środa, 4 marca 2020

Plastik III – W Wałbrzychu nie płaczą




Po raz ostatni o plastiku w Wałbrzychu, bo tematyka koronawirusa wyraźnie plastikową przegoniła. Ale ja jeszcze muszę dopowiedzieć coś do końca.

Oto w momencie, kiedy wojewoda odrzucił słynną antyplastikową uchwałę wałbrzyskich rajców, rozgrzmiały media.
Grzmiały o tym, że Wałbrzych chciał być pierwszym miastem bez plastiku, chciał pokazać, jak chronić Matkę Ziemię dla przyszłych pokoleń, pragnął zademonstrować swe ekologiczne nastawienie, odkupić winy za czasy niemieckiego panowania i wstrętnej komuny, kiedy dymy z koksowni rozpościerały mgłę nad dolinę i niszczyły płuca jej mieszkańcom... I tak dalej.

A tu nic, odrzucono, skrytykowano i biedni wałbrzyszanie nie zostaną naczelnymi ekologami w Polsce. Utoną w stercie tworzyw sztucznych.

I w tym stylu kilka stacji telewizyjnych, kilka gazet, kilka ważnych portali....

Nie wiem, czy Polska płacze nad mieszkańcami miasta, bo jestem akurat w tym mieście. Szlochających ludzi jakoś na ulicach nie widzę. Wprost przeciwnie. Spacerują, uśmiechają się, nawet makaronu ze sklepów nie wykupują w obawie przed wirusem.

Rozmawiam sobie z nimi na temat owego plastiku. Większość oddycha z ulgą. Nie grożą im już grzywny w momencie, kiedy będą mieli przy sobie plastikowy kubek podczas zwiedzania Starej Kopalni. To jest ta większość, z którą rozmawiam. Padają argumenty:

„Kupuję wodę w plastikowych butelkach, a potem ją przelewam do szklanej i zabieram do pracy.
Gdzie sens, gdzie logika?”

„ W szkole u moich dzieci sprzedają napoje w szklanych butelkach. Poczekajmy aż małolaty zaczną się tłuc tymi butelkami. To przecież tylko nastolatki.”

„Wałbrzych centrum dowodzenia akcji „Stop. Plastik”? Oczywiście. Pod warunkiem, że nie będzie to oznaczało restrykcji w stosunku do użytkowników, a akcja zabierze się za producentów.”

Są i tacy, którzy odrzucenie wałbrzyskiej uchwały przypisują działaniu opcji politycznej przeciwnej obecnie rządzącej w mieście. Bo prezydent należy do jednej, a wojewoda do drugiej.
Nic bardziej mylnego. Uchwała przeszła w radzie prawie jednogłośnie, ponad podziałami.

I ostatnie zdanie na temat działań wałbrzyskich włodarzy.

Uchwała miała charakter wybitnie pijarowy – z angielskiego public relations, lub po polsku – propagandowy.

Cicho było ostatnio o moim Wałbrzychu, oj cicho. Ktoś też to dostrzegł i uznał, że złoty pociąg się wypalił. Trzeba nowej sensacji. Obecnie trwa wielka akcja ekologiczna, zatem trzeba zaistnieć ekologią. I wymyślono. I nawet się udało. Telewizje płakały nad miastem.

Miasto w godzinach szczytu na zakorkowanym Placu Grunwaldzkim bardziej interesuje się postępami w budowie obwodnicy, która już wkrótce ma rozwiązać problemy komunikacyjne. Zaprotestowali tylko „Zieloni”, pozostałych mieszkańców decyzja wojewody nie ruszyła...

Ale informacja o rozpaczy w Wałbrzychu w Polskę poszła. I chyba o ponowne powtarzanie nazwy mego miasta chodziło.

Wszyscy powinni być zatem zadowoleni.

A wałbrzyszanie, gdyby rzeczywiści tak mocno ubolewali nad stanem planety i bardzo chcieli zrezygnować z słynnych jednorazówek, uczyniliby to sami, bez nacisku władz miejskich. 

Kończymy z plastikiem. Zabieramy się za koronawirus. 

czwartek, 27 lutego 2020

Plastik II - ...póki co będzie...



Rety, ale czasów doczekałam! Kiedyś będąc w Wałbrzychu rozmawiałam o zadymionym powietrzu, wydobyciu węgla i czarnej chmurze nad miastem. W tym roku – króluje plastik.

Akurat dziś 27 lutego 2020 roku wojewoda dolnośląski uchyli w całości wałbrzyską uchwałę plastikową, o której głośno było w Polsce, a ponoć nawet na świecie. To drugie – ponoć – bo znajomych na świecie nie mam i nikt mi o niczym nie doniósł.

