wtorek, 26 marca 2019

Cytaty - Jak Cię widzą, tak Cię piszą

 
modaJak Cię widzą, tak Cię piszą - przysłowie


W telewizji osobne kanały związane z modą. Tu się odchudzają, tu walczą z anoreksją. W internecie porady dotyczące makijażu. Na osiedlu zakłady fryzjerskie i kosmetyczne rosną jak grzyby po deszczu. Plotkarskie pisemka i takowe www rozpisują się o wyglądzie aktorek na czerwonym dywanie, opisach kreacji. Zupełnie tak, jakby o człowieku świadczyła sukienka, garnitur lub kolor powiek.

NIE!

MÓWIĘ STOP!

Dokąd zmierza ludzkość przedstawiając człowieka jako efekt pracy stylistów, krawców i makijażystek?
Dlaczego na pierwszy plan wysuwa się wizerunek zewnętrzny?

Gdzie podziało się to, co najcenniejsze – nasze wnętrze...

To ono świadczy o nas, o tym, jakimi jesteśmy ludźmi, co reprezentujemy, czy czeka nas nagroda, czy kara. Tymczasem owe wizerunki wnętrza człowieka znajdują się na marginesie naszego pędu do nowoczesności. Jeśli gdzieś pojawia się normalny człowiek, pomagający przejść przez ulicę staruszce, urasta on do rangi bohatera. To, co kiedyś było normą, dziś uderza w nas albo wielkością albo upadkiem w nicość. Tego nie ma. Człowiek w normalnym swetrze, może trochę przybrudzonym, nie jest wart uwagi. Omijamy go. Nie zauważamy.

Sami chcemy wyróżnić się z tłumu. Najłatwiej uczynić to poprzez wygląd. Stać nas na ekstra ciuch, super buty. Nie stać nas na zwykłą, codzienną życzliwość. Na zwykły gest przyjaźni. Na powiedzenie „Dzień dobry” ekspedientce w sklepie. Na pogłaskanie bezdomnego psa.

Nie stać nas na normalność.

A może po prostu boimy się jej? Może normalność jest zbyt trudna, by w niej żyć, by być normalnym człowiekiem ze swymi radościami i problemami? Może ten strach przykrywamy makijażem, markową sukienką czy najnowszymi butami renomowanej firmy?
Zetrzyjcie puder z twarzy, cienie z powiek i tusz z rzęs. Niech inni opisują prawdziwego człowieka, nie zaś aktora ucharakteryzowanego na człowieka.
Przedstawienie teatralne jest do oglądania. Życie do przeżycia.

Miniatury - Była sobie legenda....

 

1kociotrup
kościotrup w zamku w Zagórzu Śląskim.... który z kolei? 

Kiedy miałam siedem lat, rodzice zabrali mnie na wycieczkę do Zagórza Śląskiego, niewielkiej i uroczej mieściny pod Wałbrzychem. Stoi tam średniowieczny zamek obronny, jest jezioro, rzeka, a w pobliżu - zapora wodna. Poszliśmy oczywiście do zamku. Dziś już nie pamiętam kto – rodzice? przewodnik? – opowiedział mi niesamowitą, mrożącą krew w żyłach historię.
Oto ojciec zmusił córkę Małgorzatę do ślubu ze starym szlachcicem. Ta nie wytrzymała życia ze starcem i zepchnęła go w przepaść. Niektórzy twierdzili, że ze skały, inni – z zamkowych murów. A przepaść była ogromna. Zamek stał na wysokiej skale.

Ojciec dowiedział się o morderstwie i ukarał córkę zamykając w lochu. Umarła tam śmiercią głodową. Po wielu, wielu latach loch „odkopano”, w środku znajdował się przywiązany łańcuchami do ściany szkielet morderczyni.
Opowieść wywarła na mnie piorunujące wrażenie. Pogłębiła je wizyta na zamkowej wieży i spojrzenie w dół, potem wizyta pod skałą, z której miał być zrzucony starzec…Ale największe, już przerażenie, wzbudził we mnie znajdujący się w zamkowym lochu kościotrup. Prawdziwy kościotrup. Z prawdziwymi kajdanami u kości nóg. Uwierzyłam w całą historię. Była bardzo prawdopodobna. Żadnych smoków, syren, cudów jak w znanych mi baśniach. Sama prawda.
I tak wierzyłam jeszcze przez kilka lat. Do zamku już nie pojechałam. Bałam się widoku szkieletu w lochu….

