Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Górnik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Górnik. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 października 2020

Cytaty - Wszystko, co można dostać za pieniądze, jest tanie. - Erich Maria Remarque

 

Górnik Wałbrzych 1988 - od lewej: Buczkowski, Krzykała, Anacko, z tyłu Żywarski


Wszystko, co można dostać za pieniądze, jest tanie. - Erich Maria Remarque


    Przed wieloma, wieloma laty wykonałam kilka całkiem niezłych zdjęć na sportowej imprezie w rodzinnym mieście, w którym nie mieszkam. Odbitki zostały, kliszę, to jest film do aparatu marki Zenith, diabli wzięli. Po latach umieściłam swoje fotografie wśród wspomnień o wydarzeniu sportowym, a kibice zamieścili je w internecie. Od tamtej pory są przedmiotem ciekawych wydarzeń. Co jakiś czas ktoś prosi mnie o udostępnienie.

    Najpierw był to dziennikarz. Dosyć długo mnie szukał, by zadać pytanie, czy wyrażam zgodę na umieszczenie zdjęcia przy jego artykule. Oczywiście bezpłatnie. Przedstawił treść, kilka razy poprosił. Czy nikt inny nie posiada innych zdjęć? Okazuje się, że chyba nie… dziennikarz nie znalazł nikogo. Zgodę oczywiście wyraziłam, upominając się o wyraźne zaznaczenie, kto jest autorem fotek.

    Potem skontaktował się ze mną organizator charytatywnego meczu na rzecz jednego z zawodników na zdjęciu. Byłam zachwycona, kiedy oglądałam plakat wykonany z mojej fotografii. Tym razem nie nalegałam na umieszczenie nazwiska. Wiadomo, cel szlachetny. A sama urosłam we własnych oczach. Oto moje zdjęcie posłuży wspaniałej sprawie.

    Ponownie odezwała się prasa. Będzie książka o sportowcach. Czy mogłabym nieodpłatnie użyczyć tych zdjęć? Tylko tych? Mam jeszcze inne, z innych czasów? Może zeskanować jeszcze raz? Takie ściągnięte ze strony www są kiepskie? Po drugiej stronie telefonu entuzjazm i niedowierzanie! „Mogłaby pani?”. A dlaczego nie? Na dworze upał, nigdzie nie wychodzę, czas mam, prąd też, skaner działa.

    Czas największego ciepła spędziłam przy komputerze. Wieczorem wyszłam z psem na spacer. Spotkałam znajomą i opowiedziałam o zdjęciach, książce, wydarzeniach sprzed lat, losach kilku fotografii.

„A ile za to dostaniesz?” – zapytała. Nic nie dostanę. Nic nie zarobię. Ktoś może mi postawi kawę lub piwo. Ale za to ktoś będzie o mnie pamiętał. I jeśli dożyję sędziwego wieku, ktoś ponownie zgłosi się z prośba o udostępnienie, bo będzie wiedział, do kogo ma się zgłosić.

poniedziałek, 22 kwietnia 2019

Mój Górnik – Rzucający za trzy


Stanisław Ignaczak i Poldek Podstawczyński (na pierwszym planie) (foto z książki "70 lat koszykarskiego Górnika Wałbrzych" Tomasza Piaseckiego)

Ponad sto lat temu ludzie zajmujący się dzisiejszą socjologią i psychologią doszli do ciekawych wniosków. Uznali, że człowiek jest w stanie rozpoznać ok. 3000 twarzy innych ludzi i z taką grupą ludzi współdziałać tworząc w miarę jednolitą społeczność. Jako że bogaci mieszkali w pałacach lub wielkich kamienicach, sprawa dotyczyła zabudowań dla robotników. Rozpoczęto budowę osiedli, w których usytuowanie budynków tworzyło duże podwórko. Każde podwórko było miejscem centralnym. Tu znajdowały się „komórki” na węgiel, czasami hodowano zwierzęta, tu bawiły się dzieci i spotykali sąsiedzi. Każdy każdego znał.
Najsłynniejszym tego typu miejscem jest osiedle górnicze na Górnym Śląsku – Nikiszowiec, powstałe na początku XX wieku.
Bardzo podobna jest zabudowa dzielnicy Nowe Miasto w Wałbrzychu. Miejsce mego dzieciństwa otaczają zabudowania czterech ulic: Ogińskiego, Namysłowskiego, Sygietyńskiego i Kazury. I jest tak, jak kiedyś ustalili mądrzy ludzie – wszyscy się znają. Nie zawsze osobiście, ale na pewno z widzenia, bo mijają się codziennie idąc do pracy, robiąc zakupy w tym samym sklepie, wyrzucając śmieci do tego samego śmietnika.
Pamiętnego dla mnie dnia – 3 lutego 1971 roku, kiedy zakochałam się w koszykówce – doznałam jeszcze jednego szoku. Otóż w drużynie sławnego w Polsce pierwszoligowego Górnika Wałbrzych zobaczyłam …. swego sąsiada.
Mieszkał wraz z rodzeństwem i mamą w jednym z „ramion” mego podwórza. Często przechodził obok mojej kamienicy. Kłaniał się moim rodzicom. Mówili wtedy: „To taki dobrze ułożony chłopak”. Na ramieniu miał najczęściej sportową torbę. 
Kiedy więc ujrzałam POLDKA PODSTAWCZYŃSKIEGO w barwach wielkiego i sławnego Górnika, zaniemówiłam. Rety, tak blisko mam prawdziwego sportowca! Pierwszoligowca! Przecież znam go od zawsze! 
Poldek było oczywiście „stary”, różnica trzynastu lat, kiedy ma się dopiero dwanaście, to pokoleniowa przepaść. Zawsze jednak był dla mnie taki sam.... wysoki blondyn o dyskretnym uśmiechu. Bez wątpienia - prawdziwy wałbrzyski koszykarz.
Trenował u słynnego Stanisława Rytki. W książce poświęconej wałbrzyskiej koszykówce „60 lat minęło” jego nazwisko pojawia się w opisie sezonu 1963/64. Junior Poldek wraz z kolegami zdobywa mistrzostwo Dolnego Śląska. 
W kolejnych sezonach koszykarz stał się kluczową postacią w zespole. Zdobywał dużo punktów i był członkiem drużyny, która wkrótce awansowała do najwyższej ligi.
Stało się to w sezonie 1969/1970. 

