Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 kwietnia 2019

Cytaty - Polska! Biało-Czerwoni!

 
P1230238z trenerem Mike Taylorem, który poprowadził polską reprezentację w koszykówce do awansu na Mistrzostwa Świata...  

Polska! Biało-Czerwoni! – okrzyk kibiców

Bez cienia wątpliwości - najwięcej barw narodowych jest na imprezach sportowych. To nie te wciągane na maszt dla zwycięzców sportowej rywalizacji, to nie te wieszane podczas państwowych uroczystości są symbolem naszej miłości do biało - czerwonej.

To flagi, transparenty i szaliki w biało-czerwonych barwach, przynoszone na mecz przez kibiców bez nakazu, bez przymusu, bez „bo wypada”, są wyrazem współczesnego patriotyzmu.
Byłam we Włocławku na meczu eliminacyjnym do EuroBasketu 2017. Grały koszykarskie reprezentacje Polski i Portugalii. Z pełną świadomością oglądałam ten mecz w grupie najgłośniejszych kibiców, tych, którzy doping na meczach organizują i prowadzą, zagrzewają do swoich do walki o każdy punkt. Ich miejsce znajdowało się na samym szczycie włocławskiej hali. 

Poprzez media społecznościowe zmobilizowali kibiców innych drużyn do przyjazdu, by wspólnie dopingować polskich koszykarzy. Zjechali ludzie z wielu stron kraju.Wspólnie odśpiewaliśmy hymn narodowy. Cały. Cztery zwrotki. Dwa razy. Na początku i na końcu meczu.

Młodzi ludzie tekst znakomicie znają. Skąd ? – wypadało by zapytać. Jeszcze tak niedawno hymnu po prostu wysłuchiwano. Kiedy powiedziałam o tym koledze, który nie ma nic wspólnego ze sportem, był zdziwiony. Hymn kojarzy głównie z smutnymi uroczystościami z okazji rocznic kolejnych historycznych klęsk. Z okazji wielkich sportowych imprez typu Igrzyska Olimpijskie, wysłuchuje Mazurka Dąbrowskiego i ogląda wciąganie flagi na maszt, jeśli Polak zdobędzie złoty medal. Kiedy ostatni raz śpiewał, tak spontanicznie, tak od serca, tak po prostu? Chyba w latach osiemdziesiątych …. – przyznaje po cichu. Tymczasem hymn śpiewany na hali czy stadionie autentycznie jednoczy, spaja, sprawia, że człowiek czuje się prawdziwym patriotą.

Jakie emocje towarzyszą temu momentowi, dowie się tylko ten, który taki moment przeżyje. Wyobraźcie sobie, jeśli kibicami nie jesteście, co przeżywa kibic z podniesioną do góry własną flagą śpiewając z tysiącami podobnych sobie narodową pieśń?

Taki jest dzisiejszy patriotyzm młodych ludzi. Wspierają swoich na sportowych arenach, przeżywają porażki, cieszą się ze zwycięstw i są, po prostu są.

środa, 20 marca 2019

Hotelowe opowieści


P1260367

 tekst z maja 2018

Dziś kilka słów o moich oświadczeniach hotelowych. Rok szkolny właśnie zmierza ku końcowi, zatem posumuję czas, w którym wyjątkowo dużo podróżowałam po naszym kraju. Mieszkałam w różnego typu miejscach.

Zaczynamy od miejsc pozytywnych.

W tym roku zwiedziłam Opole. Noclegu szukałam poprzez internet. Tradycyjnie sprawdzałam nie tylko cenę, ale również lokalizację hotelu. Wybrałam jeden. Sprawdziłam cenę na portalu hotelowym, gdzie ponoć ma być taniej. Już miałam rezerwować, kiedy coś mnie tknęło. Zadzwoniłam. Przez telefon okazało się, że …. jest jeszcze taniej. Dlaczego? W ofercie portalu była cena razem z parkingiem, a ja jestem turysta kolejowo – autobusowy.

Potem było też całkiem nieźle. Remontowano hotelową restaurację. Bez zakłócania ciszy. Obsługa - super. Z czasem opuszczenia pokoju też nie było problemu.