 Pewnego dnia, kiedy już czytałam codzienne gazety, znalazłam w „Gazecie Robotniczej” krótką prasową notkę. Oto do zamku w Zagórzu dostarczono nowego kościotrupa ze znacznie lepszego tworzywa sztucznego (czytaj – plastiku) niż poprzedni. Jest szansa, że nowy szkielet Małgorzaty wytrzyma dłużej niż obecny….

Dziś nie wiem co było okrutniejsze: opowieść o morderstwie czy brutalna prawda o szkielecie?

Sport a sprawa polityczna


Fq8ktkqTURBXy8xMzYxNDZiOGQwOGZkNTE5OGRiODU5OGI3NmIzM2MyYi5qcGVnkpUDAczUzQVXzQMAkwXNAxTNAbwfoto internet

tekst ze stycznia 2019


Temat jak widzicie ważny i całkiem poważny.

Zaczęło się niedawno. Koniec roku za pasem, a to jak wiadomo w świecie sportowym czas podsumowań i plebiscytów. I takie jedno pismo, czasopismo ogłosiło właśnie plebiscyt na najlepszego z najlepszych w wojewódzkim, może powiatowym, środowisku. Czytelnicy zgłosili, a potem rozpoczęło się głosowanie. Poprzez SMS-y. Znaczy się płatne.

Prawdziwy kibic kupuje bilety na mecze ukochanej drużyny lub płaci za telewizyjne relacje z mordobicia, znaczy się walk bokserskich i podobnych. Wydaje forsę na szaliki, koszulki i inne gadżety z logo ukochanego klubu. Zatem w imię miłości do swoich wyda dwa polskie złoty z jakimiś groszami, by jego idol plebiscyt wygrał!

Proste?

Tylko pozornie.

Oto w czasie promowania wybitnej sportowej sylwetki na wiadomych forach społecznościowych, doszło do poważnej politycznej dyskusji.

Ktoś uznał, że owe dwa polskie złote i ileś groszy podsyłane przez głosujących wzbogaca antypolskie wydawnictwo.

Ktoś uznał, że nie da zarobić pismu, które w swych założeniach jest „esencją antypolskości”, bo to poniżej jego godności. Bo SMS-y zasilają podejrzaną kasę i każdy, kto uczestniczy w procederze głosowania, przyczynia się do kontynuowania owych czynności antypolskich.
I zrobiło się gorąco. Przynajmniej w mojej głowie.

Ile na owych krótkich wiadomościach zarobi gazeta? Kto się dorobi majątku na zwycięstwie mego wybrańca? 

Jak zostanę ukarana przez społeczeństwo polskie, jeśli zagłosuję w zabawie promującej sport poprzez wydawnictwo antypolskie? (Oj, tu powiało grozą...)

Kto jeszcze organizuje głosowania na terenie powiatu, województwa na najlepszych ludzi sportu? 

Niestety, ojciec dyrektor i jego media chyba nie... 

Jak potraktowany zostanie zwycięzca SMS-owej rywalizacji? Wleją mu czy nie? Wszak brał udział w antypolskiej akcji.

Gdzie jest granica między sportem a polityką? Czy w ogóle jest? Czy być powinna?

Jako że jestem coraz starsza, coraz częściej wracają do mnie wspomnienia z czasów dzieciństwa i młodości. No, to tak, że nie pamiętam co robiłam wczoraj, ale przypominam sobie, co wydarzyło się jakieś 40, 35 lat temu.

Moja rodzina całe życie związana była ze sportem. W czasach, kiedy inni słuchali tajnego radia „Wolna Europa” lub „Głosu Ameryki”, my biegaliśmy na mecze.

W 1980 roku, kiedy ponoć większość narodu wiedziała, że będzie rewolucja, zakład pracy mego ojca zorganizował dla wybrańców wycieczkę na Igrzyska Olimpijskie w Moskwie. Część wybrańców zrezygnowała. Potem mówiono, że oni wiedzieli, co w stoczni piszczy. Na miejsca wybrańców wybierano kolejnych. I padło na mego ojca.

