Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mecz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mecz. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 kwietnia 2020

Narodowa kwarantanna XLV – Sztuka dla sztuki


                      film na dziś „Skrzydlate świnie”

Wczorajszy dzień poświęciłam na wiosenne porządki w ciuchach. To znaczy ciężkie, grube swetry, nieco chudsze dżinsy i w miarę lekkie bluzki zamknęłam za pomocą odkurzacza w workach. Z nich wcześniej wyjęłam przewiewne sweterki, cienkie „rybaczki” i bluzeczki typu „mgiełka”. Znaczy się jesienno-zimowe zajęły miejsce ciuchów wiosenno-letnich i odwrotnie.
Okazało się, że przez pół roku ani nie przytyłam, ani nie schudłam. Wszystko pasowało i nic nie wrzuciłam do kontenera z napisem „Pomoc dla ubogich z pis”.

Potem wysłuchałam dwóch płyt, winylowych oczywiście, Pink Floydów. „The Wall” to wydanie dwupłytowe, więc w sumie płyt było sztuk trzy. Obejrzałam „Ziemię obiecaną”. Z kasety VHS nagranej własnoręcznie jeszcze przed tym, jak Wajda, też własnoręcznie, pociął taśmę i usunął najlepsze kawałki z Kaliną Jędrusik w pociągu. Jak młodzi nie wiedzą, o co biega, niech sobie poszukają. Mają internet od tego.

Wieczorem skupiłam się na przygodach Jamesa Bonda. Musiałam na ten czas przeprosić TVP1, bo tam był film. Szybko sobie to wybaczyłam, bo akurat „Skyfall” z Danielem Craigiem lubię, chociaż za samym Danielem nie przepadam.
W każdym razie owe liczne zajęcie na kwarantannie nie pozwoliło mi skupić się na bieżących wiadomościach.

Usłyszałam coś o odmrożeniu sportu i uruchomieniu „Orlików”.
Nie odmrozili? Przechodziłam niedawno obok jednego i lodowiska już tam nie było...

Usłyszałam, że ruszyć ma piłka nożna i żużel. Znaczy się sport zawodowy. Mecze ligowe będą.

Bez kibiców.

I jako kibic, niektórzy mówią nawet, że kibiol, mam sporo do powiedzenia na ten temat.

Jeszcze nie tak dawno zawodnicy krzyczeli do kibiców „Gramy dla was!”. Modne było twierdzenie „Mecz dla kibiców, nie dla sędziów!” Kibice stanowili właściwie sens sportowego widowiska. Tak jak widzowie w teatrze lub w kinie. Spektakl robi się dla widzów. Film kręci się też dla nich.

Ja może piszę częściowo w celach terapeutycznych (żeby nie zidiocieć na kwarantannie, rzecz jasna), ale chcę również, by ludzie mnie czytali. Nawet uznając, że to, co piszę jest idiotyczne.

Ale mecz bez kibiców? I to nie za karę?

Oczywiście, ze znalazłam odpowiedź na zagadnienie. W świecie sztuki.

Oto hasło „sztuka dla sztuki” (fr. l'art pour l'art), czyli sztuka jest celem sama w sobie. Poeta pisze dla siebie, malarz maluje dla siebie. Dzieło jest dziełem samo w sobie. Po raz pierwszy słynnego hasła użył w 1818 w swojej książce „O prawdzie, o dobru i o pięknie” Victor Cousin. „Hasło było wyrazem sprzeciwu wobec utylitaryzmu w sztuce, spełnianiu przez nią innych, oprócz estetycznych funkcji. Dzieło miało być doskonałe w swej formie, bez przypisywania nadmiernego wydźwięku, np. edukacyjnego czy politycznego. Koncepcja ta przewija się w poglądach wielu pisarzy i filozofów”. Hasło propagowane było przez niektórych twórców polskiego i europejskiego modernizmu, znaczy się na przełomie XIX/XX wieku, bardziej w stronę tego pierwszego.

Tłumacząc z polskiego na nasze, moje pisanie ma być ładne, ale wcale nie musi pełnić funkcji ideowej. Może być również brzydkie, jak się komuś nie podoba, ale nie musi pełnić funkcji poznawczej.

Czy zastanawialiście się, po co w domu są takie kwiaty w wazonie? 

Sens umieszczania paprotki i aloesu w doniczkach jest wiadomy. Ten oczyszcza powietrze, tamten kwiat leczy.

A taki tulipan? 

A taki goździk?

Nic, nul, żadnego pożytku.

A jednak jest.

Bo ładny. Taka sztuka dla sztuki.

Czy teraz piłka nożna i żużel będzie czymś takim? Kopiemy i jeździmy wokół stadionu dla samej idei kopania lub jazdy?
(Szczerze mówić nie dosłyszałam, czy zawody będą odbywały się równocześnie? I tu stadion, i tu stadion....)