Bo to niestety, problem jest.

Doba hotelowa trwa do 10 lub 12.00. Głównie po to, by pokój posprzątać dla nowych gości. Człowiek ze mnie wyrozumiały, ale zawsze mam z tym problem. Chciałoby się jeszcze po mieście pospacerować, muzeum jakieś zwiedzić, często pociąg do miejscowości docelowej jest znacznie później... ale co zrobić z plecakiem, w którym są rzeczy pierwszej potrzeby typu majtki na zmianę, kawałek ręcznika czy kosmetyczka ze specjałami mającymi opóźnić proces starzenia?

W Opolu nie miałam z tym większego problemu. Postanowiono, że mój pokój będzie posprzątany na końcu, czyli ok. 13.00. Fajnie, bo pociąg miałam właśnie o 14.00.

Powiedziałam również, że śniadanie zjem niewielkie, żeby nie szykowano owych cudów, co dostaję każdego ranka. Dostałam mniej, ale …. przygotowano mi jedzenie na drogę! Kiedyś nazywało się to suchym prowiantem, teraz „lunch box”. Kiedy otworzyłam papierową torbę w pociągu zaniemówiłam z wrażenia. To było lunch, obiad i kolacja.

Przyjemnie było w Gdyni. Malutki pokój na głównej ulicy miasta był idealnie wyciszony. Problem opuszczenia go o określonej godzinie też rozwiązano. Tym razem miałam autobus o 16.00. Ponownie posprzątano go jako ostatni, a plecak zostawiłam w …. schowku z różnościami. Dostałam klucz, który miałam wrzucić do wskazanej mi skrzynki na listy. Dzięki temu miałam czas na wizytę w muzeum i super naleśnikarni.

W Białymstoku nocleg w hoteliku przy prawosławnej parafii należy zawsze do przyjemności. Czysto, bezpiecznie, serdecznie. Fakt, że w niedzielę budzi człowieka dzwon z cerkwi, ale ma całkiem fajne brzmienie. Po opuszczeniu pokoju plecak zawsze można zostawić w recepcji.

I przyjemności póki co koniec. Teraz trochę dziegciu.

Zacznijmy od Włocławka. Dwa lata temu byłam w tym hostelu. Już wówczas moje wątpliwości budziła kuchnia: zepsuta kuchenka elektryczna i niewielka ilość naczyń... Niby czysto, niby ludzie się starają, ale …. W tym roku ponownie tam zawitałam.

Cena podskoczyła o całe 20 zł. Warunki …. chyba jeszcze gorsze. Przyjechałam zimą, w pokoju było chłodno mimo gorących kaloryferów. Po prostu było ich za mało. Czajnika w pokoju już nie było, a w kuchni ciągle tylko działała kuchenka mikrofalowa. Brak już jakikolwiek sensownych naczyń. Hostel opuściłam o wyznaczonej porze. Czas oczekiwania na autobus spędziłam w kinie.

I wreszcie Łowicz.

Zamawiam przez telefon pokój w ponoć najlepszym hotelu w miasteczku. Okazuje się, że czeka na mnie luksusowy pokój. Miał być inny, ale co tam, mogę i w luksusie. Targuję pobyt w pokoju do późniejszej godziny, bo pociąg mam dopiero o 16.30. Oczywiście, że mogę – za dopłatą 50 zł. Wyliczam pani, że zajmując pokój dwuosobowy płacę prawie tyle, co za dwie osoby i chyba coś mi się należy. Pani coś o słynnym portalu z hotelami, że musi, bo nie wolno... Dobra. Niech jej będzie. Pytam, czy po opuszczeniu pokoju będę mogła zostawić plecak, bo czeka mnie jeszcze sześć godzin zwiedzania miasteczka. „Nie, to nie przechowalnia bagażu”.

