta koleżeństwa, również milcząco, przyznała mi rację.

Lata minęły. Sytuację z wyżej wymienioną procedurą przypomniałam w jednym ze swych tekstów na blogu. I oto jedna z czytelniczek napisała, że takowe przepisy są!

Nie uwierzyłam. Napisałam notkę na facebooku, prosząc o informację swych internetowych znajomych. Potwierdziło się. W szkołach istnieją opisane i zatwierdzone procedury wyjścia do kibla, zarówno dzieci jak i nauczycieli. Koleżanka przedstawiła swoją procedurę: jeśli któremuś z dzieci w klasie drugiej zechce się na lekcji siusiu, piszczy i wrzeszczy, że nie wytrzyma, pani musi przerwać zajęcia, zebrać klasę i wspólnie maszerować do wiadomego przybytku. Dziecko bowiem nie ma prawa samemu iść do toalety, zaś nauczyciel nie ma prawa zostawić pozostałych uczniów samych w klasie, by przypilnować tego w ubikacji.

Idąc tym tropem zajrzałam do wyszukiwarki internetowej. Ilość informacji o zatwierdzonych procedurach wyjścia do, za przeproszeniem, sracza powaliła mnie.
Oto kilka.

1. (…)W przypadku, gdy uczeń chce wyjść do toalety w czasie lekcji, zwracamy uwagę na częstość (co to za słowo?) wychodzenia ucznia, obserwujemy wyjście ucznia przez uchylone drzwi, informujemy, że przerwa jest przeznaczona do tego celu.
A co się stanie, jeśli nauczyciel nie uchyli drzwi lub nie poinformuje, że czas na pobyt w toalecie jest podczas przerwy? Jakie konsekwencje mu grożą? Dlaczego trzeba uczniowi za każdym razem o tej przerwie przypominać, uczeń taki tępy, że nie zakumał od razu? Które drzwi ma uchylić belfer? Jak wypełniać podstawowy obowiązek, czyli prowadzenie zajęć patrząc na ucznia zmierzającego lub korzystającego z toalety? Nie patrzeć na pozostałych uczniów w klasie? Postarać się o zeza?
Jasne, że się czepiam. Ale jak procedura ma uwzględniać wszystkie sytuacje, to trzeba wszystkie przedstawić.

2. Nauczycielowi nie wolno podczas pracy z dziećmi ani na chwilę zostawić ich samych. Gdy nauczyciel musi wyjść np. do telefonu, do toalety; grupą powinna zając się osoba z personelu pomocniczego (np. woźna). Nauczyciel powinien ograniczyć swoją nieobecność do minimum. Nauczyciel musi umieć przewidzieć ewentualne skutki swojej nieobecności.
W przypadku tej procedury zafascynowało mnie ostatnie zdanie. Nauczyciel odpowiedzialność ma zapisaną procedurarnie, bo nauczyciel to idiota, któremu trzeba odpowiedzialność zapisać. Jeśli tego w procedurze nie będzie, belfer już skutków nie przewidzi. Jak ja pracowałam ponad dwadzieścia lat bez takiego przepisu? Fatalnie, fatalnie, ale wiadomo …. komuna i postkomuna….

3. Ten punkt znalazła się w tekście pod tytułem „Procedury szkolne w sytuacjach zagrożeń”
Procedura 1. 2 W przypadku, gdy uczeń w czasie lekcji potrzebuje wyjść do toalety:
- W sytuacjach koniecznych nauczyciel zezwala uczniowi na opuszczenie klasy.
- W przypadkach złego samopoczucia uczniowi towarzyszy przewodniczący, zastępca lub inny uczeń wskazany przez nauczyciela.
Wyjście do kibla znalazło się w towarzystwie procedur związanych z agresją, narkotykami, chorobami, pożarem …. Podobnie jak w tym przypadku:

4. Procedury postępowania na wypadek wyjścia ucznia z lekcji
W czasie lekcji na korytarzu szkolnym przebywa pracownik szkoły, który w nagłych przypadkach odprowadza ucznia do toalety lub pani higienistki, według ustalonych zasad. Nauczyciel może zadzwonić do sekretariatu szkoły i poprosić o przysłanie pracownika na lekcję.
Nauczyciel prosi do klasy pracownika szkoły.
Pracownik szkoły zabiera ucznia do toalety lub higienistki szkolnej.
Po udzieleniu pomocy uczniowi przez higienistkę szkolną lub skorzystaniu przez ucznia z toalety pracownik szkoły przyprowadza go do klasy.
W razie konieczności higienistka szkolna lub wychowawca klasy telefonicznie kontaktuje się z rodzicami ucznia.
W przypadku zatwardzenia na przykład.
Czterdzieści lat temu rozpoczynałam pracę nauczyciela w wiejskiej szkole ze „sławojką” za płotem. Były dwie „kabiny”: jedna dla uczniów, druga dla nauczycieli. Procedur nie było. Wszyscy przeżyli.

poniedziałek, 19 sierpnia 2019

Cytaty - Dzień dobry! Cześć i czołem!



