Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wielkanoc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wielkanoc. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 listopada 2021

Narodowa Wielkanoc 2021

 



    Znad morza wróciłam tydzień przed świętami. Nie, nie zabrałam się za porządki typu mycie okien. Okna wymyję, jak się ociepli. Pranie i tak muszę zrobić, a szykowania świat, czyli żarcia nie będzie. Syn z synową i wnukiem wyjadą do rodziny synowej, bo święta trzeba spędzać w ścisłym gronie rodzinnym, jak rzekł premier pewnego rządu. Owe grono znajduje się w odległości 450 km i trzeba do niego dotrzeć. Córka przyjedzie tylko na kawę. Zostaję więc sama i nic złego mi się nie stanie. W środku przedświątecznego tygodnia były urodziny wnuka, więc zrobiliśmy sobie taką Wielkanoc. Wszak to święto nie ma konkretnego dnia. My ustaliliśmy, że na potrzeby rodzinne odbędzie się pierwszego kwietnia. Nie, to nie żart. Wnuk się wtedy urodził.

    Radosne urodziny z balonami, nowymi zabawkami i tortem minęły. W piątek rano młodzi ruszyli w Polskę, a ja poszłam po jeszcze jedną butelkę wina. Tym razem czerwonego, bo biały wytrawny riesling stał już w lodówce.

    I w zasadzie nie byłoby o czym pisać, gdyby nie sobota. Bo.... wychodzę z psem na spacer i nie dowierzam własnym oczom. Wiem, że starość, wiem, że przy czytaniu używam +2,75, ale na odległość nigdy nie miałam kłopotów z widzeniem tego, co widzę.


Ujrzałam ludzi idących z koszyczkami.

Wielkanocnymi.

Ozdobionymi.

Z jajkami.

Barankiem.

Kiełbasą.


Co się dzieje? Co jest grane?

    Dzwonię do koleżanki do Wałbrzycha. Ona przez okno wychodzące na ulicę też widzi to samo. Twierdzi nawet, że czuje zapach kiełbasy. „A może to po znajomości święcą te jaja... ” - wysuwa teorię zgodną z duchem narodowym, że w Polsce to wszystko po znajomości można.

    Włączam laptopa. Zdjęcie za zdjęciem, fotka za fotką …. Kościół jaja święci! Nie każdy oczywiście, na zewnątrz budynku oczywiście, w maseczkach oczywiście, ale 99% ludzi z jajami bez sławetnego dystansu społecznego, czyli równie sławetnej odległości – półtora metra.

    I się wnerwiłam. Nie na jajka, kiełbasę czy baranka z cukru. Na wszystkich, którzy nie zamknęli kościołów i pozwolili na praktyki religijne, czyli na wywodzące się prawdopodobnie z czasów pogańskich święcenie pokarmów.


Jak to jest, że jedni mogą robić swoje, drudzy nie!


    Poniosło mnie. W sieci na wiadomym portalu wyraziłam swoją opinię. Oburzającą. Negatywną. Powołam się na Orwella i jego folwark o zwierzętach równych i równiejszych. Na dane statystyczne, którymi karmi nas telewizja. Każda. Bez wyjątku.

    I zostałam shejtowana. (rety, jak to się pisze.... mądry komputer wszystkie wersje podkreśla mi na czerwono.... a co tam, niech będzie jak jest.... wiadomo o co chodzi). Zawrzało złością, gniewem, białą gorączką i jadem. W stosunku do mnie oczywiście.

Jako były nauczyciel, hejtowany przez ponad trzydzieści lat przez uczniów, w czasach, kiedy nie znano słowa „hejt”, przeżyłam i nawet zaczęłam świętować. Otworzyłam wino czerwone wytrawne. Około siedemnastej wyszłam z psem na spacer w celu przewietrzenia psa i siebie.

Tym razem myślałam, że nie dowidzę z powodu nadużycia wina.

    Na skate parku ujrzałam młodych ludzi. Dużo młodych ludzi. Jak na dzisiejsze czasy - multum młodych w wieku od 15 do 25 lat. Stali w grupach. Jedni pili piwo. Drudzy palili papierosy elektroniczne. Policzyłam dokładnie – dziesięć osób w wieku 16+, podzielonych na dwie drużyny grało w koszykówkę na jeden kosz. Pod drugim tłoczyły się małolaty, takie 10+. Co się dzieje? Przystanęłam. Obok mnie przystanął zapach brudu i zgniłych jaj. „Widzisz pani co jest? Efekt jajek” - rzucił w moją stronę. Wypowiedź była dłuższa, bo co drugie słowo było polskie „ku...”. Wzruszyłam ramionami. „No widzi pani, skoro jaja można świecić, to i z kumplami można się napić” - wyciągnął butelkę tzw. „małpkę” , pociągnął i odszedł.

Jeśli święcenia jajek ma pomóc w powrocie do normalności, to czemu nie świecić?

    Do domu wróciłam w zdecydowanie lepszej formie fizycznej. Poprawiłam ciastem cynamonowym i dalszym ciągiem wina wytrawnego czerwonego. Kiedy w butelce pokazało się dno, byłam w całkiem niezłym nastroju.

