Pokazywanie postów oznaczonych etykietą matka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą matka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 października 2019

Cytaty - Takie będą Rzeczypospolite.....




Takie będą Rzeczypospolite jakie ich młodzieży chowanie – Jan Zamoyski

Stara jestem. Bardzo stara. 

Czytam, że dziecko musi jak najwcześniej iść do przedszkola, żeby nadążyć za światem, żeby właściwie rozwijać się intelektualnie. 

Czytam, że zbyt długi pobyt w domu, pod opieką matki sprawi, iż dziecko nie odnajdzie się we współczesnym świecie. Nie będzie umiało pracować zespołowo. Nie nawiąże kontaktu z rówieśnikami. Nie rozumiem.

Na skwerze dosiadam się do rówieśniczki, obserwującej trzyletnie dziecko. Mówię, pytam. Kobieta uśmiecha się, wyjaśnia.

„Bo kiedyś proszę panią, dziecko było inaczej wychowywane. Teraz izoluje się je od świata z powodu wirusów, infekcji, pedofilów i psów. Dziecko przebywa głównie w domu, karmione przygotowywanymi w fabryce posiłkami, zatwierdzonymi jako odpowiednie. Matka nie może edukować dziecka, bo zajęta jest praniem, prasowaniem, sprzątaniem, gotowaniem. Do dziecka wynajmuje się opiekunkę, taką jak ja. Opiekunka wychodzi z dzieckiem na dwie godziny dziennie i pilnuje, by dziecko się nie pobrudziło, by nikt obcy z dzieckiem nie rozmawiał, by nie głaskało psów. Dziecka również nie można stresować. W związku z tym, trzeba ograniczyć zabawy z rówieśnikami, bo taki rówieśnik może zabrać zabawkę, może nieodpowiednio się odezwać. A w przedszkolu – wszystko pod kontrolą. A jeśli coś się wydarzy, zawsze można nauczycielkę oskarżyć o niewypełnianie obowiązków.”

Nie chodziłam do przedszkola. Mama nie pracowała. Na śniadanie gotowała mi kaszę manną na mleku. Gdy prasowała, kazała podawać rzeczy do prasowania. Kupiła mi małą miseczkę i razem prałyśmy. Ona – duże rzeczy, ja ubrania dla lalek. Pracy zespołowej uczyłam się na podwórku. Zabawy tematyczne w „dom”, „szkołę”, zabawy w chowanego, berka, skakanka, piłka – rozwijałam się intelektualnie i fizycznie. Koleżanka z podwórka była jak siostra. Sąsiad – jak wujek. Jeśli ktoś miał psa, był jak nasz wspólny.

Dlatego nie rozumiem… stara jestem…

poniedziałek, 6 maja 2019

Majowe prezenty





„Znów przyjdzie maj, a z majem bzy” - śpiewała ongiś Beata Kozidrak.... I maj przyszedł, a z majem okres prezentów. Najpierw komunijnych. Bo tak to w naszej katolickiej rzeczywistości jest, że tzw. „komunia święta” to czas ubijania interesów dosłownie przez wszystkich, którzy mogą z ową imprezą mieć coś wspólnego.

Zaczynamy więc:

Na portalach społecznościowych i handlowych ofert bez liku.

Mamy naturalne i chrzestne szukają odpowiedniej kreacji. Co ubrać? Co włożyć? Jak wyglądać? „Proszę o poradę – jak powinnam wyglądać jako ciocia starszej siostry mamy dziecka? Czy wypada też na biało?” Oczywiście, że wypada. Jeszcze wianek na głowę i można powtórnie przystąpić razem z dzieckiem do komunii, pierwszej po wielu latach.
„ Jak ubrać córkę na komunię młodszego syna szwagra mojej matki?” - pyta zatroskana mama.
„Czy wypada siedzieć w kościele w żakiecie, jeśli będzie chłodniej”
„Poszukuję sukienki bądź komplet spodnie i żakiet na komunię. Na wzrost 180 cm. Rozmiar tak między 42-44-46”.