Dzień dobry! Cześć i czołem!
Pytacie skąd się wziąłem?
piosenka Wesołego Romka z filmy „Miś”


Kiedyś poszłam na mecz koszykówki. Dawno nie byłam w tej hali i zapomniałam, z którego miejsca jest najlepszy widok na boisko. Usiadłam tu – niedobrze, usiadłam tam – też źle. Wtem zobaczyłam dawno niewidzianych znajomych, obok nich dwa puste miejsca. Jako że znajomi to starzy spece od sportu i przyszli wcześniej ode mnie, pomyślałam, że wybrali całkiem dobre miejsca. Uśmiechnęłam się: „Cześć. Wolne tu?”. Skinienie głową na znak, że tak. 

I na tym nasz dialog się zakończył. Próbowałam nawiązać kontakt komentując głośno pierwsze akcje meczu. Po prawej stronie cisza, po lewej też, bo nikt nie siedzi. W trakcie pierwszej kwarty siada tam kolejny dawno niewidziany przeze mnie, ale bliski innym, znajomy. Panowie po obu stronach próbują się skontaktować ze sobą za moimi placami. Przesuwam tułów do przodu. Niech pogadają. Coś tak szepczą, coś sobie przekazują. Ponownie próbuję nawiązać kontakt i komentuję mecz. Wszak znam się na koszykówce. Po lewicy i po prawicy cisza. Wreszcie przerwa. 

Uśmiecham się i opuszczam miejsce, by rozprostować kości.

Na zewnątrz hali spotykam byłych uczniów. Jeden przyjechał na parę dni z Anglii. Rzucamy się sobie w objęcia. Nie widzieliśmy się przeszło rok. Wcześniej spędziliśmy razem trzy lata w gimnazjum. Nie były łatwe. Teraz uczeń przedstawia mnie starszemu bratu. Obok stoi jeszcze jeden. Przybijamy „żółwika”. Chłopak pyta: „I co tam dobrego u pani słychać?” „A u ciebie?”. Nawiązujemy zwyczajny ludzki dialog. Potem jeszcze kilka razy odpowiadam na „Dzień dobry”. Wszystko od młodszego rocznika. Tego znam też ze szkoły, tego z koncertów rapowych, tamtego z innych imprez sportowych. To młodzi wcale nie idealni ludzie.

Po przerwie wracam do hali. Znajomi rówieśnicy siedzą już obok siebie. Podchodzę. Patrzą na mnie wzrokiem, który mówi: „ Siadaj obok!”. Jasne, ze siadam. Stąd dobrze widać.