Czekam więc z utęsknieniem na pierwszy mecz bez publiczności. Oczami wyobraźni widzę kibiców stojących pod stadionem w przepisowej odległości od siebie. Tak jak podczas protestów bodajże w Izraelu. Kibice stoją i też krzyczą. Na przykład "Sędzia wuj!" Bo sędzia zawsze jest ...ujem. 

Bo kibic meczu nie odpuści.

Oczywiście dotyczy to tylko „kopanej”. Głos wydawany przez żużlowy motocykl zagłuszy niestety każdego kibica.





niedziela, 23 lutego 2020

Plastik I - Eko w wałbrzyskiej toalecie




Ile razy mam powtarzać, że jestem eko, na ile życie mi pozwala - jestem eko. Jeszcze nie żądam szklanometalowych strzykawek do zastrzyków ani igieł gotowanych w pojemniku na igły.  
Jeszcze nie wyrzucam plastikowych prezentów, laptopa wykonanego z plastiku ani miski do wodnego masażu stóp też plastikowej z elektrycznymi elementami pewnie metalowymi, bo wiem, że w blaszanej szlag może mnie trafić.

Ostatnimi czasy zauważyłam jednak, że każde poparcie elementów plastikowych wzbudza sprzeciw elementów eko. Znaczy się tych, co walczą z plastikiem. Jest chyba zupełnie tak, (piszę „chyba”, żeby mnie eko nie zlinczowało) jak za socjalizmu z kościołem. Każdy atak na tę instytucję, był przyjmowany jako atak na samego Stwórcę. Pozostałości tego zjawiska mamy do dziś.

Dziś powiedzenie, że plastik jest spoko i w porzo oznacza zagrożenie publicznym linczem.

Kochani, podejmę to ryzyko. Trudno, najwyżej nie przeżyję kolejnego pobytu na Rodzinnej Ziemi, czyli w Wałbrzychu i zgodnie z ostatnią wolą spocznę w wałbrzyskiej ziemi.

A wiecie jak mocno Wałbrzych kocham, oj kocham....

Otóż moje ukochane miasto w osobach przedstawicieli władz postanowiło walczyć z plastikiem, czyli ograniczyć lub wręcz zniwelować jego użycie na terenie instytucji podległych władzy miejskiej.
Uchwalono, że w owych miejscach będzie obowiązywał zakaz posiadania, przynoszenia, używania i sprzedaży jednorazowego plastiku. Wchodząc na teren np. zamku Książ nie wolno zatem mieć przy sobie plastikowej butelki z wodą, o jednorazowym widelcu już nawet nie mówmy. Podobnie w teatrze, muzeum. Jeszcze co prawda nie ustalono, w jakiej wysokości kara będzie, ale cykor jest.

Na wysokości zadania stanął wałbrzyski Teatr Dramatyczny. Widzom oferował bezpłatnie wodę z cytryną. Stały takie szklane dzbanki i szklaneczki, człek podchodził, wlewał i pił. Z przyniesionej swojej plastikowej nawet nie skorzystałam. 
(Rety, wniosłam plastikową na teren instytucji miejskiej! Czeka mnie kara!)

Pozytywnie nastawiona do miejskich instytucji poszłam na mecz do wałbrzyskiego Aqua Zdroju. 

Przy wejściu zostałam dokładnie obmacana. Fajnie było. Już dawno tzw. ochrona, ze względu na mój wiek, nie czyniła mi tej przyjemności. Tym razem działania macujące i rewidujące torebki skupione były na poszukiwaniu wody w butelkach plastikowych. Jeśli taką znaleziono, odbierano i odstawiano na bok. Żaden plastik na mecz się nie wedrze!

Oczywiście, że swoją straciłam! Poinformowano mnie oczywiście, że na terenie hali mogę wodę kupić.

Idę więc po tę wodę.

Stoi taka sobie budka z jedzeniem i piciem. Woda oczywiście w szklanych butelkach, przelewana do papierowych lub plastikowych, ponoć ekologicznych. Zawartość albo 0,3 albo 0,5.... nie pamiętam. Oczy zaćmiła mi cena – 4 zł!

Ile kosztuje takie coś w hurcie? Jaką przebitkę na wodę ma ów sklepik w wałbrzyskiej hali? Może warto założyć w instytucjach podległych miastu sieć budek oferujących tylko wodę? Interes lepszy niż Złoty Pociąg! 

Do dzieła bracia wałbrzyszanie!
Na ekologii też można zarobić!
Wycisnąć z ludzi pieniądze!
Załatać budżet! (nieważne czyj)
A kto nie chce zapłacić za wodę przelewaną ze szklanego opakowania do papierowego, niech zdycha z pragnienia!

Postanowiłam zdechnąć.