Wyszłam i poszłam, gdzie mnie oczy i nogi poniosły. Nagle zobaczyłam napis „ Informacja turystyczna - Miejsca noclegowe”. Weszłam do środka. Od razu powiało łowickim klimatem, stroje, wycinanki, wzory. Jest może pokój dla starszej pani? Jasne, że jest. Tyle tylko że malutki, ale z prywatną łazienką. Winda też jest. Dobrze wyposażona kuchnia - oczywiście. Rowery też można wynająć. A plecak z majtkami na zmianę? Oczywiście, że można zostawić i zwiedzać miasteczko!

Wszystko za 60 zł, bo sama jestem. Gdybym było nas dwoje, byłoby taniej. Ale do podwyżki ceny za samotność jestem już przyzwyczajona....

Szukam jakiegoś samego na wyprawy po Polsce. Uwaga! To musi być kibic koszykówki, bo moje wyjazdy łączą się z oglądaniem meczy!






sobota, 16 marca 2019

Ulice, ulicami, z ulicą, o ulicach....


ru0r660660q80ndd732a9b987fb829346c05ed93b015ff0vod59zEulic

tekst z lutego 2018

W sumie nie ma o czym pisać, nie ma o czym dyskutować. Nic się nie dzieje, nudy, nudy... Politycy wciąż ci sami, tematy wciąż te same.... ech, o czym by tu skrobnąć... sorry... poklikać....

Ten temat chodził za mną od dawna. Dotyczy zmiany nazw ulic, która co jakiś czas dotyka nasze miasta.

Pierwsza rozpoczęła się w 1945 roku. Wiadomo, zakończenie wojny, nowi bohaterowie, ba, w Polsce nowe miasta. Zostawmy bohaterów, bo część po 1956 roku zniknęła, znaczy się ponownie ulice zmieniły nazwę. Zajmijmy się miastami, które do Polski przyłączono. Taki Wałbrzych na przykład. Moje rodzinne miasta.

Wałbrzych był niemiecki i nazwy ulic oczywiście też takowe były. Nie da się ukryć, iż była ulica wodza ale była też ulica Chartottenbrunner, prowadząca do uzdrowiska Jedlina Zdrój zwanego z niemiecka Bad Charlottenbrunn, od imienia żony dawnego właściciela. Za zmianę nazw zabrano się raczej z głową. Moje osiedle było muzyczne. Tak więc były ulice Mozarta, Beethovena, Bacha... Moją nazwano „Michała Ogińskiego”, a wcześniej nazywała się Schuberta. Wokół mnie też pojawili się kompozytorzy Paderewski, Karłowicz... Najbardziej jednak rozbawiła mnie zmiana nazwy obecnej ulicy Lotników. Przed wojną nazywała się …. „Hermanna Goringa” czyli szefa niemieckiej Luftwaffe z okresu panowania wodza.
I tu mamy pierwszy punkt zaczepienia – dlaczego nikt do tej nie przyczepił się do tej nazwy? Przecież na kilometr pachnie faszyzmem! A może jakoś nikt nie skojarzył skupiając się na polskich nazwach?
Kolejna fala zmian nastąpiła w 1956, a potem na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięć dziesiątych. W drugim okresie zmieniano wszystko jak leci. Byle by tylko nie miała jakiegokolwiek związku z epoką minioną. Wszyscy oberwali równo.

Najbardziej żal mi Ludwika Waryńskiego (1856 – 1889). Co komu złego uczynił młodzieniec z XIX wieku, walczący o wykorzystywanych przez kapitalistów robotników – nie wiem. Był to początek rodzenia się ruchów socjalistycznych to raz, a poza tym niejaki Piłsudski też liznął nieźle socjalizmu. Był współorganizatorem i przywódcą Polskiej Partii Socjalistycznej. Aha, potem zmienił opcję polityczną, a Waryński nie.... Ludzie, wszak Ludwika carat uwięził i w więzieniu zmarł! Nie miał czasu na zmianę orientacji politycznej.

Jak widać w polityce i nazwach ulic są równi i równiejsi.

To samo dotyczy biednych robotników z „Komuny Paryskiej”. Co komu zawinili? Nie podoba się, że głosili hasło oddzielenia Kościoła od Państwa i zerwali konkordat?

