Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Europa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Europa. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 kwietnia 2020

Narodowa kwarantanna XXII – Nie nasz świat


film na dziś "Pokot"


Miałam dzień kryzysowy. Pojawił się po raz trzeci od czasu ogłoszenia narodowej kwarantanny. W sumie źle nie jest.
Wczoraj jednak ostro powiało u mnie pesymizmem, skoro z uporem maniaka szukałam na wszystkich kanałach telewizyjnych czegoś optymistycznego. Znalazłam „Mój nowy dom”, program, w którym sponsorzy remontują mieszkania ludziom tego potrzebującym. Wszystko oczywiście pod okiem kamery, by potem pochwalić się na szklanym ekranie. I dobrze, niech się chwalą jak czynią dobrze. Nawet w formie reklamy.

W związku z oglądaniem na wieczorny spacer z psem wyszłam po dwudziestej pierwszej. Na osiedlowych terenach rekreacyjnych nie było nikogo. W ciągu czterdziestu minut dostrzegłam jednego człowieka idącego szybkim krokiem w stronę bloków. Drugi po osłoną nocy uprawiał jogging na stadionie przy szkole. I jeża. Szedł po trawniku. 

Cisza. Dzwoniąca w uszach cisza.

Miałam czas na przemyślenia, rozmyślania, medytację.

Wczoraj dotarł do mnie tekst Olgi Tokarczuk o aktualnej sytuacji. Niektórzy uznali go za smutny, niektórzy za realistyczny, inni za oburzający. Słowem, co człowiek to opinia. I bardzo dobrze. I tak ma być.

Co do mnie to....

Chyba też, jak noblistka i jedna z moich koleżanek, nie mam „traumy odosobnienia”. Oczywiście, że żal zamkniętych pubów, kin i teatrów. Oczywiście, że tęsknimy za rodziną i znajomymi, z którymi ze względów bezpieczeństwa nie możemy się spotkać. Oczywiście, ze miewamy "czarne godziny". Ale nie będziemy z tego powodu popełniać samobójstwa. Tym bardziej, ze życie wokół się toczy.

Moi sąsiedzi nadal przeprowadzają remont. Sklepy spożywcze nadal pracują i nie brakuje w nich żywności. Auta jeżdżą. Śmieciarki wywożą śmieci, a dozorca sprząta trawniki. Pąki na drzewach i krzewach są coraz większe. A moja sunia traci zimową sierść.

„Życie toczy się, a jakże, ale w zupełnie innym rytmie” - pisze Tokarczuk i wspomina o latach minionych, kiedy można było bezkarnie „marnować” czas, zajmując się pozornie niepotrzebnymi sprawami.
W obecnym świecie czasu marnować nie wolno. Świat i czas biegną tak szybko, jak mieszkańcy Warszawy.

Kiedyś przyjechałam do stolicy i wyszła po mnie koleżanka. Auto zaparkowała po drugiej stronie dworca. Musiałyśmy przejść spory kawałek. W pewnym momencie chwyciła mnie zadyszka.
„Dokąd tak biegniesz? - spytałam.

„Ja nie biegnę, ja idę”.

Dziś część z nas dostała szansę, by zwolnić tempo i rozejrzeć się wokół. Ustalić na nowo swoje priorytety. Może śpieszyć się warto tylko w ramach rekreacyjnego biegania po osiedlu?

Co jeszcze uświadamia nam obecność wirusa?

Olga mówi o słabości Unie Europejskiej, która „oddała mecz walkowerem”, o przywróceniu granic, podziale na „swoich” i „obcych”. Parę lat temu, kiedy Wielka Brytania po raz pierwszy powiedziała, że chce wypisać się z UE, napisałam tekst o próbach zjednoczenia Europy.... nieudanych próbach....


Dziś niepotrzebne były wojska, broń, czołgi, politycy, by podzielić cały kontynent na stare części, ustanowione w Jałcie i Poczdamie w czasie i po II wojnie światowej. Każde państwo zostało z wirusem sam na sam.

