piątek, 13 sierpnia 2021

Jak pisałam bloga - pandemicznych wspomnień część VI

 


Kiedy rozpoczęła się narodowa kwarantanna, a było to 12 marca 2020 roku, postanowiłam, że na swoim blogu będę codziennie pisać teksty o własnych przeżyciach związanych z tym wydarzeniem... Oprócz poczucia obowiązku wobec przyszłych pokoleń, żeby wiedziały jak to ongiś bywało, pisanie spełni wobec mnie funkcję terapeutyczną. W końcu mam być zamknięta na 48 metrach, kwadratowych rzecz jasna, przez... przez.... może dwa tygodnie... A potem trwało, trwało, trwało.... 


2 maja 2020 sobota

Wczoraj napisałam ostatni tekst na bloga. Numer 50 o narodowej kwarantannie. Według mnie właśnie się skończyła.

Rano wstałam około 8.30. Ubrałam się w zestaw psi i wyprowadziłam Kulkę na trawnik przed blok. Po powrocie nakarmiłam ją, zrobiłam sobie kawę... nie pamiętam już, czy wymyłam ręce.…

Tak od dziesięciu lat zaczynam każdy poranek. Dlaczego stał się taki szczególny podczas kwarantanny?

Nie wiem. Nie rozumiem.

Dlaczego przestałam pisać o wirusie?

Ja wiem, a wy dziennikarze, fotoreporterzy i inni kształtujący oblicze polskich mediów?

Dlaczego przestaliście pisać o zarazie, która ponoć ma zabijać ludzi i wykańczać gospodarkę?

Wybory prezydenta.

Oto polityka przebiła temat ludzkiego życia.

Już nie koronawirus mieszka w naszych lodówkach, szafach i szufladach.

Teraz to wyłaniają się z nich politycy.

Nie tylko kandydaci na urząd prezydenta.

Pełno jest innych.

Mądrych.

Sprawiedliwych.

Prawych.

Dlaczego zniknął temat ludzkiego życia, które ponoć jest? było? będzie? zagrożone. Czyżby przeprowadzenie wyborów zlikwidowało wirusa?

Wychodzi na to, że tak...

Polska prekursorem w walce z wirusem!

Wybory na prezydenta najlepszym środkiem na zarazę!

Nie, nie będę brała w tym udziału. To wszystko mi brzydko pachnie. I te wybory, i ten wirus. Patrzę na polityków, którzy nie przestrzegają narzuconych narodowi zasad postępowania i zastanawiam się – dlaczego oni nie boją się koronawirusa? Skąd u nich taka pewność, że nie zachorują? A może ten wirus wcale taki straszny nie jest?

Po południu wychodzę z psem na spacer. Pół setki dni temu na ulicach nie było nikogo. Teraz jest już normalnie.

Jedynie łomżyński szpital milczy. Straszy nie zarazą, ale pustką, do której normalnie chorujący na nowotwór, serce, wątrobę i nerki pacjent nadal wejść nie może. Leczy się tam chyba dziesięć osób chorych na zarazę, której polscy politycy zupełnie się nie boją....



niniejszy tekst powstał w oparciu o felietony pisane przeze mnie na moim blogu https://ciociagrazynka.blogspot.com/ od 13 marca do 1 maja 2020, zamieszczone również osobno pod adresem https://narodowakwarantanna.blogspot.com/


PS. Od 1 czerwca łomżyński szpital zaczął powoli wracać do życia....




wtorek, 10 sierpnia 2021

Jak pisałam bloga - wspomnień pandemicznych część V


Kiedy rozpoczęła się narodowa kwarantanna, a było to 12 marca 2020 roku, postanowiłam, że na swoim blogu będę codziennie pisać teksty o własnych przeżyciach związanych z tym wydarzeniem... Oprócz poczucia obowiązku wobec przyszłych pokoleń, żeby wiedziały jak to ongiś bywało, pisanie spełni wobec mnie funkcję terapeutyczną. W końcu mam być zamknięta na 48 metrach, kwadratowych rzecz jasna, przez... przez.... może dwa tygodnie... A potem trwało, trwało, trwało.... 

23 kwietnia 2020 czwartek

Piszę tekst nr 42. A to oznacza, że narodowa kwarantanna liczona przeze mnie tyle trwa. Właśnie następuje zjawisko zwane odmrażaniem gospodarki. Staram sobie zrobić przysłowiowe jaja z dopuszczeniem do ruchu w lesie istot na dwóch nogach. A to się zwierzyna zdziwi, no nie?

Kończą się moje swobodne spacery z sunią. Piętnastometrowa smycz treningowa zostaje schowana. Wraca smycz automatyczna. Kulka jest zdziwiona. Zaczyna tęskni ć za poprzednia swobodą. Ludzi wokół coraz więcej. Naród wychodzi z mieszkań niczym bohaterowie filmu „Surogaci” po awarii ich robotów, znaczy się surogatów. Większość zamaskowana, czyli w przesławnych maseczkach. Lub chustkach na twarzy. Lub kominiarkach kojarzących się z filmami kryminalnymi lub tymi o terrorze. Niekoniecznie wirusowym.

Rozmawiamy na spacerze. Normalnie. Moi znajomi emeryci nie narzekają. Fajnie było. Wreszcie opróżnili barek z pozostałości. Procentowych. Przy okazji potańczyli. Wesoło było.

Nie wszystkim. Znajoma emerytka nadal jest ciężko przerażona i nie chce rozmawiać. Odsuwa się ode mnie na odległość przekraczającą przepisowe dwa metry. Mówi, że wirus jest po to, by wybić starsze pokolenie. To zmowa młodych, co to władzę, pieniądze i wszelkie spadki chcą zagarnąć.