Tu i owdzie zmieniona nazwę ulicy „Piotra Skargi” na Farną, bo przed wojną, kiedy było tak cudownie, bogato i bezpiecznie, ulica tak się nazywała. A Piotr Skarga to jednak postać podejrzana. Miał zostać świętym, a nie został. Oto oględziny jego zwłok dla celów beatyfikacyjnych wykazały, iż prawdopodobnie został pochowany żywcem. Obudził się w trumnie pod ziemią i udusił się. Kto wie, czy przed śmiercią nie bluźnił przeciwko Bogu? Nie ma świętości, nie ma ulicy.

Gdzieś tam proponowano zmienić nazwę ulicy Mikołaja Kopernika na Świętego Mikołaja. A do legend przeszła historia posiedzenia Rady Miasta, jakiego – już nie wiadomo. Wiele miast przypisuje sobie tę opowieść.

Otóż postanowiono się pozbyć ulicy właśnie Waryńskiego. Ktoś rzucił propozycję „Obrońców Monte Cassino”. Aplauz, wiwaty, okrzyki radości. Tymczasem jeden z radnych, znany z lewicowych poglądów, rozpoczął walkę o dopuszczenie go do głosu. Gdy fala entuzjazmu opadła, wstał i krzyknął, że on nie wyraża zgody na tę nazwę. Dziś powiedzielibyśmy, że dopadła go fala hejtu. Oczywiście wyzwano go od komunistów i złodziei, wypomniano partyjną przeszłość. Radny pozostał nieubłagany. Wreszcie łaskawie dopuszczono go ponownie do głosu, by odmowę uzasadnił. Zadał pozostałym jedno pytanie:” A kto właściwie tego Monte Cassino bronił?” 

Ulica „Monte Cassino” pozostała, ale bez obrońców. I bardzo dobrze. Przegnaliśmy ich z klasztoru.
Mieliśmy już wysyp ulic Jana Pawła II. Praktyczna sprawa. Jest takowa w każdym mieście i z reguły jest to jedna z głównych ulic, czyli wiemy, gdzie może stać „Biedronka”, jak zechce się nam w czasie podróży, pobytu zrobić zakupy.

Teraz przeżywamy kolejną falę zmian. Nie wiem co komu uczynił Leon Kruczkowski, autor jednego z najlepszych polskich dramatów „Niemcy”. Najpierw wywalono tekst z kanonu lektur, teraz autora z ulicy.
W Sosnowcu trwała walka o rondo im. Edwarda Gierka.
Wszędzie mamy prawdziwą bitwę o ulice, skwery, pomniki rodu Kaczyńskich. Jedni chcą, drudzy nocą likwidują.

Co by się jednak nie wydarzyło, pamiętajcie, że nazwy zawsze zmieniano i zawsze zmieniać będzie można. Jeśli więc ktoś zechce zmienić nazwę waszej ulicy lub nadać nazwę nowopowstałej, wybierajcie neutralne. Ostatnio w moim otoczeniu wyrosła Szmaragdowa, Bursztynowa, Wiosenna. Mieszkańcy tych ulic są pewni, że zawsze będą mieszkać pod tym samym adresem.
Rety, co ja widzę na mapie.... jest ulica „Przedwiośnia”! Ludzie, co wyście zrobili! A co będzie jak się komuś Żeromski odpodoba?

A to Polska właśnie....


recenzja filmu ukazała się w "jednodniówce", która powstała z okazji oficjalnej wizyty Piotra Domalewskiego w Łomży

http://600.lomza.pl/wp-content/uploads/2017/12/lomza600-publikacja-piotr-domalewski-a-1.pdf

tekst z 2018

Dlaczego „Cicha noc” reżysera Piotra Domalewskiego zdobyła na 42. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych główną nagrodę? Wiele osób zadawało sobie to pytanie. Mało komu znany debiutujący reżyser, bardzo znani i mniej znani aktorzy, tematyka dość prozaiczna w dobie wielkich produkcji o wielkich ludziach... Czym ujęła gdyńskie jury młodzieżowe i profesjonalne ta kameralna opowieść?