Temu tylko wystarczyło, żeby usłyszał słowo „igrzyska”. Spakował się i pojechał. (Formalności załatwił zakład pracy). I wrócił. Z dużą ilością sportowych gadżetów, biletami, odznakami, ba nawet chustą z sierpem i młotem. Z ogromną ilością wspomnień. Sportowych . „Kozakiewicza widziałem! Na własne oczy widziałem, jak im pokazał” - wykrzykiwał podczas rodzinnych spotkań.

Po miesiącu, dwóch, może trzech mój ojciec dowiedział się od sąsiada, że jadąc do Moskwy wspierał reżim w Polsce. W ogóle działając aktywnie na rzecz rozwoju sportu najpierw w mieście powyżej 100, a potem poniżej 30 tysięcy mieszkańców wspierał reżim komunistyczny jeszcze bardziej... Sąsiada poparli inni... Całą moja rodzina znalazła się w sportowym potrzasku. Baliśmy się, że zlinczują, no zlinczuję nas naszymi sportowymi proporczykami z logo ukochanego klubu.

Ba, słyszałam na własne uszy, że wszyscy sportowcy, którzy w latach 1945-1980 reprezentowali Polskę - komunę wspierali... Nie, nie nazwisk podawać nie będę, nie zakapuję... poszukajcie sobie u wujka Google.

Dobrze, już dobrze. Przeginam. Ale przeginają również ci, co nie chcą głosować w plebiscytach organizowanych przez obcy kapitał.

A jak tak się rozejrzeć, to tego obcego kapitału w nas dostatek... bo to i węgiel z radzieckiej Rosji, auta z Niemiec (już nie wspomnę jakich), majtki z komunistycznych Chin, piwo z ateistycznych Czech....
I właśnie teraz napiję się „Budweisera Budvara ” i wbrew patriotyzmowi poprę czeski przemysł browarniczy!

Cytaty - Czerpać z życia garściami.....


P1270870
Czerpać z życia garściami. Żyć w luksusie. Trzeba tylko wiedzieć, co jest dla nas prawdziwym luksusem. To może być święty spokój lub tylko wybrani ludzie wokół nas albo robienie tylko tego, co sprawia nam przyjemność. - Beata Tyszkiewicz.

Żyje w luksusie.

Nie mam problemów finansowych. Tyle, ile miesięcznie wpływa mi na konto wystarczy na rachunki i życie. Nie biorę kredytów, pożyczek. Nie muszę ich spłacać.

Mam umeblowane i wyposażone mieszkanie. Meblościanka z PRL-u ma się znakomicie. Jest pralka, lodówka, dwa telewizory, kino domowe, nawet stary gramofon i magnetowid jeszcze działają.
Po wyprowadzce dzieci z domu, w ich pokoju, zrobiłam nareszcie swoją sypialnię. Czekałam na nią 30 lat.

Rzeczy kupuję w „szmateksach” i dzięki temu mam ciągle coś nowego na sobie. Na stole zmieniam obrusy, co jakiś czas wieszam „nowe” firanki.

Udało mi się zapewnić godne życie jednemu kundelkowi. Mieszkamy razem, jest nam dobrze i wesoło. Chodzimy na długie spacery, oglądamy ulubione filmy.

Dwa razy do roku wyjeżdżam na „urlop”. Raz nad morze. Jesienią, kiedy taniej i lepiej. Nie lubię upałów. W moim pensjonacie mam zniżki, jako stały bywalec. Cieszę się wtedy szumem Bałtyku, wiatrem i ciszą ulic.

Zdrowie też dopisuje. Co z tego, że czasami boli tu i tam, że czasami stuka, a głowa robi się ciężka. Takie życie, taki klimat. Nikt nie umiera zdrowy. Organizm kiedyś musi mieć początek końca.
Na moim osiedlu powstała plenerowa siłownia. Ćwiczę wraz z innymi rówieśnikami. Nie musimy przepłacać w siłowniach pod dachem. Tu mamy wszystko, co potrzeba. Przede wszystkim siebie. Zawsze można pogadać jak człowiek z człowiekiem.