Aha, czyli w tę stronę idą teraz teorie spiskowe.

Próbuje jej wyjaśnić, że na takiej mnie to nikt się nie dorobi. Emerytura nie jest dziedziczna. Znajoma nie wierzy, że nie posiadam majątku. Każdy coś posiada.

Tak, mam psa. Gdyby dopadł mnie wirus, pewnie wylądowałby w schronisku...

Dobrze, nie będę się z ludzi nabijała. Każdy ma prawo do orgazmu.... choroba, co mnie napadło z tym orgazmem...

Po raz pierwszy od czterdziestu dni idę do sklepu. Nic się nie zmienił. Sklep. Jakaś pleksa tylko wisi nad głową kasjerki.

Pomidory takie same. Nawet marchewka się nie zmieniła. Pomyślałam, że kupię cukier i sprawdzę, czy nadal słodki. Zrezygnowałam. Cukru używam niewiele lub nawet wcale. Nie będę chomikować. Gorzały pędzić nie umiem.

Pieniądze też takie same. Oczywiście, preferowana opłata kartą. Tyle tylko, że w portfelu zalega mi gotówka wybrana z bankomatu na początku kwarantanny na wypadek... Właśnie... Wypadek czego? Trzeba się jej pozbyć. Płacę gotówką. Dostaję resztę.

Na monetach i banknotach też wirus żyje. Pięć złotych, co ja mówię, dziesięć groszy, no nie, jeden grosz reszty może stać się przyczyną tragedii czy popadnięcia w chorobę.

W telewizji coraz więcej relacji ludzi, którzy koronawirusa przeżyli. Straszna choroba. A przechodziłaś kobieto „różyczkę” w wieku 18 lat, albo „świnkę” w wieku 36? O anginie z temperaturą 40 stopni zapomniałaś? A co ty wiesz o rzyganiu po operacji przez całą dobę?

Uwaga, uwaga! Kto zna przyjemną chorobę?! Ręka do góry!

Też, z pewną taką nieśmiałością, dziennikarze zaczynają szukać osób, które w czasie zarazy chorowały nie na zarazę. Nastawienie służby zdrowia na wirusa spowodowało, iż zapomniano o innych chorobach.

Nie słychać o zawałach, udarach, złamaniach nóg lub rąk, o ataku kamicy nerkowej lub żółciowej... Słowem – świat choruje tylko na wiadomą chorobę.

Piszę tekst o pustym jednoimiennym szpitalu w Łomży. Na 476 łóżek – około dwudziestu zajętych.

Mam coraz więcej wątpliwości...

A teksty blogowe piszą się praktycznie same... jest się z czego pośmiać.

Aha, najważniejsze – wybory zaczynają górować nad małym, wrednym hitlerkiem. Proporcje: 70/30 dla polityki w telewizji i internecie.

niedziela, 8 sierpnia 2021

Jak pisałam bloga - wspomnień pandemicznych część IV

 


Jak pisałam bloga - wspomnień pandemicznych część IV

Kiedy rozpoczęła się narodowa kwarantanna, a było to 12 marca 2020 roku, postanowiłam, że na swoim blogu będę codziennie pisać teksty o własnych przeżyciach związanych z tym wydarzeniem... Oprócz poczucia obowiązku wobec przyszłych pokoleń, żeby wiedziały jak to ongiś bywało, pisanie spełni wobec mnie funkcję terapeutyczną. W końcu mam być zamknięta na 48 metrach, kwadratowych rzecz jasna, przez... przez.... może dwa tygodnie... A potem trwało, trwało, trwało.... 

9 kwietnia 2020 zwartek 

Coś się ruszyło. Nareszcie. Są jakieś tematy do omawiania na blogu. Rośnie liczba teorii spiskowych. Jedna lepsza od drugiej. Dzięki nim wiem już, co to technologia 5G. To znaczy dalej nie wiem, ale wiem, że takie coś jest.

Kolejny film. Kolejna książka. Kolejna płyta winylowa.

Każdego dnia wstaję około 8.30, myję dłonie, wskakuję w psi zestaw ubraniowy(kurtka i spodnie na piżamę) i wyprowadzam Kulkę na trawnik przed blokiem. Po powrocie myję dłonie, karmię psa, robię kawę, wskakuję ponownie do wyra. Piję i czytam książkę. Po godzinie podnoszę się z wyra, myję dłonie.... aha to już było...

Jest.

Każdego dnia.

O, doszło coś nowego!

Myję dłonie, a potem je kremuję!

W sobotę syn przynosi zakupy.

Na osiedlu nadal ludzka cisza.

Odzywa się przyroda.

Słyszę ptaki.

Tak, na wielkiej betonowej wsi słyszę ptaki. Wróble się pojawiły. Nieśmiało spod ziemi wychodzą pierwsze rośliny i nie jest to trawa. Ludzie mówią na to chwasty. Choroba, nie wiedziałam, nie takie tu rosną. No tak, załatwiają je kosiarki na paliwo ciekłe.

Czyżby zaczęło mi się podobać....

Jeszcze raz czytam wypowiedź Olgi Tokarczuk na temat obecnych czasów. Dla niej kwarantanna nie jest nieszczęściem... ma gdzieś zamknięte galerie handlowe. Ja chyba też. Świat przed kwarantanną był nienormalny?

Wychodzę z psem na spacer.

Trawa.

Ptaki.

Wiatr.

Słońce.

I zakaz wchodzenia do lasu.

I zamknięcie cmentarzy.

Przyroda jest mądrzejsza od ciebie człowieku.