Kiedy obejrzymy film, odpowiedź jest prosta – niezwykłością i zwyczajnością. Inaczej zinterpretuje ją człowiek z wielkiego miasta, inaczej spojrzy na nią ktoś z przesławnej Polski B, która wcale nie leży po prawej stronie Wisły. Ona jest tuż za granicą Warszawy, Wrocławia, Krakowa czy Olsztyna.

Dla widza ze stolicy kraju historia Adama będzie opowieścią z pogranicza science fiction i świata rzeczywistego. Niby realistyczna, a jednak nierealna. Mieszkaniec Warszawy nie musi wyjeżdżać do Holandii, by pracować fizycznie jako „budowlaniec”. Stawia wieżowce na miejscu. W rodzinie głównego bohatera Adama wyjazdy za granicę w poszukiwaniu zarobku to stały element życiorysu niejednego z członków. Wszyscy realizują Sienkiewiczowską wizję wędrówki „za chlebem”, jednak w wydaniu z XXI wieku. Co jeszcze zadziwi wielkomiejskiego obywatela?

Na pewno przyjazd Adama do kraju na jeden dzień. Można wytłumaczyć, że tym dniem jest Wigilia, ale żeby nie zostać na pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia...? Zadziwia sposób bycia bohaterów. Przyjeżdża z Holandii najstarszy syn, a euforii brak, witają się z nim spokojnie, bez entuzjazmu... Wódkę wylewa się za okno, a mężczyźni są pijani, dziadek nadrabia za wszystkich z nawiązką. Przy robieniu wspólnej fotografii zamiast „cziiis”, mówią „Henio”. W obejściu, na gumnie, podwórzu, leży dużo błota, przez które trudno przejść. Wielkomiejski obywatel może zaakceptuje pomysł Adama ręcznego wyrównania rachunków pomiędzy członkami rodziny, bo skojarzy mu się to z rycerskością. Wszyscy powinni bronić kobiety. Czasami się uśmiechnie, bo dojrzy w kadrach i wypowiedziach humor, może i czarny, ale wywołujący śmiech. I będzie zachwycony. Spodoba mu się pomysł sprzedaży starego domu, bo i tak w nim nie mieszka, a interes wydaje się być odpowiednio sfinansowany. Wizja Polski, łączącej różne elementy historii i kultury ze współczesnością sprawi, iż film ten uzna za wybitny.
Kto wie, może tak myślało gdyńskie jury?

Tymczasem ludzie mieszkający na terenach zwanych prowincją, obejrzą film o sobie, o swojej wsi, znajomych, rodzinie. Tak, w tej rodzinie od lat jeżdżą na saksy i nawet domu nowego nie postawili. Tak, to temu, z tej chaty brat podprowadził narzeczoną, tak, to tamta wyjechała do miasta i zasuwa na kasie w sklepie. Na tym podwórku nie położyli bruku, na tamtym szopa, pamiętająca wczesnego Gomułkę. Pijemy wódę?! Jasne, pijemy, przecież święta. Podpici idziemy do kościoła na pasterkę?! Oczywiście, że idziemy, jak nie iść?! Czasami wyglądamy śmiesznie? A jak mamy wyglądać, jeśli ciągle się z nas śmiejecie! Dopiero w dalekiej Holandii ktoś potrafi nas docenić! Dla was jesteśmy tylko „słoikami”, „wieśniakami” z przeszłością umazaną błotem.

To nie science fiction, to polska rzeczywistość. Taka Polska też istnieje. Być może, jest jej nawet więcej niż owej z pierwszych stron portali i newsów telewizyjnych. Tu nie urządza się pikiet w obronie sądów. Mało kogo zainteresuje feminizm i czy umieścić tęczę na pl. Zbawiciela w Warszawie, bo dla tych ludzi tęcza to zjawisko po burzy, a nie symbol. W tej Polsce ludzie walczą o byt, a rodzina nadal jest prawdziwą rodziną, w której nie ma manifestowania uczuć i jest autentyczna więź. Czuć ją, gdy trzeba rozwiązać konflikt. Ten konflikt za daleko poza próg własnej chałupy i najbliższych opłotków nie wychodzi. To zasada.