Noblistka nie kreśli wizji świata dnia jutrzejszego. Ja też tego nie uczynię. Na jednej z lekcji zapytałam kiedyś uczniów, czy znają książkę lub film pokazujący pozytywną wizję przyszłości Ziemi po katastrofie.

Nikt nie znał. Ja też nie.

„Na naszych oczach rozwiewa się jak dym paradygmat cywilizacyjny, który nas kształtował przez ostatnie dwieście lat: że jesteśmy panami stworzenia. możemy wszystko i świat należy do nas" - Olga Tokarczuk


niedziela, 10 marca 2019

A co z tą Polską?


Tekst z 2016

Odbyłam właśnie podróż po części naszego kraju, która odwiedzam raz do roku. Z ludźmi pogadałam, wymieniłam poglądy na wszelkie możliwe tematy. Królował oczywiście temat zdrowia czyli co, kiedy i komu się popsuło. Pozornie wydawać by się mogło, że było narzekanie. Tylko pozornie. Moi bliscy z reguły nie narzekali. Większość stwierdziła, że komputery się psują, to co dopiero człowiek.... Oczywiście z wyjątkiem rencistki Zofii. Ta narzeka zawsze i gdyby przestała, to byłaby wtedy chora.

Podczas rozmów o wyciętych pęcherzykach żółciowych, guzach i udarach, nikt też złego słowa o służbie zdrowia nie powiedział. Większość z usług miejscowych szpitali była zadowolona. No, oczywiście z wyjątkiem rencistki Zofii, bo tej wszędzie źle.

Temat kultury, sztuki i sportu też przeszedł raczej spokojnie, chociaż było kilka niezłych rodzynków (rodzynek?) w tym cieście, ale to może przy innej okazji.

I była oczywiście polityka! Jak się prawdziwy Polak z prawdziwym Polakiem spotka to polityka być musi! Nie ma lekko... trzeba dyskutować. Moi bliscy to cały przekrój obecnej sceny politycznej, dlatego też dyskusje były chwilami ostre. Zacznijmy od przeciwników obecnej władzy.

Nie da się ukryć, w moim otoczeniu niezależnie od części Polski jest ich najwięcej. Ludzie porządzili sobie osiem lat i teraz mają prawo narzekać na dzisiejsze rządy. Taka rola opozycji. Tak więc opozycja krytykuje praktycznie wszystko: imprezy w Białymstoku, powiększenie Warszawy, reformę oświatową, brak reformy zdrowia, dziurę w budżecie, stan oblodzonych chodników i opóźnienie pociągu na trasie Kudowa Zdrój – Wałbrzych o całe 20 minut z powodu obfitych opadów śniegu. Na to opóźnienie, które mnie bezpośrednio dotyczyło, ja akurat nie narzekałam. Na dworcu PKP, na którym oczekiwałam na pociąg, było ciepło i znakomicie chodziło wi-fi. Do tego w poczekalni działały gniazdka do prądu, zatem podłączyłam się i było w porzo i spoko.

Znacznie trudniejsze było pytanie, co opozycja, z którą ja się zetknęłam, robi, by było lepiej. Czy ktoś ze znajomych był na jakimś marszu protestacyjnym, ba może sam zorganizował jakąś pikietę, czy zna lepsze rozwiązanie niż proponują obecnie rządzący? I tu z reguły rozlegała się …. cisza. Okazało się bowiem, że znaczna część ludzi w ogóle na wybory nie poszła! W czas wyborów stwierdzili, że i tak i tak nie ma na kogo głosować, że jedni drugich warci, że i tak i tak każdy zrobi, co będzie chciał, jeden głos niewiele znaczy, zatem nie warto w ogóle zabierać głosu w wiadomej sprawie. I teraz macie, co chcieliście. Bo ci, co teraz rządzą, na wybory poszli!