niedziela, 28 kwietnia 2019

Obowiązki nauczyciela








I oto strajk jednej z najbardziej wykształconej grupy społeczeństwa zakończył się. Wyhejtowani, wyjajani przez rząd nauczyciele stają ponownie przed spragnionymi wiedzy uczniami.
Właśnie spotkałam grupę swoich uczniów – gimbaza oczywiście. Zapytali, czy nie mogliśmy jeszcze tak postrajkować do majówki, znaczy się jeszcze dwa dni, bo mogliby zaplanować wspólnie z rodzicami jakiś wypoczynek w górach albo nad morzem.... rodzice właśnie wzięli trzy dni urlopu, by mieć dziewięć wolnych.... A tu nic z tego, koniec strajku i potomstwo wypada oddać na te dwa dni do szkoły pod opiekę nierobów, nieuków i leni, znaczy się nauczycieli. Jak to biedny rodzic przeżyje?
Dobra, zostawmy to, sprawa rodziców.
Pytanie dlaczego spragnieni wiedzy, znaczy się uczniowie, do szkoły się nie garną. Cóż, polski uczeń ma nadal mentalność upadłego PRL-u.... szkoła jest jak kibel, znaczy się WC, znaczy się toaleta – chodzisz, bo musisz. Z pojęciem, że życie jest jak papier toaletowy – długie, szare i do du... mamy obraz prawdziwego Polaka. Do tego dochodzi pojęcie pracy. Bo, według większości narodu, która objawiła się podczas strajku nauczycieli, pracuje ten, co pracuje fizycznie. Nie kopiesz rowów, nie układasz kostki brukowej, nie nosisz cegieł, nie sprzątasz ulic – znaczy się nie pracujesz. Ponownie wracamy do czasów PRL-u, ulubionego okresy obecnej władzy.
Dobra, zostawmy to, nie o tym miałam pisać.
Zajmijmy się pracą nauczycieli. Naród w postaci owych fizycznych i hejterów uświadomił nam, że pracujemy tylko 18 godzin tygodniowo. Powinniśmy tę wolę uszanować. Czy potrafimy wypełnić wszystkie ciążące na nas obowiązki w ciągu słynnych 3,6 godzin dziennie – zapytał wczoraj jeden z ludzi na wiadomym portalu społecznościowym. Oczywiście.
Zatem do działania. Oto pełna lista obowiązków – według Karty Nauczyciela https://www.lexlege.pl/karta-nauczyciela/rozdzial-2-obowiazki-nauczycieli/6150/ i moje propozycje realizacji:
Nauczyciel obowiązany jest:
1. rzetelnie realizować zadania związane z powierzonym mu stanowiskiem oraz podstawowymi funkcjami szkoły: dydaktyczną, wychowawczą i opiekuńczą, w tym zadania związane z zapewnieniem bezpieczeństwa uczniom w czasie zajęć organizowanych przez szkołę;
Podstawowym zadaniem szkoły jest nauczanie. Uczymy. Podczas lekcji – wychowujemy (wszak każda lekcja, nawet matmy powinna mieć cel wychowawczy). Opiekujemy się. Po lekcjach obowiązki opieki przejmuje taka np. świetlica. Nie jest napisane, że musimy organizować wycieczki, wyjścia do kina, teatru... Nie jest napisane, ze musimy organizować akademie ku czci i apele o kulturze jedzenia.
2. wspierać każdego ucznia w jego rozwoju;
Oczywiście, ze wspieramy – dobrym słowem oczywiście, prośbą, by dziecię rozwiązało zadanie z gwiazdką, znaczy się trudniejsze. Nie jest napisane, że mamy z tym maleństwem siedzieć po lekcjach, wyjaśniać, przygotowywać zadania i sprawdzać je. Jeśli dostaniemy tzw. godziny na kółko matematyczne, płatne oczywiście, to będziemy uczyć.
3. dążyć do pełni własnego rozwoju osobowego;
3a) doskonalić się zawodowo, zgodnie z potrzebami szkoły;
Genialny punkt! Rozwijamy się poprzez taki kontakt z przyrodą i jedziemy na majówkę z rodziną, wszak rodzina, nasza też, to podstawowa komórka społeczna. Nasz rozwój osobowy następuje w wyniku czytania odpowiedniej literatury. Związane jest to ściśle z doskonaleniem zawodowym, zgodnie z potrzebami szkoły. Poloniści niech oglądają produkcje marvelowskie – filmy oparte na literaturze komiksowej. Warto je polecić również informatykom w celu zapoznania się z komputerowymi efektami specjalnymi. Dla nauczycieli przedmiotów ścisłych obowiązkowe filmy to „Teoria wszystkiego” - życiorys Hawkinga i „Piękny umysł” - Nash.... wybaczcie pełnej listy filmów dziś nie podam. Zatem kochani – nie jest napisane, że macie uczestniczyć w szkoleniach, studiach podyplomowych, zwłaszcza na własny rachunek.
4. kształcić i wychowywać młodzież w umiłowaniu Ojczyzny, w poszanowaniu Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, w atmosferze wolności sumienia i szacunku dla każdego człowieka;
Ojej, ojej niebezpiecznie się robi... O ile umiłowanie Ojczyzny, wolność, szacunek to jeden z celów wychowawczych lekcji, to z poszanowaniem Konstytucji mamy problem.... skoro wiadomi ludzie twierdzą, że jest reliktem złej przeszłości, to jak należy ją szanować.... Ot i zagwostka.... Zostawmy to zagadnienie i niech każdy belfer zgodnie z sumieniem rozstrzygnie sprawę na swojej lekcji w ramach 18 godzin tygodniowo... w końcu też ma wolność sumienia.
5. dbać o kształtowanie u uczniów postaw moralnych i obywatelskich zgodnie z ideą demokracji, pokoju i przyjaźni między ludźmi różnych narodów, ras i światopoglądów.
I wpadliśmy jak przysłowiowa śliwka w kompot. Weź tu człowieku mów o przyjaźni między narodami, rasami i światopoglądami skoro uchodźców nie chcemy, ludzi z grupy LBGT potępiamy, jedyną słuszną religią jest wiadoma... Może na przykład na chemii.... zasady, kwasy, związki.... Nie jest napisane jakie.
No dobra, na dziś koniec. Mój czas na napisane felietonu minął, o czym przypomina mi pies, bo chce na dwór.
Kochani nauczyciele, wykorzystajmy nasz osiemnaście godzin zgodnie z wolą społeczeństwa. Nie wysuwajmy się, w ramach podlizywanie władzy, przed szereg!