W przerwie, przypominając sobie o działaniach teatralnych, zapytałam „ochronę”, gdzie znajduje się bezpłatna woda.

„W toalecie”.

Jasne, emeryt 60+, diabetyk z problemami gastrycznymi pić do sracza!

W sumie byłam w takim szoku, ze żadnego zdjęcia nie zrobiłam... a szkoda...

Inni ludzie poinformowali mnie, że jeśli zajmują miejskie stanowisko pracy, nie mogę przynosić ze sobą żadnego plastiku, wody w przesławnych butelkach również. Oczywiście skarżyli się, ze pracodawca nie zapewnia im wody nawet w szklanych opakowaniach.

Jeszcze inni opowiedzieli historię, jak to zebrali forsę na Dom Dziecka, kupili wiele potrzebnych rzeczy, w tym dużą ilość wody w dużych plastikowych butelkach. Biedne, wystraszone panie nie wiedziały, co z takim darem zrobić. Wodę wylać, a plastiki wrzucić do pojemnika z napisem „plastik”? Nie wolno im bowiem nawet posiadać takowej wody w instytucji, o spożyciu nie wspominając...
Zła, paskudna woda w plastiku!
Won!
„Strzeżcie się Greków, nawet gdy przynoszą dary” - Homer.


wtorek, 12 listopada 2019

Samotność



Samotność jest dla umysłu tym, czym dieta dla ciała.
- Luc De Vauvenargues

Bardzo się z Ewą lubimy. Spotykamy się „na piwie”, bo piwo też lubimy. Siadamy w najzwyklejszym pubie, bierzemy po szklance złocistego napoju i zaczynamy rozmowę. Najpierw tradycyjne „co u ciebie nowego”. Ewa mówi o remoncie klatki schodowej i problemach z oknami. Budynek jest zabytkowy, nowe okna muszą spełniać zalecenia architekta i trzeba wykonać je na zamówienie. A to podniesie koszt inwestycji. Tymczasem ludzie w kamienicy ubodzy… Ja wspominam o likwidacji pasów zieleni na osiedlu i zrobieniu na nich parkingów. Potem plotkowanie. A jak, trzeba trochę o innych ludziach, a nie tylko o sobie. Tym razem ja mam więcej do powiedzenia. Spotkałam niedawno wspólną znajomą. Oj, posunęła się w latach… źle wygląda. Jeszcze temat chorób. Wszak jesteśmy w takim wieku, w którym chorować wypada…

Rozstajemy się na skrzyżowaniu. Ewa idzie na swój przystanek autobusowy, ja na swój. Wracamy do domu.

Mieszkamy prawie same. Ewa ma kota, ja mam psa. Każda ma dwa pokoje z kuchnią i łazienką. W jednym pokoju – sypialnia, nieschowana pościel, ciemne zasłony na oknach, poduszka dla kota, legowiska dla psa, bałagan wokół laptopa. Drugi – z dużym telewizorem i stołem. Nasze mieszkania są dla nas miejscem spokoju, samotnią, w której nam dobrze. Chcemy położyć się spać, kładziemy się, nie chce nam się zmywać naczyń – nie zmywamy.
Nie mamy czasu na nudę. Każda lubi swoje towarzystwo. Żadna nie nudzi się sama ze sobą. W samotności łatwiej nam o spokój, wyciszenie się. Mamy czas na rozmyślania, wyciąganie wniosków i szykowanie planów na przyszłość. Nie prowadzimy domów otwartych. Nie odwiedzamy się wzajemnie. Nie chodzimy do innych ludzi. Oni też do nas nie przychodzą.

Jeśli chcemy spotykać się, wychodzimy z mieszkań. Idziemy na spacer z psem, kotem, do kina, do teatru, na mecz, na piwo, do parku, na zakupy, do lekarza, na koncert, na wernisaż… Jeśli chcemy spotkać się z innymi ludźmi, to też wychodzimy z domów… Nie czujemy się samotne. Lubiąc samego siebie, zawsze mamy dobre towarzystwo.

sobota, 16 marca 2019

Ja, kibic!


IMG_6655MY! Foto Dominik Hołda

Nie da się ukryć. Jestem kibicem sportowym. Taki ultras. Noszę klubowe barwy, dopinguję swoich na meczu, należę do zorganizowanej grupy, wcale nie przestępczej. Tylko takiej kochającej swoją drużynę koszykówki – Górnika Wałbrzych.