W każdym razie póki co, można spokojnie po zamku Książ z butelką plastikową chodzić i żadne kary nam nie grożą.

Odetchnęło też paru moich znajomych, którzy ze względu na wiek, z wodnym plastikiem się nie rozstają. I wcale nie są to butelki jednorazowe. Moi znajomi emeryci robią to co ja – kupujemy jedną małą butelkę, ponoć jednorazową, a potem dokupujemy duże, takie półtoralitrowe. Następnie przelewamy z dużej do małej, by zabrać ze sobą idąc do takiego na przykład okulisty. Bo jak fama głosi, kolejki tam masakryczne.
Jednym słowem ograniczamy zużycie plastiku. Butelka jednorazowa wcale jednorazowa nie jest.
Dlaczego nie szklana? Bo cięższa....

Natomiast koleżanka nauczycielka musi pić ze szklanej butelki. Wiadomo, szkoła miejska, a w miejskich instytucjach jest całkowity zakaz używania plastiku. Ciąga więc taką szklaną litrową butelkę i popija na lekcji. W czasie przerwy może natomiast popijać wodę z „poidełka” na szkolnym korytarzu – takiego urządzenia, co to naciskasz i woda leci do góry.

W porządku, do tej szkoły się nie czepiam. Oprócz drogiej wody w szklanych butelkach oferuje uczniom wodę bezpłatną.

W ogóle to popadamy ze skrajności w skrajność – stwierdziłyśmy z koleżanką rozmawiając nad piwem w ekologicznej szklanej .... no... szklance. Bo ze szkła oczywiście.
Póki co, nie mamy szans na całkowite usunięcie plastiku z naszego życia, czego tak bardzo wałbrzyska władza chce – dopowiedziałyśmy w towarzystwie butelki szklanej bezzwrotnej, po piwie oczywiście.

Zacznijmy od zakupów, bo o nie głównie w użyciu plastiku chodzi. Nasze mamy chodziły po zakupy codziennie. Niosły: w jednej siatce ziemniaki, marchew, pietruszkę i seler, oczywiście luzem. W drugiej – mięso rosołowe i kiełbasa w papierze, ser też w papierze, cukierki landrynki, a na samym szczycie – bochenek chleba. Bez papieru, bez torebki. Leżał sobie taki samodzielny, narażony na koronawirusy i ptasią grypę. Przed spożyciem nikt go nie dezynfekował.

Gorzej było z zakupem takich śledzi na przykład. Też pakowano je w papier. Oj, ich woń docierała do ziemniaków i marchewki.
Panie sklepowe podawały wszystko własnymi dłońmi. Do zapewnienia odpowiedniej higieny musiały wystarczyć badania na nosicielstwo i prześwietlenie klatki piersiowej, czy aby nie ma gruźlicy.
Czy jesteśmy przygotowani na takie sytuacje?

Druga sprawa to koszt czyli stan portfela mieszkańca takiego na przykład wałbrzyszanina. O cenie takiej szklanki, pfu, kubka papierowego wody w hali sportowej, pisałam. Woda w szklanym opakowaniu jest droższa właśnie ze względu na opakowanie. Może mięsko też w szklanym pudełku?

A co potem robi się z takim szklanym pojemnikiem?

A no... sru do pojemnika ze szkłem!

Na śmietnik wędrują w ten sposób nasze pieniądze.

I to jest właśnie nonsens całej sytuacji.

Jeszcze nie stać nas na płacenie za szklaną butelkę, a potem za jej umieszczenie w śmietniku ( w ramach opłaty za śmieci oczywiście).

Mam nadzieję, ze walczący z plastikiem Wałbrzych znajdzie inne rozwiązania niż tylko odwołanie się od decyzji wojewody do wyższych instancji.

Być może jako pierwsze miasto w Polsce zagospodaruje swoje śmieci? Zorganizuje skup butelek zarówno szklanych i plastikowych? Wybuduje zakład przeróbki makulatury na papier do pakowania zakupów? Wyprodukuje plastik wielokrotnego użytku?

Bo zabronić potrafi każdy.


niedziela, 23 lutego 2020

Plastik I - Eko w wałbrzyskiej toalecie




Ile razy mam powtarzać, że jestem eko, na ile życie mi pozwala - jestem eko. Jeszcze nie żądam szklanometalowych strzykawek do zastrzyków ani igieł gotowanych w pojemniku na igły.  
Jeszcze nie wyrzucam plastikowych prezentów, laptopa wykonanego z plastiku ani miski do wodnego masażu stóp też plastikowej z elektrycznymi elementami pewnie metalowymi, bo wiem, że w blaszanej szlag może mnie trafić.