środa, 24 kwietnia 2019

Zawód najmniej potrzebny




Kiedy wprowadzano zakaz handlu w niedzielę, oznajmiano, że najtrudniejszym zawodem świata jest praca na kasie w owadowym sklepie. Bo to i hemoroidów można dostać, i kręgosłup siada, i w ogóle samo zło. Dziś kolej na inny, bardzo sławny, a równocześnie najmniej potrzebny zawód świata.
Nauczyciel.
(Oświadczam, że wszelkie poglądy są tylko i wyłącznie moje, zaś przykłady nie pochodzą tylko ze szkoły, w której obecnie pracuję. Obejmują wielki nieprzebrany świat internetu oraz plotek ze spacerów z psem)
Obecnie trwa nadal i jeszcze strajk nauczycieli. Od przeszło dwóch tygodni każdy z nich dowiaduje się kim jest i ile znaczy dla budowy którejś już z rzędu Rzeczpospolitej.
Jak wynika z moich obserwacji nauczyciel (w tym ja) jest prawie nikim i nic nie znaczy.
Proszę, już uzasadniam.
Kiedy nauczyciele ogłaszali, że nie odpuszczą i będą strajkować, tzw. społeczeństwo wespół z rządem wzruszało ramionami. Naczelnik mówił o krowach i świniach, premier uprawiał propagandę sukcesu, a rodzice nie dopuszczali myśli, że sprawa jednak się rypnie.
W poniedziałek rano zastali szkoły i przedszkola zamknięte z powodu strajku. Jak Polska długa i szeroka rozpoczęło się wycie pt. „Co ja mam zrobić z dzieckiem!?”.
Jak to, zrobili dzieci, a teraz nie mają co z nimi zrobić? A trzeba było nie robić! - wrzeszczałam do telewizora i laptopa.
Okazało się, że najważniejszym problemem rodziców był brak miejsca, gdzie można by potomstwo zostawić. Nikt nie zapytał, co z programem nauczania, w jaki sposób nauczyciele nadrobią braki, nikomu nie przyszło do głowy, by zapytać, czy może wśród niestrajkujących są spece od polskiego, matmy, żeby tak całkowicie dzieciaki od nauki nie odwykły?
Nie, nie było żadnego hasła związanego z procesem nauczania. Wniosek z tego oczywisty – szkoła to przede wszystkim przechowalnia dzieci. Jeśli więc jest tak postrzegana, to po co tam magister dyplomowany, jak wystarczy taka babcia Grażynka na przykład?
Oprócz tego nauczyciele są źli, niedobrzy i paskudni. Niczego nie potrafią, niczego nie nauczą. Po co więc dzieci chodzą do szkoły? Tylko dlatego, że przymus? Informuję, że przymusu nie ma. Można rozpocząć tzw. edukację domową lub powołać do życia stowarzyszenie, która z kolei powoła szkołę. Prywatną. Przy najbliższym kościele na przykład. Nie bójcie się tego kroku kochani rodzice! Subwencję oświatową dostaniecie! Zatrudnicie, kogo będziecie chcieli! Pani Basia z kuchni może uczyć dziewczęta podstaw gotowania, a ksiądz literatury starożytnej.
Po co komu nauczyciel?
Odbyły się egzaminy klas ósmych i gimnazjalne. Kiedyś, żeby być członkiem komisji podczas owych egzaminów, trzeba było zaliczyć specjalne szkolenie prowadzone przez dyrekcję szkoły. Komisje składały się z członków Rady Pedagogicznej w danej szkole, a czas pracy podczas pilnowania uczniów wliczony był w nauczycielki etat. Wszystko regulowały ustawy, uchwały, rozporządzenia....
Dziś możemy sobie z nich zrobić papier toaletowy. Wystarczy mieć władzę, większość w Sejmie i jedną noc, żeby przewrócić system do góry nogami. Okazuje się, że do pilnowania uczniów podczas egzaminów wystarczą leśnicy, właściciele warsztatów samochodowych, kosmetyczki i oczywiście strażnicy więzienni. O ile pojawienie się tych ostatnich w szkole może mieć swoje uzasadnienie, o tyle sprawa przybycia na egzamin specjalistki od peelingu kontrowersje wzbudzić może.
I nie macie racji! Pani od miękkich pięt ma uprawnienia pedagogiczne! Musi je mieć, żeby na przykład przyjąć na praktykę studentkę i uczyć ją fitokosmetologii lub fitokosmetyki.
Niedługo matury. Właśnie posiadający większość w parlamencie rząd w trybie natychmiastowym opracował listę zmian w prawie oświatowym pozwalającym na dopuszczenie do matur, każdego kto na liście uczniów w danej szkole figuruje. Można? Można!
Matury też się odbędą. Bez udziału nauczycieli oczywiście. Po co nad głową ucznia ma stać belfer, który stresował go przez trzy lata? Lepiej żeby stał pan Władek z najbliższego ośrodka penitencjarnego. Ma już przecież praktykę pedagogiczną, bo zaliczył egzamin gimnazjalny i ósmoklasisty!
Po co więc nauczyciele? Po co więc szkoły?
Żadnego pożytku, tylko obciążenie dla budżetu. Niczego nie produkują. Są niepewni politycznie, nie nigdy nie wiadomo na kogo zagłosują.
A rozgonić to całe towarzystwo na cztery wiatry, a w budynkach ulokować …. no dobrze, już nie powiem, że chlewnie...
Aha, takie będą Rzeczpospolite, jakie młodzieży chowanie....
Ośmieszenie i zdyskredytowanie nauczycieli to właśnie obecny element wychowywania młodego pokolenia. Poczekajcie krytycy, za kilka lat zbierzecie owoce swojej pracy.
Na szczęście mnie już wtedy na tym świecie nie będzie. Hi hi!