Człowiek przerzuca post za postem na wiadomym portalu i dostaje oczopląsu. Ale to dopiero początek. 

Potem są prezenty.

I tu dopiero biznes zaczyna się kręcić. Bo idąc „na komunię” prezent musisz dać. Obojętnie czy jesteś zięciem zmarłej babci czy ojcem chrzestnym kogoś z rodziny. Handlowcy prześcigają się w reklamowaniu owych prezentów. Każdy jest ponoć odpowiedni. Najlepiej komputer najnowszej generacji lub super rower. Niektórzy kupują skutery lub quady. Ci, co nie wiedzą co dać, dają forsę. Nie, nie w kopercie. W czekoladkach z napisem „I Komunia Święta” i obrazkiem Matki Boskiej. Stoją takie pudełka w hipermarketach i wołają „Kup mnie! Kup mnie”. Na obrazku prócz Maryi, Chrystus i Jan Paweł II.
Przepraszam, czy tej trójce to się podoba? Pewnie tak, skoro żadne z nich nie reaguje, na przykład gromem z jasnego nieba, w sam środek marketu.

Znajoma ongiś kupiła chrześniakowi na komunię cztery piłki: do koszykówki, siatkówki, piłki ręcznej i nożnej, żeby w dziecku rozbudzić zamiłowanie do sportu, aby było zdrowe i sprawne. Inna, mgr filologii polskiej, podarowała zestaw słowników w formie papierowej, żeby wzbudzić zainteresowanie książką i pokazać, że drukowane są jeszcze w obiegu.

Obdarowane dzieci podsumowały, że dostały kiepskie prezenty. Obie ciocie nie są już mile widziane w rodzinach.

Jako były nauczyciel znam przypadki, kiedy rodzice zapożyczali się, by „wyprawić” dziecku komunię, a ciocie – by kupić odpowiedni prezent.

Jako były nauczyciel znam przypadki, kiedy dzieci z ubogich rodzin po tzw. „komunii świętej” unikały rozmów na jej temat. Nie miały czym się pochwalić.

Narodzie katolicki, gdzie w tym wszystkim jest Bóg? Z chrześcijaństwa tylko katolicyzm pozostał...

Druga sprawa – prezenty na Dzień Matki.

I teraz coś, co rozłożyło mnie na łopatki. Oto w lokalnym portalu pojawiła się reklama koncertu właśnie z tej okazji. Zaśpiewa znany piosenkarz tzw. starszego pokolenia. Obok napis „Kup mamie bilet!”

Nie, nie kochani, nie mam nic przeciwko temu artyście. Tyle tylko, że nie gustuję w jego twórczości. Do tego coś wiekowo mi się nie zgadzało.... on i mama.... Podczas spaceru z psem przyjrzałam się mamom, to znaczy paniom z wózkami i dziećmi. Zobaczyłam taki przedział wiekowy 25-35 lat. No dobre, mama może być tak do pięćdziesiątki, a potem to już raczej wiek babciny...bez względu na to, czy się ma wnuki, czy nie. I człowiek np. od siedmiu dziewcząt z „Albatrosa” powinien raczej dla nich być przeznaczony. Co ja mówię,  cała Budka Suflera (Cugowski ur. 1950), Lady Pank (Borysewicz ur. 1955), wspomniana wcześniej Kozidrak ur. 1960, to przecież młodzieńczy repertuar obecnych pięćdziesięciolatków, ba starszych od nich też... O Rolling Stones nie wspomnę. Dziadek Jagger ma obecnie ponad 70 lat! Wszyscy on, łącznie z Januszem Laskowskim powinni zaśpiewać z okazji Dnia Seniora.
„To że dziadki śpiewają, nie oznacza, że babcie na ich koncerty chodzą” - usłyszałam, kiedy oznajmiłam, że krzywdę zrobię synowi, jeśli bilet na wiadomy koncert mi kupi.

