Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kibic. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kibic. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 kwietnia 2020

Narodowa kwarantanna XLV – Sztuka dla sztuki


                      film na dziś „Skrzydlate świnie”

Wczorajszy dzień poświęciłam na wiosenne porządki w ciuchach. To znaczy ciężkie, grube swetry, nieco chudsze dżinsy i w miarę lekkie bluzki zamknęłam za pomocą odkurzacza w workach. Z nich wcześniej wyjęłam przewiewne sweterki, cienkie „rybaczki” i bluzeczki typu „mgiełka”. Znaczy się jesienno-zimowe zajęły miejsce ciuchów wiosenno-letnich i odwrotnie.
Okazało się, że przez pół roku ani nie przytyłam, ani nie schudłam. Wszystko pasowało i nic nie wrzuciłam do kontenera z napisem „Pomoc dla ubogich z pis”.

Potem wysłuchałam dwóch płyt, winylowych oczywiście, Pink Floydów. „The Wall” to wydanie dwupłytowe, więc w sumie płyt było sztuk trzy. Obejrzałam „Ziemię obiecaną”. Z kasety VHS nagranej własnoręcznie jeszcze przed tym, jak Wajda, też własnoręcznie, pociął taśmę i usunął najlepsze kawałki z Kaliną Jędrusik w pociągu. Jak młodzi nie wiedzą, o co biega, niech sobie poszukają. Mają internet od tego.

Wieczorem skupiłam się na przygodach Jamesa Bonda. Musiałam na ten czas przeprosić TVP1, bo tam był film. Szybko sobie to wybaczyłam, bo akurat „Skyfall” z Danielem Craigiem lubię, chociaż za samym Danielem nie przepadam.
W każdym razie owe liczne zajęcie na kwarantannie nie pozwoliło mi skupić się na bieżących wiadomościach.

Usłyszałam coś o odmrożeniu sportu i uruchomieniu „Orlików”.
Nie odmrozili? Przechodziłam niedawno obok jednego i lodowiska już tam nie było...

Usłyszałam, że ruszyć ma piłka nożna i żużel. Znaczy się sport zawodowy. Mecze ligowe będą.

Bez kibiców.

I jako kibic, niektórzy mówią nawet, że kibiol, mam sporo do powiedzenia na ten temat.

Jeszcze nie tak dawno zawodnicy krzyczeli do kibiców „Gramy dla was!”. Modne było twierdzenie „Mecz dla kibiców, nie dla sędziów!” Kibice stanowili właściwie sens sportowego widowiska. Tak jak widzowie w teatrze lub w kinie. Spektakl robi się dla widzów. Film kręci się też dla nich.

Ja może piszę częściowo w celach terapeutycznych (żeby nie zidiocieć na kwarantannie, rzecz jasna), ale chcę również, by ludzie mnie czytali. Nawet uznając, że to, co piszę jest idiotyczne.

Ale mecz bez kibiców? I to nie za karę?

Oczywiście, ze znalazłam odpowiedź na zagadnienie. W świecie sztuki.

Oto hasło „sztuka dla sztuki” (fr. l'art pour l'art), czyli sztuka jest celem sama w sobie. Poeta pisze dla siebie, malarz maluje dla siebie. Dzieło jest dziełem samo w sobie. Po raz pierwszy słynnego hasła użył w 1818 w swojej książce „O prawdzie, o dobru i o pięknie” Victor Cousin. „Hasło było wyrazem sprzeciwu wobec utylitaryzmu w sztuce, spełnianiu przez nią innych, oprócz estetycznych funkcji. Dzieło miało być doskonałe w swej formie, bez przypisywania nadmiernego wydźwięku, np. edukacyjnego czy politycznego. Koncepcja ta przewija się w poglądach wielu pisarzy i filozofów”. Hasło propagowane było przez niektórych twórców polskiego i europejskiego modernizmu, znaczy się na przełomie XIX/XX wieku, bardziej w stronę tego pierwszego.

Tłumacząc z polskiego na nasze, moje pisanie ma być ładne, ale wcale nie musi pełnić funkcji ideowej. Może być również brzydkie, jak się komuś nie podoba, ale nie musi pełnić funkcji poznawczej.

Czy zastanawialiście się, po co w domu są takie kwiaty w wazonie? 