czwartek, 28 marca 2019

RODO czyli bezpiecznik

28896567e0b6b7cd6156af9acafb8006

tekst ze stycznia 2019

Dziś będzie o bezpieczeństwie. Takim naszym i takim ogólnym. O przepisach, wcale nie ruchu drogowego, tylko takich, co mają zapewnić nam spokój. Nie, nie wieczny, taki na jakiś czas. Czyli o sławetnym RODO.

Czym jest RODO, każdy wie, ale przypomnijmy – jest to błędnie utworzony skrót od „rozporządzenia o ochronie danych osobowych”. Prawidłowo powinno być ROoDO. Ale co tam, wiadomo o co chodzi i i o to właśnie chodzi, żeby było wiadomo.

RODO bardzo się w życiu przydaje. Oto do nauczyciela przychodzi wnerwiony rodzic i mówi, że pani postawiła jej córce ocenę dopuszczającą, a Krysia z tej samej klasy za coś takiego samego dostała ocenę dobrą. Nauczyciel uśmiecha się od ucha do ucha i mówi z tym sadystycznym uśmiechem: „Nie ma upoważnienia od opiekunów Krysi, by rozmawiać z panią na temat jej ocen. Mogę rozmawiać tylko i wyłącznie na temat ocen pani potomstwa”.

Jakże pięknie uśmiechają się obecnie pracownicy różnych instytucji, kiedy zjawia się u nich telewizja realizująca reportaż interwencyjny. Na pytanie „Co instytucja wie na temat rodziny Z, w której była przemoc domowa?”, instytucja odpowiada „RODO”.

W sumie więc dziennikarze mają przerąbane. Ale ci bardziej kreatywni, szukają chętnych do rozmowy świadków. Czasami są ludzie, którzy albo mają parcie na szkło, albo chcą pomóc komuś czemuś w czymś.

RODO ma zapewnić nam poczucie bezpieczeństwa poprzez zachowanie naszej prywatności. W porządku, nigdy nie lubiłam, kiedy ktoś mi zaglądał do portfela, garnków czy łóżka. Staram się też nikomu nie zaglądać. Sąsiadom zwłaszcza. Bo RODO wymyślono w naszym kraju, kiedy zaczęły powstawać blokowiska. Więzy sąsiedzkie zanikły. Ludzie znali się jedynie z widzenia. I tak jest do dziś. RODO zalegalizowało zastały stan rzeczy.

Ale patrząc trzeźwym okiem słynne RODO to taka przysłowiowa góra, która urodziła mysz. Mamy na przykład chronić swoje dane, w tym słynny numer PESEL. Tymczasem podajemy go przy każdej możliwej okazji pokazując dowód osobisty: podczas rejestracji do lekarza, zameldowania w hotelu, ba – telefonując do naszego operatora kablówki, bo tylko tak odnajdzie nas na liście klientów. W sumie, gdzie się człek nie obróci i chce coś załatwić, musi się uwiarygodnić czyli wylegitymować.
Oczywiście, że to normalne. Po co więc owe RODO? Pic na wodę, fotomontaż?