No tak.... już kiedyś o tym pisałam.... babci nie wypada iść na koncert rockowy, o słuchaniu rapu nawet nie wspomnę.

I chyba temat prezentów wyczerpałam. Na żadną tzw. „komunię świętą” nie jestem zaproszona, a na Dzień Matki pewnie dostanę dobry alkohol.

Aha, dlaczego piszę "tzw. komunię świętą"? Bo to o czym piszę z prawdziwą komunia świętą nie ma nic wspólnego.



czwartek, 7 marca 2019

Popęd pędzi pędem

Tekst z 2017 

Niedawno, na wiadomym portalu, uczestniczyłam w dyskusji na temat wczesnego rozpoczynania życia seksualnego. Punktem wyjście był „alarmujący raport” o tym, że „siedmiu na dziesięciu gimnazjalistów ma za sobą inicjację seksualną. (…) a co ósma gimnazjalistka prowadzi regularne życie seksualne”. Przypomniała mi się pewna para, która wieczorem siedziała na ukrytej wśród krzewów ławce. Spacerowałam z psem i ujrzałam dwoje małolatów patrzących sobie w oczy… szepczących coś do ucha… on delikatnie obejmował ją ramieniem…słowem… wyglądali cudownie… aż mnie żal du… ściskał, że mnie nikt tak nie obejmuje… I właśnie po przeczytaniu o alarmie w sprawie seksu, wyobraziłam sobie owa parę w sytuacji „łóżkowej”. Też pewnie byłoby pięknie…
W związku z tym pod artykułem zamieściłam notkę:” A co w tym złego?” (że ten seks w gimnazjum).

Pierwszy odzew: „Poza tym, że często odbywa się to z przypadkowym partnerem, bez zabezpieczenia i dla niektórych kończy się niechcianą ciążą to zupełnie nie ma w tym nic złego”.

Zaraz, zaraz, czy tylko nastolatkowie robią to  z przypadkowymi partnerami? Tyle tylko, że dorośli to się raczej nie przyznają lub uznają owe „uprawianie seksu” jako dyscyplinę sportową. A gimbaza chwali się! A ciąża? Pochodzę z czasów, kiedy ciąż było jak „mrówków”. Nastoletnie dziewczyny zachodziły nałogowo, potem szybko wychodziły za mąż i rodziły. Jednym słowem panien w ciąży nie było. A jeśli jakiejś się trafiło, to sprawę ukrywano, oj ukrywano. Albo co gorsza – ciążę usuwano.

Tyle tylko co złego jest w ciąży? W czasach minusowego przyrostu naturalnego każde poczęcie jest na wagę istnienia ludzkości na terenach między Bugiem a Odrą i Bałtykiem a Tatrami. Gimnazjalistka w ciąży otoczona jest ze wszystkich stron opieką. Nauczanie indywidualne, pomoc społeczna, wsparcie Rady Pedagogicznej… Dlaczego zatem panikować z powodu poczętego dziecka? Aha, bo dorośli są bardziej odpowiedzialni za swoje plemniki i komórki jajowe. Oczywiście. Do tego stopnia, że w ogóle nie zamieniają ich w dziecko lub właśnie narodzone przekazują dziadkom i babciom do wychowania.
Potem w dyskusji pojawiła się matczyna troska, o to, by dziecię poszło do łóżka świadomie i bez presji.

O i tu już mamy postęp. Za moich czasów pójście do wyra z osobą płci przeciwnej w ogóle nie wchodziło w rachubę. A z tą samą płcią? Sodoma i Gomora! Cnota aż do ślubu! Zamieszkanie razem przed ślubem? To skandal! No więc ciągał się człowiek po jakiś akademikach, wypytywał, kto ma wolną chatę, w tajemnicy wyjeżdżał pod namiot, ukrywał się na łąkach, o innych miejscach nie wspomnę… Ale za to jakie pozycje w tych trudnych warunkach opanował! Kamasutra to przy tym piskuś!  Wszystko oczywiście robił bardzo świadomie. I uwaga! Ma na starość co wspominać!