Sens umieszczania paprotki i aloesu w doniczkach jest wiadomy. Ten oczyszcza powietrze, tamten kwiat leczy.

A taki tulipan? 

A taki goździk?

Nic, nul, żadnego pożytku.

A jednak jest.

Bo ładny. Taka sztuka dla sztuki.

Czy teraz piłka nożna i żużel będzie czymś takim? Kopiemy i jeździmy wokół stadionu dla samej idei kopania lub jazdy?
(Szczerze mówić nie dosłyszałam, czy zawody będą odbywały się równocześnie? I tu stadion, i tu stadion....)

Czekam więc z utęsknieniem na pierwszy mecz bez publiczności. Oczami wyobraźni widzę kibiców stojących pod stadionem w przepisowej odległości od siebie. Tak jak podczas protestów bodajże w Izraelu. Kibice stoją i też krzyczą. Na przykład "Sędzia wuj!" Bo sędzia zawsze jest ...ujem. 

Bo kibic meczu nie odpuści.

Oczywiście dotyczy to tylko „kopanej”. Głos wydawany przez żużlowy motocykl zagłuszy niestety każdego kibica.





niedziela, 4 sierpnia 2019

Smutek....




I jest mi smutno.... od dłuższego czasu smutno... niby powinnam ironizować, wyśmiewać, ale jakoś brak mi energii do tego typu działań. Po prostu chyba się podłamałam... jeszcze jakoś chwieję się na wietrze, ale wczoraj usunęłam znajomą ze znajomych na wiadomym portalu, bo po prostu …. nie wytrzymałam... A cierpliwość do ludzi z reguły mam....

Jasne, że chodzi o nienawiść. Jasne, że głównie chodzi o nienawiść głoszoną z ambon, z miejsc, co się zowią miejscami kultu religijnego. Z miejsca, w którym głosi się Słowo Boże, które jak się okazuje jest tylko słowem bożym bez znaczenia....

Jeden ze znajomych przestał chodzić do kościoła. Nie mógł pogodzić spowiedzi z przypadkami pedofilii: „To ja mówię o moich grzechach, a potem on może idzie sam grzeszyć z małolatem?!” - stwierdził oburzony.
Oczywiście jest owe „może”, ale jednak ksiądz to zawód zaufania publicznego i jak żona cezara – powinien być bez zarzutu.

Pocieszyłam kumpla, że nie we wszystkich religiach pnia chrześcijańskiego jest coś takiego jak spowiedź. Niech się nie martwi. Od odpuszczania grzechów jest Bóg, a nie podejrzany typ w czarnej kiecce.

Inna znajoma popiera krucjatę kościoła wobec wszelkich mniejszości, bo nie tylko o seksualną tu chodzi. Zupełnie nie dopuszcza do swego mózgu nauk Chrystusa, który po pierwsze nakazywał kochać i przebaczać. Jej umysł powrócił do stanu średniowiecza, kiedy nawoływano do walki z niewiernymi (wyprawy krzyżowe) i późniejszego palenia czarownic. Zapewne gdyby jej dano parę szczap drewna i zapałki, podpaliłaby każdego z ruchu LGBT. Wzorem do naśladowania jest dla niej wiadomy biskup, który krzyczał w kościele o tęczowej zarazie. Dla niego pewnie oddałaby życie. 

Wśród przeciwników Marszów Równości i haseł równego traktowania każdego człowieka na jednym ze zdjęć w sieci znalazłam ludzi z nazwą mego klubu sportowego....

Smutno mi się zrobiło.... i to bardzo....

Pamiętam opowieści swego ojca o pierwszych, powojennych latach, kiedy klub sportowy powstawał. Sport jednoczył ludzi. Różnych. Bo było to na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Przybywali tu ludzie z różnych stron Europy. Przybywali tu ludzie z różnymi życiorysami. Z Francji, Grecji, Litwy, żołnierze AK i WiN, drobni przestępcy, szabrownicy, komuniści, Żydzi, prawosławni.... Niemcy.... bo to nie prawda, ze wszyscy od razu wyjechali....

I postanowili tu żyć razem.
I spotykali się razem na stadionie.
Czasami sobie pomagali.
Czasami się z siebie śmiali.