Może właśnie robi z tobą porządek.

Jeśli tak, to zasłużyłeś sobie na to.


16 kwietnia czwartek

Żadnego kłopotu z pisaniem bloga. Żadnych stanów i epizodów depresyjnych. Wprost przeciwnie. Coraz więcej uśmiechu. Nie da się ukryć. Koniec jest bliski. Czego? No, zawsze coś się kończy.

Na przykład to...

W ciągu minionego tygodnia mieliśmy wiadomą rocznicę. Smoleńską. Najważniejsze osoby w państwie pojawiły się na niej bez maseczek, rękawiczek i blisko siebie. Oczywiście, że o tym napisałam. Jeśli wodzowie nie przestrzegają zasad, znaczy się nie boją.

To dlaczego ja się mam bać!? Bo mi ktoś każe? O takiego, też się nie będę bała!

Potem były święta. Też napisałam. Nie wiem, kto wymyślił, że święta muszą być spędzane w gronie rodzinnym, bo inaczej to jesteśmy w stanie wody poniżej poziomu morza. Długo przez telefon rozmawiałyśmy na ten temat z koleżanką. Do tego doszła sprawa tych jakiś video przez laptopa. Nie korzystamy z opcji pozwalającej oglądać się wzajemnie. Zaraz, zaraz, nie zawsze. Jeżeli ktoś się umówi na rozmowę z widokiem na nas, owszem, taka opcja jest. Ale tak sobie, nagle?

Nigdy w życiu.

Właśnie teraz siedzę przy laptopie. Pora jak na mnie wczesna, tako koło 10.00. Fryzura nocna. Koszulka też nocna. Brak sztucznej szczęki. Cera w starcze plamy.

I ktoś ma mnie taką oglądać?

Dlatego z wynalazków pozwalających oglądać człeka w każdej chwili nie korzystam.

A tak w ogóle to ta kwarantanna niewiele w moim życiu zmienia. Jestem takim wodnikiem - samotnikiem. Mieszkam sama, znaczy się z psem. Nie pracuję. Do restauracji nie chadzam. Do kościoła też nie. Obfitego życia towarzyskiego nie prowadzę. Po sklepach w celu kupienia czegoś tam na jakąś tam poprawę humoru nie chodzę. Podstawowe potrzeby mam zapewnione. Oczywiście szkoda bezpośrednich kontaktów z innymi ludźmi. Oczywiście szkoda tych, którym kwarantanna rujnuje życie. Nie należę do nich.

Siedzę w domu i czekam, czy mały, wredny hitlerek mnie dorwie, czy też nie.

A na to już wpływu nie mam. Zawsze może wpaść przez uchylone okno lub znaleźć się na opakowaniu mleka dostarczonego przez syna w sobotę.

Poza tym wreszcie na Okęciu wylądował samolot. Antonow się nazywa. Też napisałam bloga o tym. Wiekopomne wydarzenie. Po obejrzeniu filmy „2012” myślałam, że takie podniebny kolos to wymysł scenarzystów z Hollywood, a tu proszę – istnieje naprawdę. Córka widziała go na żywo. Nawet katar załapała. Szybko kazałam jej łykać aspirynę, żeby ludzie nie myśleli, iż ma wirusa.

I sprawa, o której postanowiłam nie pisać na blogu. Oczywiście w ilościach nałogowych, czyli każdego dnia. Czasami coś przemyciłam.

Polityka.

Wybory.

Na początku narodowej kwarantanny temat wyborów, co to mają się odbyć 10 maja zniknął. Potem pojawiał się sporadycznie. Z pewną taką nieśmiałością, można rzec. W ciągu kolejnych dni zaczął zajmować coraz więcej miejsca, obok zarazy oczywiście.

Właśnie obserwuję niezwykłe zjawisko. Tematyka wyborów zajmuje coraz więcej miejsca, wirusa – coraz mniej. Najpierw było to 10% do 90 %. Na dzień dzisiejszy 50/50 z tendencją wzrastającą w stronę wyborów.

Wydaje się, że to idealny temat na bloga.

Nic z tego. O wyborach pisać nie będę. Dlaczego? Bo wszyscy piszą. A ja orgazmu z powodu wyborów nie zamierzam dostać.

Wolę sposób tradycyjny, chociaż już zapomniałam, co to jest. Ten orgazm rzecz jasna.

środa, 4 sierpnia 2021

Jak pisałam bloga - wspomnień pandemicznych część III

 


Jak pisałam bloga.... wspomnień pandemicznych część III 


Kiedy rozpoczęła się narodowa kwarantanna, a było to 12 marca 2020 roku, postanowiłam, że na swoim blogu będę codziennie pisać teksty o własnych przeżyciach związanych z tym wydarzeniem... Oprócz poczucia obowiązku wobec przyszłych pokoleń, żeby wiedziały jak to ongiś bywało, pisanie spełni wobec mnie funkcję terapeutyczną. W końcu mam być zamknięta na 48 metrach, kwadratowych rzecz jasna, przez... przez.... może dwa tygodnie... A potem trwało, trwało, trwało.... 


26 marca czwartek 2020


Podstawowym problemem mego życia na kwarantannie, nazwanej przeze mnie „narodową” w przeciwieństwie do tej prywatnej, przymusowej, jest nadal znalezienie tematu na bloga. Oczywiście mogłabym pisać o swoim strachu, niekiedy przerażeniu. Nic z tego. W pisemnym wyrażaniu uczuć o charakterze negatywnym nigdy nie byłam dobra. No, może czasem jakiś smętny wiersz napisałam. Ale nagrody dostawałam za twórczość radosną. Pisanie było zawsze dla mnie specyficznym odreagowaniem. Jak coś napisałam z tzw. jajem, to od razu mi się humor poprawiał.