Lećmy dalej. Oczywiście w dyskusji wynikł problem edukacji. Kto ma gimbazę uświadamiać? Sorry, gimbusy są już uświadomione. Trza nam do podstawówki. Tu od lat uważam tak samo. Edukację seksualną powinni prowadzić rodzice. Jeśli nawet zostali nimi w bardzo młodym wieku, to chyba przez 10 lat dorośli i mogą dziecko uświadomić. Chyba, że rzeczywiście dziecię uświadomi się samo… jak to za moich czasów bywało.
Mówią, że teraz to wszystko przez internet. My też mieliśmy taki internet, tyle, że w wersji drukowanej. Zakazana lektura jakoś do nas trafiała. (Czasami mam  wrażenie, że ukrywane w domach książki pojawiały się w pewnym momencie na widoku… tak, żeby małolat sam po nie sięgnął. Czyżby rodzice sami wyciągali je z zakamarków i podsuwali?)

Do dziś pamiętam… biało-czerwona okładka, a na niej zakazany tytuł ”Życie płciowe człowieka”… tajne spotkania, czytanie…. dyskusja… Zajęcia praktyczne?

Spotykałyśmy się w babskim gronie. Kiedy już tematykę poczęcia utrwaliłyśmy, nadszedł czas na poród. Jedna koleżanka na kanapie z lalką we wiadomym miejscu, druga – w charakterze położnej, trzecia czyta. „Nie tak, wolniej…bo główkę urwiesz”. I tematyka położnicza została opanowana.

Moje pokolenie wiadomości o poczęciu miało na lekcjach biologii dopiero w ósmej klasie, takiej obecnej drugiej gimnazjum. I dzisiaj i wtedy wszyscy byli już dokładnie uświadomieni.

W dalszym ciągu portalowej dyskusji odezwał się głos męski: „Siedmiu ma inicjacje za sobą, a pozostałych trzech nosi rurki”.

Rety, o co chodzi z tymi rurkami – młode pokolenie wprawiło mnie w zakłopotanie. Szybko włączyłam wujka Google… kolejne rety… spodnie typu rurki to dopiero jest problem!  Dla jednych seksowne, dla innych pozbawione męskości, dziewczynom się podoba, jak chłopak ma wszystko ściśnięte, niektórym chłopakom też jest przyjemnie…tu wrzask, tu poparcie, tu obrażanie płci trzeciej… Rurki to spodnie kontrowersyjne. Kiedyś miałam takie, ale właśnie schudłam i rurki już rurkami nie są. Byłam kontrowersyjna, nie jestem…

W sumie to i dobrze, niech młodzi w rurkach sobie pędzą pędem ze swym popędem. Takie ich prawo.  

środa, 6 marca 2019

Cenne trzydziestolatki


Dziś będzie krótko i na temat. Co jaki czas, pojawiają się tu i ówdzie artykuły o trzydziestolatkach, co to nadal mieszkają z rodzicami. Teksty te przedstawiają poczętych w latach 80-tych w zdecydowanie negatywnym świetle. Czasami mam wrażenie, że powstają one na zlecenie banków i stanowią reklamę oferowanych przez nich kredytów mieszkaniowych.

Artykuł taki wygląda tak:
- portret psychologiczny 30 latka,
- protest song o życiu 30 latków,
- negatywny wpływ takiego 30 latka na rozwój planety Ziemia.

Pod artykułem pojawiają się komentarze krytykujące:
po pierwsze – wysokość oprocentowania kredytów mieszkaniowych,
po drugie – lenistwo 30 latków,
po trzecie – nadopiekuńczość rodziców.
I tak trwa to do znudzenia od paru lat. 