    Kolejne dwa dni minęły spokojnie. Córka miała pecha. Na trasie do mamusi zepsuł się jej samochód. Trudno, też się zdarza, nawet w poniedziałek wielkanocny. Syn z rodzina szczęśliwie wrócił do domu, a ja wykończyłam butelkę wina wytrawnego białego.


poniedziałek, 13 kwietnia 2020

Narodowa kwarantanna XXXII – Policja bez akcji


film na dziś "Żandarm na emeryturze"

Wczorajszy dzień, czyli pierwszy dzień Świąt, minął tradycyjnie. Jak na kwarantannę przystało. Z rodziną wymieniliśmy się potrawami. Przed blokiem oczywiście. Bez żadnego kontaktu intymnego, bez podawania rąk ani przytulanek.

Pogoda natomiast była piękna. Zaliczyłam trzy spacery z psem.

I policję widziałam! 

A już zapomniałam jak wygląda na żywo. Ostatni raz widziałam przedstawicieli prawa w pierwszych dniach kwarantanny. Spacerowali wówczas po osiedlu i wypatrywali ludzi z naszej osiedlowej „ławeczki”.

Potem ślad po policji na osiedlu zaginął.

W akcji widziałam policjantów jedynie w filmach gangsterskich oraz w sieci na filmikach dostarczanych przez szarych obywateli.

Ostatnimi czasy nie był to ciekawy widok. Panowie na czarno wlepiali mandaty małżeństwu i rodzeństwu za chodzenie w odległości mniejszej niż dwa metry, za jazdę rowerem na trzeźwo, zakup hamburgera, spacer z dzieckiem. Sami oceniali co oznacza „wyjście z domu w ramach załatwianie niezbędnych spraw”. Niektórych konieczność oceniania wyraźnie przerosła i policja w pewnym momencie stała się tematem kpin. Zwłaszcza kiedy inwalida na elektrycznym wózku zwiał im sprzed nosa. Lub w momencie, kiedy policjant kazał się pojedynczemu człowiekowi zapoznać z informacją, iż ów uczestniczył w zgromadzeniu powyżej dwóch osób.

Lud filmował bzdury, umieszczał w sieci i nawoływał do nieprzyjmowania mandatów. Bo niezgodne z konstytucją.
Niektórzy przyjmowali, niektórzy nie. Ci co przyjmowali, mówili, że w naszym kraju brak wszelkiej stabilności a konstytucja łamana jest codziennie. Mandat może dziś jest nieważny, ale jutro nocą przejdzie jakaś ustawa z datą wsteczną i okaże się ważny.

W owym czasie nastąpiło zgromadzenie przed wiadomym pomnikiem. Ludzi było powyżej dwóch, nie zachowywali przepisowej odległości, nie nosili rękawiczek ani maseczek. Policja nie interweniowała. 

Oczywiście lud wzburzył się jeszcze bardziej. Zobaczymy, co z tej burzy wyniknie.

W każdym razie ja wczoraj stojąc na balkonie ujrzałam oznakowany wóz policyjny. Osobowy do tego. Znaczy się nikogo łapać nie będą. Patrolują.

Przejechali wolno pomiędzy blokami. Nawet na moje tzw. podwórko zajechali.

Znaczy się są. A już myślałam, że miasto zostało bez obstawy....

Miałam ku temu powody. Wszak ja mam psa i legalnie chodzę po osiedlu. W południe i późnym wieczorem. Jeszcze nigdy w ciągu owych 32 dni nie spotkałam żywych policjantów na osiedlowych terenach rekreacyjnych. Nikt mnie nie zaczepił. Nikt nie zapytał o zdrowie. Nikt się do niczego nie przyczepił.

Zupełnie jak za czasów przed zarazą.

Zdarza mi się wracać do domu po północy. Biorę wówczas psa i wyprowadzam na ostatni przed snem spacer. Z reguły wracam z jakiejś imprezy, czyli jestem w dobrym humorze. Żeby go utrwalić – biorę ze sobą piwo.

I tak sobie idę. I tak sobie marzę, żeby mnie ktoś tak przyłapał i wsadził mandat za picie alkoholu w miejscu publicznym.

Nic z tego. Nikogo. Dosłownie nikogo nie ma.

Teraz i przedtem.


niedziela, 12 kwietnia 2020

Narodowa kwarantanna XXXI – Na szlaku Alleluja


film na dziś "Na szlaku Alleluja" 

Tegoroczne przygotowania do świąt rzecz jasna przebiegały u mnie zupełnie inaczej. W ubiegłym roku gotowałam, piekłam. Akurat urodził się mój wnuk i święta spędzaliśmy w powiększonym gronie. Wspólnie święciliśmy jajka, wspólnie jedliśmy obiad....
Wczoraj przygotowałam jedynie sałatkę warzywną i babę wielkanocną. Przy kręceniu tej ostatniej (nie mikserem, własnoręcznie, takim czymś do kręcenia ciasta) dopadły mnie wspomnienia – wielkanocne.

To było w 1978 roku.... roku maturalnym. Kończyłam szkołę średnią i byłam zakochana. Na święta wielkanocne mama wyjechała do sanatorium. Ojciec z bratem skorzystali z zaproszenia na chrzciny do rodziny w innym mieście. Ja nigdy nie przepadałam za rodzinnymi zlotami. Złośliwie nazywałam je sabatami.