Byłam swego czasu na szkoleniu z antyterroryzmu, znaczy się tacy spece od zapobiegania przyjechali i nawet ciekawie mówili o pladze XXI wieku. I ci właśnie spece wyjaśnili, iż w momencie zagrożenia bezpieczeństwa RODO to nam wisi i powiewa dużym kalafiorem. Mamy prawo tworzyć listy wchodzących i wychodzących z instytucji i legitymować obcych chodzących po korytarzach. Zawsze taki obcy może stanowić zagrożenie terrorystyczne. Podejrzany jest też ten, co wylegitymować się nie da. Też kandydat na bombiarza.

Co prawda panowie powiedzieli, ze w Polsce zagrożenie aktami terroru jest zerowe, bo nigdy zamachu na Pałac Kultury nie było, ale porwania – owszem. Są.

W każdym razie nasza prywatność chroniona wcale nie jest.

Kochani, otacza nas permanentna inwigilacja. Kamery na osiedlu. Kamery w sklepach. Kamery w miejscu pracy. Złe kamery. Pokazują jedynie obraz. Powinny nagrywać głos. Żeby było słychać, co mówi włamywacz do ekspedientki. Żeby go rozpoznać po głosie. Bo teraz to wszędzie włamywacze i terroryści. A jeśli przez przypadek kamera uwieczni pana Zdzisia obmacującego panią Zosię z regałem z pieczywem, to zawsze może być to dowód dla sądu w sprawie rozwodowej.

Nie, nie mam nic przeciwko inwigilacji. Nawet ją popieram. Na trasie mego spaceru z psem są też kamery. Sprzątam kupkę po piesku. Co będzie jak mnie kamera przyłapie i wlepi mandat za zanieczyszczanie środowiska?

Sama mam czasami ochotę zainstalować kamerę przy drzwiach wejściowych do klatki, żeby zobaczyć, kto z sąsiadów nie zamyka drzwi oraz ilu kumpli przychodzi do sąsiada posiadającego niezarejestrowany pub w piwnicy...

Każdego dnia siedząc przy kompie, klikam w kilka lub nawet kilkanaście stron w sieci informujących mnie, że zapoznałam się z regulaminem dostępu moich danych, czyli co najmniej numeru IP....
W sumie więc nie wiem, czy moja prywatność jest obecnie bardziej chroniona niż kiedyś... Ale jak powiedział mój kuzyn; „ Coraz mniej jest pracy fizycznej dla człowieka. Wypierają go maszyny. A człowiek pracować musi. Wymyśla więc sobie różne formy zatrudnienia”. Takie siedzenie przed monitorami i śledzenie ludzi wychodzących na spacer z psem na przykład.

Właśnie pracuję w szkole, w której nie ma papierowych dzienników. W każdej klasie stoi komputer, każdy nauczyciel ma swój własny kod dostępu do dziennika elektronicznego. Podoba mi się to. A najważniejsze, ze dzięki takiemu dziennikowi, w szkole powstał etat informatyka.

I jeden człowiek ma pracę.

Piszemy historię

 
amleczkowesolychswiatstanwojennymilicja677780foto internet

Praktycznie w każdą rocznicę ogłoszenia stanu wojennego, czyli trzynastego grudnia, internet wspomina czasy minione. Wspomnienia są coraz bardziej krytyczne, bo odchodzi pokolenie, wśród którego była spora grupa zwolenników owego stanu.

Nie moim zadaniem jest oceniać, kto miał rację. Być może dowiemy się za sto lat, być może nie... historia wcale nie jest nauczycielką życia.

Ogłoszenie stanu wojennego zastało mnie w miejscu stałego zamieszkania, znaczy się w takim wtedy ok. 35 - tysięcznym miasteczku w Polsce B. Oczywiście wspomnienia mam i kiedyś może jakąś powieść napiszę.... pytanie, czy ktoś ją wyda. Ów stan wojenny na prowincji wyglądał zupełnie inaczej niż w wielkich miastach.... moich wspomnień cenzura, polityczna rzecz jasna, może nie przepuścić.

Ale wracajmy do sedna. Otóż owego dnia każdego roku w grudniu oprócz wspomnień żyjących świadków, pojawiają się analizy historyków, oparte głównie na materiale historycznym, czyli tzw. tekstach źródłowych. Historyk również słucha, co naród mówi. Tyle tylko, że to drugie źródło informacji traktuje bardziej po macoszemu. Wszak nie wiadomo, czy dany osobnik nie był takim TW lub innym agentem lub też nie konfabuluje. Ale bywa również, że historyk z owych opowieści wybiera te, które zgodne są z:
a/ jego dotychczasową wiedzą na określony temat;
b/życiorysem osobnika;
c/tendencjami w ukazywaniu opisywanego zjawiska;
d/poglądami politycznymi historyka;
e/poglądami aktualnie rządzących.