Apolinary Podstawczyński miał w tym wielki udział. W każdym meczu zdobywał punkty. Czy wcześniej tak samo rzucał, jak wtedy kiedy go poznałam?
Nie wychodził wówczas w pierwszej piątce. Był owym „szóstym”, może nawet "siódmym" zawodnikiem. Ale jak już się pojawiał na boisku, to jego udział w meczu był szczególnie widoczny.
Poldek miał tylko 185 cm wzrostu, nie toczył walki pod koszami. Był mistrzem w rzutach z dystansu. Ustawiał się za „trumną” (dziś obszar zwany „pomalowanym”) i pewnie rzucał do kosza. Kibice każdy rzut nagradzali wielkimi oklaskami, takimi samymi jak dziś nagradza się „wsady” do kosza. Rzuty z dystansu to była wówczas rzadkość. Niestety, nikt wtedy nie liczył ich inaczej. Każdy rzut to dwa punkty. Zatem, jeśli przeglądamy dziś statystyki z dawnych lat, przy nazwisku „Podstawczyński” dodajmy jeszcze jedną trzecią zdobytych punktów. On rzucał „za trzy”.
Sezon 1975/1976 był ostatnim w jego karierze.

Zawsze w barwach Górnika.

Zawsze w Wałbrzychu.

Ostatni raz widziałam Poldka w 2006 roku podczas Meczu Wspomnień. Skromnie usiadł na widowni hali OSiR-u, obok mnie. Uśmiechnął się. Chyba mnie poznał. Był już wtedy po, lub w trakcie walki z ciężką chorobą. Podszedł do niego jeden z organizatorów meczu: „Panie Poldku, proszę do szatni, do swojej drużyny.” - „Ale ja nie gram” - rzekł cicho i bardzo nieśmiało. „Nie szkodzi. Proszę za mną”.
Wstał i dołączył do swoich kolegów. Kim był organizator, nie pamiętam....
O mały włos, a Poldek nie stałby się członkiem mojej rodziny. Bo było to tak: kilka razy przyjechała do nas kuzynka Basia w wieku odpowiednim dla młodego koszykarza. Ten, jak to na wspólnym podwórku bywało, zauważył ją i pewnego dnia powiedział memu tacie, że Basia mu się bardzo podoba. Jako że moim rodzicom Poldek zawsze bardzo się podobał, rozpoczęli zachęcanie Basi, by przyjrzała się chłopakowi z sąsiedztwa. Niestety, dziewczyna zakochana chyba była, bo nie wykazała zainteresowania...
Tymczasem po zakończeniu kariery koszykarskiej życie Poldka nie głaskało - ciężka choroba, śmierć brata, syna, żony i matki… to dużo jak na jednego człowieka, zbyt dużo....
Teraz odszedł również on.... na biało-niebieskie boisko wśród chmur.... dołączył do zmarłego niedawno kolegi z boiska – Staszka Ignaczaka....
Na pewno zagra tam jeszcze nieraz i na pewno jego rzuty z dystansu niebiańscy sędziowie policzą tym razem za trzy punkty....

niedziela, 24 marca 2019

My jesteśmy z biedaszybów.....


P1110153

tekst z sierpnia 2018

My jesteśmy z biedaszybów. 
O tym cała Polska wie.
U nasz zawsze jest kultura,
wóda, narkotyki, sex.

Kiedy w Białymstoku grupa kibiców koszykarskiego Górnika Wałbrzych zaśpiewała tekst dopingujący swoją drużynę, część kibiców tamtejszych Żubrów otworzyła usta ze zdziwienia. Wsłuchiwali się w słowa i z niedowierzaniem kręcili głowami. Po meczu jeden z nich mnie zapytał: „Jesteście dumni, że macie biedaszyby?”