Grupa jeździ na mecze. Ma bębny. Tłucze w nie, krzyczy, śpiewa. Słowem dopinguje. Wszędzie, gdzie się pojawi wzbudza …. strach. Zupełnie nie wiem dlaczego. Przecież z nas tacy fajni, pogodni ludzie. Oczywiście, że nie lubimy naszych rywali. Oczywiście z wyjątkami. Mamy kilka zaprzyjaźnionych grup kibicowskich z różnych stron Polski. Ostatnio jednak nie udaje się nam z nimi grać. Są w naszych ligach albo wyżej albo niżej. Ogólnie rzecz biorąc przeciwników naszych nie darzymy sympatią.
Jeśli rywal staje na linii rzutów osobistych, gwiżdżemy, wrzeszczymy w celu zdekoncentrowania, żeby oczywiście nie trafił. Mamy nawet taki okrzyk „Podejdź bliżej!”. Zachęcamy w ten sposób do …. przekroczenia linii i uznania rzutu za nieważny. Normalne. Przecież nie będziemy ułatwiać zdobywania punktów przeciwnikowi.

Sędzia to też z reguły nasz wróg. Przyglądamy się jego pracy na boisku. W sytuacjach konfliktowych 
zawsze trzymamy stronę naszych, a jeśli sędzia twierdzi inaczej, znaczy się, że jest zły.
Kiedyś jeden z trenerów powiedział mi, że w kwestii sędziów kibice bywają bardzo pomocni. Trenerom i zawodnikom nie wolno kwestionować decyzji arbitrów. Za sprzeciw grozi „przewinienie techniczne”. Kibicom natomiast wolno krzyczeć z trybun, praktycznie to, co im się podoba. Przez całe swoje życie byłam świadkiem wielu sytuacji, kiedy głośny wrzask kibiców powodował weryfikację pierwotnej decyzji sędziego.

I tak jeszcze dużo mogłabym o nas, kibicach koszykówki pisać.... W zasadzie nie o to dziś chodzi.
Otóż niedawno zwrócili się do mnie dwaj znajomi z prośbą o interwencję w sprawie kibiców.
Pierwszy, od pewnego czasu abstynent, zaproponował, żebym ze względu na wiek, zawód, który wykonywałam - nauczyciel – zaczęła krzewić w szeregach braci i sióstr po szalu całkowitą abstynencję.
Akurat nie należę do osób, którzy nie lubią %. Z wiekiem jest ich coraz mniej, ale za to są coraz bardziej wykwintniejsze. Czy kibic pije? Przeciętny kibic oczywiście – tak. Piwko przed meczem, piwko po meczu. Na meczu? Oczywiście, że się zdarzało.

Jednym z obrazów pozostałych mi z dzieciństwa (lata 60/70) był widok stadionu po meczu piłki nożnej. Pomiędzy ławkami chodzili ludzie z wielkimi workami i zbierali puste butelki po napojach %. Dzisiaj takiego widoku już nie ma. Na obiekty sportowe nie wolno wnosić nawet plastikowych dużych butelek z wodą. Jeśli więc kibic przemyci w małej pół litra czystej i poczęstuje kolegów, nic się nie stanie. Ostatnio widziałam przemyconą butelkę o pojemności 0,2 litra i rozpracowane przez trzech kolesi. Taka ilość alkoholu nawet mnie nie powali.

Czy kibic nadużywa? Zdarza się. Tyle tylko, że na meczu nie podskoczy. Zostanie po prostu wyrzucony przez „ochroniarzy”. Zatem kibic nie nadużywa więcej niż nadużywający u cioci na imieninach.
Skąd wziął się zatem mit o pijących kibicach? Cóż, jeśli w grupie np. 100 osób trafi się czterech pijanych, od razu rzucają się w oczy. Jeśli na meczu będzie 1000 osób i 40 wypije – procent ten sam. Te cztery dychy oczywiście już mogą narozrabiać. Tak powstaje opowieść o tym, że kibice piją dużo i obficie, nawet ci z pozostałej grupy liczącej 960 osób. Zatem tu sprawę mamy wyjaśnioną.

Drugi znajomy prosił, bym wyeliminowała z dopingu przekleństwa i wyzwiska. I tu zaczęły się moje schody... Na co dzień nie klnę. Potwierdzą to moi znajomi. Ale na meczu... Kiedyś jeździłam na mecze do miasta X. Na widowni siadałam w loży VIP. Zasiadali tam dyrektorzy, prokuratorzy, doktorzy.... słowem ludzie wykształceni, mądrzy i na stanowiskach. I dobrze, że siedzieli wszyscy w kupie. Oj, ci to potrafili pokląć. Oj, potrafili wiązanki posłać w stronę sędziego i drużyny rywali. Gorsza od nich nie byłam.
Skąd wzięły się wulgaryzmy na meczach? A bo ja wiem... wiem tylko, że były zawsze. Znajomy twierdził, że kiedyś za przekleństwa wyrzucano z trybun. Nie pamiętam, a na mecze chodziłam już od chwili poczęcia, bo rodzice kibicami byli.