Skoro już uporządkowaliśmy wiedzę teoretyczną, przejdźmy do praktyki.

W tym roku z lokalnego portalu dowiedziałam się o stanie wojennym jednej rzeczy, której do tej pory nie wiedziałam. Przypomnę fakty.

Z chwilą ogłoszenia stanu wojennego, znaczy się owego 13 grudnia 1981 roku, zawieszono zajęcia w szkołach. Uczniowie i część nauczycieli miała radochę. Przynajmniej na mojej prowincji. Do szkoły wszyscy wróciliśmy 4 stycznia.

I tu zaczyna się dziwna sprawa. Historyk pisze, że reżimowe władze przeprowadziły spotkania z dyrektorami szkół. Pouczono ich, poinformowano... w sumie nie wiem o czym, bo dyrektorem szkoły nie byłam.

Druga część informacji już dotyczy bezpośrednio mnie. Otóż trzydzieści siedem lat po dowiaduję się, że specjalne spotkania odbyto również z nauczycielami historii, wychowania obywatelskiego (taki sobie przedmiot epoki minionej) oraz … języka polskiego. Też wydano im specjalne instrukcje.

Cały dzień myślałam usiłując sobie cokolwiek przypomnieć z lat minionych, a pamięć, chyba ta wsteczna, robi mi się coraz bardziej wyrazista. Zadzwoniłam do znajomej, czy pamięta zlot belfrów ze stycznia 1981 roku, wszak tak samo jak ja, uczyła wówczas języka polskiego.

Okazuje się, ze tak samo jak ja, ma lukę w pamięci. Reżim wybił z głowy to wydarzenie, czy jaki inny grom... żeby brzydko nie powiedzieć...

Dziś wiem na pewno – nie uczestniczyłam w żadnym takim spotkaniu. Ba, nawet nie przypominam sobie, żeby dyrekcja nas szkoliła w ramach „odpowiedniego zachowania wobec stanu wojennego”.

I teraz mamy zagwostkę – albo takich spotkań nie było, albo mnie i paru innych nauczycieli polskiego na takowe zebranie polityczne nie zawołano.

W związku z tym, iż istnieje prawdopodobieństwo, że były, wybieram drugi wariant prawdy – komuna olała nauczyciela polskiego z małej wiejskiej szkółki, bo do takiej dojeżdżałam! Uznała, że nie godzien wiejski belfer jechać do miasta i wysłuchiwać przemówień ważnych wówczas osobistości!

A wieś wcale nie takie zadupie! Trzy razy dziennie dojeżdżał autobus, oczywiście o ile śnieg nie zasypał szosy na zakręcie. Jeśli dojeżdżał, to asfalt już był. W przeciwieństwie do mojego pierwszego miejsca pracy, tam do asfaltu szło się trzy kilometry. Szkoła przecież też była, ośmioklasowa, nie tylko jakieś tam nauczanie początkowe.

Dziś czuję się pominięta i zlekceważona. Być może gdybym uczestniczyła w owych sławetnych spotkaniach, moje życie potoczyłoby się inaczej... może dziś byłabym zasłużoną działaczkę, a moje wspomnienia drukowano by w tysiącach egzemplarzy...

Cóż, poczekajmy do następnego roku, może ponownie dowiem się o czymś, co ominęło mnie 13 grudnia 1981 roku...


wtorek, 26 marca 2019

Przestępstwa z cukrzycą w tle


park_1

tekst z listopada 2018

Nie da się ukryć. Parę lat temu zdiagnozowano u mnie cukrzycę typu 2, znaczy się jestem typową ofiarą rozwoju cywilizacji. Przez te kilka lat nauczyłam się z cukrzycą żyć. Oznajmiam, że życie trudne nie jest. Jest znacznie więcej cięższych chorób.

Tak więc łykam sobie tabletki, chodzę na spacery z psem, zdrowo się odżywiam i żyję.

Ale cukrzyca, jak każda choroba, czasami przypomina o sobie. I z tymi objawami nauczyłam się odpowiednio postępować.

Taki objaw chwycił mnie ostatnio na lekcji. W pewnym momencie spojrzałam na uczniów i ujrzałam ich za mgłą. Zdjęłam okulary, myśląc, że brudne. Wyczyściłam. Spojrzałam w dziennik lekcyjny, znaczy się na ekran monitora i ujrzałam go w podwójnej wersji.