Dużo czytam. Dużo piszę. Czasami dostanę nagrodę. Czasami ktoś zorganizuje mi wieczór poetycki. Mam radochę.

Żyję w luksusie, bo chce mi się żyć. Czerpię z życia garściami radość z istnienia, z przebudzenia, z dobrze przespanej nocy, z zabawy z psem, ze spaceru, z udanego zakupu, z porannej kawy, z uśmiechu sąsiada.






Za czym kolejka ta stoi?

 
odbyt13993138835155jpg

tekst z listopada 2018

Raz do roku każde szanująca się Rada Pedagogiczna ze szkoły w mieście poniżej 100 tys. wybiera się do teatru. Tak więc będąc członkiem takiej Rady, wsiadłam do autobusu i ruszyłam w trasę nową S8. Dzięki nowemu asfaltowi i równie nowym pasom do ruchu  dotarliśmy do celu, znaczy się Warszawy, w półtorej godziny. Następne pięćdziesiąt minut zajął dojazd do teatru.

Zaparkowaliśmy obok innego, już pustego, autokaru. Potem podjechał następny. Z naszego wysypało się ciało pedagogiczne, które jak wiadomo jest w większości żeńskie. W następnym również zdecydowaną przewagę miał rodzaj żeński.
(Uwaga, ten fakt ma bardzo duże znaczenie dla przyszłych wypadków!)

Panie narzuciły okrycia wierzchnie i wolno ruszyły w kierunku teatralnego budynku. Nieliczni panowie pewnie też.

Koleżanka poinformowała mnie, że zaraz będzie ścisk, bo teatr mały i w ogóle do niczego. Oczywiście mowa o budynku, wszak sama instytucja jest bardzo uznaną marką.

Wchodzę zatem do niewielkiego foyer - czytaj fuaje. Oddaję płaszcz do szatni i szybko rozglądam się za najważniejszym w tym momencie miejscem – za toaletą. Wszak człek ma dwie i pół godziny w pęcherzu.
Hura! Jest! Zaraz za szatnią, tuż za schodami prowadzącymi na balkon.
(Uwaga! Będzie to miało znaczenie dla przyszłych wypadków.)

Podchodzę. Schody w dół i … kolejka do toalety, rozpoczynająca się w okolicach szatni.

Tłum do WC zlewa się z tłumem do szatni.

I mówiłam, że liczba kobiet ma znaczenie! Stojąc posłusznie w kolejce i prosząc Matkę Naturę, by dała jeszcze trochę sił mięśniom Kegla, dochodzę wraz z innymi stojącymi do wniosku, że do teatru przychodzi znacznie więcej kobiet niż mężczyzn. Te, jak informuje historia, już dawno wywalczyły sobie równouprawnienie. Dlaczego zatem w teatrach tego się nie respektuje?

Do teatru chodzę od, no tak, nie da się ukryć – półwiecza. I problem nieustannie jest ten sam. Od lat i w każdym szanującym się teatrze. Czy to w Wałbrzychu, czy w Białymstoku, Warszawie, Olsztynie.... no może w Gdyni, w Muzycznym był luz.... tłok w damskich toaletach, które mają zawsze taką samą ilość stanowisk do wykonywania wiadomej czynności, jak toalety męskie. Zawsze w kolejce po luksus grono pań zastanawia się, dlaczego problemu miski klozetowej jeszcze nie rozwiązano.

I tym razem w męskiej toalecie tłoku nie ma. Jeden z panów mówi, żeby panie skorzystały. Bardzo lubi kobiety, nie ma nic przeciwko nim w męskiej toalecie. Brzmi to jak propozycja. Stoję zbyt daleko, innej odważnej nie ma...

W końcu każda, po blisko dwudziestu minutach, dostaje się do upragnionego miejsca, by potem zasiąść na widowni i delektować się sztuką.

Podczas przerwy solidarnie z koleżankami nie ruszam się z miejsc. Widownia pustoszeje i oczami wyobraźni widzimy tłum w malutkim foyer i kolejkę do wiadomego miejsca. Dyskutujemy na temat środków alternatywnych. Niestety, nic oprócz pampersów dla dorosłych do głowy nie przychodzi.