Pamiętam przez moje mieszkanie, jeszcze w latach sześćdziesiątych, przewijały się przeróżne osoby związane ze sportem, z ukochanym klubem.... To właśnie dzięki temu nauczyłam się tolerancji w stosunku do osób różniących się ode mnie ….

To był taki symbol starożytności.... Grecy na czas igrzysk, na czas sportowej rywalizacji zawieszali wszelkie wojny.

Dziś ludzie posługują się klubowymi barwami w celu tępienia innych ludzi.... Niemożliwe jest wykonanie tego, o czym nauczał Chrystus. Niemożliwe jest powielenie schematu starożytnej Grecji.

Ktoś niedawno powiedział mi, że nie potrafię się dostosować do obecnych czasów. Przede wszystkim nie powinnam głosić swoich poglądów, bo takie jakie mam, są obecnie niemodne, nie są trendy. Jeśli już tego nie potrafię, powinnam machać ręką na wszystko. Olewać wszystko i siedzieć cicho.

Jakoś nie potrafię... jakoś mi smutno.... jakoś źle.... bo doczekałam czasów pogardy.... czy doczekam czasów szacunku i miłości?
Coraz częściej wątpię...


poniedziałek, 22 kwietnia 2019

Mój Górnik – Rzucający za trzy


Stanisław Ignaczak i Poldek Podstawczyński (na pierwszym planie) (foto z książki "70 lat koszykarskiego Górnika Wałbrzych" Tomasza Piaseckiego)

Ponad sto lat temu ludzie zajmujący się dzisiejszą socjologią i psychologią doszli do ciekawych wniosków. Uznali, że człowiek jest w stanie rozpoznać ok. 3000 twarzy innych ludzi i z taką grupą ludzi współdziałać tworząc w miarę jednolitą społeczność. Jako że bogaci mieszkali w pałacach lub wielkich kamienicach, sprawa dotyczyła zabudowań dla robotników. Rozpoczęto budowę osiedli, w których usytuowanie budynków tworzyło duże podwórko. Każde podwórko było miejscem centralnym. Tu znajdowały się „komórki” na węgiel, czasami hodowano zwierzęta, tu bawiły się dzieci i spotykali sąsiedzi. Każdy każdego znał.
Najsłynniejszym tego typu miejscem jest osiedle górnicze na Górnym Śląsku – Nikiszowiec, powstałe na początku XX wieku.
Bardzo podobna jest zabudowa dzielnicy Nowe Miasto w Wałbrzychu. Miejsce mego dzieciństwa otaczają zabudowania czterech ulic: Ogińskiego, Namysłowskiego, Sygietyńskiego i Kazury. I jest tak, jak kiedyś ustalili mądrzy ludzie – wszyscy się znają. Nie zawsze osobiście, ale na pewno z widzenia, bo mijają się codziennie idąc do pracy, robiąc zakupy w tym samym sklepie, wyrzucając śmieci do tego samego śmietnika.
Pamiętnego dla mnie dnia – 3 lutego 1971 roku, kiedy zakochałam się w koszykówce – doznałam jeszcze jednego szoku. Otóż w drużynie sławnego w Polsce pierwszoligowego Górnika Wałbrzych zobaczyłam …. swego sąsiada.
Mieszkał wraz z rodzeństwem i mamą w jednym z „ramion” mego podwórza. Często przechodził obok mojej kamienicy. Kłaniał się moim rodzicom. Mówili wtedy: „To taki dobrze ułożony chłopak”. Na ramieniu miał najczęściej sportową torbę. 
Kiedy więc ujrzałam POLDKA PODSTAWCZYŃSKIEGO w barwach wielkiego i sławnego Górnika, zaniemówiłam. Rety, tak blisko mam prawdziwego sportowca! Pierwszoligowca! Przecież znam go od zawsze! 
Poldek było oczywiście „stary”, różnica trzynastu lat, kiedy ma się dopiero dwanaście, to pokoleniowa przepaść. Zawsze jednak był dla mnie taki sam.... wysoki blondyn o dyskretnym uśmiechu. Bez wątpienia - prawdziwy wałbrzyski koszykarz.
Trenował u słynnego Stanisława Rytki. W książce poświęconej wałbrzyskiej koszykówce „60 lat minęło” jego nazwisko pojawia się w opisie sezonu 1963/64. Junior Poldek wraz z kolegami zdobywa mistrzostwo Dolnego Śląska. 
W kolejnych sezonach koszykarz stał się kluczową postacią w zespole. Zdobywał dużo punktów i był członkiem drużyny, która wkrótce awansowała do najwyższej ligi.
Stało się to w sezonie 1969/1970. 