Poprosiłam ucznia o otwarcie okna. Odetchnęłam głęboko. Podwójne widzenie jednak nie przeszło. Dokonałam szybkiej analizy sytuacji.

Jeśli to spadek lub podwyższenie ciśnienia, nic nie poradzę. Musi samo przejść. Po prostu trzeba poczekać. Jeśli to spadek poziomu cukru to trzeba szybko coś zjeść. Dyskretnie wyjęłam tabletki do ssania z porostem islandzkim leczącym nauczycielskie gardła i włożyłam do ust.

W tym momencie popełniłam pierwsze przestępstwo – podczas lekcji nie można jeść!

Tabletka nie pomogła. Zatem podwyższenie poziomu cukru. Trzeba go rozcieńczyć, czyli napić się wody.
Przestępstwo po raz drugi – podczas lekcji nie wolno pić!

Wlałam w siebie pół litra wody niegazowanej źródlanej, która jest na wyposażeniu zabieranym przeze mnie do pracy.

Wkrótce popełniłam trzecie przestępstwo – nie zeszłam na tzw. dyżur. Cóż, trzeba było pokonać schody, które prawdopodobnie też widziałabym podwójnie. Istniało niebezpieczeństwo, że stoczę się z nich narażając uczniów na utratę zdrowia z powodu zderzenia.

Zaczęła się kolejna lekcja. Mgła przed oczami była nadal. Co robić, żeby więcej przestępstw nie popełniać?

Jeśli wstanę z krzesła, upadnę, co przy mojej masie ciała będzie oznaczało niewielkie trzęsienie matki Ziemi lub w najlepszym przypadku – uszkodzenie tzw. stropu.

Jeśli upadnę, narażę uczniów na stres. Niektórzy z wrażenia mogą zemdleć. Pozostali będą wrzeszczeć. Czy znajdą się tacy, co zechcą mnie dobić? Oj, nigdy nic nie wiadomo. Słysząc ich wrzask, przybiegną nauczyciele z sąsiednich klas, a za nimi uczniowie. Otoczą mnie kręgiem zabierając resztę powietrza. Oczywiście ktoś pobiegnie po pielęgniarkę. Jeśli służba zdrowia będzie obecna w gabinecie, przyjdzie za jakieś trzy minuty, ułoży mnie w pozycji bezpiecznej i zadzwoni pod 112.

Pod szkołę zajedzie na sygnale karetka pogotowia. Zdezorganizuje to lekcje w pozostałych klasach, bo sygnał wzbudzi ciekawość innych uczniów oraz oczywiście nauczycieli.

Do pomieszczenia, w którym się znajduję wpadnie ratownik medyczny. Jeśli będę już w stanie śpiączki cukrzycowej, to oczywiście nic mu nie powiem. Ale przecież do śpiączki to mi jeszcze daleko! Powiem więc, że podniósł mi się poziom cukru. Wiem jak go obniżyć, ale ze względu na szereg przestępstw, które mogę popełnić, lepiej żebym leżała i czekała na fachową pomoc.

Tak oto stanę się sensacją dnia i jeśli dyrekcja mnie z pracy nie wywali na zbity pysk, jako niezdatnej do pracy, będę wytykana palcami do końca roku szkolnego. Jeszcze będę musiała zapłacić za uszkodzony stop...

O nie, nie stanę się sensacją, nikt nie wezwie karetki, bo w danej chwili może ona być potrzebna nauczycielowi padającemu na zawał.

Zabieramy się za dokonywanie kolejnych przestępstw. Mgła przede mną nieco mniejsza, ale nadal widzę podwójnie. Zatem potrzeba jeszcze trochę czasu i … więcej wody.

Dokonuję czwartego i piątego tego poranka przestępstwa.

Daję uczniowi pięć złotych i wysyłam do szkolnego automatu po wodę niegazowaną.

Tak kochani, przekraczam prawo. Nie mam prawa wysyłać ucznia po wodę, bo uczeń podczas lekcji nie może opuścić pomieszczenie klasowego, chyba że pod opieką nauczyciela, a ten jak wiadomo, widzi rzeczywistość podwójnie. Do tego nauczyciel nie ma prawa wysługiwać się uczniem w celach prywatnych, a takim było przyniesienie życiodajnego płynu belfrowi, któremu podniósł się poziom cukru we krwi.

Po dokonaniu w ciągu ok. 30 minut pięciu przekroczeń prawa i wypiciu łącznie litra wody, wróciłam do rzeczywistości. Mgła opadła, liczba uczniów widocznych zgadzała się ze stanem dziennika.

I na dziś tyle.