Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piwo. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 maja 2020

Narodowa kwarantanna L - Niech się świeci 1 Maja



film na dziś „Biało-niebieski sen”


Oto kochani zbliżyliśmy się do takiej rocznicowej cyfry. Pierwszy felieton napisała dla Was 13 marca... który jest dziś.... widać.

I to już będzie koniec...

Koniec mego pisania pod hasłem „Narodowa kwarantanna”. Bo inne felietony oczywiście będą, nie codziennie, ale będą. Zatem tak całkowicie nie opuszczajcie cioci Grażynki.

Dlaczego akurat dziś kończę?

Pierwszy powód to oczywiście wymieniona powyżej cyfra. Chciałam co prawda dociągnąć do tej oznaczającej mój wiek, ale pomyślałam o kłopotach. Kłopotach tematycznych.

Od kilku dni przerzucam sieć, nawet programy w różnych tv zaczęłam oglądać, by znaleźć natchnienie. Kiepsko jest. Zauważyłam, że mały, wredny hitlerek zaczyna znikać. Oczywiście, że nie z naszego życia.
Z ekranów. Monitora i telewizora w moim przypadku.
Jest go coraz mniej, a jego miejsce zajmują wybory. Jasne, że prezydenckie, nie te związane z zakupami, czy kupić „Żubra” czy „Łomżę”.

Być może niedługo wszyscy zapomną o wirusie. Ważne będą jedynie karty do głosowania. Urny do pochowania. Kandydaci do zapomnienia. Wyborcy do kitu.

Szykuje się zwycięstwo polskich wyborów prezydenckich 2020 nad koronawirusem.

O polityce starałam się pisać niewiele. Wiem, że od niej nie uciekniemy. Ale pisać o niej jakoś mi się nie chcę. Są inni od tego. I mądrzejsi. I głupsi. Kontynuując cykl „Narodowej kwarantanny” pewnie bym wkrótce musiała pisać, bo z innym tematem bym się nie przebiła. Mamy zatem drugi powód, by cykl zamknąć.

Trzecim powodem jest dzisiejszy dzień.

1 Maja.

Święto Pracy.

Dzień uwielbiany przez moje pokolenie.

Dzień przeklęty przez przeciwników socjalizmu.

Dzień wstąpienia Polski do UE.

Słowem – dzień bardzo ważny.

Już wczoraj wywiesiłam na balkonie flagę. Pewnie nadal samotna powiewa na wietrze. Przez okna widzę aż dwie inne. Normalne. To nie procesja w Boże Ciało, by dekorować balkony. Ani piłkarskie mistrzostwa w 2012, kiedy wszystko pokryte było narodowymi barwami.

Zaraz, zaraz, kiedy ja ostatni raz obchodziłam Święto Pracy?

Tak w 2011.... Na „majówkę” wyjechałam do ukochanego Wałbrzycha. Pierwszego maja siedziałam ze znajomymi w pubie przy stadionie na Nowym Mieście. Piliśmy piwo, wspominaliśmy stare, dobrze pochody i stragany. Co chwilę ktoś podsumowywał „I komu to przeszkadzało?....”. Drugiego maja byłam na grillu. A w rocznicę uchwalenia konstytucji miałam pociągiem około 13.00 wyruszyć do Wrocławia, gdzie oczekiwał mnie zmotoryzowany syn.
Tymczasem zatelefonował i kazał być wcześniej. Wyjechałam ok. 8.00. Już na dworcu zauważyłam, że z nieba leci coś białego. Może to płatki kwiatków? Drzewa wszak kwitną... Wraz z towarzyszącą mi roczną wówczas sunią wsiadłam do pociągu. W połowie trasy telefonicznie odezwała się wczorajsza koleżanka z grilla. Zapytała, czy widzę ten śnieg. Jaki? Za wagonowym oknem pada deszcz. Tymczasem w Wałbrzychu ponoć zaczął padać śnieg i to nie byle jaki. Taki styczniowy.
We Wrocławiu przesiadłam się do auta syna i pomknęliśmy „ósemką” do domu. Lało. Normalnie lało. W okolicy Rawy Mazowieckiej postanowiliśmy zrobić postój toaletowy. Lało. Pies nam zmókł. Kolejna znajoma zatelefonowała. Pytała, czy jesteśmy poza Dolnym Śląskiem, to ten już odcięty od świata. Śniegiem. Zaspami.

Po dotarciu do domu szybko włączyliśmy telewizor i komputer. Nie wierzyliśmy własnym oczom. Trasa kolejowa, którą rano jechałam – zamknięta. Drzewa zerwały trakcję elektryczną. Na podjeździe do Wałbrzycha ze strony Świdnicy – stłuczka za stłuczką. Wiadomo, auta miały już letnie opony...

Ja na szczęście byłam już w domu.... w tym samym co teraz....

Niech się święci 1 MAJA!

środa, 22 kwietnia 2020

Narodowa kwarantanna XLI - Zefirek wolności


film i książka na dziś „Wojna i pokój”

Przyznaję się bez bicia. Dziś sprawdzałam, jak się po rzymsku zapisuje się „41”. Nie przypuszczałam, że napiszę aż tyle felietonów. Znaczy się tyle dni siedzę w domu.... zamknięta.

Dobra, bez przesady. Nie tak całkowicie zamknięta. Mam psa. A to pozwala mi w każdym etapie narodowej kwarantanny wychodzić z domu. Dziś już wiem, że taki pies mi życie uratował. Podczas kiedy inni kisili się we własnych M, ja spacerowałam bezkarnie po osiedlowych terenach rekreacyjnych. Było przyjemnie, oddychało się lepiej niż teraz, bo bez maseczki.

Ale spoko, niedługo i te maseczki zdejmiemy. Zezwolenie na zakrywanie twarzy byle czym to oczywiście klasyczne placebo. Czuj się człowieku bezpiecznie. I tyle. Maska, która mogłaby nas ochronić oraz innych przed nami kosztuje ok. 100 zł. Ręka do góry, kto taką ma...