Uśmiechnęłam się: ”Tak, bo dzięki biedaszybom jeszcze funkcjonujemy” - odpowiedziałam złośliwie.
Czas na rozwinięcie tematu...

Ja to właściwie jestem jeszcze z węgla. Takie powiedzenie. Urodziłam się w czasach, kiedy w Wałbrzychu kopano węgiel i przerabiano w miejscowych koksowniach. Miasto nie należało do ulubieńców władz centralnych. Pamiętam jak rodzice narzekali, że na „Barbórkę” to najważniejsi sekretarze PZPR jeżdżą tylko na Górny Śląsk. Komuna przez lata w miasto nie inwestowała. Nie tknęła je wojna. Wybudowane w latach 20 i 30 – tych minionego stulecia uchodziło za młode i solidne. Jakoś nikt nie zauważył, że budynki nie piramidy, a Niemcy, którzy je wybudowali – nie Egipcjanie... Do tego w budynkach nie było własnościowych mieszkań, należały do miasta....

Tąpnięcie nastąpiło w latach 90 – tych XX wieku. Ktoś ocenił, że wydobycie węgla na terenie Zagłębia Wałbrzyskiego jest nierentowne i kopalnie trzeba zamknąć.

Kiedy przyjeżdżałam do swego miasta, łzy cisnęły mi się do oczu. Miasto starzało się z roku na rok. Szybciej niż ja. Poniemieckie osiedla niszczały w zastraszającym tempie. Mieszkania oddawano ludziom na własność za niewielkie sumy, tworzono wspólnoty, ale brak środków do życia, brak pracy uniemożliwiał wykup tych mieszkań, o generalnym remoncie kamienic nie wspominając...
Wtedy zrodziły się biedaszyby. Zaczęli zjeżdżać dziennikarze, fotoreporterzy i pokazywali w różnych telewizjach wałbrzyską biedę. Ot i sensacja – człowiek kopiący węgiel, by zapewnić chleb rodzinie i zalepić dziurę w dachu poniemieckiej kamienicy.

Dla mediów Wałbrzych stał się synonimem biedy i upadku. Tu rodziło się zło, przestępstwo, demoralizacja.

Mało kto jednak zauważył, co było przyczyną takiego stanu rzeczy.... transformacja gospodarcza miał swoje ofiary... nie zawsze polityczne.... Praktycznie nikt im nie podał ręki.

Najbardziej aktywni kibice koszykarskiego Górnika w okresie biedaszybów albo byli dziećmi, albo rodzili się. To pokolenie, które utożsamia się z całą historią miasta. Widzi, że Wałbrzych, mimo licznych zmian w tym mieście, przez dużą część Polaków nadal postrzegane jest jako miasto biedaszybów.

Skoro stworzyliście taki wizerunek miasta, to my się pod nim podpisujemy – zdają się mówić słowa kibicowskiej piosenki. Taki sarkazm. 

Jasne, jesteśmy z biedaszybów i nie wstydzimy się tego. Taki przekaz. 

Jestem jeszcze z węgla, ale biedaszybów też się nie wstydzę. Jeśli ktoś mi mówi, że Wałbrzych to okropne miasto i strach tam chodzić po ulicach (chociaż nigdy nie chodził), robię groźną minę: „ To mnie też się bój!”

O mnie, o Wałbrzychu i kibicach, co się biedaszybów nie wstydzą, moja córka nakręciła krótki reportaż.... obejrzyjcie...



sobota, 23 marca 2019

Mój Górnik - Mój numer 6


Wałbrzych 2006 - Mecz Wspomnień - z numerem 8 - Stanisław Ignaczak 

Zawsze przychodzi za szybko. Zawsze szukamy jej przyczyn. Zawsze zastanawiamy się, czy nie mogliśmy jej zaradzić. Zawsze pozostawia nas w żalu, zapłakanych i pełnych wątpliwości w sens istnienia. Niestety, wszyscy do niej zmierzamy.

Śmierć.

Koszykarski Wałbrzych poniósł wielką stratę. Na błękitne boiska odszedł jeden z najbardziej zasłużonych dla Wałbrzycha koszykarz Stanisław Ignaczak. Chłopak z mojej drużyny. Członek drużyny, który koszykówki mnie nauczył i dzięki której koszykówkę pokochałam.

Na różnych internetowych stronach można znaleźć statystyki dotyczące Jego gry. Oto dowiadujemy się, że rozegrał 361 meczy, zdobył 3549 punktów co daje średnio 9,8 punktów na mecz. Grał w Górniku Wałbrzych i Resovii Rzeszów. Zdobywał mistrzostwa i wicemistrzostwa kraju z Górnikiem Wałbrzych i Resovią Rzeszów. Pada również nazwa Gwardii Wrocław, ale w podanych na stronie http://www.plkhistory.ugu.pl/index.php?profil=3847&tab=1 wiadomościach brakuje danych o udziale Staszka w rozgrywkach w tym klubie. Jest natomiast wzmianka o grze w Gwardii Szczytno... W czasie swojej kariery zdobył dwa tytuły Mistrza Polski - 1975 i 1982, trzy wicemistrza – 1974, 1981, 1983, dwa razy wraz z drużyną wywalczył trzecie miejsce w kraju - 1976, 1977, raz zdobył Puchar Polski – 1974.