Po dwóch tygodniach życia w zamknięciu (ha ha, a myślałam, że to będą tylko dwa tygodnie), zakres tematyczny pisanych tekstów jest bardzo ograniczony.

W internecie ciągle to samo. Ktoś rzucił hasło, że w jego bloku ktoś jest na kwarantannie prywatnej i trzeba blok omijać. Oczywiście, że o tym przykładzie debilizmu skrajnie wrednego piszę.

Rusza tzw. zdalne nauczanie. System siada. Też o tym pisze.

Nieustannie czytam i analizuję teorie spiskowe. Jest ich coraz więcej i są coraz ciekawsze. Wszak naród, nie tylko polski, siedzi zamknięty w domu i wymyśla, korzystając z zasobów internetowych skąd wzięła się „zemsta nietoperza” lub „mały, wredny hitlerek”, jak ja zarazę nazwałam.

Wprowadzam w swoim życiu kilka zmian. Na dłuższy spacer z Kulką wychodzę wieczorem. Cisza i spokój. Nikogo na horyzoncie. Gwiazdy nade mną i wszystkie ścieżki pode mną. Puste. Opuszczone. Zarastające... Nie, chyba nie... Oprócz ciszy panuje susza. Trawnik pod blokiem był bardziej zielony w czasie, co zimą być powinien. Teraz wysycha.

Może by tak bloga o tym?

Moja sunia na spacerze jest wyjątkowo spokojna. Wpadam na pomysł i biorę ze sobą smycz treningową. Taką, co ma piętnaście metrów. Używam jej jedynie na plaży, kiedy jedziemy do Ustki. Jako że Kulka musi być na smyczy, po osiedlu, nawet pustym, nie biega swobodnie. Będąc na takiej smyczy – czuje się jak na wolności. Zaliczamy górkę, wszystkie alejki, rzucamy patykiem, łapiemy go... To znaczy ja rzucam, sunia łapie. Rzut wychodzi mi fatalnie. Jasne, przecież pchałam kulą i rzucałam dyskiem. Oszczepem nigdy nie potrafiłam.

Zmieniam również coś w rozkładzie dnia. Po powrocie z nieco już krótszego spaceru popołudniowego, nie oglądam filmu. Szykuje kawę, ciastko i kieliszek czegoś procentowego. Siadam na balkonie. Oczywiście, że się ubieram. Włączam adapter, nazywany również gramofonem i słucham starych płyt winylowych.

Winyl trzeszczy, ale taki jego urok. Czasami się zacina. Wtedy wystarczy popchnąć rączkę z igłą do przodu i muza nadal leci. Czasami sam przeskoczy. Tak jest w przypadku jednej piosenki na starej „Ciemnej stronie księżyca” grupy Pink Floyd. „The wall” jest bez zakłóceń. Ale tylko dlatego, że to reedycja. Doczekałam bowiem czasów, kiedy stare płyty winylowe nagrywane są na nowo. „Ścianę” dostałam od swoich dzieci pod choinkę.

Moje kwarantannowe postanowienie – każdego dnia jedna płyta – przerażają mnie w momencie, kiedy przeliczyłam płyty. Mam ich pięćdziesiąt.

Tyle dni ma jeszcze potrwać ta kwarantanna? Tyle dni mam siedzieć w domu? Znowu przerażenie i strach.

Na szczęście Krzysztof Klenczon śpiewa „Hej Johnny Walker! Dla bezdomnych dom” (piosenka „Port”), a ja przypominam sobie, że ów pan, znaczy się ten Johnny jest w barku. Może uda się przerwać. A jak zabraknie... sklepy monopolowe otwarte.

Dziwnie no nie? Człowiek może wyjść z domy tylko w uzasadnionym przypadku, po takie zakupy pierwszej potrzeby na przykład, a taki monopol otwarty. Artykuł pierwszej potrzeby?

Był to pierwszy nonsens całej kwarantanny, który odkryłam. Nie, bloga o tym nie było. Jeszcze by sklep zamknęli. Sąsiadka w nim pracuje. Kobieta straciłaby pracę, umarła z głodu.... Dobra, dobra, nie o sąsiadkę mi chodzi.... już ściemniać nie będę. O taką polską gospodarkę chodzi. O wysokie podatki ze sprzedaży tego alkoholu chodzi. Szkoły się z tego utrzymuje. Nauczycielom pensje płaci. Nie będzie picia, nie będzie forsy.

Tak więc słucham tych płyt winylowych i oglądam oczywiście filmy z kaset VHS i płyt DVD. Oj, kiepska jakość produktów. Kaseta jeszcze jako tako, ale kilka już muszę usunąć, bo albo obrazu nie widać, albo głosu nie słychać. Z DVD jest jeszcze gorzej. Jedna rysa i nici z projekcji. Do kosza. Którego? Tego z plastikiem, czy na odpady zmieszane?

Aha, powinnam odnieść do Punktu Selektywnej Zbiórki Odpadów Komunalnych. Teraz, w czasie kwarantanny?

Odpuszczam sobie likwidację płyt.

Udaję się na rozmowę z Johnnym. Na balkonie.


2 kwietnia czwartek

Oczko. Według mego liczenia – dwudziesty pierwszy dzień narodowego siedzenia na du...

Odkrywam, że żyję ekologicznie. To znaczy ja w ogóle żyję ekologicznie. A teraz to już podwójnie. O tym bloga piszę. Nie wspominam o stanie kasy. Własnej. Czyli konta.