Apolinary Podstawczyński miał w tym wielki udział. W każdym meczu zdobywał punkty. Czy wcześniej tak samo rzucał, jak wtedy kiedy go poznałam?
Nie wychodził wówczas w pierwszej piątce. Był owym „szóstym”, może nawet "siódmym" zawodnikiem. Ale jak już się pojawiał na boisku, to jego udział w meczu był szczególnie widoczny.
Poldek miał tylko 185 cm wzrostu, nie toczył walki pod koszami. Był mistrzem w rzutach z dystansu. Ustawiał się za „trumną” (dziś obszar zwany „pomalowanym”) i pewnie rzucał do kosza. Kibice każdy rzut nagradzali wielkimi oklaskami, takimi samymi jak dziś nagradza się „wsady” do kosza. Rzuty z dystansu to była wówczas rzadkość. Niestety, nikt wtedy nie liczył ich inaczej. Każdy rzut to dwa punkty. Zatem, jeśli przeglądamy dziś statystyki z dawnych lat, przy nazwisku „Podstawczyński” dodajmy jeszcze jedną trzecią zdobytych punktów. On rzucał „za trzy”.
Sezon 1975/1976 był ostatnim w jego karierze.

Zawsze w barwach Górnika.

Zawsze w Wałbrzychu.

Ostatni raz widziałam Poldka w 2006 roku podczas Meczu Wspomnień. Skromnie usiadł na widowni hali OSiR-u, obok mnie. Uśmiechnął się. Chyba mnie poznał. Był już wtedy po, lub w trakcie walki z ciężką chorobą. Podszedł do niego jeden z organizatorów meczu: „Panie Poldku, proszę do szatni, do swojej drużyny.” - „Ale ja nie gram” - rzekł cicho i bardzo nieśmiało. „Nie szkodzi. Proszę za mną”.
Wstał i dołączył do swoich kolegów. Kim był organizator, nie pamiętam....
O mały włos, a Poldek nie stałby się członkiem mojej rodziny. Bo było to tak: kilka razy przyjechała do nas kuzynka Basia w wieku odpowiednim dla młodego koszykarza. Ten, jak to na wspólnym podwórku bywało, zauważył ją i pewnego dnia powiedział memu tacie, że Basia mu się bardzo podoba. Jako że moim rodzicom Poldek zawsze bardzo się podobał, rozpoczęli zachęcanie Basi, by przyjrzała się chłopakowi z sąsiedztwa. Niestety, dziewczyna zakochana chyba była, bo nie wykazała zainteresowania...
Tymczasem po zakończeniu kariery koszykarskiej życie Poldka nie głaskało - ciężka choroba, śmierć brata, syna, żony i matki… to dużo jak na jednego człowieka, zbyt dużo....
Teraz odszedł również on.... na biało-niebieskie boisko wśród chmur.... dołączył do zmarłego niedawno kolegi z boiska – Staszka Ignaczaka....
Na pewno zagra tam jeszcze nieraz i na pewno jego rzuty z dystansu niebiańscy sędziowie policzą tym razem za trzy punkty....

wtorek, 2 kwietnia 2019

Cytaty - Polska! Biało-Czerwoni!

 
P1230238z trenerem Mike Taylorem, który poprowadził polską reprezentację w koszykówce do awansu na Mistrzostwa Świata...  

Polska! Biało-Czerwoni! – okrzyk kibiców

Bez cienia wątpliwości - najwięcej barw narodowych jest na imprezach sportowych. To nie te wciągane na maszt dla zwycięzców sportowej rywalizacji, to nie te wieszane podczas państwowych uroczystości są symbolem naszej miłości do biało - czerwonej.

To flagi, transparenty i szaliki w biało-czerwonych barwach, przynoszone na mecz przez kibiców bez nakazu, bez przymusu, bez „bo wypada”, są wyrazem współczesnego patriotyzmu.
Byłam we Włocławku na meczu eliminacyjnym do EuroBasketu 2017. Grały koszykarskie reprezentacje Polski i Portugalii. Z pełną świadomością oglądałam ten mecz w grupie najgłośniejszych kibiców, tych, którzy doping na meczach organizują i prowadzą, zagrzewają do swoich do walki o każdy punkt. Ich miejsce znajdowało się na samym szczycie włocławskiej hali. 