Czas zatem na spojrzenie na problem innymi oczami.

Sytuację, w której dojrzałe dziecko jest całkowicie na utrzymaniu rodziców, a nie wynika to z przypadków losowych np. choroba, skreślam od razu. To patologia i tyle. Dorosłe zdrowe dziecko ma pasożytem nie być i tyle.

Ale w przypadku, kiedy wspólne zamieszkiwanie jest wynikiem chęci, zarówno rodziców jak i dziecka, sprawa nie jest aż tak prosta, jak opisują to portale internetowe.

Przede wszystkim wszelkie domowe opłaty typu czynsz, kablówka, internet… rozkładają się na wszystkie osoby pracujące i zamieszkujące pod wspólnym dachem. Jest to niezwykle cenne, jeśli rodzice (lub samotny rodzic) pobierają kiepską emeryturę. Jest ulga? Jest. Dotyczy to również zakupów. Moja koleżanka emerytka raz na dwa tygodnie jedzie z synem na zakupy. Kupują prawie wszystko, co trzeba i rachunek z kasy dzielą na dwa. Pieczywo kupuje codziennie koleżanka w zamian za korzystanie z auta syna, bo ten czasami robi za jej kierowcę i gdzieś podrzuca. Wszelkie inwestycje domowe typu malowanie ścian, nowe rolety czy odkurzacz też dzielone są na pół. Chodzi oczywiście o koszt. Koleżanka doskonale dogaduje się z synem w kwestiach finansowych, według zasady „kochajmy się jak bracia, liczmy się jak żydzi. Biznes is biznes”. A każda rodzina to przecież takie małe przedsiębiorstwo.

Również obowiązki domowe wykonują wszyscy członkowie rodziny. Każdy według własnych możliwości. Mama na emeryturze oczywiście gotuje obiad, ale synek zmywa naczynia (jak u mojej koleżanki). Pracujący tatuś wyprowadza pieska. Ktoś odkurza, ktoś prasuje… Kwestia dogadania się. Oczywiście ciężkie prace domowe typu trzepanie dywanów wykonuje ten, co ma więcej siły.

Kolejny plus zamieszkiwania dorosłego dziecka z rodzicami, to pewność opieki w chorobie. Wzajemnej oczywiście. Grypa może powalić każdego. Do chorej mamusi synek nie musi dojeżdżać po pracy, chorym synkiem mama zajmie się na miejscu.  
Moja koleżanka w lutym przeszła skomplikowaną operację. Po powrocie do domu zajmował się nią właśnie synek. Domem oczywiście też. Do tego przyciągnął znajomą pielęgniarkę, która za synowski uśmiech zmieniała mamie opatrunki.   

Jeśli rodzice wyjeżdżają do sanatorium, jest ktoś, kto mieszka w M i nie trzeba angażować sąsiadów do jego pilnowania. Kwiatki też są podlane, a piesek wyprowadzony.

I tak byśmy mogli wymieniać wzajemne korzyści wynikające ze wspólnego zamieszkiwania rodziców i dzieci.

Nie mówcie, zatem, że 30-latkowie są nieodpowiedzialni i leniwi, w wyniku czego nie chcą się wyprowadzać z rodzinnego domu.

Jeśli zaś mamusi i tatusiowi trafia się leń i obibok, którego trzeba utrzymywać, to już wina tatusia i mamusi. Nigdzie bowiem nie jest napisane, że zdrowego trzydziestolatka muszą nadal utrzymywać rodzice.

„Dorosłemu dziecku trzeba pomóc?” – zdziwiła się ongiś moja znajoma z USA „A co, ono niepełnosprawne?” – dodała z jeszcze większym zdziwieniem.

Cóż, czas zmienić myślenie pokolenia. Coraz więcej jest długo żyjących emerytów i to młodzi powinni myśleć coraz poważniej o udzielaniu pomocy rodziców. 

