Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kwiaty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kwiaty. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 sierpnia 2021

Narodowych Wszystkich Świętych Roku Pańskiego 2020 czyli efekt Morawieckiego

 


Prolog

Wędrowali szewcy przez zielony las.

Nie mieli pieniędzy, ale mieli czas.

Wędrowali

rybcium pipcium!

I śpiewali

rybcium pipcium!

Nie mieli pieniędzy, ale mieli czas!


Wędrowali boso wkoło szumiał las,

Na co nam pieniądze, skoro mamy czas.

Wędrowali

rybcium pipcium!

I śpiewali

rybcium pipcium!

Na co nam pieniądze, skoro mamy czas!

piosenka dla dzieci

  • Babciu, a co oznacza słowo pypcium?

  • Nie wiem, ale jest fajne!

Narodowych Wszystkich Świętych Roku Pańskiego 2020 czyli efekt Morawieckiego


Pandemia trwała w najlepsze. Wszyscy się w niej pogubili. Normalni ludzie, psychiczni, rząd, władze miast i pewnie ONZ, bo nie przejawiało żadnej aktywności. Przynajmniej mi nie była znana. Oczywiście można wysunąć też teorię, że w Afryce był spokój, bo żadne wieści z Czarnego kontynentu nie dochodziły. Ale byli i tacy, co twierdzili, że tam dawno koronawirus wytłukł wszystkich i dlatego taka cisza.

Wiem, powiało czarnym humorem. Ale w przeddzień jednego z najważniejszych w polskiej tradycji świąt, zwanych Wszystkich Świętych, inny humor nie uchodzi.

Wymyłam stare znicze, kupiłam nowe wkłady (robię to w ramach ekologii oczywiście, własnego portfela oczywiście), synowa kończyła robić wiązanki. Jako że kontakty międzyludzkie nie były już zakazane, odwiedziłam wnuka. Przy rodzinnym obiedzie ustaliliśmy plan działania na Święto.

  • My w sobotę (tj. 31 października) jedziemy odwiedzić groby na wsiach. A potem idziemy na rosół do rodziny – oznajmiła moja rodzina w postaci synowej.

Nie da się ukryć, rodzina synowej, rozsiana w promieniu 100 km leży na kilku wiejskich cmentarzach i trzeba je nawiedzić. W ich pobliżu znajdują się domy z żywą rodziną, którą warto odwiedzić.

  • A w niedzielę (tj. 1 listopada) przyjadę po ciebie i pojedziemy na nasz cmentarz – dokończył planowanie syn.

Wnuk uśmiechnął się, czyli plany zaakceptował.

Czwartek to był, czyli 29 października 2020.

Kolejny dzień rozpoczęłam normalnie i normalnie się zapowiadał.

I nagle sprawa się rypła.

Włączam kompa i oczom nie wierzę. Włączam telewizor w sypialni, ten obok kompa, i nadal nie wierzę, tym razem uszom również. Przeskakując wylegującą się między pokojami sunię, włączam drugi telewizor. Zastanawiam się, czy nie odpalić laptopa służącego jako monitor na działce. Za dużo roboty. Schowany głęboko wśród rzeczy działkowych w pawlaczu, czeka na wiosnę.

Kto przeżył tamten czas już wie – zamknięto cmentarze! W piątek o 15.00 szef rządu oznajmił, iż cmentarze zostaną zamknięte z powodu oczywiście wirusa.

Telewizory jakoś to przetrzymały. Wszystkie stacje równo straszyły zagrożeniem epidemiologicznym obecnym na miejscach wiecznego spoczynku. Porozumienie ponad podziałami. Gorzej z internetem. Tu bowiem odzywał się lud. Naród. Polski. Jedyny na świecie, który w tak uroczysty sposób raz do roku czci zmarłych.

Naród klął. Naród się wściekał. Naród ciskał błyskawice. Naród kipiał ze złości. Zgrzytał zębami. Pieklił się. Świrował. Wariował. Wpadał w szał.

Oczywiście najpopularniejszą opinią było twierdzenie, iż nawet słynna polska komuna nigdy tego święta nie tknęła, a wirus owszem. W towarzystwie oczywiście rządu, który jest wykonawcą woli zarazy.