Oczywiście są dyscypliny sportowe podczas których się nie bluzga, taka jazda figurowa, gimnastyka.... niektórzy twierdzą, że siatkówce obce są wulgaryzmy. Mam tu poważne wątpliwości.
Trzeba chyba zadać inne pytanie – dlaczego ludzie chodzą na mecze? Oczywiście w celu rozrywkowym, żeby spotkać kumpli. Ale dla większości mecz to coś więcej. To wyraz patriotyzmu, tego wielkiego i tego jeszcze większego – lokalnego. Od ponad czterdziestu lat kibicuję Górnikowi Wałbrzych z odległości 600 km.

Drużyna jest symbolem lokalnej więzi między przedstawicielami różnych grup społecznych. Podczas meczu nie ma podziałów. A kiedy potrzebna jest pomoc, kibice wspierają się wzajemnie.
Mecz wyzwala w ludziach wielkie emocje. Adrenalina króluje. Tu można rzeczywiście dać upust swej energii, to nie paskudna korporacja, w której trzeba słuchać szefa. Tu można na moment poczuć się wolnym człowiekiem. I czasami zakląć.

Zresztą klął już mistrz Fredro, w filmach też masa wulgaryzmów …. dlaczego ludzie czepiają się kibiców?


Jak żyć - na poważnie

pobrane2

Galeria Handlowa mojego dzieciństwa - Powszechny Dom Towarowy Wałbrzych 

tekst z 2018

W związku z licznymi zmianami w naszym kraju, odbywającymi się pod hasłem „dobra zmiana”, wielu młodych ludzi pyta mnie „Jak żyć?”. Okazuje się bowiem, że to, co dla nich jest nowością, dla mnie, dziecka komuny, było kiedyś normalne.

O powrocie ośmioklasowej podstawówki już kiedyś pisałam. Dziś dodam jedynie, że w szkole, w której pracowałam, rozebrano ściany dzielące gimnazjum od podstawówki, w wyniku czego nastąpił powrót do szkoły z końca XX wieku. Znaczy się jak szkołę wybudowano, taka obecnie jest.

Czas zająć się kolejnym powrotem – zamknięciem sklepów w niedzielę. Młodzi nie wiedzą, jak sobie z tym zjawiskiem poradzić. Rozhulało się to towarzystwo, nacieszyło wolnym handlem, a teraz zupełnie nie wie, kiedy zrobi zakupy lub pójdzie na wycieczkę do galerii handlowej.

A więc moi drodzy, za moich czasów, kiedy w niedzielę wszystkie sklepy były zamknięte i nikt sobie nie wyobrażał, żeby robić zakupy lub siedzieć na kasie w supersamie, życie rzeczywiście toczyło się inaczej.

Zakupy robiło się w piątek lub sobotę. Należy przypomnieć, że w sobotę sklepy były czynne krócej. Przed epoką wolnych sobót pracowano tego dnia nie osiem, ale sześć godzin. Kupowano jedzenie na dwa, trzy dni, a nie na cały tydzień. Często trzeba było postać w kolejce.

W mojej wałbrzyskiej dzielnicy – Nowe Miasto – były sklepy wszelkiego rodzaju. Ceny - regulowane odgórnie i wszędzie wszystko kosztowało tyle samo. Nie było więc sensu szukania sklepów w innych częściach miasta.

Młodzi, może warto ten pomysł obecnie rządzącym przypomnieć? Ciągle powracają do starych, dobrych czasów.... a wy mielibyście zakupy z głowy, bo wszystko można by kupić w osiedlowym sklepiku zamiast biegać i szukać, gdzie taniej?

Ale swój hipermarket mieliśmy. Nazywał się Powszechny Dom Towarowy, zwany potocznie „pedeciakiem”. Na trzech piętrach potężnego budynku mieściły się stoiska dosłownie ze wszystkim od zabawek po mięso. A, chodziło się do „pedeciaka” jak do dzisiejszej galerii handlowej, chodziło. Z koleżankami najlepiej lubiłyśmy stoisko z butami. Można było je przymierzać nie pytając nikogo o zgodę. Oczywiście przymierzałyśmy jeden but...

Ale nie w niedzielę. W niedzielę wszystko było zamknięte, a w domach były wszystkie produkty do zrobienia posiłku. Łącznie z chlebem.