Zostałam w domu sama. Kupiłam trochę ciasta. Wędlina w domu była. Wymalowałam jajka. W sobotę wraz ze swym chłopakiem poszliśmy te jaja poświęcić. Umówiliśmy się na wspólne spędzenie świąt.

Pierwszego dnia spotkaliśmy się o szóstej rano przed drzwiami katedry. Poszliśmy na mszę zwaną „Rezurekcją”. O tej godzinie we wszystkich wypełnionych po brzegi kościołach rozbrzmiewały dzwony, a tłum śpiewał „Wesoły nam dziś dzień nastał”.
Było coś magicznego w tej rannej mszy.... Słońce właśnie wstawało i przedzierało się z mroków nocy.... piękna symbolika pięknego religijnego doznania....

Tak się wówczas czułam.... zwłaszcza, że obok stał ukochany....

Po mszy poszliśmy do mego mieszkania i zjedliśmy skromne świąteczne śniadanie. Po raz pierwszy razem, w ten szczególny czas, elegancko ubrani zasiedliśmy przy stole. Tylko we dwoje....
Było uroczyście i błogo.

Zaplanowaliśmy również dalsze świętowanie. Spotkamy się po wszystkich hecach rodzinnych, śniadaniach, obiadach, rozmowach z ciociami i wujkami. Oczywiście, że u mnie, wszak chata wolna.

W oczekiwaniu na spotkanie włączyłam telewizor. No nie, bez przesady, całego programu nie pamiętam. Był wyjątek. 

Amerykański film z 1965 roku „Na szlaku Alleluja”. Komedia westernowa. Ubaw po pachy. Faceci i whisky. Indianie i feministki. Słowem – siedziałam sama w domu i śmiałam się do łez.

Mój chłopak przyszedł wraz ze wspólnym kumplem. Spotkał go na ulicy, kiedy ten prysnął z domu. Miał dość rodzinnego sabatu. Przygarnęliśmy go pod nasze skrzydła. Niech człowiek nie będzie sam w te święta.

W sumie nie pamiętam, kto dostarczył zaopatrzenie w postaci tradycyjnego polskiego „pół litra” . Czy któryś z panów zwinął rodzinie, czy też ja zapobiegliwie kupiłam.... W każdym razie procenty były, jajka też, jakaś odrobina wędliny. Wystarczyło, by usiąść, pośmiać się, pogadać o przyziemnych sprawach, o szkole, nauczycielach, zbliżającej się maturze, pogodzie, obgadać innych znajomych i ponarzekać na rodziców.

Kiedy w butelce pokazało się dno, postanowiliśmy pójść na spacer. Było już ciemno. W prowincjonalnym miasteczku tradycyjnie nie było nikogo na ulicach. Doszliśmy aż do mostu na rzecze będącego równocześnie jedną z dróg wylotowych z miasta. Humor nam dopisywał i zaczęliśmy machać do nielicznych ludzi poruszających się samochodami. Kto miał większy ubaw? Pewnie my. Tamci patrzyli na nas co najmniej dziwnie.

Ktoś się nawet zatrzymał, pytając co się stało.
„Nic! Wesołych świąt!”
Nie zakumał. Posłał w naszą stronę wiązankę słowną, którą zwykle stosuje się w przypadku spotkania z osobą nadużywającą.

Rozstaliśmy się późną nocą. Każdy poszedł w swoją stronę.

Dziś, kiedy inni pytają mnie o wspomnienia związane ze świętami, przed oczami mam właśnie tamtą Wielkanoc. Zupełnie nie wiem dlaczego....

Ukochany wyjechał. Gdzieś mieszka w Polsce.... Kumpel mówi „Cześć” na ulicy.... 

Dziś znowu jestem sama w świąteczny dzień....
Oczywiście, zaraz zrobię jednoosobowe świąteczne śniadanie i włączę „Na szlaku Alleluja”!

Wesołych Świąt!

czwartek, 9 kwietnia 2020

Narodowa kwarantanna XXVIII – Lekko nie będzie....


              film na dziś "Mój przyjaciel Hachiko" 

I można by powiedzieć o wczorajszym dniu „dzień jak co dzień”. Z wyjątkiem oczywiście wspomnień. Wczorajsze były wyjątkowe.

Wczoraj późnym wieczorem minęło dziesięć lat, odkąd do mego M3 trafiło małe, wystraszone zwierzątko. Trzęsło się na rękach córki, rozglądało lękliwie i lizało mnie po palcach zamoczonych w mleku.

Nie, nie kochani. To nie była dla nie miłość od pierwszego wejrzenia. Patrzyłam z niedowierzaniem, że w ogóle „coś” takiego w moim mieszkaniu jest.

Dziś oczywiście nie wyobrażam sobie życia bez Kulki. Obie godnie się starzejemy. Ja już dawno mam siwe włosy. Sunia zaczyna dopiero siwieć. Na pyszczku jest coraz bielsza. Od ponad roku jeździmy razem na „urlop”. Koleją. Tak, mój pies jeździ koleją. I to nie byle jaką. Bo wsiadamy w „pendolino”, do tzw. pierwszej klasy.
Nie, nie dla zwykłego wygodnictwa. Owe pociągi jeżdżą najszybciej, a w pierwszej klasie jest więcej miejsca. Pies  wygodniej i szybciej dociera do celu.