Górnik Wałbrzych, I poł. lat 70-tych - od lewej: Janusz Krzesiak [*], Mieczysław Zenfler,   Witold Domoradzki, Apolinary Podstawczyński, Stanisław Ignaczak [*]

Kim dla mnie był Staszek?

Oczywiście poznałam go zaczarowanego dnia 3 lutego 1971 roku, kiedy w niewielkiej sali, zwanej szumnie halą sportową, w Wałbrzychu przy ulicy Masarskiej (obecnie Plac Teatralny) zakochałam się w koszykówce. A ta miłość, jak wiedzą moi znajomi, zmieniła moje życie raz na zawsze.
Staszek był najmłodszym zawodnikiem w drużynie. Wielki talent, nadzieja wałbrzyskiej koszykówki – tak mówiono w „kuluarach” hali, znaczy się po prostu przy drzwiach wejściowych w szatni dla kibiców.

Najmłodszy wyróżniał się sylwetką. Wysoki i chudy. O takich mówiło się wówczas – długi. Oczywiście, że wołano na niego - „Igła”. Niesamowita zbieżność sylwetki z nazwiskiem! Moja koleżanka, kibicująca Górnikowi na przełomie lat 70/80 pamięta natomiast nieco późniejsze określenie Staszka - „Szpilka”: wysoki, chudy, a na końcu niewielka głowa.

Wzrost wałbrzyszanina budzi dziś sporo... kontrowersji. Otóż w wydawnictwach poświęconych historii koszykówki w Wałbrzychu widnieje wzrost ….. 175 cm. Podejrzewam, że ktoś popełnił klasyczną literówkę, a potem kolejny ktoś ją powtórzył. Staszek na pewno miał powyżej 190 cm.

Na początku lat siedemdziesiątych spodobał się mojej koleżance, którą zabrał na mecz, żeby zobaczyła, co to koszykówka. Oczywiście, że zapytałam dlaczego akurat On... odpowiedź była prosta: „ Bo reszta to starzy ludzie, on jeden jest młody. U takiego młodego to jeszcze mam szansę”. No tak, jak człowiek ma trzynastkę na karku lat to wszyscy powyżej dwudziestki są starcami. Wtedy nie wiedziałam, ile owych lat Staszek miał naprawdę. Na swoje dwadzieścia jeden w 1971 roku zdecydowanie nie wyglądał. Panie by się cieszyły – wyglądał znacznie młodziej.

Staszka spotkałam na wczasach w Dziwnowie. Był rok 1971, może 1972... Pojechałam do ośrodka wypoczynkowego Kopalni Węgla Kamiennego Wałbrzych wraz z ojcem i bratem. „Górnik” był wówczas klubem tejże kopalni, nic więc dziwnego, że koszykarze przyjechali odpoczywać właśnie do Dziwnowa. Było ich dwóch: Staszek Ignaczak i Grzesiek Karolewski ( uwaga! zagadka! jak na imię miał ten koszykarz? Niektóre źródła podają, że Aleksander...).

Panowie przyjechali na dwa tygodnie i zapewne świetnie się bawili. Oczywiście kłaniali się codziennie mojemu ojcu. Staszek podrywał młodą, ładną brunetkę. Wypatrywałam jej potem podczas meczów. Nie, to była tylko wczasowa znajomość. Nigdy jej potem nie spotkałam. Ale wówczas zapisałam na swoje konto kolejną informację o życiu prywatnym jednego ze swych idoli. Takie czasy, internetu nie było i wszelkie informacje o życiu prywatnym znanych osobistości trzeba było zdobywać w inny sposób.

W 1973 Staszek przeniósł się do Rzeszowa. Mówiono, że dostał „dobrą propozycję”. Mój Górnik wówczas balansował nieustannie między I a II ligą. Potem Staszek wrócił do Wałbrzycha. Od tamtego roku nie widziałam już Go w grze.... powinnam pamiętać rok 1981... ale nie pamiętam. Ze statystyk Staszka wynika, że w sezonie 1980/81 rozegrał tylko osiem spotkań w barwach Górnika. To były te, na których nie byłam.

Wspominając wraz z koleżanką Staszka pamiętamy go bardzo dobrze. Może brak konkretnych sytuacji, wspomnień konkretnych czynów, ale jest to najważniejsze.... on BYŁ. Po prostu – BYŁ. W pierwszej piątce. W koszulce z napisem „Górnik” Wałbrzych. Był zawsze.

Ostatni raz spotkałam Go w 2006 roku na niesamowitym meczu dawnych gwiazd Górnika Wałbrzych, meczu wspomnień... Wystąpił obok Tadka Reschke, Mietka Młynarskiego, Wojtka Krzykały i innych wielkich wałbrzyskich koszykarzy. Staszek miał wówczas włosy bielsze od moich... Wtedy dopiero uświadomiłam sobie, że jest ode mnie nieco starszy.... nieco... Wówczas zagrał z numerem 8.... 