Reżyser z Łomży broni bohaterów. Nie daje odpowiedzi, co dobre, a co złe, co do naśladowania, a co do potępienia. Idzie w stronę naturalizmu i delikatnie uśmiecha się do widza. To nic, że dziadek zachwyca się „holenderskim” samochodem wnuka i nie dostrzega rejestracji z Suwałk. To nic, że Paweł naprawia auto i nie zaczyna od sprawdzenia bezpieczników. Szybko zapada noc w wigilijny wieczór. Ta cicha i dramatyczna noc najlepiej będzie wyglądała na filmie, kręconym małą kamerą przez najmłodszą bohaterkę, która pięknie fałszuje międzynarodową kolędę. Bo film o nas z Polski B, który śni się na peryferiach stolicy, jeszcze się nie skończył. Trwa na prowincji obok nas.

Rzadko na moich wargach....

 tekst z listopada 2017

Przez dwa dni w roku – 10 oraz 11 listopada – słowo patriotyzm odmieniane jest we wszystkich deklinacjach, koniugacjach w wyniku stosowania wszelkich wyrazów pokrewnych i bliskoznacznych z wiadomym słowem połączonych. Znakomity materiał do przeprowadzenia super lekcji polskiego uwzględniającej gramatykę, ortografię, literaturę, wychowanie w rodzinie, religię... słowem zajęcia zintegrowane. I takie też lekcje przeprowadzałam, kiedy nauczycielem byłam.  

Dziś będzie inaczej. Dziś podejmę próbę odpowiedzi na pytanie czym jest patriotyzm i kto patriotą jest. W listopadzie praktycznie wszyscy próbują na te pytania odpowiedzieć. Nie będę gorsza.

Słowniki tłumaczą prosto i zwięźle – patriotyzm to „szacunek i umiłowanie ojczyzny, gotowość do poświęcenia się dla niej i narodu, stawianie dobra własnego kraju ponad interesy partykularne bądź osobiste. Poczucie silnej więzi emocjonalnej i społecznej z narodem, jego kulturą i tradycją.”

W praktyce tak prosto nie jest.

My, Polacy, przede wszystkim kochamy walkę o wolność Ojczyzny. Najlepiej jeśli wrogowie przychodzą z zewnątrz, nocą „kolbami w drzwi załomocą”. Wtedy „stań u drzwi, bagnet na broń”. Oj, Broniewski, Broniewski, napisałeś i tak już zostało. A sprawa wroga wcale nie jest taka prosta.

Oto II wojna światowa zakończona w 1945 roku przez trzech facetów, co to zaczęli rozmawiać ze sobą w Jałcie, a skończyli w Poczdamie. Do roku ok. 1989 uważano za patriotów tych, co weszli na teren okupowanej Polski od wschodu wraz z wybranymi osobami z formacji zachodnich, za jakie uważano Armię Krajową. Po 1989 wszystko się zmieniło. Bijący hitlerowców członkowie Dywizji im. Tadeusza Kościuszki wcale patriotami nie byli, bo przyciągnęli za sobą „ruskich”. Patriotami stali się wszyscy ci, co z „ruskimi” walczyli. Tacy członkowie armii Andersa, co to walczyli za wolność waszą i naszą u stóp Monte Cassino.

Obecnie sporo jest osób, które uważają, iż pojęcie „żołnierz wyklęty” należy się właśnie tym od Kościuszki, bo dziś nikt o nich już nie pamięta, a wielu wyklina.

Zatem walka z wrogiem nie jest jednoznacznym wykładnikiem patriotyzmu. Do końca nie wiadomo kto wróg, kto przyjaciel.

Po 1945 roku nastał w Polsce ustrój zwany socjalistycznym, dziś uważanym za podporządkowany „ruskim”. I tu dopiero zaczynają się schody w definicji patriotyzmu!
Na pewnej lekcji polskiego, w czasach zaawansowanego Gierka, pani w „ogólniaku” rzuciła temat do dyskusji: „ Jak być patriotą w dzisiejszych czasach?” . „Praktycznie się nie da. Wojny brak” – ryknęliśmy na początku. Okazało się, że można. Trzeba się uczyć i pracować ku chwale Polski Ludowej, bo jest to zgodne z założeniami.... pozytywizmu, epoki sprzed, wówczas, stu lat. Znaczy się pracować, pracować i jeszcze raz pracować. W przypadku uczniów oczywiście uczyć się i budować drugą Polskę – hasło z epoki gierkowskiej.