Co zatem robiliśmy w niedzielę.... Niektórzy, tak jak dzisiaj, leczyli kaca, bo sobotni wieczór był rozrywkowy. Byli tacy, co chodzili rano do kościoła. Nie wmawiajcie mi, że zakaz handlu w niedzielę jest po to, żeby zacząć chodzić na mszę. Jak ktoś chce to pójdzie, jak nie to nie. Rodzice dawali zawsze jakąś monetę, żeby księdzu rzucić na tacę. Nie zawsze się wrzucało. Czasami moneta wędrowała do kieszeni. Jak ktoś chce to wrzuca, jak nie chce to nie. Bez względu na to, czy sklep w niedzielę otwarty czy nie.
Za mojej młodości był jeden fajny kościół z fajnym księdzem. Po mszy sporo czasu spędzaliśmy przed kościołem na skwerze. Ławki stały, można było przysiąść i pogadać.
Cóż młodzi, dziś pewnie przed waszym kościołem jest parking... na to już nic nie poradzę.
W dawną komunistyczną niedzielę człowiek był ładnie ubrany. Zbyt wiele ciuchów w szafie nie miał, ale te niedzielne wisiały na honorowym miejscu. Dzieci w ten jeden dzień w tygodniu nie mogły bawić się na podwórku w tradycyjne zabawy, bo miały na sobie niedzielne ubrania. Podobnie jak dorośli, spacerowaliśmy, siadaliśmy na ławkach, rozmawialiśmy.

Podstawowym posiłkiem był oczywiście obiad. Cała rodzina w komplecie siadała do stołu i jadła. No tak, ja już z czasów telewizyjnych, więc telewizor w niedzielę, jak mówił mój ojciec „rąbał” cały dzień, bo i cały dzień był program w tv.

Czym jeszcze zajmowaliśmy się w niedzielę? Byliśmy rodziną sportowych kibiców, zatem chodziliśmy na mecze piłki nożnej i koszykówki. A po meczu kupowaliśmy …. ciastka. Bo oto w naszej dzielnicy znajdowała się prywatna cukiernia, otwarta w niedzielę. Przez cały tydzień właściwie słodyczy nie jedliśmy, natomiast w niedzielę była super wyżerka.

Chodziliśmy na długie spacery i do kina. Sami. Bez rodziców. Najpierw na tzw. poranki dla dzieci, potem całą „bandą”. Film nie był aż tak ważny. Ważne było, żeby usiąść w ostatnim rzędzie. Po „kinie” ponownie stawaliśmy na skwerze lub siadaliśmy na ławkach i po prostu rozmawialiśmy. Obgadywaliśmy nauczycieli, kolegów, których nie było z nami. Ustalaliśmy taktykę na najbliższa klasówkę...

A co robili nasi rodzice?

Być może, korzystając z nieobecności dzieci w domu, oddawali się uciechom ciała, bo czasami wcale nie byli zadowoleni, kiedy zbyt wcześnie wracałam do domu...

Kochani, macie dziś samochody... w taką niedzielę można wybrać się na przejażdżkę... jak dzień pochmurny – wspólnie obejrzeć w domu film, potem pogadać na jego temat... odwiedzić znajomych i pogadać.... nawet pokłócić się na tematy bieżące....

Uwierzcie, zamknięty w niedzielę sklep to nie problem...

piątek, 8 marca 2019

Sierpień 2016

tekst z sierpnia 2016

Znajomi zaprosili mnie na oglądanie sportu w telewizji, czyli igrzysk olimpijskich. Zrobili imprezę w stylu strefy kibica. Każda okazja do dobrej zabawy jest dobra. Tym bardziej dla mnie – sportowego kibica. Wzięłam więc zgrzewkę piwa ze sobą i poszłam. Nieźle się zapowiadało. Na balkonie stanął grill – elektryczny oczywiście. Obsługiwał go małolat – ze względu na obecność rodziców – abstynent. Na ścianie zawisł wielki telewizor. Na ławie gromadziły się różne zgrzewki, butelki i puszki.

No i to był nasz błąd. Za dużo tego było.

Kiedy mięsiwo na grillu doszło do stanu spożywania, zasiedliśmy przed telebimem i rozpoczęliśmy sportową ucztę. Wraz z likwidacją kolekcji na ławie, coraz mniejszym zainteresowaniem cieszył się sport. Zwłaszcza, że siatkarzom szło kiepsko. My, Polacy, jak to narodowa tradycja nakazuje, kochamy politykę.

Zaczęły się wspomnienia geriatryczne z czasów minionych. Większość z obecnych rozpoczęła wspomnienia o tym, jak to w latach osiemdziesiątych  walczyła o wolność i demokrację. Ktoś zrywał plakaty, ktoś pyskował milicjantom, ktoś machał biało-czerwoną. Słowem – przy telewizorze spotkali się weterani walk. Sprzeciwiali się, buntowali, walczyli.

Po co? - zapytałam w trakcie pierwszego seta podnosząc .... kieliszek? Butelkę?  Puszkę?

Zaległo milczenie. Jak to – po co?

W jakim celu? Dla jakiej idei? - podałam pytania bliskoznaczne. Żeby Polska rosłą w siłę i ludzie żyli dostatniej? - przypomniałam standardowe hasło epoki Gierka.

Wybuchło oburzenie. Siatkarzom nadal szło kiepsko. No, było dwadzieścia jeden postulatów i o nie walczyliśmy! Fajnie. Co wywalczyliście?