Poprzez media społecznościowe zmobilizowali kibiców innych drużyn do przyjazdu, by wspólnie dopingować polskich koszykarzy. Zjechali ludzie z wielu stron kraju.Wspólnie odśpiewaliśmy hymn narodowy. Cały. Cztery zwrotki. Dwa razy. Na początku i na końcu meczu.

Młodzi ludzie tekst znakomicie znają. Skąd ? – wypadało by zapytać. Jeszcze tak niedawno hymnu po prostu wysłuchiwano. Kiedy powiedziałam o tym koledze, który nie ma nic wspólnego ze sportem, był zdziwiony. Hymn kojarzy głównie z smutnymi uroczystościami z okazji rocznic kolejnych historycznych klęsk. Z okazji wielkich sportowych imprez typu Igrzyska Olimpijskie, wysłuchuje Mazurka Dąbrowskiego i ogląda wciąganie flagi na maszt, jeśli Polak zdobędzie złoty medal. Kiedy ostatni raz śpiewał, tak spontanicznie, tak od serca, tak po prostu? Chyba w latach osiemdziesiątych …. – przyznaje po cichu. Tymczasem hymn śpiewany na hali czy stadionie autentycznie jednoczy, spaja, sprawia, że człowiek czuje się prawdziwym patriotą.

Jakie emocje towarzyszą temu momentowi, dowie się tylko ten, który taki moment przeżyje. Wyobraźcie sobie, jeśli kibicami nie jesteście, co przeżywa kibic z podniesioną do góry własną flagą śpiewając z tysiącami podobnych sobie narodową pieśń?

Taki jest dzisiejszy patriotyzm młodych ludzi. Wspierają swoich na sportowych arenach, przeżywają porażki, cieszą się ze zwycięstw i są, po prostu są.

niedziela, 24 marca 2019

My jesteśmy z biedaszybów.....


P1110153

tekst z sierpnia 2018

My jesteśmy z biedaszybów. 
O tym cała Polska wie.
U nasz zawsze jest kultura,
wóda, narkotyki, sex.

Kiedy w Białymstoku grupa kibiców koszykarskiego Górnika Wałbrzych zaśpiewała tekst dopingujący swoją drużynę, część kibiców tamtejszych Żubrów otworzyła usta ze zdziwienia. Wsłuchiwali się w słowa i z niedowierzaniem kręcili głowami. Po meczu jeden z nich mnie zapytał: „Jesteście dumni, że macie biedaszyby?”

Uśmiechnęłam się: ”Tak, bo dzięki biedaszybom jeszcze funkcjonujemy” - odpowiedziałam złośliwie.
Czas na rozwinięcie tematu...

Ja to właściwie jestem jeszcze z węgla. Takie powiedzenie. Urodziłam się w czasach, kiedy w Wałbrzychu kopano węgiel i przerabiano w miejscowych koksowniach. Miasto nie należało do ulubieńców władz centralnych. Pamiętam jak rodzice narzekali, że na „Barbórkę” to najważniejsi sekretarze PZPR jeżdżą tylko na Górny Śląsk. Komuna przez lata w miasto nie inwestowała. Nie tknęła je wojna. Wybudowane w latach 20 i 30 – tych minionego stulecia uchodziło za młode i solidne. Jakoś nikt nie zauważył, że budynki nie piramidy, a Niemcy, którzy je wybudowali – nie Egipcjanie... Do tego w budynkach nie było własnościowych mieszkań, należały do miasta....

Tąpnięcie nastąpiło w latach 90 – tych XX wieku. Ktoś ocenił, że wydobycie węgla na terenie Zagłębia Wałbrzyskiego jest nierentowne i kopalnie trzeba zamknąć.