Gdzie się podziały tamte podwórka?


Dziś za oknem piękna, wiosenna pogoda…Spacerując z psem, zauważyłam gromadki dzieci bawiące się przed blokiem. Mamy, babcie i opiekunki przyprowadziły je ze szkoły i nauczanie zintegrowane wyszło „na dwór”. Bo, czy wyszło na podwórko, to już mam wątpliwości…

Akurat na moim osiedlu dzieci i młodzież mają sporo miejsca do spędzania czasu na świeżym powietrzu (o ile nie powieje wiatr od oczyszczalni ścieków rzecz jasna). Jest „skate park” z boiskami, ławkami, trawnikami, plenerową siłownią, są liczne place zabaw, o jakich mi w wieku wczesnoszkolnym nawet się nie śniło, bo nie wiedziałam, że takie coś w ogóle mogło istnieć. Ale czy to jest podwórko?

Moje podwórko było ogromne! Mieszkałam w Wałbrzychu na poniemieckim osiedlu z lat trzydziestych, które do dziś zachwyca architektów. Sposób ustawienia kamienic, rozplanowania ulic godny naśladowania. Moje podwórko znajdowało się w kwadracie czterech ulic. Jedynie z dwóch stron można było wjechać samochodem. Pozostałe dwie były tylko dla „ruchu” pieszego. To zapewniało nam bezpieczeństwo, chociaż, tak na dobrą sprawę, ruch kołowy na "jezdni" był wówczas niewielki. Natomiast poza podwórkiem byla ruchliwa ulica z bardzo niebezpiecznym skrzyżowaniem. Mówiło się potocznie „po drugiej stronie” i właśnie na ową „drugą stronę” młodocianym wychodzić nie było wolno. Tak nakazali rodzice. Tak, moi drodzy, tylko nakazali, nie wyjaśniali, nie tłumaczyli, nie stosowali żadnej metody pedagogiczno-wychowawczej. „Nie wolno i koniec!” – do dziś pamiętam te słowa jako odpowiedź na pytanie „A dlaczego nie wolno?”. O dziwo, tak rodzic budował sobie autorytet. Zakaz był łamany sporadycznie.
Na podwórku spędzaliśmy masę czasu. Większość z nas miała niepracujące mamy i do przedszkola nie chodziliśmy. Tak, tak moi drodzy… przedszkola były taką fajną przechowalnią, a nie miejscem edukacji. Edukowało nas podwórko. Nikt również zabaw nam nie organizował. Jakoś tak same do głowy przychodziły. Takie na przykład zabawy tematyczne, opisywane w podręcznikach psychologii rozwojowej, były bardzo często przez nas realizowane. Ja, z racji wzrostu i z powodu braku odpowiednich chłopaków w grupie, grałam zawsze rolę ojca. Mój młodszy brat – młodszego płaczliwego brata. Wiesia była mamą, Krysia chyba ciocią, a potem, kiedy poszła do szkoły, została panią nauczycielką podczas zabawy w szkołę. To na podwórku nauczyłam się czytać i pisać bazgrząc pierwsze litery na brudnej ziemi.

O właśnie brud… Wałbrzyska ziemia była wówczas brudna w sensie dosłownym. Sprawiała to obecność koksowni, z których pył spadał na miasto (kopalnie nie zanieczyszczają atmosfery). Będąc latem praktycznie cały dzień na podwórku, też byliśmy brudni. Grzebiąc się w brudnej ziemi (piasek kojarzył się nam najwyżej z Bałtykiem), ręce myjąc głównie przed obiadem i wieczorem, nie zapadaliśmy na żadne choroby przenoszone drogą „ręczną”. Czasami wpadaliśmy do domu po pajdę chleba z masłem i cukrem. Ręce wycierało się o sukienkę lub bluzkę i jadło, jadło tę smaczną kanapkę wytartymi dłońmi. Do dziś nie mogę zrozumieć fenomenu braku zakażeń, biegunek, niestrawności. O zabawie w błocie po deszczu już wspominać nie będę. Za pozwolenie na coś takiego, dzisiaj pewnie rodzicom groziłoby odebranie praw  rodzicielskich.