I wygrali. Pewnie nie dlatego, że popierali w całej rozciągłości program wiadomej partii, bo go zapewne nie znali, ale dlatego, że posłuchali być może księdza, być może szwagra, być może babcię i głosowali. Wygrał naród posłuszny. I teraz se rządzi.

Ci, co poszli na wybory cieszą się. Nie martwią się dziurą budżetową, bo w końcu kiedyś przestaną rządzić i ewentualne skutki braku forsy w kasie zwalą na wówczas rządzących. Biorą swoje 500+, a przede wszystkim cieszą się, że stare wróciło.

Zaraz, zaraz, inaczej miało być...

Młodzi zwolennicy dzisiejszej władzy nie wierzą starszej opozycji, że część z rozwiązań obecnej polityki to powrót do przeszłości, że kiedyś już tak było... taka telewizja na przykład. Też była kiedyś tubą propagandową władzy. Taki najważniejszy człowiek w państwie na przykład....

Młodzi nie wierzą, a starsi zwolennicy cieszą się, że stare wróciło. Bo nie wszystko kiedyś złe było. Taka ośmioklasowa szkoła na przykład. Taka wizyta wojsk obcych na terytorium Polski na przykład. Kiedyś była taka armia, co chroniła nas przed zgniłym zachodem. Jak widać, nie udało się jej. Teraz inna chroni nas od wiatru ze wschodu. Pewnie też jej się nie uda....

Jeszcze inni są przeciwnikami wszystkich opcji politycznych. Ale los Polski jest im bliski i chcą Polski dla Polaków. Z tymi się jednak najtrudniej rozmawia....

I oczywiście jeszcze jedna grupa – ta, której wszystko dynda i powiewa. Najwspanialsi ludzie do balangowania! Wśród tych nie sposób się nudzić. Śmieją się ze wszystkich i wszystkiego. Twierdzą, że mają ważniejsze problemy na głowie. Dzieci trzeba ubrać i wyżywić, kredyt spłacić, auto naprawić, dobrze pracować, by dobrej pracy nie stracić, a do tego raz w tygodniu, przy sobocie zaprosić znajomych i po prostu poszaleć. Na miarę swych możliwości oczywiście!

A co z tą Polską?

Nie zginęła i nie zginie.












sobota, 9 marca 2019

Frankenstein i inni, czyli Halloween czas zacząć!


 

Rozpoczyna się atak wszystkich strachów z Halloween. Otwieram portal społecznościowy, jeden, drugi, trzeci – Freddy  Krueger… otwieram stronę z bieżącymi wiadomościami, jedną, drugą…. Frankenstein, Dracula… 
I tradycyjnie boję się otworzyć lokówkę, bo jeszcze Lucyfer mi wyskoczy. 
Czy to zakrojona na wielką skalę promocja Halloween? Nie, wprost przeciwnie. To przeciwnicy owego święta ostro wzięli się za jego negatywną promocję. Wszędzie nawołują, by nie obchodzić, nie świętować, nie czcić. Gdyby nie oni, pewnie większość zapracowanych ludzi nie wiedziałabym, że  przyszedł czas na duchy, strachy, zombie i tym podobne stwory. Zwłaszcza, że straszeni jesteśmy na co dzień, więc jakieś wyimaginowane postacie nie robią na nas większego wrażenia. Zatem będziemy mieć Halloween. Będzie 31 października. A 1 listopada będziemy mieć Święto Zmarłych, Zaduszki, Wszystkich Świętych – nazwy traktowane wymiennie, chociaż w rzeczywistości każde oznacza coś innego. Nie będę rozwodziła się nad pochodzeniem nazewnictwa. Poczytajcie sami, jak macie ochotę.