Jeśli chodzi o dzień dzisiejszy, to sunia ratuje mi życie. Mogę bez problemu wyjść z nią na spacer. Bo z psami można.

Zatem wieczorem powspominałyśmy z Kulką stare dzieje i nagle uświadomiłam sobie, że czegoś mi w domu brakuje.

Piwo jest? Jest.

Chleb jest? Jest.

Telewizor jest? Nawet dwa.

Nie ma dekoracji świątecznych. Bożonarodzeniowe dawno zdjęte, a wielkanocne.... gdzie są wielkanocne? No tak, jeszcze w szafie. Postanowiłam zabrać się za nie następnego dnia.

Wniosek?

Mały, wredny hitlerek tak mi we łbie zamotał, że zapomniałam o starannie przechowywanych palmach, plastikowych jajach, żółtych kurczaczkach i soli w kryształowej solniczce.

Skontaktowałam się też z rodziną, by ustalić kto co robi na te święta. W niedzielę wymienimy się potrawami i będzie prawie tak, jak byśmy święta spędzali razem.

Nie będziemy się odwiedzać, zgodnie z twierdzeniami „Nie wywołuj wilka z lasu”, „Dmuchaj na zimne”, „Przezorny zawsze ubezpieczony” (to chyba takie hasło z PRL-u?).

Nie tylko świątecznych dekoracji ostatnio mi zabrakło.

Przez dwa dni sąsiadka nie śpiewała nabożnych pieśni po ósmej rano. Dziś zaśpiewała. Po dziesiątej. Znaczy się jest wszystko w porządku.

Od dłuższego czasu nie widziałam przed blokiem osiedlowych pijaczków. Zamknęli się w swych mieszkaniach i piją w samotności?

Na wczorajszym popołudniowym spacerze z Kulką skręciłam na prawo zamiast, tradycyjnie, na lewo. Rety, jest osiedlowa ławeczka! Co prawda nie cała, ale przynajmniej część. Panowie stali od siebie w przepisowej odległości. Nie pili. Rozmawiali. Czyli mamy koniec świata. Wirus pokonał nawet zwolenników procentów na wolnym powietrzu. Nawet policja tego nie dokonała nękając ich od lat mandatami, przestrogami i aresztami tymczasowymi.

I bez wątpienia brakuje wody....
Nie chodzi o tę w kranie.
Chodzi o tę w ziemi.

Przy tak pięknej, słonecznej pogodzie przyroda powinna szybko budzić się do życia. Powinno być zielono.

Nie jest.

Trawa żółknie i nie przypomina tej, która była w czasie tegorocznej tzw. zimy. Pąki rozwijają się wolno i niemrawie (taki wyraz, staropolski). W zasadzie zamiast ziemi, mamy pod stopami piasek. Dziś martwimy się wirusem, jutro – upadłą gospodarką i suszą.

Lekko nie będzie proszę państwa....

czwartek, 28 marca 2019

Kto nie lubi świąt?

W naszym kraju, ba, w naszej kulturze zwanej śródziemnomorską, oznajmienie, że nie lubi się świąt tych w zimie i tych na wiosnę, graniczy z profanacją, tych świąt oczywiście oraz jest jednym z największych przestępstw. Aż dziwne, że jeszcze nie umieszczono go w kodeksie karnym i nie wyznaczono kary, na przykład w postaci spędzanie każdego dnia jak w święta. Póki co musi wystarczyć potępienie przez żyjących, a po śmierci - jeden z dziewięciu kręgów piekła Dantego. Wyrażanie swej negatywnej opinii o świętach odbywa się w najtajniejszy sposób, znaczy się najbardziej zaufanym ludziom i z reguły po gorzale.

W ciągu mojego już długiego życia, spotkałam się wielokrotnie z takimi, co świąt nie lubią. I nie wnikajcie, czy byłam najbardziej zaufaną, czy dużo wypiłam.

Czas na podsumowanie rozległej wiedzy.
Pierwszą grupę niech symbolizuje znajoma X. Mieszka w rodzinnej posiadłości wielopokoleniowej, wielodzietnej rodziny. Na co dzień jest jej dobrze, bo teściowie nie marudzą, a babcia zajmuje się kotami. W okresie około świątecznym przeżywa horror.

Do siedziby rodu zjeżdża się cała liczna rodzina, wszak święta muszą być spędzane w gronie rodzinnym. 

Znajoma X, jako gospodyni siedziby, musi zająć się przygotowaniem do świętowania. W tym momencie należało by wyliczyć choć kilka czynności: sprzątanie 180 metrów kwadratowych, łącznie z piwnicą, (nigdy nie wiadomo, gdzie rodzina zajrzy, by sprawdzić stan rodzinnego gniazda), następnie przygotowanie odpowiednich miejsc do spania ( wujek Józek nadal lubi spać na starym sienniku, bo mu dzieciństwo przypomina), ugotowanie, upieczenie, zakupienie itd. itp. O kosztach finansowych rodzinnego zjazdu nie wspomnę. 