Kiedy przyjeżdżałam do swego miasta, łzy cisnęły mi się do oczu. Miasto starzało się z roku na rok. Szybciej niż ja. Poniemieckie osiedla niszczały w zastraszającym tempie. Mieszkania oddawano ludziom na własność za niewielkie sumy, tworzono wspólnoty, ale brak środków do życia, brak pracy uniemożliwiał wykup tych mieszkań, o generalnym remoncie kamienic nie wspominając...
Wtedy zrodziły się biedaszyby. Zaczęli zjeżdżać dziennikarze, fotoreporterzy i pokazywali w różnych telewizjach wałbrzyską biedę. Ot i sensacja – człowiek kopiący węgiel, by zapewnić chleb rodzinie i zalepić dziurę w dachu poniemieckiej kamienicy.

Dla mediów Wałbrzych stał się synonimem biedy i upadku. Tu rodziło się zło, przestępstwo, demoralizacja.

Mało kto jednak zauważył, co było przyczyną takiego stanu rzeczy.... transformacja gospodarcza miał swoje ofiary... nie zawsze polityczne.... Praktycznie nikt im nie podał ręki.

Najbardziej aktywni kibice koszykarskiego Górnika w okresie biedaszybów albo byli dziećmi, albo rodzili się. To pokolenie, które utożsamia się z całą historią miasta. Widzi, że Wałbrzych, mimo licznych zmian w tym mieście, przez dużą część Polaków nadal postrzegane jest jako miasto biedaszybów.

Skoro stworzyliście taki wizerunek miasta, to my się pod nim podpisujemy – zdają się mówić słowa kibicowskiej piosenki. Taki sarkazm. 

Jasne, jesteśmy z biedaszybów i nie wstydzimy się tego. Taki przekaz. 

Jestem jeszcze z węgla, ale biedaszybów też się nie wstydzę. Jeśli ktoś mi mówi, że Wałbrzych to okropne miasto i strach tam chodzić po ulicach (chociaż nigdy nie chodził), robię groźną minę: „ To mnie też się bój!”

O mnie, o Wałbrzychu i kibicach, co się biedaszybów nie wstydzą, moja córka nakręciła krótki reportaż.... obejrzyjcie...



sobota, 16 marca 2019

Ja, kibic!


IMG_6655MY! Foto Dominik Hołda

Nie da się ukryć. Jestem kibicem sportowym. Taki ultras. Noszę klubowe barwy, dopinguję swoich na meczu, należę do zorganizowanej grupy, wcale nie przestępczej. Tylko takiej kochającej swoją drużynę koszykówki – Górnika Wałbrzych.

Grupa jeździ na mecze. Ma bębny. Tłucze w nie, krzyczy, śpiewa. Słowem dopinguje. Wszędzie, gdzie się pojawi wzbudza …. strach. Zupełnie nie wiem dlaczego. Przecież z nas tacy fajni, pogodni ludzie. Oczywiście, że nie lubimy naszych rywali. Oczywiście z wyjątkami. Mamy kilka zaprzyjaźnionych grup kibicowskich z różnych stron Polski. Ostatnio jednak nie udaje się nam z nimi grać. Są w naszych ligach albo wyżej albo niżej. Ogólnie rzecz biorąc przeciwników naszych nie darzymy sympatią.
Jeśli rywal staje na linii rzutów osobistych, gwiżdżemy, wrzeszczymy w celu zdekoncentrowania, żeby oczywiście nie trafił. Mamy nawet taki okrzyk „Podejdź bliżej!”. Zachęcamy w ten sposób do …. przekroczenia linii i uznania rzutu za nieważny. Normalne. Przecież nie będziemy ułatwiać zdobywania punktów przeciwnikowi.

Sędzia to też z reguły nasz wróg. Przyglądamy się jego pracy na boisku. W sytuacjach konfliktowych 
zawsze trzymamy stronę naszych, a jeśli sędzia twierdzi inaczej, znaczy się, że jest zły.
Kiedyś jeden z trenerów powiedział mi, że w kwestii sędziów kibice bywają bardzo pomocni. Trenerom i zawodnikom nie wolno kwestionować decyzji arbitrów. Za sprzeciw grozi „przewinienie techniczne”. Kibicom natomiast wolno krzyczeć z trybun, praktycznie to, co im się podoba. Przez całe swoje życie byłam świadkiem wielu sytuacji, kiedy głośny wrzask kibiców powodował weryfikację pierwotnej decyzji sędziego.