Mamy zatem za sobą pierwsze dwa dni tzw. wolności polegającej na możliwości wyjścia do parku i lasu. W wyniku tego od razu się na ulicach zaludniło. Dlaczego na ulicach? No przecież do lasu jakoś trzeba dojść, nie każdy ma samochód.

Dobra, znowu przesadziłam... nie każdy od razu do lasy poleciał. Las w mieście z reguły daleko. Trzeba najpierw na jakąś wieś dojechać. Miejskie parki, takie z drzewami i ławkami, też daleko. Przynajmniej w mojej okolicy.

My mamy tzw. skate park. Drzewa oczywiście, że rosną. Pod kontrolą osiedlowych dozorców. Przycinają je, obcinają, wycinają, jeśli te usychają. Są też trawniki. I masa miejsc do rekreacji czyli: ściana do tenisa, sprzęt do napowietrznego uprawiania sportu, stoliki z planszami do gry w szachy, miasteczko rowerowe, mini golf i parę placów zabaw. Żadne z tych miejsc nie zostało obwiązane biało-czerwoną taśmą na znak zamknięcia.

Teraz lud wyległ na powietrze i owe miejsca zaludnił. 

Przedwczoraj jedynie spacerował. Wczoraj zaczął korzystać ze sprzętu. Jakiś senior nieśmiało usiadł na jednym z urządzeń plenerowej siłowni. Babcia pozwoliła wnuczce skorzystać ze zjeżdżalni.

Nieśmiało rozpoczęło się też życie nocne skate parku. Wczoraj dwie zamaskowane (pod brodą oczywiście) dziewczyny, przestrzegają przepisowej odległości, sączyły piwo pod daszkiem. Place zabaw opanowane zostały przez wiosennych zakochanych. Niektórzy nawet rozmawiali, pomiędzy pocałunkami rzecz jasna. Zapełnił się street workout, takie miejsce z różnego typu drążkami, służące do wykonywania ćwiczeń, których podstawą jest wykorzystanie ciężaru własnego ciała. Oczywiście, że po zmroku. Tu nie da się zachować odległości.

Na szkolne boisko wjechała po raz pierwszy w tym roku kosiarka. Próbowano również kosić osiedlowe trawniki. Niestety, susza spowodowała, że nie ma czego kosić.

Ja również poczyniłam postępy. Wyszłam sama, bez psa! Najpierw do apteki. Tłumów nie było. Ale oczekiwanie na zakupy trochę trwało. Panie farmaceutki, stojące za pleksą, pełniły bowiem funkcje lekarza. Doradzały, polecały, informowały.... No tak, w sumie muszą wiedzieć, co sprzedają. Obecnie kontakt z lekarzem, nawet pierwszego kontakt, jest utrudniony, wszystko zatem spada na apteki.

Zupełnie kolejek nie było w sklepie spożywczym. I to już poważny krok do normalności. Przez poprzednie dni obserwowałam ludzi przez balkon. Pokornie stali w długiej kolejce do trzech sklepów spożywczych. Zniknęła potrzeba zakupów? Obkupili się? Nie, zwiększyła się ilość osób mogących robić równocześnie zakupy w dyskontach. Pewnie tam są. Ale nie sprawdzałam.

Samodzielnie kupiłam dwa piwa w butelce!

Pierwszy mój samodzielny zakup w spożywczym po czterdziestu dniach zniewolenia!

Hura!

Uratowana!

Po powrocie ze spaceru z psem, usiadłam na balkonie, otworzyłam butelkę....

Pal licho wybory, pal licho mały, wredny hitlerek... Zefirek wolności o aromacie chmielu i drożdży zawiał mi w oczy....


sobota, 18 kwietnia 2020

Narodowa kwarantanna XXXVII – W maseczce po piwo


                   film na dziś "Dzień świstaka"

Oczywiście, że noszę maseczkę. Wczoraj wypróbowałam taką z ręczników papierowych i zszywek biurowych. Zdecydowanie lepsza. Łatwiej oddychać. Koleżanka powiedziała mi, że jeśli mam kłopoty z oddychaniem to maseczki nie muszę nosić.

Dobrze powiedzieć... a jak ja udowodnię, że mam bezdech, gdy zaczepi mnie taki patrol inwigilacyjny? Padnę przed nimi i stracę przytomność? Karetka przyjedzie za trzy godziny. Wywiozą mnie do szpitala odległego o 100 km od Łomży, bo w tych bliżej już nie ma miejsc. Tam zarażę się małym, wrednym hitlerkiem i wrócę do jednoimiennego łomżyńskiego szpitala. Rodzina poddana zostanie kwarantannie, a pies trafi do schroniska, bo nie będzie miał kto go wyprowadzać.

Nie, odpuszczę sobie brak oddechu. Na dzień maseczka z ręcznika, na wieczór bawełniana. Noszona na brodzie jak nikogo nie będzie w pobliżu i zakładana w przypadku pojawienia się człowieka. Około 22.00 widok rzadki.

Właściwie zadzwoniłam do koleżanki, mieszkającej w stolicy, by zadać pytanie „I co tam u ciebie?”. Odpowiedziała, że bardzo dobrze.

Nareszcie się wysypia. Pracuje zdalnie. Wstaje za dziesięć ósma. Włącza latopa i melduje się na stanowisku pracy. Po czym idzie do kuchni, szykuje śniadanie, porozmawia z rodziną, też pracującą zdalnie, która też już w pracy się zameldowała. Wszyscy się spokojnie najedzą, wymienią poglądy, opowiedzą sny i idą do swych urządzeń popracować.

Normalnie rodzina wstawała o szóstej. Łykała w biegu byle co, narażając się na wrzody żołądka. Jeden drugiego poganiał i przeganiał w łazience. Do tego każdy musiał dotrzeć do miejsca pracy przebijając się przez warszawskie korki. Nawet rowerem łatwo nie było.

Do tego koleżanka ma ogród, taras i balkon. Żyć, nie umierać.