..... dla mnie zawsze będzie koszykarzem "Górnika" z numerem 6.



środa, 20 marca 2019

Niemedialna sportowa radość


 
19146168_1791498584513905_3250171306899677134_nUczestnicy koszykarskiego turnieju kibiców Łańcut 2017

Nigdy nie ukrywałam, że jestem kibicem sportowym. Ponad wszystkie dyscypliny uwielbiam koszykówkę. I o niej będzie dziś mowa. Zacznijmy jednak od piłki nożnej.
W momencie kiedy piszę ten felieton, prawie cała sportowa Polska i pół niesportowej przeżywa kontuzję piłkarza. Wszystkie portale, wszystkie telewizje przedstawiają, omawiają, dyskutują na temat stanu zdrowia zawodnika.

Nie da się ukryć. Współczuję człowiekowi. Przeżywa dramat. Już za kilka dni najważniejsza impreza, znaczy się Mundial, a on, jak wszystko wskazuje, nie weźmie w niej udziału. Jest jednym z najlepszych i niestety, pozostanie w „domu”, a raczej w szpitalu.

Drugie niestety wiążę się jednak z tym, że ryzyko kontuzji w przypadku zawodowego sportowca, jest zawsze wkalkulowane w jego pracę. Ba, co ja mówię, w każdą pracę. Taki były nauczyciel jak ja, ma na starość nieustanne kłopoty z krtanią. Zimne piwko w upały muszę ograniczyć. Jeśli uda mi się załapać na jakąś fuchę w szkole, od razu wyciągam inhalator. Gadać dużo i głośno już nie mogę. Jako kibic też nie krzyczę. Takie życie.

Kontuzja piłkarza miała prawo się wydarzyć. Może to zły los, takie starogreckie fatum, może przypadek, może przeznaczenie. W każdym razie jako wiadomość medialna świetnie się sprzedaje, bo dziennikarze lubią dramaty. Można zrobić grafikę przedstawiającą rodzaj kontuzji, zaprosić do studia fachowców, by wyjaśnili widzom co jest grane, przeprowadzić kilka wywiadów... słowem tworzy się taki samograj. Temat jest, trzeba go drążyć, póki jest. Wiem coś na ten temat, byłam dziennikarzem.

Inaczej z pokazywaniem radości. Tu zaczynają się poważne schody.

Oto niedawno zakończyły się rozgrywki ligi koszykówki. Tytuł Mistrza Polski zdobyła drużyna Anwilu z Włocławka. Stoczyła zaciętą walkę ze Stalą z Ostrowa Wielkopolskiego. Oglądałam w telewizji wszystkie finałowe mecze. Kibicowałam obu drużynom (dlaczego wyjaśnię na końcu). Widziałam radość wygranych i …. przegranych.

Oto bowiem „Stalówka” zdobyła srebrny medal, to największy sportowy sukces Ostrowa Wielkopolskiego! Kiedy piszę te słowa w niewielkim mieście na styku Dolnego Śląska i Wielkopolski trwają przygotowania do wielkiej fety na ostrowskim rynku. Podobnie jak rok temu – brązowy medal – tak teraz mieszkańcy będą cieszyć się z wielkiego sukcesu swojej drużyny. To dzięki nim Polacy dowiedzieli się, gdzie leży Ostrów.

Ciekawe, gdzie będą dziennikarze wielkich portali, wielkich telewizji... Jak to, cieszyć się, że się przegrało walkę o złoto? Gdyby płakali, a kibice rzucali się z okien z rozpaczy, byłby to temat. Radość nie ma wzięcia. Dramat górą! Będzie kolejny dzień o kontuzji.

Przenieśmy się do Włocławka. Gdyby nie internet, człowiek by nie wiedział, że takie zwyczajne miasto na Kujawach świętuje.

Kiedy koszykarze wracają z ostatniego meczu do Włocławka, w malutkiej Izbicy Kujawskiej zatrzymują autokar uradowani kibice. Zobaczcie jak wygląda radość

Ale media wolą dramaty...

Nocą przed halą na swoich idoli czekają kibice. Teraz jest czas na race. Na radość. Na łzy wzruszenia.
Ale dziennikarze wolą łzy rozpaczy.

Następnego dnia przez miasto przejeżdża odkryty autobus z bohaterami miasta.

Jak jeszcze można nazwać radość?

Byłam we Włocławku dwa razy. Miasto, jak wiele innych w naszym kraju.... Podobnie jak mój rodzinny Wałbrzych, swoje przeszło. Kiedy wybrałam się na pieszą wędrówkę, dostrzegłam ślady dawnej świetności i próby jej reaktywacji. Pewnie dlatego od razu poczułam się we Włocławku jak u siebie w domu. Takie miasta jak Włocławek, Ostrów Wielkopolski i Wałbrzych potrzebują sukcesów. W momencie, kiedy je osiągają, potrafią się cieszyć jak żadne z naszych wielkich miast.