Oczywiście, że teściowie pomagają, rodzone dzieci i mąż też. Ale i tak trzeba wziąć przed świętami kilka dni urlopu.

Potem przez dom przechodzi tornado w postaci rodziny, które po dwóch dniach pozostawia po sobie brudną pościel, porysowane panele podłogowe, pobite naczynia i jeszcze kilka innych pamiątek. Znowu trzeba sprzątać. Dlatego znajoma X świąt nie lubi. Dla niej jest to czas wytężonej pracy. Po świętach odpoczywa w biurze potężnej korporacji.

Druga grupa to przedstawiciele tych, co powinni uczestniczyć w najeździe na rodzinną posiadłość, znaczy się tworzyć tornado. Tymczasem oni tego nie lubią. Nie lubią sztucznych min przy suto zastawionym stole, rozmów w stylu „A co tam u ciebie w pracy?”, bo święta są od tego, żeby od pracy odpocząć.... wspomnień, co się robiło, jak się było małym... wszak dzieci rosną i nie powinny wiedzieć wszystkiego, co robił ich tatuś, kiedy był mały.... nieustannego zapraszania do jedzenie „Ojej, nie smakuje ci, popróbuj jeszcze tego”....

Oczywiście można uczestniczyć w zlocie, jeśli jest blisko domu i w każdej chwili można się z niego ewakuować. Coraz częściej przeciwnicy takiego spędzania świat wykupują pakiet świąteczny w domu wczasowym „Jutrzenka” w górach lub nad morzem i wyjeżdżają. Społeczeństwo solidarnie ich potępia, wszak święta należy spędzać w gronie rodzinnym, przy bigosie cioci Marysi, a nie w podejrzanym hotelu ze śniadaniem w postaci stołu szwedzkiego.

A co najciekawsze, mimo głośnego potępienia, coraz więcej rodzin wybiera taką formę spędzania świąt....

Dochodzimy do kolejnej grupy – ludzie ciężko pracujący, zwłaszcza single. Ci traktują święta jako dni odpoczynku. Najpierw toczą bój z rodziną, bo nie zamierzają uczestniczyć w żadnych jedzeniach, spotkaniach i piciach. Z tego właśnie powodu nie lubią świąt. Świat chce ich zmusić do świętowania w jeden określony sposób. Tymczasem ono chcą się wreszcie porządnie wyspać. Chcą wreszcie spędzić dzień w szlafroku przed telewizorem oglądając po raz enty przygody Kevina. Chcą posłuchać w ciszy ulubionej muzyki.

Kto jeszcze nie lubi świąt? Bardzo często ludzie samotni... Bardzo często nie dlatego, że są samotni. Bardzo często mają wrażenie, że ludzie obcy, zapraszając ich na święta, okazują litość. A oni tej litości nie chcą, po prostu. Spędzone w obcym gronie Wigilii nie uwalnia od trudnych wspomnień, od zapomnienia, że jest się samym. Czasami wręcz przeciwnie – potęguje owe uczucia...

Pozostaje już tylko wysnuć wniosek.

Wszyscy, co nie lubią świąt, jakoś je przeżyją. Życzę im wszystkiego najlepszego w poświąteczny czas!


niedziela, 17 marca 2019

Poprawne święta


biesiada12

tekst z kwietnia 2018

Jako człek odbiegający od standardów, święta spędzałam inaczej niż standardowa większość. Tegoroczne udało mi się jednak spędzić normalnie jak większość, co dla mnie było zjawiskiem wyjątkowym, prawie egzotycznym. W czasie ich trwania prowadziłam obserwacje socjologiczno-psychologiczno-obyczajowe. Następnie skonsultowałam je ze znajomymi, którzy święta spędzają jak obyczaj każe. Wszędzie było podobnie.

1. Poprawne święta to czas, kiedy spotyka się jeśli nie cała rodzina, to przynajmniej jej większość. Podstawową sprawą jest ustalenie miejsca spotkania głównego, znaczy się biesiady. Potem następuje zjazd rodziny przebywającej poza miejscem jedzenia i picia. Przyjeżdżający trafiają pod sufit krewnych i oto liczba mieszkańców M- ileś powiększa się dwukrotnie lub nawet więcej. Na podłogach materace, w łóżkach tłok. Ludzie z reguły są niewyspani, gdyż babcia Zosia lunatykuje. Wujek Henio chrapie. Niemowlę Stasia płacze, bo ma kolkę, a głowa rodziny wstaje o szóstej rano, by wyprowadzić psa. Pies oczywiście szczeka i budzi tych, co chcieliby choć w święta pospać do ósmej.
Ale wszyscy dzielnie zaciskają zęby, piją kawę, wszak są święta.

2. Podstawowym etapem świąt jest biesiada. Wówczas do grona tych, co przyjechali, dołączają miejscowi. Trzeba więc mieszkanie powiększyć. I tak rozkładany stół zostaje powiększony o biurko licealisty Tomka, bo są tej samej wysokości. Od sąsiadów wyjeżdżających na święta, pożycza się krzesła i taborety. Czasami nawet zastawę stołową. Mogą bowiem pojawić się niespodziewani goście, zwłaszcza w wigilię.