Oczywiście wychodząc z domu, wszyscy są zamaskowani, bo policja czuwa. Akurat przedstawicieli tej instytucji w stolicy jest sporo. Nawet mają jakiś niebezpieczny sprzęt. To znaczy, mają sprzęt do zabezpieczenia bezpieczeństwa, sorry, zapewnienia bezpieczeństwa. Taki sprzęt będzie służył obronie ludu, gdy lud się zbuntuje.... czy coś w tym rodzaju.... W sumie koleżanka nie powiedział co konkretnie stoi w stolicy, więc nie będę was tu w błąd wprowadzać.

W każdym razie tej koleżance jest dobrze.

Druga siedzi w mieszkaniu i wygląda czasami przez okno. Niestety, jej okna wychodzą na mało uczęszczaną ulicę i kawałek podwórka z placem zabaw, który jak wiadomo jest obecnie zamknięty. Czasami przemknie jakiś człowiek. Teraz w masce oczywiście. Znajoma w wąskim zakresie korzysta z internetu. Ogląda głównie TVPis. Czuje się jak ekspert polityczny. Uważa, że wszyscy politycy są tacy sami, a wuc miał prawo jechać na cmentarz.

Kolejna ma problem ze zdrowiem kota. Leczy go już kilka tygodni, bez rezultatu. Wszystkie inne sprawy ma gdzieś.

Zaczęłam się zastanawiać nad swoim życiem. Dobrze mi, czy źle? 

Niestety, dobrze. 

Przyzwyczaiłam się do siedzenia w domu z trzykrotnym wyjściem na spacer z psem. 

Przyzwyczaiłam się do wysyłania listy zakupów i dostarczania ich przez syna przed sam nos.

Przyzwyczaiłam się do ustalonego przez siebie, na początku narodowej kwarantanny, rozkładu dnia.

Przyzwyczaiłam się do prowadzenia rozmów z własnym psem. Niedługo pies zapewne mi odpowie.

Przyzwyczaiłam się do powtórek w telewizjach.

Odzwyczaiłam się od ludzi.

Widzę ich z balkonu, stojących w przepisowych kolejkach.

Rozmawiam z nimi przez telefon.

Wymieniam poglądy poprzez internet.

Nie kochani, to nie jest dobre.... 

Muszę wrócić do normalności.... 
Muszę się zmusić do wyjścia do jakiegoś sklepu.... 
Może nastąpi to dziś? 
Może na początek warto skoczyć do sklepu po piwo w normalnej butelce? 
Wypić jak normalny człowiek... zamiast przelewać z puszki do szklanki?

wtorek, 14 kwietnia 2020

Narodowa kwarantanna XXXIII – Sprawa przeżycia


film na dziś "Pod Mocnym Aniołem"

I co by tu dziś powiedzieć.... jak zwykle nic... Święta, święta i po świętach.

W drugi ich dzień, zwany Poniedziałkiem Wielkanocnym, bo wypada zawsze w poniedziałek (hi hi to taki durny dowcip), w niektórych częściach Polski popadało.

U mnie pokropiło. Tak samo mocno jak księża święcący jajka. Czy to w kościele, czy z samochodu. Wiadomo, kropidło niewiele wody nabierze.

Tak więc ziemia na moich osiedlowych trawnikach nie odetchnęła. Nadal sucha.

Z braku innych zajęć tradycyjnie nawiązałam kontakt telefoniczny z koleżankami spędzającymi święta podobnie jak ja.

Najbardziej zaskoczyła mnie koleżanka – inwalidka. Swoje mieszkanie opuszcza rzadko. Ma poważne kłopoty z poruszaniem się. Na początku narodowej kwarantanny stwierdziła, że siedzenie w chacie jej nie rusza. I tak siedzi, i tak siedzi. Ale wkrótce zaczęła wychodzić – do sklepu. Bo musi kupić jedzenie. Bo musi kupić papier, toaletowy rzecz jasna. Mówię jej, że w każdym mieście są organizacje i osoby, które takim ludziom jak ona pomagają. Nawet numery telefonów w sieci znalazłam. „Zadzwoń, powiedz, czego ci trzeba, kupią. Zapłacisz przy odbiorze. przy okazji śmieci wyniosą". - mówię przez telefon. Brak reakcji.
Wczoraj oznajmiła, że bardzo chce wyjść, że musi wyjść, ale nie wychodzi, bo wie, że nie wolno. Zresztą padało.
Cóż, dopadł ją typowy syndrom więźnia. Jak nie można wyjść to się chce. Jak będzie można, to się pewnie odechce.

Z drugą koleżanka wdałyśmy się w dyskusje na temat istot należących do tzw. „ławeczki” - kulturalnie, inaczej zwanych „obszczymurkami”.

Nie, nie chodziło tu o konkretne osoby. Chodziło o problem.

Dlaczego oni tak długo żyją?
Dlaczego nie chorują?
Ot i zagwostka...

Nie da się ukryć. Ludzie z grupy nazwijmy ją „Ł” trzymają się wyjątkowo dobrze, jak na tryb życia, który prowadzą. Może pomoże nam w rozwikłaniu tego zagadnienia stary dowcip.

„Pani pyta dzieci w szkole, kim chciałyby zostać w przyszłości. Jasiu odpowiada, że menelem. Pytanie pani – dlaczego. Na to Jasiu:
  • Nie będę pracował, nie będę miał pieniędzy, nie będę miał problemów, co za nie kupić. Nie będzie mnie ścigał urząd podatkowy. Słowem – nie będę nerwowy. Czas będę spędzał w gronie przyjaciół. Przyjemnie będzie. I będę żył na świeżym powietrzu, co zapewni mi zdrowie”.
Kiedy tak przyjrzeć się wypowiedzi Jasia, to wszystko się zgadza. 