Ale największa atrakcja wieczoru dopiero przed nami!

Oto kończy się spektakl. Jestem na tzw. balkonie i muszę zejść ze schodów. Ruszam z tłumem i nagle korek. Jak na Marszałkowskiej przy awarii świateł. Tworzą go ludzie z góry, czyli ja, ludzie z dołu, ci, co chcą do szatni, ci, co chcę wreszcie wyjść i oczywiście ci, do toalety, czyli ja.

Wreszcie udaje mi się!

Tym razem w kolejce do WC panuje napięta atmosfera. Każda chce jak najszybciej załatwić potrzebę i wrócić do domu. Części z nich nie udało się skorzystać w czasie przerwy. Teraz muszą. Jakaś pani mojej kategorii wagowej przesuwa mnie pod ścianę i informuje, że na dole ma koleżankę. O nie, kolejna mnie na taki bajer nie nabierze. Staję na schodach w postawie zasadniczej. Własną bujną piersią, niczym Rejtan, zatarasuję przejście! Nie ma wejścia bez kolejki. Znajduje się kolejna odważna, co chce mnie spacyfikować. Krzyczy, że chce do męskiej. Ktoś odkrzykuje, że męska już została opanowana przez 
kobiety.

Nagle zjawia się trzech panów. Każdy w moim typie. Ach, dlaczego stoję w kolejce tak daleko.... Żeby kobieta nie mogła z prawie nagim facetem w sraczu... oj, nie to nie ten film, to nie ta sztuka... to tylko toaleta w normalnym teatrze...

Oczywiście, że docieram do celu, oczywiście, że na mnie wypada miejsce w męskiej. Gdy wychodzę, pojawia się kolejny rodzynek płci męskiej, już nie w moim typie. Informuję więc oschłym tonem - „Do kabiny! Bo tu przychodzą kobiety!”. Patrzy na mnie zdziwiony i przestraszony.

Pewnie za rzadko bywa w teatrze, skoro nie wie, jakie panują prawa w teatralnych toaletach.
Przynajmniej od półwiecza takie same.





Epizod depresyjny.... świętowanie w długi weekend

 kamienie_1 
tekst z listopada 2018

I oto kochani, z której by strony nie patrzeć, zaczynamy kolejny długi weekend. Ma on odbywać się pod znakiem świętowania setnej rocznicy odzyskania niepodległości.

Przejrzałam programy uroczystości w wybranych miastach, miasteczkach, gminach, instytucjach. Oczywiście te, które znalazły się w sieci. Wszystkie bliźniaczo podobne.

Będzie msza w kościele katolickim. (Może ktoś wie, gdzie będzie msza lub inna modlitwa w innym wyznaniu?). Potem będą wieńce pod pomnikami poległych za niepodległość. Podczas składania przemowy o tych, co położyli podwaliny pod wolność (zapewne ktoś wspomni Rejtana, co legł pod drzwiami), o tych, którzy ginęli za wolność na wszystkich frontach I wojny, a potem drugiej. Ze względu na skomplikowaną sytuację w kraju, przemawiający mogą nie wspomnieć o współczesnych obywatelach troszczących się o wolność obywateli. Obecnie nie wiadomo kto jest kim i gdzie kogo infiltruje.
Odbędą się też koncerty muzyki patriotycznej, czasami trafi się Chopin lub Moniuszko. Znaczy się muzyka poważna.

W niektórych programach obchodów pojawili się raperzy. Niektórzy uważają, że są kontrowersyjni. Być może, być może. Byłam kilka razy na ich koncertach z okazji poważnych świąt i muszę przyznać, że nawet mnie wzruszyli, w przeciwieństwie do prastarych i poważnych pieśni zwanych patriotycznymi.
Ale niestety, raperzy wystąpią daleko ode mnie...

I na tym repertuar świętowania się kończy... Tak, wiem, będą marsze. Jeden ze znajomych podesłał na wiadomy portal filmik pokazujący zbliżające się do stolicy wojsko. Wojsko będzie jechać i obstawiać ronda, (niektórzy twierdzą, że tylko jedno) by nikt niepowołany na marsz nie trafił.