Po latach okazało się, że ci co tę druga Polskę budowali wcale patriotami nie byli, bo budując wspierali reżimowy system.

Czyżby byli nimi ci, co kradli wszystko ci się dało, ze swych zakładów pracy? W końcu kradnąc z państwowej fabryki reżim osłabiali...

Mam wątpliwości. Ostatnio często korzystam z Centralnej Magistrali Kolejowej wybudowanej w latach 1971-1977 oraz tzw. „gierkówki”- drogi szybkiego ruchu zbudowanej w latach 1972-1976. Do dziś wspieram reżim?

Dobra, zostawmy kolej i drogi, zajmijmy się takim na przykład sportem. Wszak sportowcy to patrioci. Reprezentują Ojczyznę. Szanuję barwy narodowe. Ale … Zapewne wiecie, że ustawa dezubekizacyjna objęła również sportowców, którzy reprezentowali ongiś klubu typu „Gwardia” będące klubami milicyjnymi? Jeśli tylko taki mistrz miał w aktach napisane, że pracował w milicji, choćby nie wiem ile medali zdobył, emeryturę mu zmniejszono. I zupełnie nieważne, że człek tylko kopał piłkę... Kto wie, co będzie z kolejne pięćdziesiąt lat... Może okaże się, że taki piłkarz zostanie patriotą?

Podobnie z aktorami, piosenkarzami... grali w filmach powstających za czasów wstrętnej komuny? Grali. Śpiewali na akademiach ku czci? Śpiewali Są zatem patriotami czy nie?

No i moi drodzy zrobiło mi się gorąco.

Kto dzisiaj jest zatem patriotą?

Ten, co wywiesza flagę na balkonie w Święto Niepodległości?

Ten, co uczestniczy w otaczaniu granic Polski różańcem?

Ten, co krzyczy „Polska dla Polaków”?

Ten, co każdego dnia staje na swoim stanowisku pracy w firmie kapitalisty?

Nie wiem... Ale znam jeden wiersz, kiedyś, za czasów socjalizmu, znajdował się w podręczniku do języka polskiego... napisał go Jan Kasprowicz... dawno temu... w okresie I wojny światowej... Wytrzymacie jeszcze trochę i przeczytajcie... wszak Polska jest tylko jedna....





niedziela, 10 marca 2019

A co z tą Polską?


Tekst z 2016

Odbyłam właśnie podróż po części naszego kraju, która odwiedzam raz do roku. Z ludźmi pogadałam, wymieniłam poglądy na wszelkie możliwe tematy. Królował oczywiście temat zdrowia czyli co, kiedy i komu się popsuło. Pozornie wydawać by się mogło, że było narzekanie. Tylko pozornie. Moi bliscy z reguły nie narzekali. Większość stwierdziła, że komputery się psują, to co dopiero człowiek.... Oczywiście z wyjątkiem rencistki Zofii. Ta narzeka zawsze i gdyby przestała, to byłaby wtedy chora.

Podczas rozmów o wyciętych pęcherzykach żółciowych, guzach i udarach, nikt też złego słowa o służbie zdrowia nie powiedział. Większość z usług miejscowych szpitali była zadowolona. No, oczywiście z wyjątkiem rencistki Zofii, bo tej wszędzie źle.

Temat kultury, sztuki i sportu też przeszedł raczej spokojnie, chociaż było kilka niezłych rodzynków (rodzynek?) w tym cieście, ale to może przy innej okazji.

I była oczywiście polityka! Jak się prawdziwy Polak z prawdziwym Polakiem spotka to polityka być musi! Nie ma lekko... trzeba dyskutować. Moi bliscy to cały przekrój obecnej sceny politycznej, dlatego też dyskusje były chwilami ostre. Zacznijmy od przeciwników obecnej władzy.