Większość chorób bierze się z nerwów. Pieniądze jak wiadomo, szczęścia nie dają. Do przeżycia człowiekowi niewiele potrzeba. Kawałek chleba i trochę wody. Takie pierwiastki potrzebne do życia. Przyjaciele – rzecz ważna. Dziś chyba najbardziej cierpimy z powodu braku kontaktu człowieka z człowiekiem. A jak wiadomo z obserwacji, menel menela w potrzebie nie opuści. Menele zawsze trzymają się razem. 

I podstawowa rzecz – pobyt na świeżym powietrzu!

Tego najbardziej nam teraz brakuje! Chcemy na spacer! Chcemy do lasu! Chcemy na działkę!

Ludzie z grupy”Ł” stale przebywają poza pomieszczeniami. Jeśli zaś w nich są, to są to pomieszczenia zimne, nieogrzewane i brudne. Jak sami „Ł” zresztą.

I tu chyba wyjaśnia się sprawa ich odporności na choroby.
W trakcie obecnej epidemii pojawiło się sporo tekstów o wpływie zwierząt domowych na ich właścicieli. Zwierzęta przenoszą wiele wirusów i bakterii. Dzięki temu ich właściciele mogą być na wiele zaraz uodpornieni. Warto również zauważyć, że zwierzęta potrafią się ze swoimi potrzebami dostosować do warunków, w których przebywają.

Kto wie, czy organizmy „Ł” mający na sobie i w sobie wszelkie bakterie, nie posiadają przeciwciał uodporniających ich na wszelkie choroby, w tym na małego, wrednego hitlerka też?

My nosimy maseczki, myjemy ręce, szorujemy klamki, a oni mają to gdzieś....

Nie da się jednak ukryć, że obecny wirus wygonił ich ze świeżego powietrza. Mojej „ławeczki” na terenie przed sklepem nie ma.....

Ale w kolejce po piwo lub wino marki wino "Ł"stoją. Przykładnie. Pokornie.

Gdzie piją?
Nieważne. Na pewno przeżyją, bo zahartowani.



czwartek, 9 kwietnia 2020

Narodowa kwarantanna XXVIII – Lekko nie będzie....


              film na dziś "Mój przyjaciel Hachiko" 

I można by powiedzieć o wczorajszym dniu „dzień jak co dzień”. Z wyjątkiem oczywiście wspomnień. Wczorajsze były wyjątkowe.

Wczoraj późnym wieczorem minęło dziesięć lat, odkąd do mego M3 trafiło małe, wystraszone zwierzątko. Trzęsło się na rękach córki, rozglądało lękliwie i lizało mnie po palcach zamoczonych w mleku.

Nie, nie kochani. To nie była dla nie miłość od pierwszego wejrzenia. Patrzyłam z niedowierzaniem, że w ogóle „coś” takiego w moim mieszkaniu jest.

Dziś oczywiście nie wyobrażam sobie życia bez Kulki. Obie godnie się starzejemy. Ja już dawno mam siwe włosy. Sunia zaczyna dopiero siwieć. Na pyszczku jest coraz bielsza. Od ponad roku jeździmy razem na „urlop”. Koleją. Tak, mój pies jeździ koleją. I to nie byle jaką. Bo wsiadamy w „pendolino”, do tzw. pierwszej klasy.
Nie, nie dla zwykłego wygodnictwa. Owe pociągi jeżdżą najszybciej, a w pierwszej klasie jest więcej miejsca. Pies  wygodniej i szybciej dociera do celu.

Jeśli chodzi o dzień dzisiejszy, to sunia ratuje mi życie. Mogę bez problemu wyjść z nią na spacer. Bo z psami można.

Zatem wieczorem powspominałyśmy z Kulką stare dzieje i nagle uświadomiłam sobie, że czegoś mi w domu brakuje.

Piwo jest? Jest.

Chleb jest? Jest.

Telewizor jest? Nawet dwa.

Nie ma dekoracji świątecznych. Bożonarodzeniowe dawno zdjęte, a wielkanocne.... gdzie są wielkanocne? No tak, jeszcze w szafie. Postanowiłam zabrać się za nie następnego dnia.

Wniosek?

Mały, wredny hitlerek tak mi we łbie zamotał, że zapomniałam o starannie przechowywanych palmach, plastikowych jajach, żółtych kurczaczkach i soli w kryształowej solniczce.

Skontaktowałam się też z rodziną, by ustalić kto co robi na te święta. W niedzielę wymienimy się potrawami i będzie prawie tak, jak byśmy święta spędzali razem.

Nie będziemy się odwiedzać, zgodnie z twierdzeniami „Nie wywołuj wilka z lasu”, „Dmuchaj na zimne”, „Przezorny zawsze ubezpieczony” (to chyba takie hasło z PRL-u?).

Nie tylko świątecznych dekoracji ostatnio mi zabrakło.

Przez dwa dni sąsiadka nie śpiewała nabożnych pieśni po ósmej rano. Dziś zaśpiewała. Po dziesiątej. Znaczy się jest wszystko w porządku.

Od dłuższego czasu nie widziałam przed blokiem osiedlowych pijaczków. Zamknęli się w swych mieszkaniach i piją w samotności?

Na wczorajszym popołudniowym spacerze z Kulką skręciłam na prawo zamiast, tradycyjnie, na lewo. Rety, jest osiedlowa ławeczka! Co prawda nie cała, ale przynajmniej część. Panowie stali od siebie w przepisowej odległości. Nie pili. Rozmawiali. Czyli mamy koniec świata. Wirus pokonał nawet zwolenników procentów na wolnym powietrzu. Nawet policja tego nie dokonała nękając ich od lat mandatami, przestrogami i aresztami tymczasowymi.

I bez wątpienia brakuje wody....
Nie chodzi o tę w kranie.
Chodzi o tę w ziemi.

Przy tak pięknej, słonecznej pogodzie przyroda powinna szybko budzić się do życia. Powinno być zielono.

Nie jest.

Trawa żółknie i nie przypomina tej, która była w czasie tegorocznej tzw. zimy. Pąki rozwijają się wolno i niemrawie (taki wyraz, staropolski). W zasadzie zamiast ziemi, mamy pod stopami piasek. Dziś martwimy się wirusem, jutro – upadłą gospodarką i suszą.