Zakupy robi mi syn. W soboty podwozi i wnosi do domu. Z paragonem. Wszystko zgodnie z dostarczonym drogą elektroniczną spisem. Artykuły pierwszej potrzeby.

Minęły właśnie dwa tygodnie od wpłynięcia na konto mego stypendium z ZUS-u zwanego emeryturą. Robię przelew synowi i odkrywam rzecz niesłychaną.

Mam pieniądze.

Zaoszczędziłam.

Dokonuję analizy wydatków.

To mi potrzebne. Tamto nie.

Tego nie kupuję, tamto kupuję.

To znaczy syn kupuje, bo mu każę.

Odkrycie na miarę Kopernika.

Człowiekowi do życia nie potrzeba wiele.

Dzwonię do koleżanki, by się swym odkryciem podzielić. Twierdzi, że jeszcze nie zrobiła takiego rachunku, ale chyba jestem bliska prawdy.

Druga koleżanka wie o tym od dawna. Choroba nie pozwala jej na częste odwiedzanie sklepów. Potwierdza, że człowiekowi nie trzeba wiele. Ona akurat więcej wydaje na lekarstwa niż na żarcie. No właśnie, kto powiedział, że każdego dnia rano muszę jeść ciepłe bułeczki, popijając kakao? A taka owsianka na mleku nie wystarczy? I zdrowo i tanio.

Mnie tam wystarczy. Kaszę manną na mleku też lubię.

Moja córka nie lubi.

Staję na wadze.

Rety! Cztery kilo mniej!

Akurat w przypadku mojej wagi to niewielki ubytek, ale zawsze coś.

W internecie ostrzegają, że siedząc w domu łatwo można przytyć. Jestem tego zaprzeczeniem.

Ciekawe, dlaczego nie tyję mając wrodzone skłonności do tycia? Może od tego częstego mycia rąk? Tłuszcz zmywam... Od jazdy na rowerku stacjonarnym? Od wyjątkowo długich spacerów z psem?

Kolejną zmianę dostrzegam podczas mierzenia poziomu cukru. Tak, mam cukrzycę. Taką, jaką mają otyli ludzie 60+.

Poziom cukru – wyjątkowo jak na mnie niski.

Nie wierzę.

Prowadzę obserwację dwa razy dziennie.

Palce mnie już od kłucia bolą.

Nadal to samo.

Synowa twierdzi, że to od wyjątkowo regularnego sposobu odżywiania się.

Nie ta się ukryć. Obecnie jem o tych samych porach. Jem ekologicznie, o czym było wcześniej.

Czy się denerwuję?

Oczywiście. Bywam wystraszona i przerażona. Zwłaszcza po wysłuchaniu programu informacyjnego w którejś z tv lub przejrzeniu stron internetowych.

Zdarza się jednak coraz rzadziej. Celowo unikam częstego kontaktu z wiadomościami. Tak metoda na opanowanie własnej psychozy, żeby w nią nie wpaść po same uszy.

W laptopie najczęściej sprawdzam, ile osób przeczytało mego bloga.

Słowem – nerwy jeszcze na wodzy...

Jak jeszcze długo?

Kiedy mnie puszczą, tak jak sąsiadkę?

W jaki sposób spanikuję?

Będę płakać? Muszę do listy zakupów dopisać chusteczki higieniczne....

Wytłukę naczynia?

Nakrzyczę na psa?

O, i to jest właśnie powód do niepokoju....

Zbyt duży spokój...

Typowa cisza przed burzą.

poniedziałek, 2 sierpnia 2021

Jak pisałam bloga - pandemicznych wspomnień część II

 


Jak pisałam bloga....


Kiedy rozpoczęła się narodowa kwarantanna, a było to 12 marca 2020 roku, postanowiłam, że na swoim blogu będę codziennie pisać teksty o własnych przeżyciach związanych z tym wydarzeniem... Oprócz poczucia obowiązku wobec przyszłych pokoleń, żeby wiedziały jak to ongiś bywało, pisanie spełni wobec mnie funkcję terapeutyczną. W końcu mam być zamknięta na 48 metrach, kwadratowych rzecz jasna, przez... przez.... może dwa tygodnie...

Wszystko zaczęło się jednak wcześniej....



14 marca 2020 - sobota


Właśnie jestem po pierwszej panice w wykonaniu własnych dzieci. Córka przez telefon pytała, czy zamkną Warszawę i czy w ogóle będzie zakaz podróżowania. Bo nie wie, co robić. Zostać w stolicy? Wracać do mamusi? Do tego nie pracuje na etat i jak nie będzie pracować, to żadne pieniądze jej na konto nie wpłyną. O ile drugi problem rozumiem …. no nie do końca.... bo można było znaleźć jakąś inna pracę na etat... wiem, ze mniej płatną... dobra, nie czepiajmy się ludzi w czasie zarazy. Ta rodzi sytuacje ekstremalne. Wystarczy przypomnieć sobie taką „Dżumę” Alberta Camusa...


Wracajmy do córki.... Dlaczego pyta mnie o jakieś zakazy? Wszak sama mieszka w stolicy i powinna najlepiej wiedzieć, czy ją zamykają, znaczy się stolicę, czy nie. Informuję wystraszone dziecię, że w telewizji nic nie mówiono o szlabanach i zasiekach wokół tego miasta.

Syn natomiast każe robić zakupy. Bo wszyscy kupują. Wiem, mleka muszą dokupić. I woda by się przydała. Kranówa nie jest smaczna. Lubię gazowaną. W butelkach plastikowych oczywiście, bo na zakup w szklanych mnie nie stać. Aha, mam wyjąć z bankomatu trochę forsy. Bo gotówka w ciężkich czasach zawsze może się przydać.