Nie da się ukryć, w moim otoczeniu niezależnie od części Polski jest ich najwięcej. Ludzie porządzili sobie osiem lat i teraz mają prawo narzekać na dzisiejsze rządy. Taka rola opozycji. Tak więc opozycja krytykuje praktycznie wszystko: imprezy w Białymstoku, powiększenie Warszawy, reformę oświatową, brak reformy zdrowia, dziurę w budżecie, stan oblodzonych chodników i opóźnienie pociągu na trasie Kudowa Zdrój – Wałbrzych o całe 20 minut z powodu obfitych opadów śniegu. Na to opóźnienie, które mnie bezpośrednio dotyczyło, ja akurat nie narzekałam. Na dworcu PKP, na którym oczekiwałam na pociąg, było ciepło i znakomicie chodziło wi-fi. Do tego w poczekalni działały gniazdka do prądu, zatem podłączyłam się i było w porzo i spoko.

Znacznie trudniejsze było pytanie, co opozycja, z którą ja się zetknęłam, robi, by było lepiej. Czy ktoś ze znajomych był na jakimś marszu protestacyjnym, ba może sam zorganizował jakąś pikietę, czy zna lepsze rozwiązanie niż proponują obecnie rządzący? I tu z reguły rozlegała się …. cisza. Okazało się bowiem, że znaczna część ludzi w ogóle na wybory nie poszła! W czas wyborów stwierdzili, że i tak i tak nie ma na kogo głosować, że jedni drugich warci, że i tak i tak każdy zrobi, co będzie chciał, jeden głos niewiele znaczy, zatem nie warto w ogóle zabierać głosu w wiadomej sprawie. I teraz macie, co chcieliście. Bo ci, co teraz rządzą, na wybory poszli!

I wygrali. Pewnie nie dlatego, że popierali w całej rozciągłości program wiadomej partii, bo go zapewne nie znali, ale dlatego, że posłuchali być może księdza, być może szwagra, być może babcię i głosowali. Wygrał naród posłuszny. I teraz se rządzi.

Ci, co poszli na wybory cieszą się. Nie martwią się dziurą budżetową, bo w końcu kiedyś przestaną rządzić i ewentualne skutki braku forsy w kasie zwalą na wówczas rządzących. Biorą swoje 500+, a przede wszystkim cieszą się, że stare wróciło.

Zaraz, zaraz, inaczej miało być...

Młodzi zwolennicy dzisiejszej władzy nie wierzą starszej opozycji, że część z rozwiązań obecnej polityki to powrót do przeszłości, że kiedyś już tak było... taka telewizja na przykład. Też była kiedyś tubą propagandową władzy. Taki najważniejszy człowiek w państwie na przykład....

Młodzi nie wierzą, a starsi zwolennicy cieszą się, że stare wróciło. Bo nie wszystko kiedyś złe było. Taka ośmioklasowa szkoła na przykład. Taka wizyta wojsk obcych na terytorium Polski na przykład. Kiedyś była taka armia, co chroniła nas przed zgniłym zachodem. Jak widać, nie udało się jej. Teraz inna chroni nas od wiatru ze wschodu. Pewnie też jej się nie uda....

Jeszcze inni są przeciwnikami wszystkich opcji politycznych. Ale los Polski jest im bliski i chcą Polski dla Polaków. Z tymi się jednak najtrudniej rozmawia....

I oczywiście jeszcze jedna grupa – ta, której wszystko dynda i powiewa. Najwspanialsi ludzie do balangowania! Wśród tych nie sposób się nudzić. Śmieją się ze wszystkich i wszystkiego. Twierdzą, że mają ważniejsze problemy na głowie. Dzieci trzeba ubrać i wyżywić, kredyt spłacić, auto naprawić, dobrze pracować, by dobrej pracy nie stracić, a do tego raz w tygodniu, przy sobocie zaprosić znajomych i po prostu poszaleć. Na miarę swych możliwości oczywiście!

A co z tą Polską?

Nie zginęła i nie zginie.