Cmentarze miały być zamknięte o północy. Do tego czasu było jeszcze sporo czasu. Syn przez telefon zadał jedno pytanie:

  • Jedziemy dziś na cmentarz?

  • Jasne.

  • Ale ja mogę dopiero po dwudziestej drugiej...

  • Nie szkodzi. Do północy zostaną jeszcze dwie godziny.

W tym samym mniej więcej czasie moja koleżanka przebywała na cmentarzu i porządkowała grób męża. Wokół niej kręciło się kilka osób czyniących swa powinność wobec zmarłych.

Kiedy zgarnęła z ziemi stare liście, starą trawę i kilka papierków po diabli wiedzą czym (bo skąd się wzięły na cmentarzu), wyprostowała się i zobaczyła zjawisko nadprzyrodzone.

Tłum.

Na cmentarzu.

Idący.

Maszerujący.

Z torbami pełnymi zniczy.

Z chryzantemami w doniczkach.

Z wiązankami w dłoniach.

Ze wściekłością na twarzach.

Stanęła jak wryta. Pusty jeszcze przed chwilą cmentarz wypełnił się narodem. Zakotłowało się również wokół grobów wokół grobu jej męża. Obok niej oczywiście też. Jako że kobieta przestrzegała ściśle zasad sanitarnych, chodziła w maseczce, unikała zgromadzeń i często myła dłonie, nie wiedziała, co ma czynić. Rodziny zmarłych z sąsiednich grobów tłoczyły się coraz gęściej wokół marmurów i lastriko. Niebezpieczeństwo przesłania wirusa wzrosło o, zaraz, tu jest pięć osób, tu cztery, tu osiem.... każda to 100% zagrożenia, zatem...

Matematyka wyższa.

Koleżanka szybko zebrała śmieci do starej reklamówki i równie szybko ruszyła w stronę kontenera, omijając po drodze świąteczny tłum rozsiewający zarazę wokół. Przy śmietniku spotkała sąsiada.

  • Co tu się dzieje? - zapytała stłumionym przez maseczkę głosem.

  • To pani nie wie? - zdziwił się sąsiad. - O północy zamykają cmentarze. Właśnie w telewizorze ogłosili.

  • Ojej, a ja mężowi jeszcze znicza nie zapaliłam!

  • To leć pani i zapalaj! Obowiązek wobec zmarłych musi być wypełniony. Bo inaczej będą straszyć!

I tu koleżanka przypomniała sobie, że kupione z okazji święta znicze miały być zapalone dopiero w niedzielę. Spokojnie leżą sobie w torbie na balkonie. Trzeba zatem biegiem do domu, wziąć je i wrócić.

Tak też zrobiła. Pokonała strach przed zarażeniem. Wróciła na cmentarz pełen ludzi. Przeszła przez tłum potencjalnie roznoszących zarazę i przed północą wypełniła obowiązek. Żeby mąż nie straszył.

Natomiast mój syn, jadąc obok innego cmentarza jeszcze przed piętnastą, praktycznie nie zwrócił uwagi na parking. Kiedy wracał około 17.00, musiał stać w korku. Parking był pełny. Okoliczne uliczki również, a skrzyżowanie zablokowane przez innych chcących dojechać na cmentarz. Policjant kierował ruchem, bo sygnalizacja świetlna nie dawała rady.

O 22.00 zaparkowaliśmy przed naszym cmentarzem. Stało już tylko kilka aut. Wyciągnęliśmy torby ze zniczami, wiązanki i żywe chryzantemy. Syn kupił je przed dwudziestą drugą na targowisku. Tam handel rzeczami związanymi ze świętem trwał ponoć do północy.

Bramą główną, tą od konduktów pogrzebowych weszliśmy na cmentarz. Dotarliśmy do grobu moich rodziców. Na sąsiednim syn postawił lampę akumulatorową, która oświetliła grób. Ustawiliśmy kwiaty, zapaliliśmy znicze.

  • A teraz wyciągaj telefon i nagrywaj film – wydałam polecenie.

Wokół panowała cisza. Ludzi była już garstka. Można by ich uznać za zombi, bo pojawiali się między grobami. W powietrzu unosił się zapach chryzantem i zapalonych zniczy. Stały praktycznie na każdym grobie. Trzeba było mocno wysilić wzrok, by dostrzec jakiś pusty, bez świątecznej dekoracji.