W każdym razie owego 1 listopada idziemy na cmentarz, dekorujemy groby, kto wierzący modli się za dusze zmarłych. 
W Polsce jest to poważne, rodzinne święto. A tymczasem, zanim nastał Kościół Katolicki, zmarłych też czczono i co ciekawsze – czyniono to jesienią. Wtedy, kiedy Kora opuszczała swą matkę i udawała się do Hadesa (u). Bogini urodzaju Demeter zaczynała płakać, a ziemia przestawała rodzić plony… Bo jesień to taka pora, w której świat zdaje się usypiać, umierać… drzewa tracą liście … na polach nieruchome skiby ziemi czekają na lepszy czas… No i tak poetycko można by dalej. W każdym razie jesień to najlepszy czas, by wspominać Zmarłych.

Jak wygląda to w Polsce – wiemy. Ale nie tylko Polska jest na świecie. Inni też mają prawo do swojej formy jesiennego zwyczaju.

Tacy Litwini odprawiali Dziady. Nasz narodowy wieszcz napisał na ten temat kilka niezłych tekstów, które są w wykazie lektur obowiązkowych. Linka do lektury chyba nie trzeba …

A tacy Celtowie wydumali, że zrobią Halloween. 


I jedni i drudzy zapraszali na swe impry duchy z zaświatów. Podobieństw jest zresztą więcej. W każdym razie tylko dzięki Mickiewiczowi, nie potępiamy pogańskich Dziadów. Natomiast na Halloween wysypuje się każdego roku fala hejtu.
I właściwie nie wiem dlaczego.

Zaduszki to impreza, pfu, jaka impreza, to święto pełne powagi, zadumy, refleksji nad przemijaniem. Halloween – po prostu dobra zabawa! Oto dwie zupełnie inne, no właśnie brakuje mi odpowiedniego słowa … może – Zaduszki to święto, Halloween – impreza. Świętujemy czcząc, bawimy się – jedząc i pijąc. Oczywiście święto też może być imprezą, a i impreza świętem. Ale wcale nie muszą oznaczać tego samego.
Dlaczego celtycka impreza przyjęła się w Polsce, zwłaszcza wśród młodych?  Według mnie odpowiedź jest jasna – większość naszych świąt jest poważna, a ludzie chcą od czasu do czasu igrzysk.

Takie święto związane z odzyskaniem niepodległości – 11 Listopada to wspominanie poległych, obowiązkowo msza, cmentarze i pomniki. Totalny brak radości. A na zgniłym Zachodzie – fajerwerki, zabawy, festyny. Ludziska się cieszą, ze ojczyzna wolna.
Radosne Boże Narodzenie  poprzedza adwent – poprzez pokutę i umartwianie przygotowujemy się do radości. Trwa to kilka tygodni, a święto – dwa dni ( u nas, na świecie jeden). Podobnie z Wielkanocą, świętem, które powinno kipieć od radości i zadowolenia. Najpierw 40 dni postu, a potem jeden dzień świąteczny. Oj, brakuje nam radosnych świąt, oj brakuje.

Dobrze, że reaktywowano orszak trzech króli, kolorowy przemarsz ulicami miasta.  


Oby tylko radosnym pozostał, bo ostatnio w jego trakcie słyszałam ponownie nawoływania do pokuty, bo ludzie grzeszą, oj grzeszą.

Nieźle jest też 15 sierpnia, w Dzień Wojska Polskiego. Gdyby nie nadęte przemówienia polityków, można by uznać to święto za radosne. Dobrze, dobrze wszyscy pacyfiści, nie zgadzacie się, macie prawo…

W naszej tradycji częściej czcimy klęski powstań i rocznice śmierci. Tego nie da się czcić hulankami i swawolami.

Halloween niczego i nikogo nie czci. Jest typowo umowną imprezą, mającą na celu dobra zabawę. Nic poza tym.

I jeszcze jedna uwaga – polityczna. Za komuny mówiono, że Zachód i jego kultura to zgnilizna, rozpusta, pornografia, Sodoma i Gomora. A tymczasem w latach osiemdziesiątych walczono, by jak najszybciej do tego Zachodu się dostać, bo tam była wolność.  Halloween to przykład tej wolności. Chcieliśmy kontaktu z cywilizacją zachodnią to ją mamy. W postaci wielkiego Frankensteina. 