Lekko nie będzie proszę państwa....

środa, 25 marca 2020

Narodowa kwarantanna XIII – Wybory i nastolatka


film na dziś "Grease"

Zacznę od najważniejszego. Chodzi oczywiście o przesławne wybory prezydenckie. 

Kochani, ich nie będzie. Rządzący po prostu celowo i z premedytacją wnerwiają naród będący w opozycji do nich. Wysyłają również sygnał niepokoju do swego elektoratu. Parę dni przed wyborami ogłoszą, że wyborów nie ma i prędko nie będzie. Okażą w tym momencie litość dla całego narodu, opozycji też oraz udowodnią, że słuchają głosu ludu. I naród to kupi. Może nie cały, ale część tak! I będzie to ta cześć, która zagłosuje na …. wiadomo kogo. I w ten sposób wiadomo kto wygra.

Jest jeszcze jedna opcja. - rządzący są tak mocno wierzący, iż wierzą w cud uzdrowienia narodu do 10 maja.

Zaraz, zaraz, ale czy to jest teraz rzeczywiście najważniejsze? 

Może mnie, siedzącej w domu już się w głowie miesza? Czy naprawdę nie ma ważniejszych spraw?

Oczywiście, że są. Wszyscy wiemy jakie. Trzeba pokonać małego, wrednego hitlerka.

Rządzący ogłosili kolejne zakazy i nakazy. Nie ruszają mnie. Mam psa, wychodzić muszę. Wyszłam około 21.00. Pusto. Tylko gdzieniegdzie tacy jak ja – psiarze. Jeden oddalony od drugiego o ….. jakieś 50 do 100 metrów. Zastanawiam się, czy ktoś obecnie monitoruje, ile z osób posiadających psy jest nosicielem hitlerka, ile choruje, ile jest zdrowych. Pozornie powinniśmy być w lepszej kondycji niż ci, co muszą siedzieć w domu. Wszak wychodzimy na świeże powietrze, mamy trochę ruchu, może w przypadku ataku – przeżyjemy?

A powietrze jest super. Wczoraj w dzień chłodno, ale piękne bezchmurne niebo, wieczorem lekki mrozik. Aż chciało się oddychać pełną piersią. Tradycyjnie spędziłam godzinę na balkonie wystawiając twarz do słońca.

Jedna z moich czytelniczek zaproponowała, by zająć się tematem „Kto może coś kupić do zjedzenia na następny tydzień?”.

Zacznę inaczej. Nie ma to jak pokolenie wychowane na kolejkach z lat osiemdziesiątych, czyli takie jak ja. W domu zawsze coś do żarcia jest. Kiedy ogłoszono narodową kwarantannę, stwierdziłam, że na przez dwa tygodnie z głodu nie umrę. Ale jak narzucę sobie dietę odchudzającą, co w moim przypadku byłoby wskazane, przeżyję nawet trzy tygodnie.

Gorzej z tymi, co kupują jedzenie z tygodnia na tydzień. 

Rzeczywiście, nie mają wyjścia jak skorzystać z pomocy innych. Co ja bym zrobiła?

Najpierw skontaktowałbym się z rodziną i znajomymi. „Robisz zakupy dla siebie? Zrób i dla mnie!”. Gdyby to zawiodło, kontakt poprzez internet „Kto zrobi zakupy starszej pani?”. W Łomży jest taka grupa na wiadomym portalu, na którym można napisać o swoim problemie lub zaproponować pomoc.
Można jeszcze wesprzeć lokalnych restauratorów, którzy oferują jedzenie na wynos. Dzwonisz, przywożą...

Jest szansa, ze z głodu nie pomrzemy.

Tak więc myśląc, analizując spaceruję z sunią po opustoszałym osiedlowym skate parku.... 

Nagle, po ścieżce rowerowej obok mnie przelatuje wichura, tornado czy jak to zwał tak zwał. Postać na rolkach. Zasuwa w tempie F1. Podczas kiedy ja idę krokiem normalnym, postać mija mnie ze trzy razy, znaczy się robi trzy kółka. Mój pies, który zwykle na rolkowiczów i rowerzystów szczeka, tym razem nie ma szans.

Za czwarty razem osoba staje. Dotyka czapki i rozpoczyna rozmowę telefoniczną. O proszę, słuchawka w uszach. Przyglądam się. Nastolatka. Normalna nastolatka. Podejrzewam, że nie wytrzymała siedzenia w domu. Wyszła nocą na rolki i śmiga szybciej od wiatru. Dla relaksu, dla wyładowania energii. Pieszy patrol policyjny jej nie dogoni.

Teraz stoi, słucha i wreszcie odpowiada: „Mam to gdzieś. Sprawdzian mogę poprawić. W żadne pierdo.....ne projekty nie będę się bawić. Nie przeszkadzaj mi. Mam ważniejsze sprawy na głowie niż szkoła!”.

Rozłączyła się i pomknęła dalej....

Szalona? Normalna?

Sama nie wiem.... Wróciłam do domu, wypiłam ostatnie piwo.... Cholera, czy w ramach pomocy ktoś kupi mi jakiś sześciopak?


wtorek, 12 listopada 2019

Samotność



Samotność jest dla umysłu tym, czym dieta dla ciała.
- Luc De Vauvenargues

Bardzo się z Ewą lubimy. Spotykamy się „na piwie”, bo piwo też lubimy. Siadamy w najzwyklejszym pubie, bierzemy po szklance złocistego napoju i zaczynamy rozmowę. Najpierw tradycyjne „co u ciebie nowego”. Ewa mówi o remoncie klatki schodowej i problemach z oknami. Budynek jest zabytkowy, nowe okna muszą spełniać zalecenia architekta i trzeba wykonać je na zamówienie. A to podniesie koszt inwestycji. Tymczasem ludzie w kamienicy ubodzy… Ja wspominam o likwidacji pasów zieleni na osiedlu i zrobieniu na nich parkingów. Potem plotkowanie. A jak, trzeba trochę o innych ludziach, a nie tylko o sobie. Tym razem ja mam więcej do powiedzenia. Spotkałam niedawno wspólną znajomą. Oj, posunęła się w latach… źle wygląda. Jeszcze temat chorób. Wszak jesteśmy w takim wieku, w którym chorować wypada…

Rozstajemy się na skrzyżowaniu. Ewa idzie na swój przystanek autobusowy, ja na swój. Wracamy do domu.