Kiedy jeszcze lubiłam cmentarze, bo nie kojarzyły mi się z utratą bliskich, we Wszystkich Świętych przychodziłam na nie właśnie wieczorem. Patrzyłam na migające lampki, bo tak nazywaliśmy znicze i oddychałam zapachem świeżych kwiatów...

Dzięki rozporządzeniu, zarządzeniu, czy cholera wie czym, rządowemu o zamknięciu cmentarzy znowu poczułam się jak nastolatka.

Następny dzień upłynął mi na oczekiwaniu na sms-y. Moja rodzina w postaci syna i jego rodziny postanowiła nie odpuszczać i zmarłych członków rodziny synowej odwiedzić. Zgodnie z planem.

  • Nie będzie nam tu żaden rząd planów psuł! - ryknęło jeszcze poprzedniego dnia młode pokolenie. - Jak trzeba będzie to przeskoczymy przez cmentarny płot, młodego ( wnuka – przypis mój) przerzucimy i znicze zapalimy!

Poparłam. Skakanie przez płot to polska specjalność. Kiedyś taki jeden skoczył na teren zamkniętej stoczni i zaczęła się wolność. Może jak moi skoczą na teren zamkniętego cmentarza, wolność powróci.

Niestety, nie skoczyli. Nie musieli. Okazało się, że małe wiejskie cmentarze zamknięte nie były. Część z nich w ogóle bram do zamknięcia nie miała. Część znajdowała się zaraz za kościołem i chcąc je zamknąć, trzeba by zamknąć wejście do świątyni. A tych rozporządzenie, zarządzenie czy dekret nie obejmował. Policji ani ORMO do pilnowania też nie było. A jeśli przez przypadek przejeżdżała obok, to olewała żywych i umarłych.

W internecie przez całe dwa dni – sobota i niedziela - pojawiały się informacje o otwartych bocznych furtkach. Przemknęły co prawda dwie lub trzy informacje o interwencji sił porządkowych, bo ktoś wlazł i nie chciał wyleźć, ale ginęły w powodzi fotek z otwartymi bramkami.

I tak minęło wielkie narodowe święto...

   Epilog

  • Babciu, co oznacza słowo narodowy?

  • Narodowy szpital, narodowa maseczka, narodowe święta, narodowe szczepienie, narodowa kwarantanna.... nie wiem wnusiu.... Kiedyś to było fajne słowo....

















niedziela, 26 kwietnia 2020

Narodowa kwarantanna XLV – Sztuka dla sztuki


                      film na dziś „Skrzydlate świnie”

Wczorajszy dzień poświęciłam na wiosenne porządki w ciuchach. To znaczy ciężkie, grube swetry, nieco chudsze dżinsy i w miarę lekkie bluzki zamknęłam za pomocą odkurzacza w workach. Z nich wcześniej wyjęłam przewiewne sweterki, cienkie „rybaczki” i bluzeczki typu „mgiełka”. Znaczy się jesienno-zimowe zajęły miejsce ciuchów wiosenno-letnich i odwrotnie.
Okazało się, że przez pół roku ani nie przytyłam, ani nie schudłam. Wszystko pasowało i nic nie wrzuciłam do kontenera z napisem „Pomoc dla ubogich z pis”.

Potem wysłuchałam dwóch płyt, winylowych oczywiście, Pink Floydów. „The Wall” to wydanie dwupłytowe, więc w sumie płyt było sztuk trzy. Obejrzałam „Ziemię obiecaną”. Z kasety VHS nagranej własnoręcznie jeszcze przed tym, jak Wajda, też własnoręcznie, pociął taśmę i usunął najlepsze kawałki z Kaliną Jędrusik w pociągu. Jak młodzi nie wiedzą, o co biega, niech sobie poszukają. Mają internet od tego.

Wieczorem skupiłam się na przygodach Jamesa Bonda. Musiałam na ten czas przeprosić TVP1, bo tam był film. Szybko sobie to wybaczyłam, bo akurat „Skyfall” z Danielem Craigiem lubię, chociaż za samym Danielem nie przepadam.
W każdym razie owe liczne zajęcie na kwarantannie nie pozwoliło mi skupić się na bieżących wiadomościach.

Usłyszałam coś o odmrożeniu sportu i uruchomieniu „Orlików”.
Nie odmrozili? Przechodziłam niedawno obok jednego i lodowiska już tam nie było...