Ostatnimi czasy zauważyłam jednak, że każde poparcie elementów plastikowych wzbudza sprzeciw elementów eko. Znaczy się tych, co walczą z plastikiem. Jest chyba zupełnie tak, (piszę „chyba”, żeby mnie eko nie zlinczowało) jak za socjalizmu z kościołem. Każdy atak na tę instytucję, był przyjmowany jako atak na samego Stwórcę. Pozostałości tego zjawiska mamy do dziś.

Dziś powiedzenie, że plastik jest spoko i w porzo oznacza zagrożenie publicznym linczem.

Kochani, podejmę to ryzyko. Trudno, najwyżej nie przeżyję kolejnego pobytu na Rodzinnej Ziemi, czyli w Wałbrzychu i zgodnie z ostatnią wolą spocznę w wałbrzyskiej ziemi.

A wiecie jak mocno Wałbrzych kocham, oj kocham....

Otóż moje ukochane miasto w osobach przedstawicieli władz postanowiło walczyć z plastikiem, czyli ograniczyć lub wręcz zniwelować jego użycie na terenie instytucji podległych władzy miejskiej.
Uchwalono, że w owych miejscach będzie obowiązywał zakaz posiadania, przynoszenia, używania i sprzedaży jednorazowego plastiku. Wchodząc na teren np. zamku Książ nie wolno zatem mieć przy sobie plastikowej butelki z wodą, o jednorazowym widelcu już nawet nie mówmy. Podobnie w teatrze, muzeum. Jeszcze co prawda nie ustalono, w jakiej wysokości kara będzie, ale cykor jest.

Na wysokości zadania stanął wałbrzyski Teatr Dramatyczny. Widzom oferował bezpłatnie wodę z cytryną. Stały takie szklane dzbanki i szklaneczki, człek podchodził, wlewał i pił. Z przyniesionej swojej plastikowej nawet nie skorzystałam. 
(Rety, wniosłam plastikową na teren instytucji miejskiej! Czeka mnie kara!)

Pozytywnie nastawiona do miejskich instytucji poszłam na mecz do wałbrzyskiego Aqua Zdroju. 

Przy wejściu zostałam dokładnie obmacana. Fajnie było. Już dawno tzw. ochrona, ze względu na mój wiek, nie czyniła mi tej przyjemności. Tym razem działania macujące i rewidujące torebki skupione były na poszukiwaniu wody w butelkach plastikowych. Jeśli taką znaleziono, odbierano i odstawiano na bok. Żaden plastik na mecz się nie wedrze!

Oczywiście, że swoją straciłam! Poinformowano mnie oczywiście, że na terenie hali mogę wodę kupić.

Idę więc po tę wodę.

Stoi taka sobie budka z jedzeniem i piciem. Woda oczywiście w szklanych butelkach, przelewana do papierowych lub plastikowych, ponoć ekologicznych. Zawartość albo 0,3 albo 0,5.... nie pamiętam. Oczy zaćmiła mi cena – 4 zł!

Ile kosztuje takie coś w hurcie? Jaką przebitkę na wodę ma ów sklepik w wałbrzyskiej hali? Może warto założyć w instytucjach podległych miastu sieć budek oferujących tylko wodę? Interes lepszy niż Złoty Pociąg! 

Do dzieła bracia wałbrzyszanie!
Na ekologii też można zarobić!
Wycisnąć z ludzi pieniądze!
Załatać budżet! (nieważne czyj)
A kto nie chce zapłacić za wodę przelewaną ze szklanego opakowania do papierowego, niech zdycha z pragnienia!

Postanowiłam zdechnąć.

W przerwie, przypominając sobie o działaniach teatralnych, zapytałam „ochronę”, gdzie znajduje się bezpłatna woda.

„W toalecie”.

Jasne, emeryt 60+, diabetyk z problemami gastrycznymi pić do sracza!

W sumie byłam w takim szoku, ze żadnego zdjęcia nie zrobiłam... a szkoda...

Inni ludzie poinformowali mnie, że jeśli zajmują miejskie stanowisko pracy, nie mogę przynosić ze sobą żadnego plastiku, wody w przesławnych butelkach również. Oczywiście skarżyli się, ze pracodawca nie zapewnia im wody nawet w szklanych opakowaniach.