Mieszkamy prawie same. Ewa ma kota, ja mam psa. Każda ma dwa pokoje z kuchnią i łazienką. W jednym pokoju – sypialnia, nieschowana pościel, ciemne zasłony na oknach, poduszka dla kota, legowiska dla psa, bałagan wokół laptopa. Drugi – z dużym telewizorem i stołem. Nasze mieszkania są dla nas miejscem spokoju, samotnią, w której nam dobrze. Chcemy położyć się spać, kładziemy się, nie chce nam się zmywać naczyń – nie zmywamy.
Nie mamy czasu na nudę. Każda lubi swoje towarzystwo. Żadna nie nudzi się sama ze sobą. W samotności łatwiej nam o spokój, wyciszenie się. Mamy czas na rozmyślania, wyciąganie wniosków i szykowanie planów na przyszłość. Nie prowadzimy domów otwartych. Nie odwiedzamy się wzajemnie. Nie chodzimy do innych ludzi. Oni też do nas nie przychodzą.

Jeśli chcemy spotykać się, wychodzimy z mieszkań. Idziemy na spacer z psem, kotem, do kina, do teatru, na mecz, na piwo, do parku, na zakupy, do lekarza, na koncert, na wernisaż… Jeśli chcemy spotkać się z innymi ludźmi, to też wychodzimy z domów… Nie czujemy się samotne. Lubiąc samego siebie, zawsze mamy dobre towarzystwo.

piątek, 22 marca 2019

Kampania wyborcza po raz drugi – wzrost kandydatów


1304324579_by_Przemo938_600

tekst z sierpnia 2018

Dzisiaj zrobimy przegląd kandydatów, którzy zaczęli się pojawiać jeszcze przed oficjalnym rozpoczęciem kampanii wyborczej.

Zacznijmy tym razem od miasta W. i nie jest to na pewno Warszawa.

W tym mieście rządzi szanowany prezydent. Poprzednie wybory wygrał w pierwszej turze z 80% poparciem głosujących. Szacun na mieście ma i jest nadzieja, że miasto wybierze go ponownie, bo bez niego nie przeżyje.

Swą kampanie wyborczą zaczął na sportowo. W mieście latem organizowany jest bieg masowy zwany półmaratonem. Nasz prezydent-kandydat zorganizował treningi dla biegaczy, w których sam aktywnie uczestniczył.

Bieganie z prezydentem było bezpieczne pod każdym względem. Zwłaszcza medycznym, co niezwykle ważne w czasie upałów. Wszak kandydat to nadal czynny lekarz – kardiolog do tego. Można zatem było sobie biegać bez obawy o skutki uboczne. Media dokładnie opisywały każdy trening i pokazywały foto uśmiechniętych sportowców - amatorów.

Prezydent miasta Ł. na początek swej kampanii wybrał natomiast marsz. Udał się wraz z pielgrzymami na Jasną Górę. Oczywiście pielgrzymka nie miała żadnego związku z wyborami, bo człowiek już na takie pielgrzymki chodził, zanim został prezydentem. Tak oczywiście twierdzą ci, którzy do kościoła katolickiego chodzą lub dojeżdżają samochodami. Na 99% zagłosują na pielgrzyma.
Pielgrzymki lokalne media nie śledziły. Wiadomo tylko, że doszła do celu i wszystkich przywitał biskup, który na pielgrzymkę dojechał.

Cóż, jakie miasto, taka kampania. Dla zdobycia głosów robi się praktycznie wszystko.
W poprzednim tekście wspomniałam, że w mieście Ł. pojawił się nowy, niezwykle ciekawy kandydat. 

Czas na niego.

Ciekawy już z samego założenia – dziennikarz. A ten rodzaj ludzi z reguły wie wszystko, wyśledzi aferę, ba, sam z mało znaczącego wydarzenia taką aferę zrobić potrafi. Wiem coś na ten temat, bo dziennikarzem byłam.

Dziennikarz, nazwijmy go D. , ogłosił swą kandydaturę na wiadomym portalu społecznościowym. Od razu pojawiła się liczna grupa deklarująca poparcie w wyborach. Odezwali się nawet ci, którzy do urn nie chodzą. Na D. oczywiście zagłosują!

Najciekawsze było jednak to, że kandydat nie ogłosił żadnego programu wyborczego.... Stał się przykładem, że wystarczy konkretna osoba, by poparcie zyskać.

W tym momencie, przed miesiącem to było, przypomniałam sobie fragment historii polskiego parlamentaryzmu.

Oto w roku 1990 powstała Polska Partia Przyjaciół Piwa, której założycielem był satyryk Janusz Rewiński. Początkowo traktowana była żartobliwie, zarówno przez twórców jak i pozostałych Polaków. Ale w 1991 roku partia wprowadziła do Sejmu szesnastu posłów! W swej kampanii wyborczej PPPP promowała kulturalny styl picia piwa w pubach (stylizowanych na angielskie), zamiast wódki. Miało to zwalczać powszechny ponoć w Polsce alkoholizm. Losy partii nie ułożyły się pomyślnie. Podzieliła się wkrótce na frakcje „Małe piwo” i „Duże piwo”, a jej twórca – Janusz Rewiński podsumował, że „piwo nie jest ani ciemne, ani jasne, jest po prostu smaczne”.