Przedtem rządziła jedna partia, teraz też… Aha, chodziło o wolne związki zawodowe – co obecnie robią? Najwięcej widać je w czasie wyborów. W miarę funkcjonują w przedsiębiorstwach państwowych, których coraz mniej. Obecny wśród nas kolega dyrektor w prywatnej firmie przyznał, że u niego związków nie ma... widocznie u niego dobrze... Nawet strajków nie ma. A do tego pracownicy mają prawo. A niech by tylko spróbowali...

Cenzura? Jest, a jakże! Nawet jak ktoś ma własną telewizję, taki rząd na przykład... wtedy może sobie wprowadzać cenz... sorry, interpretować rzeczywistość według własnych przekonań, poglądów i idei. Małolat poniósł głowę znad grilla i oznajmił, że najgorsza cenzura jest w szkołach. Nic nie można powiedzieć, co jest niezgodne ze zdaniem nauczyciela,  księdza i dyrektora. Na szczęście obecnie jest internet. Tego wynalazku w sierpniu 80 nie przewidziano. Dziś są tacy, co ani z radia, ani z telewizji, ani tym bardziej z prasy nie korzystają. I postulat cenzury, sorry poglądów, ich nie dotyczy.
W sierpniu 80 walczono o zniesienie represji za przekonania. Jasne, dziś każdy może mieć przekonania, jakie chce, a najlepiej takie jak ten, co płaci za pracę. Wtedy pracę się ma. Przy kontrowersjach różnie bywa.

O, teraz to co mi się najbardziej podoba:” Zagwarantować automatyczny wzrost płac do wzrostu cen i spadku wartości pieniądza”. W tym roku moja emerytura wzrosła o 2, 80 zł. 
Oczywiście minimalna stawka godzinna też wzrosła, w związku z czym koleżanka, posiadająca kilka prywatnych sklepów, jeden zlikwidowała. I dobrze, problemów ma mniej, a urlop będzie teraz spędzać w Polsce. Gorzej z czwórką jej pracowników.

Kolejny postulat: „Realizować pełne zaopatrzenie rynku wewnętrznego w artykuły żywnościowe, a eksportować tylko i wyłącznie nadwyżki” - dziś rozbawia... No to pod ten eksport! Kieliszeczek! Buteleczka. Pal licho siatkarzy, przegrali kolejnego seta…

„Obniżyć wiek emerytalny dla kobiet do 50 lat, a dla mężczyzn do lat 55 lub zaliczyć przepracowanie w PRL 30 lat dla kobiet i 35 lat dla mężczyzn bez względu na wiek” … jak te czasy się zmieniły… dziś prezydent walczy o 60 i 65. Może poczuć się jak ci z sierpnia 80.

No dobrze, nie wspomnę zatem o poprawie warunków pracy służby zdrowia, zrównaniu rent i emerytur, zapewnieniu miejsc w żłobkach (co to jest żłobek? – zapytał małolat obsługujący grilla) i przedszkolach. Urlop macierzyński mamy – zatem sukces. Czas oczekiwania na mieszkania też został skrócony. Kto ma forsę i zdolność kredytową, ma mieszkanie.  Wolne soboty też są, a teraz walczymy o wolne niedziele. Ani słowa w postulatach o walce z bezrobociem.

„Dlaczego?” – odezwał się znowu małolat. Cóż, moje nastoletnie dziecko, wtedy bezrobocia nie było… Jak ktoś chciał pracować, to pracował. Kiedy po maturze nie dostałam się na studia, wiejskie szkółki otwierały przede mną swoje podwoje… bo dzieci było dużo, bo szkół też było dużo, a nauczycieli brakowało…

Siatkarze przegrali. Smutno się zrobiło.     

poniedziałek, 4 marca 2019

Tylko dla VIP

strefavipczarny4001758623foto - internet
tekst z 2017 r. 
Kto to VIP, chyba wszyscy wiemy. Gdyby jednak ktoś nie wiedział, wyjaśniam VIP z angielskiego „Very Important Person – bardzo ważna osoba”. Początkowo były to rzeczywiście osoby publiczne, siedzące zwykle na wysokich stołkach w ważnych instytucjach lub gwiazdy filmu, estrady…. Ostatnio jednak skrót zmienił swe znaczenie.
Napis „Tylko dla VIP” lub sam „VIP” pojawia się praktycznie wszędzie, gdzie się coś dzieje. Zastąpił on rzeczowniki „rezerwacja” i „goście”.