Kiedy dorastaliśmy, zmieniały się nasze zabawy. Chłopaki kopali piłkę, dziewczyny skakały na skakance, odbijały piłkę o ściany kamienicy. Była gra w „palanta”, „wyścig pokoju”, rysowało się „klasy” i „chłopka”. W wieku blisko młodzieżowym, co niektórzy ukrywali się wśród krzaków i drzew, by zapalić lub pościskać się z osobą płci przeciwnej. A było gdzie się na naszym podwórku poukrywać! Zabawa „w chowanego” dotyczyła każdego rocznika.  

Zima też byliśmy na podwórku. Nasze miało swoją górkę do zjeżdżania na sankach. Kiedy towarzystwo wracało ze swych szkół, brało sanki i szło na górkę. Panował wrzask, który nikomu nie przeszkadzał.

Czy ktoś nas na podwórku pilnował? Oczywiście, że tak! Pilnowali rodzice, ale nie wszyscy naraz. Czasami wystarczyły dwie mamy siedzące w oknach wychodzących na podwórko. Ogarniały je całe i pilnowały wszystkich dzieci. Uwaga zwrócona przez sąsiadkę miała nawet większą wartość niż „mamusiowa”. Potem czekała jeszcze riposta od mamy, bo oczywiście sąsiadka informacji mamie udzieliła. Tak, tak moi drodzy… sąsiad miał prawo zwrócić uwagę każdemu dziecku.  

W mojej klatce schodowej mieszkała starsza pani posiadająca lornetkę. Była postrachem podwórka. Jeśli chciało się coś na diabła zrobić, najpierw zerkało się na jej okno. Jest czy nie ma? Wtedy nie wiedzieliśmy, że takie coś nazywa się monitoring, bo pani pamięć do złych wyczynów miała znakomitą.
A gdy zapadały ciemności, z okien rozlegały się okrzyki nawołujące do powrotu:
„Grażyna do domu!”
„Jeszcze chwileczkę!”
„Natychmiast!”
„Jeszcze pięć minut!”
„Natychmiast!”
Nikt nie chciał podwórka opuszczać.
Gdzie się podziały tamte podwórka?  Są nadal. Moje też jest. Ale jakieś inne. Nie ma sąsiadów pilnujących rozbawionych dzieci, nie ma nakazów, zakazów bez wyjaśnień, zabaw  w brudnym piachu i kanapek z cukrem…
Nie ma i już nie będzie… I nie ma już mapy do tamtego świata…    

poniedziałek, 4 marca 2019

Coś mi nie gra....

tekst z lipca 2015
Niby wszystko w porządku i OK. Pogoda w normie, raz pada, raz świeci. Cukier we krwi też w normie. Pies nadal szczeka na dzieci i facetów. Emerytura ciągle taka sama….
Powinnam być happy… Ale coś mi tu nie gra….

Spotykam koleżankę. Narzeka na świat i na ludzi. Może ma powody, nie wnikam. Ale ona wnika. Głośno twierdzi, że na polityce się nie zna, po czym rozpoczyna wykład agitujący na rzecz jednej z partii. Mówi długo i namiętnie. Rozkłada stan gospodarki na czynniki pierwsze. Przytacza argumenty „za”, podaje przykłady medyczne typu „ Jak długo czekałaś na wizytę u diabetologa”. Obalam jej argument. Moja cukrzyca jest jeszcze na etapie lekarza rodzinnego. Oczywiście koleżanka ma inne argumenty agitacyjne, ale co trzy zdania rozwinięte, wielokrotnie złożone twierdzi, że na polityce się zupełnie nie zna.
Moja sunia chwyta sens, a właściwie bezsens monologu i zaczyna szczekać na parkującego obok sklepu rowerzystę. Wyjaśniam, że muszę iść, żeby psa nie denerwować.