Słowa, słowa, słowa....


tekst z października 2016

Technika poszła ostro do przodu. No, nie dzisiaj, nie wczoraj, ale w ciągu całego mojego dotychczasowego życia, czyli tak 50+ … W pamiętnym filmie o aferze Watergate - „Wszyscy ludzie prezydenta” - dowodem na wypowiedziane przez kogoś słowa, były notatki dziennikarzy. Dziś taka metoda dokumentowania budzi śmiech. Kto uwierzy w bazgroły? Każdy może coś zapisać, napisać i przypisać komuś wymyślone wypowiedzi. Dziś się nagrywa. Każdy telefon ma dyktafon i możliwość nagrywania filmów.
Ale i nagrania nie są wiarygodne. Można je przecież odpowiednio na potrzebę chwili zmontować, rozmontować, przekształcić, dodać, ująć. A wszystko to w zwykłym, domowym laptopie…

Nie próbowałam tego, bo i potrzeby nie miałam. Natomiast czytając, oglądając i słuchając wypowiedzi niektórych osób, odnoszę wrażenie, iż ich wypowiedzi są po prostu zmanipulowane. Bo w głowie, żołądku, wątrobie, płucach i w całym ciele normalnie funkcjonującego człowieka niektóre wypowiedzi się nie mieszczą, wywołują biegunkę, zapalenie płuc, oczopląs i co tam jeszcze chcecie.

Zatem zaczynajmy – proszę przed każdym akapitem dodać sobie „prawdopodobnie, przypuszczalnie”:

1. Pewien prezes powiedział, że kobiety mają rodzić zdeformowane (czytaj niezdolne do życia) dzieci, żeby można je było ochrzcić. Zdrowo myślący człowiek od razu pomyśli, że przecież nie wszyscy jesteśmy katolikami, co to świeżo narodzone polewają wodą. Niektórzy chrzczą dopiero starszych, inni nie robią tego w ogóle. Jeśli ktoś myśli inaczej to znaczy tkwi w mrokach średniowiecza, albo jest chory…. albo  słowa zmanipulowano.

2. Pewien profesor – pewnie mniemanologii stosowanej – powiedział, że kobiety o poglądach lewicowych rzadziej zachodzą  w ciążę, bo myślą tylko o zachowaniu szczupłej sylwetki. Gdybym nie znała wieku owego „stosowanego”, pomyślałabym, że to taki współczesny facet, wychowany na programie „Top model”. Tymczasem facet starszy ode mnie…. Czyżby zapomniał, że za komuny dzieci rodziły się hurtowo i problemem rodziny było, by było ich jak najmniej? Czyżby wtedy wszyscy mieli poglądy prawicowe? No i wtedy ludzie statystycznie byli  szczuplejsi niż dziś. Wypowiedź profesora najbardziej pada na skurczony żołądek. Można się nabawić od niej anoreksji lub bulimii. Jeden z komentarzy pod cytowanymi słowami brzmiał „W Tworkach  udostępniono internet”. Ja tam taka ostra nie będę. Wracając do wieku wiadomej osoby wysunę inną teorię – demencja starcza, schizofrenia… albo wypowiedź przekształcono. Zdroworozsądkowy człowiek takiego tekstu z ust by nie wypuścił.

3. Pewien duchowny w randze biskupa powiedział, że podczas gwałtu rzadko kiedy kobieta zachodzi w ciążę, bo stres coś tam takiego robi, że nie zachodzi. Spowalnia plemniki? Zamyka jajeczko? Wydala plemniki? Chyba nie zabija, bo wtedy to już pewnie aborcja. Kto wie, ręka w górę. W każdym razie, gdyby ta oczywista oczywistość była wiadoma wcześniej, nie potrzebna byłaby antykoncepcja. Wystarczy babę przestraszyć i tyle. W taki Halloween na przykład. I ponownie moment na refleksję – kto przy zdrowych zmysłach wymyśliłby taką antykoncepcję? I ponownie – albo ktoś chory, albo …. wypowiedź  zmanipulowana.