Z tym to akurat bym dyskutowała. Przypomniały mi się czasy potężnej inflacji. Wartość pieniądza leciała na łeb, na szyję. Wtedy mówiono, że jak pieniądze to najwyżej dolary, a najlepiej inwestować w złoto.


Pierścionek z tamtych czasów mam. Taki złoty z niebieskim oczkiem.


Ale w porządku, może młodzież ma rację.... Biorę psa na smycz i lecę do najbliższego bankomatu po tę forsę. Już podobni mi wypłacili wszystko. Zasuwam do drugiego. Pies biegnie za mną na swych krótkich nóżkach z językiem na brodzie. W drugim bankomacie też pusty. Jest jeszcze jeden.

Hura! Jest gotówka.

Teraz zakupy. Mleko. Woda. Jedno i drugie stoi spokojnie w najbliższym dyskoncie. Oczywiście, że nie ma drożdży, papieru toaletowego i chleba.

W zasadzie tych rzeczy na dzień dzisiejszy nie potrzebuję. Papier w domu mam. Piec nie zamierzam. Chleba jadam niewiele.


Syn podjeżdża samochodem pod sklep, by mamusię emerytkę z zakupami zabrać do domu. Jego zakupy są zdecydowanie większe, dlatego patrzy na moje co najmniej podejrzanie. W domu mówimy sobie do widzenia, jakbyśmy mieli się już nie zobaczyć.

A wiadomo kogo pierwszego ta zaraza dorwie? Kto pierwszy trafi do szpitala jednoimiennego, który jest trzysta metrów ode mnie? Komu zabije dzwon?

Słowem katastrofa na całego.


19 marca czwartek


Zaczynam tracić orientację.

W czasie.

W datach.

W liczbach. Zawsze byłam kiepska z matematyki.

Który to już dzień kwarantanny?

Siódmy?

Zależy jak liczyć. Ja liczę od czwartku, tydzień temu. Inni liczą od poniedziałku.

Bloga oczywiście, że piszę. Wywalam wszystko, co mi leży na wątrobie! Spoko, spoko... nie wszystko. Tekst musi być ciekawy, żeby ktoś go przeczytał. Każdego wieczora myślę, co będzie tematem bloga następnego dnia. Bo ja opisuję zawsze dzień miniony. Mój umysł dokonuje nadludzkiego wysiłku, by znaleźć jakiś interesujący temat. Pierwotnie zamierzałam pisywać swoje dni, co robię, co dzieje się wokół mnie.


Po tygodniu stwierdziłam, że nic się nie dzieje.


Wstaję około 8.30, myje dłonie, wskakuję w psi zestaw ubraniowy(kurtka i spodnie na piżamę) i wyprowadzam Kulkę na trawnik przed blokiem. Po powrocie myję dłonie, karmię psa, robię kawę, wskakuję ponownie do wyra. Piję i czytam książkę. Po godzinie podnoszę się z wyra, myję dłonie, zasiadam przed kompem, piszę bloga. Po napisaniu myję dłonie i pozostałe części ciała. Ubieram się. Ogarniam mieszkanie. Wykonuje kilka telefonów do osób mnie podobnych, znaczy się emerytów na kwarantannie. Po rozmowach typu „Nie ma o czym gadać. U mnie to samo” myję dłonie.


Wychodzę legalnie z psem. Na ulicach nic się nie dzieje. Jedynie pod szpitalem trwa protest przeciwko szpitalowi zakaźnemu. W obliczu epidemii – okropny. Człowiek przy człowieku. Nikt mnie nie namówi, by w czasie zarazy pchać się w tłum. Zresztą, jest już tam telewizja. Obejrzę wszystko w domu.

Pozostałe części osiedla – wyludnione, wyciszone. Póki co, przeraża mnie ta pustka. Natomiast moja sunia jest wyjątkowo zadowolona. Biega spokojnie, gdzie smycz sięga. Nie muszę skracać smyczy z powodu poruszających się obok nas ludzi i rowerów. Pies nareszcie czuje się wolny.

Po powrocie do domu myje dłonie. Robię druga kawę. Do kieliszka wlewam nalewkę. Włączam telewizor i oglądam film. Własny. To znaczy taki na DVD lub VHS.


W swoich tekstach zawsze proponuję czytelnikowi jakiś film fabularny. Dziś na przykład „Przeminęło z wiatrem”. Jutro „Ben Hur”, pojutrze „Podróż za jeden uśmiech”....


W trakcie stopuję aparaturę odtwarzającą film, wychodzę do toalety. Myję dłonie. Przygotowuję obiad. Myję dłonie. Oglądam film. Jem obiad. Usypiam w trakcie filmu, bo zna go na pamięć. Myję dłonie....


Nie da się ukryć. Najważniejszą czynnością jest mycie dłoni. Wirus czai się wszędzie. Nawet na moich kasetach VHS, które świat oglądały, kiedy były przeze mnie kupowane. Niektóre mają blisko trzydzieści lat. Na szczęście mydła mam sporo.


niedziela, 1 sierpnia 2021

Jak pisałam bloga..... wspomnień pandemicznych część I

 



Jak pisałam bloga.... wspomnień pandemicznych część I 


Kiedy rozpoczęła się narodowa kwarantanna, a było to 12 marca 2020 roku, postanowiłam, że na swoim blogu będę codziennie pisać teksty o własnych przeżyciach związanych z tym wydarzeniem... Oprócz poczucia obowiązku wobec przyszłych pokoleń, żeby wiedziały jak to ongiś bywało, pisanie spełni wobec mnie funkcję terapeutyczną. W końcu mam być zamknięta na 48 metrach, kwadratowych rzecz jasna, przez... przez.... może dwa tygodnie...