Usłyszałam, że ruszyć ma piłka nożna i żużel. Znaczy się sport zawodowy. Mecze ligowe będą.

Bez kibiców.

I jako kibic, niektórzy mówią nawet, że kibiol, mam sporo do powiedzenia na ten temat.

Jeszcze nie tak dawno zawodnicy krzyczeli do kibiców „Gramy dla was!”. Modne było twierdzenie „Mecz dla kibiców, nie dla sędziów!” Kibice stanowili właściwie sens sportowego widowiska. Tak jak widzowie w teatrze lub w kinie. Spektakl robi się dla widzów. Film kręci się też dla nich.

Ja może piszę częściowo w celach terapeutycznych (żeby nie zidiocieć na kwarantannie, rzecz jasna), ale chcę również, by ludzie mnie czytali. Nawet uznając, że to, co piszę jest idiotyczne.

Ale mecz bez kibiców? I to nie za karę?

Oczywiście, ze znalazłam odpowiedź na zagadnienie. W świecie sztuki.

Oto hasło „sztuka dla sztuki” (fr. l'art pour l'art), czyli sztuka jest celem sama w sobie. Poeta pisze dla siebie, malarz maluje dla siebie. Dzieło jest dziełem samo w sobie. Po raz pierwszy słynnego hasła użył w 1818 w swojej książce „O prawdzie, o dobru i o pięknie” Victor Cousin. „Hasło było wyrazem sprzeciwu wobec utylitaryzmu w sztuce, spełnianiu przez nią innych, oprócz estetycznych funkcji. Dzieło miało być doskonałe w swej formie, bez przypisywania nadmiernego wydźwięku, np. edukacyjnego czy politycznego. Koncepcja ta przewija się w poglądach wielu pisarzy i filozofów”. Hasło propagowane było przez niektórych twórców polskiego i europejskiego modernizmu, znaczy się na przełomie XIX/XX wieku, bardziej w stronę tego pierwszego.

Tłumacząc z polskiego na nasze, moje pisanie ma być ładne, ale wcale nie musi pełnić funkcji ideowej. Może być również brzydkie, jak się komuś nie podoba, ale nie musi pełnić funkcji poznawczej.

Czy zastanawialiście się, po co w domu są takie kwiaty w wazonie? 

Sens umieszczania paprotki i aloesu w doniczkach jest wiadomy. Ten oczyszcza powietrze, tamten kwiat leczy.

A taki tulipan? 

A taki goździk?

Nic, nul, żadnego pożytku.

A jednak jest.

Bo ładny. Taka sztuka dla sztuki.

Czy teraz piłka nożna i żużel będzie czymś takim? Kopiemy i jeździmy wokół stadionu dla samej idei kopania lub jazdy?
(Szczerze mówić nie dosłyszałam, czy zawody będą odbywały się równocześnie? I tu stadion, i tu stadion....)

Czekam więc z utęsknieniem na pierwszy mecz bez publiczności. Oczami wyobraźni widzę kibiców stojących pod stadionem w przepisowej odległości od siebie. Tak jak podczas protestów bodajże w Izraelu. Kibice stoją i też krzyczą. Na przykład "Sędzia wuj!" Bo sędzia zawsze jest ...ujem. 

Bo kibic meczu nie odpuści.

Oczywiście dotyczy to tylko „kopanej”. Głos wydawany przez żużlowy motocykl zagłuszy niestety każdego kibica.





wtorek, 29 października 2019

Ciemna strona wiadomego święta




I oto nadeszła jesień, taka prawdziwa, z szarugami, deszczem, mgłami, sennością i zmrokiem tuż po szesnastej. Wielkimi krokami zbliża się święto zwane „Wszystkich Świętych”, „Świętem Zmarłych”, „Zaduszkami”. Święta głównie katolickie. Wyznawcy tej religii gotowi są życie oddać za jedynie chrześcijańskie pochodzenie owych świąt.
Tymczasem ….