Oj, coś mi nie gra w wypowiedzi znajomej….

Wiadomości. Oto w tramwaju na Pradze- Południe pobiły się dziewczyny. Uczeń popełnia samobójstwo. Dziewczyna po wyjściu ze szkoły wpada pod samochód.
Masa komentarzy. Większość przypisuje winę … szkole. Nie nauczyła, nie wychowała. Źli nauczyciele, złe programy, zła dyrekcja. Trzeba kontrolować i wymagać.

Coś mi tu nie gra…

Sama pracowałam w szkole i jakoś nie mogę przypomnieć sobie, żebym uczyła dziewczyny agresji. Wprost przeciwnie. Na przedmiocie zwanym językiem polskim, podczas omawianie „Krzyżaków” mocno podkreślałam, że pojedynek Zbyszka z Rotgierem to nie wzór do naśladowania, tak załatwiano sprawy w średniowieczu, teraz mamy XXI wiek...  Jeśli uczniowie dokuczali innemu, interweniowałam. Rozmawiałam. Ba, nawet krzyczałam. Niektórzy czuli się wówczas niekomfortowo. Skarżyli się, że podnoszę na nich głos, bo powinnam spokojnie, pedagogicznie. Kiedyś można było powiedzieć uczniowi, że jest tumanem. Dziś nawet określenie „dziecko wiatru i kurzu” może obrazić uczucia nastolatka. Nie mówię. Nie znam również nauczyciela wpajającego uczniom nienawiść lub uczącego agresywnych zachowań podczas lekcji matematyki czy geografii. Czynią to inni ludzie, w innych okolicznościach. Dlaczego więc o wszystko, co złe, obwinia się szkołę?

Coś mi tu nie gra….

Ustawa o in vitro wzbudza emocje. Nie zawsze zdrowe. Kilku senatorom za syndrom ocaleńca i wrota piekieł, jestem w stanie wybaczyć. Ich wybór na funkcję doradcy rządzącym to klasyczny przykład błędu statystycznego lub wyjątek potwierdzający regułę. Ale chwilami aż się prosi o brzydki komentarz, że PRL wiedziała co robi, nie powołując senatu do życia… Brr, groźnie się zrobiło… Niestety, sama jestem ocaleńcem (czwarta ciąża mamy, choć  bez in vitro) i muszę oświadczyć, że  przypisywanego mi syndromu nie mam, ale mam prawo do własnego zdania tak, bo ….

Coś mi tu nie gra.

Najbardziej zadziwiają mnie jednak osoby związane z Kościołem, które mają być reprezentantami Boga na naszym ziemskim padole. Oto na Jasnej Górze, symbolu polskiej wiary w Boga, ktoś pięknymi słowami, starannie zbudowanymi zdaniami nawołuje do wystąpienia przeciwko rodzicom, którzy ponoszą winę za urodzenie dziecka z in vitro. „Za to odpowiedzą dorośli przed Bogiem” – którzy? Bóg i Chrystus kazał kochać innych, wszak powiedział „Będziesz miłował swego bliźniego, jak siebie samego”.

Coś mi tu nie gra…

Nie potrafię zrozumieć, dlaczego samotna matka porzucona przez męża, nie może być pełnoprawnym członkiem Kościoła Katolickiego. Nie może przystępować do komunii, być matką chrzestną… tylko dlatego, że nie sypia ze swoim mężem? A może powinna napaść na niego i po prostu go zgwałcić?
Ojej, chyba posuwam się ciut za daleko… na dziś wystarczy. Włączę jakąś płytę. Tam wszystko dobrze zagra.  

moja twórczość literacka na www.czarownice.kosz.pl