Wszystko zaczęło się jednak wcześniej....


8 marca 2020 - niedziela


Właśnie wracam do Łomży. Pewnie do domu, bo tam mam swoje M... Ale to nie takie jasne. Wracam z Wałbrzycha. Niektórzy mówią, że ze Szczawna Zdroju. Bo od szesnastu lat, jeżdżąc do ukochanego rodzinnego Wałbrzycha, kwateruję w Szczawnie Zdroju.

Odległość między miastami jest żadna. Ulica podzielona znakami na dwie części. Z jednej Andersa w Wałbrzychu, z drugiej – Solicka w Szczawnie.

A w uzdrowisku więcej tańszych kwater do wynajęcia. Od dwóch lat zamieszkuję w niewielkiej oficynie, pokój z kuchnią, tuż przy parku zdrojowym. Przed sobą mam duże podwórko i restaurację. Pierwsze służy rano i w nocy memu psu, drugie – czasami mnie.

W tym roku miałam zamiar przyjechać tu na cztery tygodnie. Niestety, nie udało się. Od 9 marca oficyna już była zajęta. Byłam więc tylko trzy.


Tak więc około 11.00 ruszam spod kwatery do Wrocławia. Wiezie mnie samochodem dwójka sympatycznych ludzi. Śmiejemy się, rozmawiamy. Oczywiście, że o tajemniczym koronawirusie, wyprodukowanym w dalekich Chinach. Oczywiście, że Chińczycy mogli się lepiej postarać. Tylko zwykła grypa? No dobra, niech im będzie.... zawsze wszystko podrabiali. Teraz podrobili tę …. świńską? ptasią? Ponoć do nas idzie? Do Wałbrzycha jeszcze nie dotarła. Zobaczymy, czy jest we Wrocławiu.


We Wrocławiu na dworcu głównym – normalka. Sporo ludzi. Sporo pociągów. Zupełnie inaczej niż za mej młodości. Kiedyś większość pociągów odjeżdżała nocą. Do takiego Wałbrzycha z Warszawy pośpieszny jechał 10 godzin, osobowy – prawie dwanaście. Teraz Pendolino zasuwa cztery i pół. A z Wrocka tylko trzy i pół godziny.


Wsiadam z psem do pierwszej klasy. Żegnam się z młodymi. Pociąg rusza. Gdyby nie ludzie, głośno rozmawiający o jakiejś tajnej naradzie w jakimś tajnym instytucie w związku z jakimiś tajnymi wyborami, podróż minęłaby w całkowitej ciszy.

Moja sunia dostaje tabletki uspakajające i zachowuje się trochę jak naćpane zwierzę. Trochę poleży na podłodze, trochę na mych kolanach. Nie, kochani, żadnej samowolki. Tabletki przepisane przez weterynarza na czas podróży.


W Warszawie czekają rodzone dzieci. Jedziemy trochę pogadać do mieszkania córki. W związku z wykonywaną pracą córa bywa praktycznie codziennie w sejmie. To znaczy w gmachu sejmu. Wraz z synem pytamy o chińskiego wirusa. Jakie środku ostrożności w owym, najważniejszym polskim gmachu, przedsięwzięto w celu ochrony najważniejszych w Polsce ludzi.

Żadnych.

Dodatkowych rzecz jasna.

Stare są i mają się dobrze.

Bomby na teren instytucji nikt nie wniesie.

Wirusa może...

Jakiego wirusa? Skoro nikt i nic nie chroni decydentów, to i wirus nam nie straszny.

Ze stolicy syn wywiózł mnie w dobrym humorze. Opowiadam o swoich przeżyciach na Rodzinnej Ziemi, syn mówi o swoim synu. Wszak nie widziałam go przez prawie cztery tygodnie. Pies śpi w bagażniku. Spoko. Jedziemy combi.


11 marca - środa


Pierwszą zmianę w otoczeniu zauważyłam około trzynastej. Mieszkam tuż przy szkole. Obok jest osiedlowy teren rekreacyjny, zwany skate parkiem i szkolne boisko, a właściwie mały stadion. O tej porze dnia, panuje tu ruch jak na przysłowiowej Marszałkowskiej. Teraz jest cicho... za cicho... Właśnie wracam z tzw. miasta. Zrobiłam zakupy. Zapisałam się w kolejce do dentysty. Na fundusz oczywiście. Bo sprawa pilna nie jest. Plomba w martwym zębie mi się rusza.

Zakupy zostawiam w kuchni i biorę psa na spacer.

Nie, nie jest normalnie... coś wisi w powietrzu... I nie jest to smog.


Wieczorem wszystko się wyjaśnia. Wirus dotarł do Polski. Rząd zawiesza wszystko. Zajęcia w szkołach też. Wszyscy mają siedzieć w domu. Internet zapełnia się nakazami i zakazami.

Seniorze, nie chodź do wnuczka. Może cię zaradzić.

Dobra, nie pójdę.

Po raz pierwszy zrobisz światu przysługę siedząc na du... w domu.

Będę siedzieć.

Zaraz, zaraz, a co z psem?

Psa oczywiście wolno wyprowadzać.

Bo tak w ogóle, to wszystko zacznie obowiązywać od poniedziałku. Póki co, mamy jeszcze trochę wolności, żeby do narodowej kwarantanny się przygotować.

Na kartce notuję, co mam do zrobienia.

Weterynarz – lekarstwa i środek przeciwkleszczowy dla psa.