Mój ukochany Górnik Wałbrzych awansował w tym roku do I ligi. O wielkiej radości w centrum miasta na Placu Grunwaldzkim dowiedziałam się od koleżanki tam mieszkającej. Zadzwoniła, kiedy usłyszała przez szczelnie zamknięte okna fetę kibiców.

Ale czy wielkie telewizję pokażą nam radość? W ogóle jak pokazać radość? Przecież to nie temat... 
Rozpacz jest bardziej medialna.

Swojemu Górnikowi kibicuję zawsze i wszędzie. Dlaczego kibicowałam drużynom grającym w finale Mistrzostw Polski w koszykówce?

Przez kilka lat w Łańcucie spotykali się kibice kilku koszykarskich klubów na turnieju organizowanym przez Bartka Detkiewicza. Ten sezon należał do ekip z turnieju. Żadna z nich nie poniosła klęski. W Łańcucie kibice grali oczywiście w koszykówkę i integrowali się w każdy możliwy sposób. Byłam na trzech turniejach. Było super. Efektem turniejów było wręcz wzorcowe zachowanie kibiców podczas finałowych meczów w tegorocznych rozgrywkach.

A ja... cóż, mam wyrzuty sumienia w stosunku do kibiców z Ostrowa Wielkopolskiego... obiecałam, że przyjadę, nie przyjechałam... Przepraszam...

Co dalej... cóż, pewnie dziś, gdy włączę telewizor, ponownie usłyszę o dramacie piłkarza...

O radości Wałbrzycha, Włocławka i Ostrowa Wielkopolskiego nie usłyszymy... 




niedziela, 17 marca 2019

Filmowcy w domu czyli odkrywanie prywatności

kuchnia

Tekst z marca 2018

I stało się. Moja sława wyszła poza moje M3 i znaleźli się tacy, co o mnie film kręcą. Co prawda studenci, co prawda tylko w ramach pracy domowej, ale zawsze to coś. Powstaje dokument. Cóż, nauczyciel ze mnie kiedyś był, nie będę wzbrania młodym nauki. Niech eksperymentują na żywym organizmie, znaczy się na mnie.

Pierwsze spotkanie było fajne. Przyjechali, rozstawili statywy ze światłem i kamerą. Postawili mikrofon, drugi zwany mikroportem podłączyli do bluzki, posadzili na kanapie i kazali mówić. Kamery się nie boję, wszak kiedyś, dawno, chyba jeszcze przed potopem, pracowałam w lokalnej telewizji i stawałam albo przed kamerą albo obok operatora. Zaczęłam więc mówić, długo i namiętnie. Filmowcy od czasu do czasu przerywali nagranie, poprawiali ustawienie świateł, zmieniali miejsce kamery.

Druga sesja nagraniowa zapowiadała się arcyciekawie. Zostałam wywieziona do rodzinnego Wałbrzycha, zabrana na mecz koszykówki i na zdjęcie w plenerze. O ile w czasie meczu filmowcy zdani byli na filmowanie kibiców i nie mieli żadnego wpływu na przebieg wydarzeń, to w plenerze było już inaczej.
„A teraz proszę wyjść przez te drzwi, iść prosto i minąć mnie po lewej stronie”. Wychodzę, idę, mijam. „Ojej, po mojej lewej!”. No to robimy dubel. Wychodzę, idę, mijam. „Proszę wolniej”. Wychodzę, idę mijam. „Nie, jednak trochę szybciej”. Wychodzę, idę mijam.

W Starej Kopalni, Centrum Nauki i Sztuki, stoimy przed windą zwożącą górników pod ziemię. Mam spacerować, oglądać, podziwiać, zatrzymać się, westchnąć. Kamera po raz pierwszy. W porządku, ale dubel być musi. Kamera w zapisie, znaczy się akcja. Oglądam. „Proszę bardziej naturalnie”. Kolejny dubel, i jeszcze jeden.

Na wieży widokowej, gdzie wieje, bo akurat marcowa zima, ponownie kilka dubli. „Proszę patrzeć w tę stronę” - słyszę. „ A ja chcę w tę” - buntuję się. Niby dlaczego? „Bo tam była kopalnia Wałbrzych, tam pracował mój ojciec”.

Ale to wszystko było jeszcze nic. Nadeszła pora na trzecią sesję, w domu. Filmowcy zjechali na trzy dni. Bazę utworzyli na balkonie, bo zabudowany. A potem moje 48 merów kwadratowych zamieniło się w studio filmowe. Kable na podłodze, przedłużacze w gniazdkach, światła na statywach, blenda, znaczy się ekran odblaskowy, która mieściła się w niewielkim płaskim futerale, okazała się być wielkości okna w kuchni. Na półce – folia CTO i CTB, znaczy się pomarańczowa i niebieska. Może trzeba będzie ją nałożyć na światła. Światła też były najpierw niewielkim prostokątem, po rozłożeniu okazały się trzy razy takie...