4. Pewna osoba powiedziała, że będzie święto rodziny, czyli małżeństw z dziećmi. Wniosek z tego taki, że inne układy typu samotny rodzic, dwoje rodziców bez ślubu i czwórka ich dzieci to już nie rodziny. I tu bym się poważniej zastanowiła… Kiedy moje dzieci dorosły, byłam zmuszana do podawania ich dochodów przy wypełnianiu formularzy związanych z funduszem socjalnym. Buntowałam się, gdyż dochody owszem podawać musiałam, ale z funduszu moje dzieci nie korzystały. Korzystali natomiast mężowie i żony pracowników, praktycznie obce osoby bez żadnych więzów krwi! A dzieci to przecież krew z krwi! No więc w końcu kto jest tą rodziną? Do tej pory wydawało mi się, że jestem dla swoich dzieci matką, czyli najbliższą rodziną. Okazuje się, że ktoś uznaje inaczej. Fundusz socjalny i jakaś osoba. Kolejne zaburzenie w matriksie, czy manipulacja wypowiedzią?

5.  I dziś rano przeczytałam, że pewien tłum  krzyczał w stronę pewnego prezydenta pewnego państwa środkowoeuropejskiego „Dyktator!”.  Ten człowiek dyktatorem? Potulny, spokojny, głosu nie zabiera, posłusznie wykonuje polecenia, uśmiecha się, mieszka sobie spokojnie, nawet żonę na cichutką, ta też nigdzie nie wychodzi, jakby jej nie było… ten prezydent dyktatorem? Komuś coś się popier… znaczy się pomieszało, albo marzy na jawie… albo wypowiedź manipulowano.

W końcu Hamlet powiedział, że to słowa, słowa, słowa… 

czwartek, 7 marca 2019

Jak to ze zjednoczeniem Europy było...





tekst z lipca 2016

Tak siedzę i myślę o tej naszej Unii… Europa zawsze chciała się zjednoczyć. Od dawien dawna byli ludzie, co to chcieli pod jednym sztandarem integrować wszystko i wszystkich. 

Poczytałam trochę, porobiłam notatki metodą „kopiuj, wklej” i pomyślałam sobie, że Wam je przedstawię.

Zacznijmy od takiego Aleksandra Wielkiego, zwanego Macedońskim. W 334 roku p.n.e pokonał Persów, następnie podbił Tyr w Fenicji, a później Egipt, gdzie kapłani ogłosili go faraonem. Marzył on o stworzeniu wielonarodowościowego grecko-perskiego imperium. W ramach integracji zachęcał swych żołnierzy, aby poślubiali perskie kobiety. Sam pojął za żonę księżniczkę perską - Roksanę. Marzył o zjednoczeniu całego ówczesnego, znanego mu świata. Ale w wieku zaledwie 33 lat zmarł w Babilonie i ze zjednoczenia nic nie wyszło…

Potem był drugi facet, zwał się Juliusz Cezar. Zjednoczenie rozpoczął od połączenia ludów półwyspu apenińskiego. A potem to już wiemy, był nawet Egipt i Kleopatra. Julek życie stracił w Rzymie, a jego imperium nadal trwało, ale wreszcie, w wyniku picia z naczyń z brązu i przedostawania się trujących związków do organizmów oraz rozwiązłości seksualnej poszczególnych cezarów, cesarstwo padło.

Nadeszło chrześcijaństwo, które też miało ambicje połączenia ludów Europy. Bo religia ta narodziła się, jak wiemy, w Azji graniczącej z Afryką, ale do potęgi doszła dopiero w Europie. Dążenia duchownych wyższego szczebla nawet miały szanse powodzenia, ale najpierw jedna schizma, potem druga, Marcin Luter i z jednego pnia wyrosło wiele gałęzi, znaczy się religii. A te jakoś nie dały się ponownie zjednoczyć.