I tak jeszcze dużo mogłabym o nas, kibicach koszykówki pisać.... W zasadzie nie o to dziś chodzi.
Otóż niedawno zwrócili się do mnie dwaj znajomi z prośbą o interwencję w sprawie kibiców.
Pierwszy, od pewnego czasu abstynent, zaproponował, żebym ze względu na wiek, zawód, który wykonywałam - nauczyciel – zaczęła krzewić w szeregach braci i sióstr po szalu całkowitą abstynencję.
Akurat nie należę do osób, którzy nie lubią %. Z wiekiem jest ich coraz mniej, ale za to są coraz bardziej wykwintniejsze. Czy kibic pije? Przeciętny kibic oczywiście – tak. Piwko przed meczem, piwko po meczu. Na meczu? Oczywiście, że się zdarzało.

Jednym z obrazów pozostałych mi z dzieciństwa (lata 60/70) był widok stadionu po meczu piłki nożnej. Pomiędzy ławkami chodzili ludzie z wielkimi workami i zbierali puste butelki po napojach %. Dzisiaj takiego widoku już nie ma. Na obiekty sportowe nie wolno wnosić nawet plastikowych dużych butelek z wodą. Jeśli więc kibic przemyci w małej pół litra czystej i poczęstuje kolegów, nic się nie stanie. Ostatnio widziałam przemyconą butelkę o pojemności 0,2 litra i rozpracowane przez trzech kolesi. Taka ilość alkoholu nawet mnie nie powali.

Czy kibic nadużywa? Zdarza się. Tyle tylko, że na meczu nie podskoczy. Zostanie po prostu wyrzucony przez „ochroniarzy”. Zatem kibic nie nadużywa więcej niż nadużywający u cioci na imieninach.
Skąd wziął się zatem mit o pijących kibicach? Cóż, jeśli w grupie np. 100 osób trafi się czterech pijanych, od razu rzucają się w oczy. Jeśli na meczu będzie 1000 osób i 40 wypije – procent ten sam. Te cztery dychy oczywiście już mogą narozrabiać. Tak powstaje opowieść o tym, że kibice piją dużo i obficie, nawet ci z pozostałej grupy liczącej 960 osób. Zatem tu sprawę mamy wyjaśnioną.

Drugi znajomy prosił, bym wyeliminowała z dopingu przekleństwa i wyzwiska. I tu zaczęły się moje schody... Na co dzień nie klnę. Potwierdzą to moi znajomi. Ale na meczu... Kiedyś jeździłam na mecze do miasta X. Na widowni siadałam w loży VIP. Zasiadali tam dyrektorzy, prokuratorzy, doktorzy.... słowem ludzie wykształceni, mądrzy i na stanowiskach. I dobrze, że siedzieli wszyscy w kupie. Oj, ci to potrafili pokląć. Oj, potrafili wiązanki posłać w stronę sędziego i drużyny rywali. Gorsza od nich nie byłam.
Skąd wzięły się wulgaryzmy na meczach? A bo ja wiem... wiem tylko, że były zawsze. Znajomy twierdził, że kiedyś za przekleństwa wyrzucano z trybun. Nie pamiętam, a na mecze chodziłam już od chwili poczęcia, bo rodzice kibicami byli.

Oczywiście są dyscypliny sportowe podczas których się nie bluzga, taka jazda figurowa, gimnastyka.... niektórzy twierdzą, że siatkówce obce są wulgaryzmy. Mam tu poważne wątpliwości.
Trzeba chyba zadać inne pytanie – dlaczego ludzie chodzą na mecze? Oczywiście w celu rozrywkowym, żeby spotkać kumpli. Ale dla większości mecz to coś więcej. To wyraz patriotyzmu, tego wielkiego i tego jeszcze większego – lokalnego. Od ponad czterdziestu lat kibicuję Górnikowi Wałbrzych z odległości 600 km.

Drużyna jest symbolem lokalnej więzi między przedstawicielami różnych grup społecznych. Podczas meczu nie ma podziałów. A kiedy potrzebna jest pomoc, kibice wspierają się wzajemnie.
Mecz wyzwala w ludziach wielkie emocje. Adrenalina króluje. Tu można rzeczywiście dać upust swej energii, to nie paskudna korporacja, w której trzeba słuchać szefa. Tu można na moment poczuć się wolnym człowiekiem. I czasami zakląć.

Zresztą klął już mistrz Fredro, w filmach też masa wulgaryzmów …. dlaczego ludzie czepiają się kibiców?