Z niecierpliwością czekałam, kiedy wreszcie będę do czegoś potrzebna. Nie tak prędko. W pokoju jeszcze ustawienie, sprawdzenie temperatury świateł, balansu bieli, rejestratora dźwięku. Już wszystko gra. Zaczynamy.

Nie zaczynamy. Słońce zaświeciło na dworze, inne światło wpada do pomieszczenia. Zajdzie czy ustawiamy światła na nowo? Zaszło. Zatem nareszcie ja – AKCJA. I tak kilka razy pakuję tę samą walizkę, bo zdjęcia w Wałbrzychu już zrobione i teraz mam pokazać jak do tego Wałbrzycha się pakowałam. Po kilka dubli z różnych stron. W międzyczasie oczywiście ustawianie świateł, sprawdzanie balansu bieli, machanie blendą. Słowem – każdego dubla gram kilka minut, przygotowania trwają znacznie dłużej.

I nagle katastrofa! Na podłogę wali się statyw ze światłem. Zaczepia o stół. Strąca słuchawki i rejestrator dźwięku. Gdzie mój pies – rozglądam się, bo ostatnio widziałam go właśnie pod statywem. Na szczęście uciekł. Wystraszony siedzi pod stołem w kuchni. Filmowcy oceniają stan strat. Żadnych.
Do odegrania mam jeszcze dwie sceny. Jedną z udziałem psa. Wychodzę z domu z walizką, a pies ma tęsknić. Oczywiście wychodzę, ale Kulka tęsknić nie chcę, wszak nie została w domy sama. Są filmowcy. Kuszą ją smakołykami, co przynosi odwrotny efekt do zamierzonego. Filmowcy zaczynają się jej coraz bardziej podobać. Przy ósmym dublu wreszcie jakiś efekt jest – po moim wyjściu pies kładzie się przy drzwiach. Pewnie przekarmiony przygotowywał się do drzemki.

Wreszcie niby mam spokój. Swoje odegrałam. Zaczyna się filmowanie elementów mieszkania mających znaczenie dla filmu. Cały filmowy sprzęt wędruje od pokoju poprzez kuchnię aż do sypialni.
Szczytem wszystkiego jest umieszczenie jednego ze statywów w łazience. Nie mam wyjścia. Muszę wytrzymać. Przyglądam się swojemu mieszkaniu. W pokoju na gościnnym stole rzeczy z kuchni, w sypialni – z pokoju. Obrazy ze ścian pozdejmowane (bo zbliżenie trzeba było zrobić), albumy ze zdjęciami pomiędzy pojemnikiem na chleb, a kablem od mikrofonu.

Pies wymęczony patrzy na mnie i pyta, co tu się dzieje. A ja doznaję olśnienia.

Wiem, dlaczego artyści i celebryci tak bardzo chronią swą prywatność, a sukcesem jest, jeśli jakaś ekipa wejdzie do ich domów. Tu nie chodzi o ową prywatność, tu chodzi o ten cały bajzel, o ludzi statywy, kable, światła, blendy, folie i inne cudactwa potrzebne do zrealizowania materiału filmowego. O zablokowanie łazienki. O magazyn na balkonie. O zdenerwowanego psa. Godzina przygotowywania = 10 minut nagrania.

I tego wszystkiego się nie da uniknąć, bo tak się kręci, tak się nagrywa...






sobota, 16 marca 2019

Ja, kibic!


IMG_6655MY! Foto Dominik Hołda

Nie da się ukryć. Jestem kibicem sportowym. Taki ultras. Noszę klubowe barwy, dopinguję swoich na meczu, należę do zorganizowanej grupy, wcale nie przestępczej. Tylko takiej kochającej swoją drużynę koszykówki – Górnika Wałbrzych.

Grupa jeździ na mecze. Ma bębny. Tłucze w nie, krzyczy, śpiewa. Słowem dopinguje. Wszędzie, gdzie się pojawi wzbudza …. strach. Zupełnie nie wiem dlaczego. Przecież z nas tacy fajni, pogodni ludzie. Oczywiście, że nie lubimy naszych rywali. Oczywiście z wyjątkami. Mamy kilka zaprzyjaźnionych grup kibicowskich z różnych stron Polski. Ostatnio jednak nie udaje się nam z nimi grać. Są w naszych ligach albo wyżej albo niżej. Ogólnie rzecz biorąc przeciwników naszych nie darzymy sympatią.
Jeśli rywal staje na linii rzutów osobistych, gwiżdżemy, wrzeszczymy w celu zdekoncentrowania, żeby oczywiście nie trafił. Mamy nawet taki okrzyk „Podejdź bliżej!”. Zachęcamy w ten sposób do …. przekroczenia linii i uznania rzutu za nieważny. Normalne. Przecież nie będziemy ułatwiać zdobywania punktów przeciwnikowi.