„1 listopada wprowadzono w Rzymie (741 rok) najprawdopodobniej pod wpływem dawnego zwyczaju, występującego u Anglosasów i Franków. Liczne bowiem świadectwa z IX wieku przekazują, że w Anglii i państwie Franków obchodzono 1 listopada uroczystość zwaną sollemnitas sanctissima. W związku z tym uważa się, że Wszystkich Świętych ma genezę przedchrześcijańską. Germanie oraz Celtowie organizowali jesienią uroczystości ku czci zmarłych zwane Samhain. Niektórzy uczeni wiążą Wszystkich Świętych z obrzędowością celtycką, ponieważ rok kalendarzowy i obrzędowy Celtów rozpoczynał się w listopadzie. W roku 835 papież Grzegorz IV zwrócił się do cesarza Ludwika Pobożnego, aby ten wprowadził obowiązkowe obchody uroczystości sollemnitas sanctissima 1 listopada w całym cesarstwie.”

O Zaduszkach nie wspominajmy, bo wyraźnie nawiązują do tradycji pogańskich. Wystarczy poczytać Mickiewicza.
I tyle wiedzy. Wystarczy. Prawdziwy katolik i tak nie przyjmie tego do wiadomości.

Nadszedł również czas na straszenie Halloween.

Na portalach społecznościowych pełno dyń ze świecącymi oczami i straszydeł. Najlepszą promocję zabawie w straszenie robią jej przeciwnicy.

Już o tym kiedyś pisałam.

W tym roku doszedł jeden temat – ekologiczny.

Na ekologię panuje obecnie moda. I dobrze. Temat aktualny i potrzebny. Do tego bardzo neutralny. Nie tyka polityki ani religii.
Oto w sieci pojawiły się teksty nawołujące do ekologicznego traktowania nagrobków naszych przodków.

Zero plastiku!

Kwiaty tylko żywe!

Znicze z wymiennym wkładem!

Złapałam się za głowę. Rety, od ilu lat ja zachowuję się ekologicznie?

Z plastiku całkowicie nie rezygnuję. Ale każdego roku sprawdzam, które ze sztucznych kwiatków nadają się do ponownego wykorzystania. Są takie, które można po prostu wyprać i ponownie umieścić na grobie. Bezwzględnie nadaje się do powtórnego, a nawet poczwórnego wykorzystania, pojemnik na owe kwiatki.

Odkąd wynaleziono znicze z wymiennym wkładem, szklane „opakowania” na światełko wykorzystuję do.... momentu, póki się nie stłuką. Czasami na cmentarzu powieje silny wiatr, czasami sama coś upuszczę.... różnie bywa.

W każdym razie w grudniu zbieram znicze z grobu, chowam w piwnicy, następnego roku starannie myję i ponownie ustawiam na grobie.

Nie dość, że ekologicznie to i tanio.

Kiedyś powiedziałam o tym koleżance, która ledwo wiąże koniec z końcem, ale na dekorację grobu wydaje masę pieniędzy. Była przerażona. Bała się, ze mąż nieboszczyk albo się w grobie przewróci, albo będzie ją w nocy straszył, bo ona chce na nim oszczędzać.

Okazuje się, że wiele osób robi tak jak ja i przez większość, zwłaszcza rodziny, jest za to potępianym lub wyśmiewanym. Ja zresztą też. Od lat słyszę, że chytra jestem, że sknera ze mnie, że nie wypada, że rodzicom żałuję. Tym leżącym w grobie oczywiście.

Tak więc znowu niedługo groby naszych przodków rozbłysną zniczami, zapełnią się kwiatami, a ciotki i babcie, po obowiązkowej mszy, będą oceniały ich dekoracyjną atrakcyjność, obgadywały tych, co z daleka na cmentarz nie przyjechali, kłóciły się o to, który znicz ładniejszy i w którym miejscu go postawić. 

Jedynie w kilu miejscach na kilkanaście, stojący przy grobie wspomną zmarłego, podumają o kruchości ziemskiego bytu i tajemnicy śmierci....

Bo ciemna strona wiadomego święta, czyli żyjący przy grobie, będzie ponownie górą....




sobota, 6 lipca 2019

Łąki kwietne


Naturalna łąka przy mojej działce.... 

Dziś będzie o przyrodzie w mieście. Takim, no powiedzmy, normalnym mieście, w którym wybetonowano Starówki i wybudowano blokowiska.