W związku z tą historią kandydowanie D. na prezydenta miasta też zaczęłam traktować z przymrużeniem oka. Nie tylko ja. Pojawiły się opinie, że to prowokacja dziennikarska, happening i próba zwrócenia na siebie uwagi.

Z tym ostatnim akurat się nie zgadzam. D. znany jest w Ł. od wielu lat i jego potrzeba parcia na szkło została zaspokojna.

Swe działania D. rozpoczął sprytnie, od pytania do potencjalnych wyborców – z brodą czy bez? Znaczy się, czy ma podczas kampanii wyborczej golić się, czy też nie. Temat ważny, wszak kandydaci korzystają z pomocy różnych wizażystów, fryzjerów, kosmetyczek, a czasami nawet psychologów. Patrzcie - oto D. nie wydaje na to pieniędzy! D. pyta wyborców! I do wyborców się dostosuje!

Zdania na temat brody były podzielone. Sądząc po kolejnych fotkach na wiadomym portalu D. postanowił się jednak golić. Podjął również próbę konstruowania programu wyborczego. Naczelnymi hasłami stały się słowa Dobro, Prawda, Piękno i Życzliwość w mieście. Obwieścił również, że eksperci pracują już nad programem w różnych dziedzinach i wkrótce ujrzy on światło dzienne.

I oto nagle pewnego dnia D. zadzwonił do mnie i …. zaproponował miejsce na liście wyborczej, bo tworzy komitet i szuka odpowiednich ludzi do pracy na rzecz miasta, znaczy się kandydatów na radnych.
CDN.



środa, 20 marca 2019

Upalna starość

 
P1200750

tekst z lata 2018

Ludzie, jak ja nie cierpię wysokiej temperatury... Dla mnie jest to powyżej 22 stopni... A teraz mam w domu 27.... Straszne....

Pies ciężko oddycha, leży pod drzwiami i ani myśli o zabawie...

Ja zamierzam coś napisać, znaczy się wyklikać na klawiaturze.... Co z tego, że wiatrak w pokoju włączony …. Co z tego, że wypijam litry wody.... Co z tego, że jem tylko zieleninę.... Kiedyś pomagało zimne piwo.... A teraz... Starszym ludziom w czasie upałów alkohol zakazany. Zresztą nie tylko starszym...

No więc właśnie, co to znaczy starszy człowiek....

Wczoraj rozmawiałam z sąsiadką. Już od kilku tygodni zauważyłam, że ma problemy ze słuchem. Pani jest bardzo religijna i każdego dnia, ok. 8.30, śpiewa pobożne modlitwy. Ostatnio robiła to bardzo głośno. Okazało się, że rzeczywiście ma poważne ubytki słuchu. Wracała właśnie z badania słuchu przygotowującego do zainstalowania w uchu aparatu słuchowego.

„I na starość będę miała słuchawkę w uchu! Będę wyglądała tak samo jak biznesmeni, co mają słuchawki od telefonu w uszach!” - poinformowała mnie z charakterystycznym dla niej humorem. Przytaknęłam głową. „Z wiekiem słuch staje się coraz słabszy. Normalne” - odpowiedziałam. „Pani to ma jeszcze dużo lat dobrego słuch, młoda pani jeszcze”.

Ów, przyjemnie mi się zrobiło. Pani rzeczywiście jest starsza ode mnie o dwadzieścia lat. Ma prawo mówić, że jestem młoda, mam tylko prawie sześćdziesiąt.

Na temat upału zdania mamy jednak takie same. Siedzenie w domu, woda i wiatrak przy zamkniętym oknie. Trochę szkoda słońca, bo trzeba kości wystawiać w jego kierunku, żeby słynna witamina D3 produkowała się w organizmie i chroniła wapń przed wypłukaniem, który z kolei zapobiega osteoporozie. Trudno, kości wystawi się na balkon w innym terminie, jak będzie chłodniej.

A więc jesteśmy obie stare czy nie?

Jedna z moich znajomych nie dopuszcza myśli o starzeniu się. Nadal uważa, że jest w stanie wykonywać wszelkie czynności jak dwadzieścia lat temu. Dziwi się tylko, że puchną jej nogi i ręce, a kręgosłup czasami nie pozwala podnieść się z łóżka. Chodzi od lekarza do lekarza i narzeka na służbę zdrowia. Mówię jej, że po prostu starzeje się i powinna zmienić niektóre przyzwyczajenia. Na skopanie ogródka przeznaczyć dwa dni, a nie jedno popołudnie. W kościele usiąść, a nie uparcie stać, twierdząc, że starszym trzeba ustąpić. „To ty jesteś teraz starsza” - próbowałam wytłumaczyć. Obraziła się.

Niedługo czeka mnie ważna uroczystość rodzinna. Muszę jakoś wyglądać. Z włosami sama zrobię porządek, córka zrobi mi makijaż, najgorzej z ciuchami. Wchodzę do jednego sklepu, drugiego, może i trzeciego.... rachubę straciłam. Mówię, że potrzebny ciuch na uroczystość. Wszystkie panie, jak jeden mąż, pokazują mi …. garsonki. Wszystkie w stonowanych kolorach, gładkie, proste i …. cholernie drogie. „Starszym paniom na uroczystość wypada ubrać się w garsonkę” - informują pokazując mi rzędy takich samych modeli, różniących się jedynie rozmiarem – od 46 do 60.

Sorry, wypadły to mi zęby, chociaż nawet nie to. Dentysta sam wyrwał i jestem w trakcie przymiarek protezy. Normalne, starość zębów też dotyczy. 

W garsonce nie pójdę. Nie będę jak każda starsza pani. Chodzę po szmateksach. Tam na pewno znajdę coś oryginalnego i niepowtarzalnego.

I tu zaczynają się przykłady co wypada starszej pani, a co nie. Chodzi o zachowanie. Starszej pani nie wypada oczywiście upić się, nawet zimą. A szkoda... bo kiedy pani nadużyje i straci równowagę, zawsze będzie mogła powiedzieć, że to zaburzenia błędnika.