3. NAJWAŻNIEJSZA SPRAWA przed rozpoczęciem biesiady – wybór kierowcy, czyli osoby, która będzie odwoziła gości do domu. Taki wybraniec może jedynie jeść. Dobrze, jeśli w gronie rodzinnym jest posiadający prawo jazdy abstynent. Od razu wiadomo, kto siądzie za kółkiem. W innym przypadku każda rodzina kieruje się własnymi zasadami typu: „Szwagier, ja woziłem w Boże Narodzenie, teraz kolej na ciebie”.

4. Obowiązują również zasady usadzania przy stole. Seniorzy rodu siadają w jednym miejscu, małolaty w drugim. Młodzi bardziej folgują sobie podczas imprezy, oddział geriatryczny zdecydowanie mniej. Bacznie obserwuje poczynania młodych. Oczywiście roczniki można wymieszać, co się z reguły dzieje około północy. Nie każdy jednak senior do tego czasu wytrzymuje. Taka ja nie wytrzymała....

5. Poprawne święta to jedzenie w nadmiarze. Na stole cholesterol i cukier. I tu zaczyna się problem dla osób mających problemy żywnościowe.

Taka ja na przykład, ma cukrzycę. W czasie poprzedzającym każdą biesiadną imprezę łykałam zawsze podwójną porcję leków i organizm jakoś wytrzymywał. W tym roku postanowiłam utrzymać poziom cukru w normie bez farmakologii. Ludzie! Ile trudu mnie to kosztowało! Kawałek białej kiełbasy zjadłam dopiero wówczas, kiedy biesiadny sąsiad przekroił swoją na pół i mogłam obejrzeć, czy nie jest zbyt tłusta. Do picia tylko woda. Pozwoliłam sobie na luksus – gazowana. Odpadły smażone ryby ( a mówią, że to danie postne....), schab ze śliwką, karkówka pieczona i …. odpuśćmy sobie wyliczankę. No i żadnego alkoholu, co dla mnie w okresie świąt jest wyczynem heroicznym, godnym upamiętnienia pomnikiem na Placu Piłsudskiego.

Gorzej mają w święta alergicy. Ci, zanim sięgną po sałatkę, muszą wypytywać gospodynię z czego jest, w obawie, by nie zawierała takiego na przykład słonecznika.

6. Poprawne święta to poprawna rozmowa przy biesiadnym stole. Broń Boże tematy kontrowersyjne i burza mózgów. Nie reformujemy politycznie państwa polskiego, nie wprowadzamy zmian w służbie zdrowia, jeśli w gronie biesiadników jest lekarz i niech nas święta chronią przed tematami religijnymi. Łatwo możemy obrazić czyjeś uczucia religijne. Można wspominać stare dzieje. Cześć gości wie o co chodzi i rechocze, druga cześć wypytuje. Panie mogą rozmawiać o ciuchach i potrawach, panowie o autach i sporcie. Stan zdrowia też jest tematem obecnym przy biesiadnym stole. Z reguły bywa też temat przewodni – wesele, chrzest, komunia, czasami nawet pogrzeb.

Po części oficjalnej, następuje część mniej oficjalna, ale taka ja, przedstawicielka seniorów do takowej nie wytrzymuje, zatem nie wiem jak wygląda.

Drugiego dnia świąt rodzina rozjeżdża się do domów. Podczas jazdy autostradą A2 zahaczają o wiadomy fast food. I mimo że w bagażniku w pudełkach po lodach świąteczne żarcie czyli tzw. gościniec, przynajmniej ciepłe ciastko do kawy musi być. Swoje w kolejce trzeba odstać, bo niektórzy posilają się hamburgerami i frytkami, by po świątecznej wyżerce jak najszybciej wrócić do rzeczywistości. W lokalu zatem tłum.

Zupełnie tak jakby się u cioci nie najedli....

Świętujemy!

 585cf02c002c8_osize1068x623crop0.0000x0.0482x1.0000x0.6724q71he1d31a

tekst z marca 2018

Święta, jak to mówią, za pasem, czas zatem na kilka refleksji o tym, jak je spędzamy. Oczywiście powinni się tym zająć socjolodzy, ale ciocia Grażynka też może dorzucić kilka uwag.
Podstawowy podział świętowiczów, znaczy się nas, to grupa, która na święta wyjeżdża z rodzinnego domu i grupa, która w nim zostaje.

Pierwsza jest mniej liczna, ale uwaga – coraz liczniejsza. Naród nam się przemieszcza i pojęcie domu rodzinnego staje się coraz bardziej abstrakcyjne. Taka ja nigdy nie wyjeżdżałam na święta, teraz, wraz z powiększeniem rodziny , na czas świąteczny wyruszam w Polskę.

Jeśli jedziemy do rodziny, zabieramy oczywiście ze sobą swoje własne reprezentacyjne produkty. W moim przypadku jest to pasztet, baba, a na miejscu robię sałatkę warzywną, butelka czegoś mocniejszego regionalnego, znaczy się nalewka albo własnej produkcji wino i oczywiście symbolicznie coś dla najmłodszych (choroba, w tym roku kazano mi kupić zajączki, jeszcze nie mam, a wyjazd tuż, tuż). O resztę produktów troszczy się rodzina na miejscu. Konsultując sprawę z innymi wyjeżdżającymi tak to mniej więcej w moim środowisku wygląda.