Typowym przykładem betonowego rynku są dla mnie dwa rynki w Łowiczu. Jeden, słynny trójkątny, składa się z kostki, a jakże - betonowej,  i zabetonowanej fontanny ( i to ma sens), drugi to parking wokół kościoła. Oczywiście, że betonowy! Gdzieniegdzie na obrzeżach rynków w betonowych zabudowaniach próbują rosnąć drzewa.

Zabetonowane drzewa są obecnie symbolem cywilizacji, bo betonuje się je wszędzie. 
Ilekroć siadam na rynku, znaczy się Starówce, w mieście, w którym mieszkam, znaczy się Łomży, przypomina mi się fragment „Władcy pierścieni – Dwie wieże”. Enty atakują wieżę Sarumana i zakład produkujący „orków”. Na cele przemysłowe zakładu na rzece wybudowano tamę. Enty, zwane drzewcami, krzyczą: „Uwolnić rzekę!” i rozwalają tamę.

Siedząc w towarzystwie zabetonowanych drzew, też sobie po cichu krzyczę: „Uwolnić drzewa!”. Cóż, moje wołanie to głos wołającego na pustyni, jak rzekł prorok Izajasz.

Ale coś ostatnio ruszyło w ramach ekologii w miastach. Pojawiła się moda na łąki kwietne, czyli miejsca, w których zamiast ostrzyżonego trawnika, jest pas zieleni zbliżony do natury, czyli polne kwiatki.

Och, jakże byłam zachwycona fotką z rodzinnego Wałbrzycha, na której ujrzałam maki i chabry, i jakieś stokrotkopodobne rosnące przy jednej z miejskich dwupasmówek! I pszczółki tam się krzątały, i muszki fruwały, i inne owady latały! I to gdzie – w mieście przy asfaltowej jezdni! Na wiadomym portalu zaczęła się moda na zdjęcia owych łąk kwietnych.
Ktoś postanowił obejrzeć łąkę kwietną w Łomży, bo ponoć takowa istnieje. Nawet zrobił fotki. Okazało się, że tutejsza łąka kwietna ma się nijak do łąk w Holandii i w Wałbrzychu. Przypomina nieuporządkowane chaszcze. Rośnie tam bliżej nieokreślone zielsko, mało co kwitnie. Takie coś rosnące wzbudza oburzenie wśród mieszkańców.

Obejrzałam. Nie da się ukryć. Tak jest. Ale... Gdyby tak spojrzeć na to inaczej...

Moja działka rekreacyjna z jednej strony ma las, z dwóch kolejnych zboża na zasadzie płodozmianu. Obecnie owies i żyto. Czwarta to właśnie łąka. Może i kwietna. O każdej porze roku wygląda inaczej. Co ja mówię, każdego tygodnia wygląda inaczej. Praktycznie każdego roku rosną na niej inne kwiatki. Co wiatr przyniesie, to jest. Bywały lata, że była tylko trawa, takie chaszcze. Nie ingeruję w to miejsce. Przyroda rządzi się tu sama.

Nie wiem, jak robi się miejską łąkę kwietną. Być może tak, jak robiłam swój skalniak. Oczyściłam ziemię z różnych korzeni, zasłoniłam specjalnym tworzywem sztucznym, zasypałam tzw. czystą ziemią i z roślinek, których nasiona fruwają w powietrzu, za moim przyzwoleniem rośnie mi tylko skrzyp polny, który ku radości moich włosów i paznokci, zapuścił kłącza.

Łąka wszak ma to do siebie, że powstaje z tego, co wiatr nawieje. Oczywiście, że można posiać maki, chabry i stokrotki. Pytanie, czy to wiatr sam nawieje, nie przytłoczy zasianych przez człowieka nasionek...

Nie wiem... nie znam się.... zarobiona jestem.

Jednak w przeciwieństwie do mieszkańców Łomży oburzonych chaszczami w parku, mam do nich inne podejście...

Kochani, w środku uporządkowanego, cywilizowanego, wypełnionego betonowymi alejkami parku, mamy klasyczny przykład roślinności naturalnej. Można tu przyjść z dzieckiem i pokazać mu, że „to” wygląda jak polana w lesie, jak łąka przy wiejskiej drodze, jak miejsce, w którym człowiek nie integruje. Cz zawsze wszystko musi być zgodnie z zamiarem ludzkim? Wszystko wymierzone, zaplanowane?

A dajmy tej przyrodzie, na tym niewielkim kawałku ziemi, popracować!