Starszej pani nie wypada słuchać rapu, ba, rock też nie wskazany. Starsza pani ma chodzić na koncerty muzyki ludowej lub poważnej.

Na szczęście wolno jej biegać i ćwiczyć na plenerowej siłowni. Ta znajdująca się blisko mnie oblężona jest przez aktywnych seniorów. Kiedyś wypadało tylko chodzić z pieskiem.

Trochę więc ten świat się zmienia... Może i ja zaryzykuję... w lodówce chłodzi się super piwo.... alkoholowe... może nic mi się nie stanie... bo tak na sero nie wiem, czy już jestem starszą panią czy nie...
Polecam swój wiersz


wtorek, 12 marca 2019

Marność nad marnościami

P1090940

tekst z 2017

Dziś będzie o potrzebach materialnych, a właściwie o ich braku.... bo jest tak....
Przez siedem miesięcy ostro zasuwałam na półtora etatu i zarobiłam duuuużżżżo pieniędzy. Oczywiście wskazany przeze mnie zaimek nieokreślony to pojęcie względne. Co to znaczy dużo... każdy sądzi według siebie. Pewna znajoma, dowiedziawszy się, ile zarobiłam, wzruszyła ramionami. Ona w tym samym czasie zarobiła trzy razy tyle, ale o jedną piątą mniej niż w analogicznym okresie roku ubiegłego. I martwiła się, jak bez owej jednej piątej przeżyje. No dobrze, wiem, jest notariuszem, a nie nauczycielem polskiego.
Więc mam tę forsę na koncie i myślę, co tu z nią zrobić. Okazuje się bowiem, że nagły przypływ gotówki w głowie mi nie poprzewracał. Jem nadal to, co jadłam, ubieram się nadal w szmateksach, w domu mam wszystko, co do życia potrzebne....

Może by tak remont M-3.... Nie, generalny niepotrzebny, a malowanie ścian zaklepane na sierpień. Wymiana mebli? A po co? Stare jeszcze się nie rozwaliły, jak się rozwalą, kupię nowe. Szanse na to są jednak niewielkie, bo to solidny PRL. Przetrzyma nawet reformę sądownictwa.

Garnków też wymieniać nie będą, bo obecne są dobre, firankę do salonu kupiłam, nowe wyro do spania też... Zdecydowanie w chałupie nic więcej nie potrzeba.

Mogłabym pojechać za granicę, ale jakoś mnie nie ciągnie... Ludzie się dziwią. Byli w Paryżu, Wenecji, Barcelonie, a ja odwiedziłam dwa razy Litwę i raz Czechy. I wystarczy. Gdybym tak mogła pojechać do Egiptu, powłóczyć się wokół piramid, pospacerować po miasteczkach... ale gdzie tam... Człowiek jedzie do takiej Hurgady i trzęsie portkami, żeby go jakiś terrorysta nożem nie zadziobał. Siedzi w takim hotelu 24 godziny na dobę i odpoczywa. Choroba, siedzieć to ja se mogę we własnym M, nie muszę do Egiptu. Nie, nie odpowiada mi taki wypoczynek. Owszem, chciałabym pojechać... do takich Stanów Zjednoczonych na przykład, ale z konkretnym celem. Na mecze NBA – jeden w Madison Square Garden w New York, drugi w Staples Center w Los Angeles. Chętnie wybrałabym się do Australii i Nowej Zelandii, zobaczyć plenery, które wykorzystano przy kręceniu „Władcy pierścienia”. Niestety, aż tyle nie zarobiłam.

Ekskluzywne wczasy.... niby pomysł jest.... tak samo jak prywatnie do sanatorium... Niestety, przypomniała mi się inna znajoma.

Wybrała się właśnie prywatnie do sanatorium. Zakwaterowano ją w domu specjalnie dla takich prywaciarzy przeznaczonym. Zero ograniczenia wolności, jak w normalnych sanatoriach. Dostała klucz od drzwi wejściowych i mogła wracać, kiedy tylko chciała. I co z tego... reszta wracała do swych kwater przed 22.00 i zabawę kontynuowała we własnych pokojach. Znajoma wraca do prawie pustego budynku i nudziła się. Ani tu na noc nikogo nie przyprowadzi, ani się wieczorem z kim napić.... Poza tym wskazane przez lekarza zabiegi zaplanowano jej na … siódmą rano.... bo późniejsze godziny były już zajęte przez tych, co czekali w długiej kolejce do sanatorium.

Tak to ja nie chcę. Odczekam swoje i pojadę do sanatorium jak normalny człowiek.
Jeśli zaś chodzi o wczasy to też nic z tego. Nie lubię zorganizowanego wypoczynku, nie lubię wstawania na dzwonek o ósmej na śniadanie, o czternastej na obiad. Podczas luksusowego pobytu chciałabym jeść wtedy, kiedy będzie mi się chciało jeść oraz jeść to, co chcę jeść. Jak się okazuje, takie wymagania spełnia tylko wypoczynek niezorganizowany, czyli taki, z którego korzystam już od wielu lat.

Niedawno odwiedziłam Łańcut. Uczestniczyłam w radosnej imprezie w grupie znajomych i nie było to wesele. Chciałam zakwaterować się luksusowo, w nowym hotelu z super restauracją. Tylko po co? Moja impreza odbywała się w innej części miasteczka, a do restauracji mogę wpaść zawsze, by ekskluzywnie napić się piwa. Zamieszkałam w znajdującym się w pobliżu hotelu mniejszym budynku, za połowę ceny. I bardzo dobrze. Moja impra było wysokooktanowa i po powrocie do pokoju padałam od razu na wyro, bez filozoficznych pytań o to, gdzie i po co tu jestem.

W sumie więc okazało się, że nie mam potrzeb materialnych lub trochę inaczej – moje potrzeby materialne są na miarę moich możliwości.

A co z pieniędzmi... przydadzą się na kilka lat, na kilka imprez podobnych do łańcuckiej... bo u mnie w życiu nadszedł czas, by wreszcie zacząć żyć!