Opiszę to zjawisko na przykładach związanych ze sportem, gdyż to środowisko jest mi najbardziej znane. Oczywiście na meczach w hali lub na stadionie była kiedyś „trybuna honorowa”, na której zasiadali zaproszeni goście. Dziś jest trybuna „Tylko dla VIPów”. Kiedyś gośćmi były nie tylko ważne figury w wiadomym komitecie na szczeblu np. powiatowym lub centralnym. Zapraszano innych, zwanych „zasłużonymi dla…” klubu, sportu, koszykówki. Taki gość dostawał z reguły zaproszenie imienne, wysyłane pocztą i okazując je w wejściu, był od razu kierowany był na trybunę honorową. Takowa wyraźnie różniła się od pozostałych miejsc. Czasami kolorem drewnianych ławek, czasami były tam pojedyncze krzesełka przymocowane do betonu. Inni pewnie pamiętają lepiej, jak to wyglądało, może podzielą się wiedzą. Na trybunę zwykli śmiertelnicy patrzyli z zazdrością. „Zasłużeni” mieli najlepszy widok, bo trybuna była umieszczana w najlepszym miejscu na stadionie. Oglądać stamtąd mecz… marzenie… W każdym razie ja będąc dzieckiem bardzo zazdrościłam siedzącym w tamtym miejscu.

Zatem do rzeczy…

Wiosną wybrałam się na mecz piłki nożnej. Idąc na stadion spotkałam kumpla. Zapytał, czy mam bilet. Jasne, że nie mam. Dał mi bezpłatną wejściówkę swego z kolei kumpla, który zrezygnował z przybycia. To była wejściówka „dla VIP”. Rety, wejście na miejsca vipowskie chyba mi się nie zdarzyło…

Klapnęłam na krzesełkach innego koloru. Pierwszą połowę meczu obejrzałam grzecznie, podziwiając wyczyny sportowców. W przerwie uświadomiłam sobie, że jeśli jestem w strefie dla ważnych, to przecież mogę skorzystać z…

Tajemnicze miejsce znajdowała się piętro wyżej. Był to obiekt, na środku stadionowych trybun, gdzie siedział komentator, było miejsce dla dziennikarzy i oczywiście wielka sala dla VIP. Od strony stadionu - oszklona. Stadion widoczny był jak na dłoni, można było go oglądać nie wychodząc z ciepłego pomieszczenia. A w nim… ludzie…już meczu nie chciało się oglądać… smakołyki, przekąski, zakąski, ciasta, ciasteczka, kanapki, kanapeczki, sałateczki, chlebki różnego rodzaju. I piwo. Nie, alkoholu wysokoprocentowego  nie było. Mimo tego braku powiało mi wielkim światem. Zaczęłam od piwa, żeby pobudzić organizm do wzbudzenia apetytu. W czasie drugiej połowy meczu postępowałam prawie jak zgromadzeni w sali vipowie - jadłam, piłam i zerkałam na tablicę z wynikiem meczu. Nie rozmawiałam jedynie, bo nie miałam z kim.  Wokół mnie toczyły się natomiast dyskusje z meczem niemające nic wspólnego. Tematykę przemilczę.

Do domu wróciłam w wesołym nastroju, bo kanapek w sali VIP zabrakło, ale piwo było w bród (chyba tak się pisze, bo laptop nie zareagował).

Pod koniec lata znalazłam się na turnieju koszykówki. Strefa VIP oczywiście była. Osobne wejście, krzesełka pomalowane na żółto, jak za dawnych czasów na trybunie honorowej. Pierwszego dnia można nawet było przejść obok tych krzesełek i skrytego za nimi tajnego wejścia do sali VIP. Drugiego dnia postawiono barierki, rozwinięto taśmę, postawiono dwóch ludzi i ni… ch… nie można było kroku zrobić za tę taśmę barwy biało-czerwonej. Ale mnie los pomógł. W czasie przerwy na środku boiska odbyło się wręczenie ważnych certyfikatów trenerskich. Wśród trenerów ujrzałam znajomego. Szybko przeanalizowałam sytuację: jestem starszą, dużą panią, której strach się bać, miedzy barierkami mego sektora a boiskiem jest spora szpara, przecisnę się, a jak nie – odsunę barierkę, stamtąd tylko kilka metrów do boiska, a potem strefy VIP… Wszystko trzeba zrobić szybko, żeby ochrona się nie zorientowała. Do boju emerytko! I tak znalazłam się najpierw na parkiecie, potem wraz ze znajomym trenerem na trybunie honorowej. Czy było stamtąd lepiej widać? Akurat nie… Może dlatego na żółtych krzesełkach było niewielu ludzi… No dobrze, wiem, siedzieli w sali VIP-owskiej i być może oglądali mecz na „telebimie”…No dobrze, wiem, jeśli tam było piwo…

A teraz najciekawsze… do takiej strefy VIP może dostać się każdy… każdy, kto ma pieniądze. Po prostu można kupić bilet. Cena – zwykle przekraczająca możliwości zwykłego kibica i wartość butelki, powiedzmy piwa, w owadowym dyskoncie. Tyle tylko, że kibic przychodzi na mecz, VIP na… ja już nie wiem, po co…