Są ludzie, którzy wyjeżdżają na tzw. wczasy świąteczne do pensjonatów, hoteli i innych ośrodków. Ci nie troszczą się kompletnie o nic. Świętują, jedzą, spacerują, bo z reguły wyjazd jest do ciekawej turystycznie miejscowości.

Wyjazdy na święta mają swoje dobre strony. Nie trzeba stać w kolejkach po produkty do przetworzenia na wielkanocne przysmaki, których i tak po świętach dużo zostaje. Nie trzeba stać przy kuchni, żeby je wykonać, a i tak nie wszystkim wszystko będzie smakować. Nie trzeba przy tym kląć i narzekać, że jajka za drogie, karp za mały... że nigdzie nie można dostać cynamonu w kawałkach, a z ceną karkówki to już przesadzili. Nie trzeba przeliczać ile osób zasiądzie do świątecznego stołu i ile kto zje. Bo, nie daj Boże czegoś zabraknie, obciach dla pani domu. Lepiej więcej i potem wywalić, niż mniej i być obgadanym przez ciocię Zosię.

Mieszkanie też trzeba generalnie posprzątać, gdyż ciocia Marysia lubi białą rękawiczką sprawdzać stan kurzu na szafce w łazience i lustruje wnętrze toalety.

I to co powyżej zostało zapisane, dotyczy tych, co nie wyjeżdżają. Nazywa się to przedświąteczną gorączką, o której już pisać nie będę.

Ci co zostają albo goszczą ludzi u siebie albo goszczą się u innych. Z reguły następuje wymiana. Pierwszy dzień świąt tu, drugi tam.

I teraz mamy problem.

Niektórzy stosują zasadę barteru. Dziś jemy u nas, jutro u was. Każdy stara się jak może, by stół uginał się pod ciężarem potraw, których oczywiście nikt nie zje w ciągu jednego wieczora. Nazywa się to gościnność.

Ale ja poznałam inną zasadę. Otóż do domu, w którym odbywa się gościna przychodzący ludzie przynoszą swoje potrawy. Na stole pojawia się różnorodność potraw od chińszczyzny świątecznej po wykwintne kiełbasy domowej produkcji. Stół też się ugina pod ciężarem potraw i też nie wszystkie zostają zjedzone. Ale... kiedy goście opuszczają miejsce spotkania, otrzymują w pojemnikach potrawy, których nie przygotowali. Klasyczny barter.

Mnie się to podoba. Moim znajomym niekoniecznie. Uważają, że jest to brak gościnności.
Czyli jedzenie mamy za sobą. Co robimy oprócz jedzenia? Powinniśmy iść do kościoła. I idziemy! Wierzący i niewierzący w święta chodzą do kościoła! Zaczyna się od pasterki, święcenia palm, potem jajek. Szkoda, że Kościół Katolicki zlikwidował rezurekcję – mszę o szóstej rano w Niedzielę Wielkanocną. Tam dopiero były tłumy, zwłaszcza tych, co to raz koło Wielkiej Nocy do świątyni trafiają. W święta rośnie średnia statystyczna osób odwiedzających miejsce religijnego kultu.

Czyżby nawrócenie? Nie kochani, nie. Obrzędy związane ze świętami traktujemy jako tradycję. Przeszczepiamy je dzieciom jakże często bez religijnej otoczki. Bo co mamy współczesnemu pokoleniu powiedzieć, że Wielkanoc dziwnie splata się z pełnią księżyca , Boże Narodzenie z rzymskim obrzędami ku czci Saturna, a prawosławni obchodzą święta kiedy indziej, bo w ich religii jest inny kalendarz? 
I dobrze, najważniejsze jest świętowanie. Zawsze to dni wolne i przynajmniej szefa człowiek pracy nie widzi.

Kochani, osobnym tematem jest spędzanie świąt przez młodzież.... ale to zagadnienie zostawię na Boże Narodzenie....

Wesołych Świąt! Niech kac was nie pokona, a wątroba wytrzyma!


Harry Potter i stare ciuchy z palmą w Orlenie


cutediabocaricaturaclipartevetor_csp50899803
tekst z marca 2018

Oj, dzieje się dzieje wokół mnie, a właściwie w sieci. Bo siedzę dziś w domu. Bo czasami dziś leżę. Szłam sobie spokojnie ulicą i nagle wykonałam klasyczny pad siatkarski. Coś się na dole poplątało, coś było krzywe i bach, rozłożyłam się na brzuchu. Póki co siniaków nie ma, kolana trochę bolą i strzyka w prawym boku. Nie, nie wybieram się jeszcze do lekarza. Jak rozboli więcej, odwiedzę jutro tzw. pogotowie ratunkowe. Dziś i tak bym nie dostała numerku do lekarza pierwszego kontaktu, kazano by mi przyjść w poniedziałek o szóstej rano, by dostać numerek na wtorek. Z fizycznym urazem po upadku lekarz przepisze mi maść przeciwbólową i wyśle na prześwietlenie. Płytę z prześwietleniem odbiorę w środę. W czwartek trafię ponownie do lekarza. Kto wie, może odeśle mnie do ortopedy, do którego trafię pewnie za miesiąc. ... A jeśli pójdę na pogotowie, to w ciągu paru godzin obejrzy mnie lekarz, zrobi prześwietlenie i człek będzie wiedział, czy ma żebra połamane, czy potłuczone. Jedyna metoda na szybkie załatwienie sprawy.