W międzyczasie zjednoczenia Europy próbowali Karol Wielki i Otton III.

Teoretykiem – prekursorem naszej UNII był Pierre Dubois (ok.1250-ok.1312). Swe poglądy zawarł w dziele „O odzyskaniu Ziemi Świętej”. Przedstawił w nim koncepcję ustanowienia respublicae christianae (republiki chrześcijańskiej), federacji suwerennych państw europejskich pod przywództwem Francji. Ta ponadnarodowa organizacja rozstrzygałaby spory wewnętrzne w Europie oraz stanowiła obronę przed wrogami z zewnątrz (pewnie Arabami i Azjatami). Konflikty miał rozstrzygać międzynarodowy trybunał rozjemczy składający się z sędziów duchownych i świeckich. W ideologii połączonej Europy grzebał się też król Czech Jerzy z Podiebradu (1420-1471). Opracował projekt utworzenia Ligi Pokoju, związku chrześcijańskich państw Europy. Na początek w Lidze miały znaleźć się Burgundia, Bawaria, Czechy, Francja, Polska, Wenecja i Węgry.  
Można również wspomnieć o Stanisławie Leszczyński (1677-1766), który postulował utworzenie Ligi Narodów, związku państw europejskich, stojącego na straży pokoju i współpracy na kontynencie.

Wreszcie docieramy do prawdziwego asa europejskiego – Napoleona.  Opanował praktycznie całą Europę. Nawet dał Polsce jakąś namiastkę państwowości – Księstwo Warszawskie. I gdyby na tej mini Polsce się zatrzymał, może dziś wszyscy bylibyśmy mieszkańcami państwa warszawskiego, zarządzanego z Paryża. Ale zachciało mu się Rosji. I to był błąd. Tego błędu nie popełniają dzisiejsi zarządzający UNIĄ. Oni Rosji nie chcą, bo boją się, że wszystko może skończyć się jak w XIX wieku.

Potem była idea komunistyczna – „Proletariusze wszystkich krajów łączcie się” przeciwko wyzyskowi. Koniec znamy. Nie ma komuny, nie ma zjednoczenia Europy przeciwko wyzyskowi.

Ciekawą postacią w teoretycznych wizjach jednoczenia starego kontynentu jest  Richard Coudenhove-Kalergi (1894-1972). Ten urodzony w Tokio syn austriackiego dyplomaty (matką była Japonka) miał swoje polskie korzenie. Jego prababką była Polka Maria Kalergis, ukochana Norwida, ulubiona uczennica Chopina. Coudenhove-Kalergi był zwolennikiem XIX-wiecznej koncepcji Stanów Zjednoczonych Europy. Widział on Europę zjednoczoną „od Polski po Portugalię” Również nie było tu miejsca dla Rosji oraz uwaga! dla Wielkiej Brytanii.

A w XX idee jednoczenia rozwinęły się tak szybko, jak ówczesna technika. Najpierw była Liga Narodów – powstała 28 czerwca 1919 roku.  Celem Ligi Narodów było utrzymanie pokoju i współpracy na świecie. Wszyscy mieli się jednoczyć, pokojowo rozmawiać, nawiązywać wszelaką współpracę. Tacy wysocy urzędnicy tej Ligi mieli pilnować na przykład takiego Gdańska, żeby ani Polacy, ani Niemcy nie ograbili. Nie udało się.
Potem było ONZ, choroba jeszcze jest…

Aha, w Europie powstały dwie rady: w 1958 Europejska Wspólnota Gospodarcza – skupiała państwa bloku zachodnio-kapitalistycznego oraz od 1949 r. Rada Wzajemnej Pomocy Gospodarczej blok wschodni-komunistyczny. I te też się skończyły, bo nadeszły inne czasy.

Dzisiaj mamy UE… Ciekawe, jak to się skończy…