Sędzia to też z reguły nasz wróg. Przyglądamy się jego pracy na boisku. W sytuacjach konfliktowych 
zawsze trzymamy stronę naszych, a jeśli sędzia twierdzi inaczej, znaczy się, że jest zły.
Kiedyś jeden z trenerów powiedział mi, że w kwestii sędziów kibice bywają bardzo pomocni. Trenerom i zawodnikom nie wolno kwestionować decyzji arbitrów. Za sprzeciw grozi „przewinienie techniczne”. Kibicom natomiast wolno krzyczeć z trybun, praktycznie to, co im się podoba. Przez całe swoje życie byłam świadkiem wielu sytuacji, kiedy głośny wrzask kibiców powodował weryfikację pierwotnej decyzji sędziego.

I tak jeszcze dużo mogłabym o nas, kibicach koszykówki pisać.... W zasadzie nie o to dziś chodzi.
Otóż niedawno zwrócili się do mnie dwaj znajomi z prośbą o interwencję w sprawie kibiców.
Pierwszy, od pewnego czasu abstynent, zaproponował, żebym ze względu na wiek, zawód, który wykonywałam - nauczyciel – zaczęła krzewić w szeregach braci i sióstr po szalu całkowitą abstynencję.
Akurat nie należę do osób, którzy nie lubią %. Z wiekiem jest ich coraz mniej, ale za to są coraz bardziej wykwintniejsze. Czy kibic pije? Przeciętny kibic oczywiście – tak. Piwko przed meczem, piwko po meczu. Na meczu? Oczywiście, że się zdarzało.

Jednym z obrazów pozostałych mi z dzieciństwa (lata 60/70) był widok stadionu po meczu piłki nożnej. Pomiędzy ławkami chodzili ludzie z wielkimi workami i zbierali puste butelki po napojach %. Dzisiaj takiego widoku już nie ma. Na obiekty sportowe nie wolno wnosić nawet plastikowych dużych butelek z wodą. Jeśli więc kibic przemyci w małej pół litra czystej i poczęstuje kolegów, nic się nie stanie. Ostatnio widziałam przemyconą butelkę o pojemności 0,2 litra i rozpracowane przez trzech kolesi. Taka ilość alkoholu nawet mnie nie powali.

Czy kibic nadużywa? Zdarza się. Tyle tylko, że na meczu nie podskoczy. Zostanie po prostu wyrzucony przez „ochroniarzy”. Zatem kibic nie nadużywa więcej niż nadużywający u cioci na imieninach.
Skąd wziął się zatem mit o pijących kibicach? Cóż, jeśli w grupie np. 100 osób trafi się czterech pijanych, od razu rzucają się w oczy. Jeśli na meczu będzie 1000 osób i 40 wypije – procent ten sam. Te cztery dychy oczywiście już mogą narozrabiać. Tak powstaje opowieść o tym, że kibice piją dużo i obficie, nawet ci z pozostałej grupy liczącej 960 osób. Zatem tu sprawę mamy wyjaśnioną.

Drugi znajomy prosił, bym wyeliminowała z dopingu przekleństwa i wyzwiska. I tu zaczęły się moje schody... Na co dzień nie klnę. Potwierdzą to moi znajomi. Ale na meczu... Kiedyś jeździłam na mecze do miasta X. Na widowni siadałam w loży VIP. Zasiadali tam dyrektorzy, prokuratorzy, doktorzy.... słowem ludzie wykształceni, mądrzy i na stanowiskach. I dobrze, że siedzieli wszyscy w kupie. Oj, ci to potrafili pokląć. Oj, potrafili wiązanki posłać w stronę sędziego i drużyny rywali. Gorsza od nich nie byłam.
Skąd wzięły się wulgaryzmy na meczach? A bo ja wiem... wiem tylko, że były zawsze. Znajomy twierdził, że kiedyś za przekleństwa wyrzucano z trybun. Nie pamiętam, a na mecze chodziłam już od chwili poczęcia, bo rodzice kibicami byli.

Oczywiście są dyscypliny sportowe podczas których się nie bluzga, taka jazda figurowa, gimnastyka.... niektórzy twierdzą, że siatkówce obce są wulgaryzmy. Mam tu poważne wątpliwości.
Trzeba chyba zadać inne pytanie – dlaczego ludzie chodzą na mecze? Oczywiście w celu rozrywkowym, żeby spotkać kumpli. Ale dla większości mecz to coś więcej. To wyraz patriotyzmu, tego wielkiego i tego jeszcze większego – lokalnego. Od ponad czterdziestu lat kibicuję Górnikowi Wałbrzych z odległości 600 km.

Drużyna jest symbolem lokalnej więzi między przedstawicielami różnych grup społecznych. Podczas meczu nie ma podziałów. A kiedy potrzebna jest pomoc, kibice wspierają się wzajemnie.
Mecz wyzwala w ludziach wielkie emocje. Adrenalina króluje. Tu można rzeczywiście dać upust swej energii, to nie paskudna korporacja, w której trzeba słuchać szefa. Tu można na moment poczuć się wolnym człowiekiem. I czasami zakląć.

Zresztą klął już mistrz Fredro, w filmach też masa wulgaryzmów …. dlaczego ludzie czepiają się kibiców?