W szkołach oczywiście odbędą się uroczyste akademie. Dzieci i młodzież staną najpierw z poważnymi minami w szeregu przed nauczycielami. Potem ich miny przerodzą się w znudzone. Niektórzy poważnie wygłoszą wiersze o poległych o wolność. Powaga będzie do tego stopnia zachowana, że nawet wiersz o wolnej Ojczyźnie zabrzmi jak strofy w apelu poległych. Ktoś zwróci uwagę uczniom, że nie wszyscy są w strojach galowych i nie potrafią zachować się odpowiednio podczas śpiewania hymnu.

Mnie dopadnie epizod depresyjny...

Nikt się nie uśmiechnie.

Nikt nie wyrazi radości z powodu tak pięknego święta, jak rocznica odzyskania niepodległości!
Nikt nie będzie z tego powodu szczęśliwy!

Jesteśmy narodem śmiertelnie poważnym.

Nie potrafimy się cieszyć.

Radość jest nam obca.

Oto dziś w gronie poważnych powiedziałam, co myślę o śmiertelnie poważnych uroczystościach. Obraziłam wiele uczuć, odesłano mnie do lekarza. Brak śmiertelnej powagi i chęć do wyrażania radości z powodu rocznicy odzyskania niepodległości uznano za chorobę. Pewnie psychiczną.

Po powrocie do domu włączyłam komputer. I wiecie co znalazłam?

Niesamowity obrazek z uroczystości rocznicowych oczywiście. Na amatorskim filmiku wesołe twarze, radośnie mówione wierszyki, śmiech podczas tańca, nawet „Marsz Pierwszej Brygady” zabrzmiał zupełnie inaczej. Dostojnie, uroczyście, ale również radośnie.

Kochani, to była relacja z uroczystości w …. przedszkolu.

I teraz się zastanawiam, trwać w epizodzie depresyjnym czy skoczyć po coś do „Biedronki”... trwa właśnie promocja win.... znaczy się nie moja wina.... znaczy się... takie tam wina.... Wszak długi, mroczny weekend z zamkniętymi sklepami przede mną....

Cytaty - O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...

 
klon_2
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny…. Leopold Staff

Obudził ją deszcz mocno bijący w szyby sypialni. Kiedyś była pokojem dzieci. Dorosły, wyprowadziły się. Prawidłowo. Tak być powinno. Została sama, z suczką, w mieszkaniu, które zawsze było za ciasne dla trojga. Teraz jest nareszcie odpowiednie.

W deszczowym pokoju dzieci jest jej sypialnia i jej własny bałagan. Usunęła tapczanik córki. Śpi na łóżku syna. Kupiła używane biurko. Postawiła na niego laptop. Do szuflady i na półki położyła swoje notatki.
W rogu stanął stary fotel, na którym od sześciu lat śpi ukochana sunia. Jeszcze tylko dywanik pod krzesło biurowe. Jeszcze tylko kilka paprotek w doniczkach i jest prawdziwy pokój starszej pani.

Deszcz uderza ostro o szyby. Nie znała tego dźwięku. Pokój, w którym poprzednio spała, ma balkon. Krople wody nie uderzały w okna.

Teraz to pokój gościny, salon jak mówią młodzi. Część starych mebli wyrzuciła. Ma teraz do własnej dyspozycji dużą, nowoczesną szafę w sypialni. W pokoju z balkonem zrobiło się więcej miejsca. Tu bawi się z sunią. Po usunięciu części mebli okazało się, że telewizor jest za mały. Teraz przydałby się taki wielki, na połowę ściany.

W sypialni jest drugi, mniejszy i gorszy. Wystarczy. Można wygodnie położyć się na łóżku i przed snem coś obejrzeć. Suczka bardzo go lubi. Siada wygodnie na łóżku obok swej pani i ogląda. Najbardziej ciekawią ją programy z innymi psami. Jej idolami są Szarik, Alex i Cywil. Te seriale może oglądać cały czas. Toleruje jeszcze konie. Inne zwierzęta są jej obojętne.

Jej pani wiersz Staffa o jesiennym deszczu zna na pamięć. Zerka w okno i recytuje….
I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,
Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...
Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną
I światła szarego blask sączy się senny...
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...

Nadeszła jesień życia.