Lekarz pierwszego kontaktu – moje lekarstwa.

Zakupy....

Szybki przegląd lodówki i szafki z produktami bez konieczności chłodzenia.

Nie ma potrzeby. Zapasy na miesiąc są. Mleka trzeba dokupić.

Ważniejsza sprawa – czym zająć się, żeby nie zwariować przez te... no, dwa tygodnie...

Na szczęście jestem z gatunku samotników. Patrzę na półkę z kolekcją filmów na VHS i DVD, stertę książek zabranych tuż przed wyjazdem do Wałbrzycha z półki „Uwolnij książkę” w bibliotece. Do barku też zerknęłam – nalewki, zdrowotne na spirytusie, są.

Podejmuję też decyzję. Będę codziennie pisać teksty na swoim blogu. O tym co robiłam, co widziałam, wszak mogę wychodzić z psem. Tak codziennie rano będę pisała taki sobie felieton o dniu minionym... Niechaj wyjścia z Kulką i felietony wyznaczają mi rytm życia podczas narodowej kwarantanny.


czwartek, 18 lutego 2021

Teorie spiskowe 2020/21 – Teoria bezsensowości

 


Rok 2020 upłynął pod znakiem pandemii wirusa zwanego koroną. W Polsce dołączył do niego Strajk Kobiet, który stawał w obronie praw kobiet, sprawa pewnego kardynała, który stawał z kolei w obronie Kościoła oraz Marszu Niepodległości, który stawał w obronie niepodległości, diabli wiedzą czyjej.

Rok 2021 rozpoczął się od szczepień....

Na tle tych wydarzeń rodziły się teorie spiskowe.... oto niektóre z nich....


Najciekawsze teorie spiskowe można usłyszeć w tłumie. Takim, co to nie powinno go być w czasach pandemii, ale jest, bo żadna teoria ani praktyka nie przewidziała, że go nie będzie. Dziś zatem o sprawach bezsensownych.

Dawno nie odwiedzałam swego ulubionego szmateksu vel (w wersji importowo – eksportowej ) second handu, który raz w tygodniu robi totalną wyprzedaż po 1 zł za sztukę. Sklep duży, zatem i ludzi przed nim dużo. Zwłaszcza kobiet w wieku emerytalnym, które za swoje liche emerytury mogą zrobić sobie prawdziwy shopping. Jako nauczyciel na emeryturze idealnie pasuję do tego grona.

Dotarłam więc przed sklep, tłum oczywiście, że był, ale jakoś tak dziwnie ustawiony. Okazało się, że do sklepu można wejść tylko bocznymi drzwiami zwanymi ewakuacyjnymi. Mało tego – wejść może tylko 30 osób.

Słowem taki tłum jak przed wjazdem na stoki narciarskie lub w kolejce po zapis na szczepienie. Czyli wewnątrz wszystkie rygory sanitarne zastosowane. Maseczki na głowie, nosie i dłoniach (znaczy się rękawiczki). Dezynfekcja tych rękawiczek. Wpuszczana odpowiednia do ilości metrów kwadratowych ilość osób. Zachowanie odległości człowieka od człowieka.

A na zewnątrz – człowiek na człowieku człowiekiem pogania. Żadnych zasad. Gdzie sens, gdzie logika – od dawna nie kumam.

Przed szmateksem stałam się częścią tego bezsensu. Oczywiście, że się nie załapałam do pierwszej trzydziestki. Wraz z innymi oceniliśmy stanie w tłumie (który się aż tak bardzo nie zmniejszył, wiadomo – kiecka za 1 zł) na około godziny. Praktycznie każdy się przyznał, że w szmateksie spędza godzinę. Bo to i wybrać trzeba, i przymierzyć, i pogadać....

I tak sobie zaczęliśmy gadać w kolejce jak za PRL-u. Wiadomo, geriatria stoi to i powspominać jest o czym. A potem doszliśmy do teorii spiskowych.

Usłyszałam oczywiście te, o których już pisałam. Firmy farmaceutyczne mają nas na celowniku. Politycy chcą nas wykończyć. A miliarderzy zdobyć naszym kosztem kolejne miliardy.

Doszliśmy oczywiście do szczepionek. I tu pojawiła się nowa, nieznana mi teoria.

Jeden z nielicznych w kolejce osobników płci drugiej oznajmił, że przez najbliższe pięć lat nic nam nie grozi. Pożyjemy sobie spokojnie, chyba, że ktoś zemrze na słynne choroby współistniejące. Do przyjęcia równie słynnej szczepionki, zwłaszcza kiedy na rynek wejdzie ta od Putina, zostaniemy zmuszeni. Bo oczywiście chcąc wyjść na ulicę, do takiego szmateksu na przykład, będziemy musieli być zaszczepieni. Teraz w sklepach stoją pojemniki do dezynfekcji rękawiczek, niedługo staną skanery, które to będą skanować, czy mamy ten czip w organizmie czy nie.

A po pięciu latach zaczniemy padać jak muchy po muchozolu. Na twarz padnie 80% ludzkości. I nareszcie z planety Ziemia zniknie problem głodu, śmieci i wszelkich innych zaraz.

Bo takie jest główne zadanie owej słynnej szczepionki.

Po godzinie stania weszliśmy do sklepu, by zrobić zaopatrzenie w kiecki, spódnice, spodnie i podkoszulki na najbliższe pięć lat.

Jako że wirus nabyty w tłumie przed sklepem ujawnia się w ciągu sześciu dni, mam jeszcze cztery do dyspozycji. Może jeszcze uda mi się skoczyć w tłum na jakimś stoku narciarskim?