Czyli pierwszą sprawę bieżącą mam załatwioną. Teraz kolejna – Harry Potter. Otóż w szkole w Lubartowie odwołano Tydzień Harrego Pottera, gdyż książki o nim propagują satanizm, są sceny na cmentarzu i upuszczanie krwi. Taką opinię wyraziła mniejszość rodziców i większość nie protestowała, zaś dyrektor pochylił się w stronę owej mniejszości i Harry został zakazany. W tej całej historii nie młody czarodziej mnie najbardziej zainteresował. Wszak znam „Dziady”, „Panią Twardowską” Mickiewicza, „Mistrza i Małgorzatę” Bułhakowa, o „Fauście” Goethego i Starym Testamencie nie wspomnę, wszelkie szatany nie są mi zatem obce.

Chodzi o to, że prawa mniejszości stanęły ponad prawami większości, a owa większość na to pozwoliła, nie walcząc o swoje prawa. No właśnie.... na naszych oczach powstaje nowe prawo, w którym większość jest totalnie bierna i pozwala sobie naskoczyć tu i ówdzie.

Sprawa w podstawówce w Lubartowie to przykład postawy naszego społeczeństwa wobec wielu innych spraw.

Ludzie, zacznijcie myśleć...

Kolejny internetowy nius vel news to ogłoszenie parafialne z Sanktuarium Matki Bożej Królowej Polskich Męczenników w Warszawie przy Alei Stanów Zjednoczonych. Oto ono:
„Przyszła niedziela – Niedziela Palmowa. Obrzęd poświęcenia palm na każdej mszy świętej. Palmy kupione przed bramami kościoła nie przyjmują na siebie wody święconej. Zaopatrujmy się w palmy przed kościołem, a nie u handlarzy, którzy w ramach ludzkiej naiwności , kręcą swój biznes.”
Cóż, palmy przed bramami – wodoszczelne nie są godne święconej, bo od handlarzy tych spod bramy. Te, od handlarzy spod kościoła – godne, by ktoś nad nimi miotełką, sorry, kropidłem pomachał.
Oczami wyobraźni widzę kościół z palmami spod bramy. Ksiądz macha, leje wodę, a tu nic, wszystko spada na posadzkę, zalewa katakumby, a pochowani w nich zmarli wstają z grobów rzucając klątwy na żywych, bo woda spływając po palmie już święcona nie jest.
Takie palmy zapewne szerzą, podobnie jak Harry, satanizm, którym tym razem kręcą biznesmeni spod bramy.

Kolejna sprawa to plotka, że na stacjach benzynowych Orlenu nie będzie pisemek dla panów, kiedyś zwanych „świerszczykami”. Mowa oczywiście głównie o „Playboyu”, który w dzisiejszych czasach jest zupełnie przyzwoitym czasopismem. Czyżby źle wpływał na kierowców? Może są jakieś dane statystyczne ukazujące wpływ zakupu „Playboya” na ilość wypadków? W sumie tematu nie rozgryzłam. W otoczeniu poprzednio przeze mnie omawianych owe kolorowe pisemko jawi się jako kolejny przykład propagowania satanizmu. A szatan jak wiemy ma zły wpływ na wszystko.
Proponuję więc wezwać najpierw na Orlen egzorcystów. Teren najpierw trzeba oczyścić. Samo usunięcie czasopisma nie pomoże.

Zaraz, zaraz.... to święcenie dystrybutorów, jakie często się zdarza przed oddaniem stacji benzynowej do użytku, już nie chroni przed wpływem diabła?

Ale to nic. Parę dni temu odwiedziłam szmateks vel lumpeks sieci „Szmizjerka”. Akurat była wyprzedaż – 1 zł za sztukę. Przyszło sporo narodu. Każdy napakował w koszyk ile mógł i stanął do kasy. A tam dopiero szatan narozrabiał!

Każda sztuka, znaczy się każdy ciuch, był dokładnie oglądany przez panią w celu zakwalifikowania do odpowiedniej grupy towarów. Po tej czynności pani na specjalnej tablicy odnajdywała kod grupy i skanowała go. Nie, nie, jeszcze nie koniec. Następnie ciuch wędrował na wagę i był ważony. Przede mną pani kupiła co prawda tylko sześć sztuk, ale każda była z innej grupy i miała inny kod. Czekając cierpliwie policzyłam kody na tablicy – 76 – słownie siedemdziesiąt sześć. Ja miałam sztuk jedenaście z sześciu grup. Kolejni klienci postanowili wspomóc biedne dziewczę przy kasie, wywalali ciuchy na podłogę i próbowali pokwalifikować sami swoje szmaty. Oj, nie było to proste, bo damski T-shirt ma inny kod niż męski, o podziale majtek na nie wspomnę. Najlepiej mają biustonosze.

I tyle chyba na dzisiaj.

Potłuczone żebro póki co mocniej nie boli. A szkoda, bo wizyta na Pogotowiu to zawsze niewyczerpalne źródło tematów do blogowania...