Jeszcze inni opowiedzieli historię, jak to zebrali forsę na Dom Dziecka, kupili wiele potrzebnych rzeczy, w tym dużą ilość wody w dużych plastikowych butelkach. Biedne, wystraszone panie nie wiedziały, co z takim darem zrobić. Wodę wylać, a plastiki wrzucić do pojemnika z napisem „plastik”? Nie wolno im bowiem nawet posiadać takowej wody w instytucji, o spożyciu nie wspominając...
Zła, paskudna woda w plastiku!
Won!
„Strzeżcie się Greków, nawet gdy przynoszą dary” - Homer.


piątek, 17 stycznia 2020

Danse macabre




Dziś będzie o tym, co tak bardzo kochamy – o telefonicznym marketingu. Dzwonią do nas już nie tylko ludzie z call center proponujący niezwykłe garnki ze stali z NASA lub kołdry z wielbłąda. Telefonują „przedstawiciele” wszystkich profesji. Na mnie ostatnio uwzięły się firmy oferujące ubezpieczenia. I było to tak:

Pierwsza oferta:
„Dzień dobry! Jestem z firmy XYZ. Nasza firma …. (tu następuje prezentacja czyli K), pomińmy, bo to już reklama. Właśnie mamy wielką promocję na ubezpieczenia na życie (czyli I). Bez badań lekarskich. Bez pytań o stan zdrowia. Dotyczy ludzi między 30 a 85 rokiem życia. Czy pani mieści się w tym przedziale wiekowym (czyli T)?”
„Mieszczę się”.
„Ubezpieczenie uaktywnia się wraz z pierwszą składką. Bardzo to atrakcyjne, prawda?”
„Chyba nie, za mało korzyści”.
„Ależ proszę panią, jeśli jutro wpłaci pani pierwszą składkę, to jak pani pojutrze umrze, to ubezpieczenie będzie obowiązywało!”
„To pani mnie tak źle życzy?”
„Ależ nie, proszę pani, życzę pani długiego życia!”
Nareszcie coś normalnego. Wiadomo, dłuższe życie, więcej składek.
„To niech pani nie straszy ludzi z samego rana. Żegnam.”

Druga oferta:
(pomińmy KIT)
„Słucham”
„ Promocyjna wypłata obejmuje najpierw dwanaście miesięcy, potem dwadzieścia cztery.”
„A dlaczego?”
„Ponieważ śmierć może nastąpić w ciągu pierwszych dwunastu miesięcy, zatem kolejnych nie będzie.”
Zgadza się, logiczne.
„Czyja śmierć?”
Chwila milczenia w poszukiwaniu odpowiedniego słowa.
„Ubezpieczonego.”
„Znaczy się moja?”
„Tak”.
Ponownie pożegnałam.

Trzecia oferta:
(KIT)
„Zgadza się”
„ W takim razie proponuję pani niezwykle atrakcyjne warunki naszego ubezpieczenia na życie. Wysokość wypłaty obejmuje całość sumy bez względu na wysokość wpłacanych składek!”
„To ja po śmierci tę forsę dostanę?”
„Nie proszę pani, dostaną ją pani bliscy.”
„A po co im moja forsa?”
„Na przykład na życie, zanim dostaną po pani rentę.”
„Takich smarkatych bliskich to ja już nie mam.”
„ To na przykład na pani pogrzeb. Teraz pogrzeb kosztuje … (ze względu na inflację, nie podaję konkretnej sumy), a zasiłek pogrzebowy to tylko (człek podaje jedną czwartą wyżej wymienionej sumy). Na pewno chciałaby pani być pięknie i godnie pochowana.”
„Panie, po śmierci to mi będzie obojętne. Będę już na innym świecie i będę się zastanawiała, czy święty Piotr mnie do Raju wpuści. Żegnam”

Czwarta oferta:
(KIT)
„Mam tyle lat. Proszę od razu przejść do konkretów, żeby nie musiała pani mówić o mojej śmierci i pogrzebie. Ile wynosi składka?”
„To zależy od wysokości ubezpieczenia, najmniej 80 złotych”.
„Dużo jak na emeryta.”
„ Ale rodzina będzie zadowolona.”
„Jak umrę?”
„Ależ nie!”
Pani się pogubiła i nie wiedziała co powiedzieć.
„Wie pani co, ja tam nie będę nikomu po śmierci majątków zostawiać. Do widzenia.”

I tak od czasu do czasu firmy ubezpieczeniowe przypominają mi, że umrę. Ale obowiązkowo powinnam się ubezpieczyć. Przed śmiercią oczywiście. Znaczy się za życia oczywiście.

wtorek, 14 stycznia 2020

Segregacja i wyrzuty sumienia



Mam wyrzuty sumienia.
I masę pytań.
I kołowrót w głowie.

Pierwsze – bo niszczę naszą Matkę Ziemie, gdyż niedokładnie segreguję odpady.

Drugie – bo jak prawidłowo segregować, skoro instrukcji jest wiele.

Trzecie – bo ….. już sama nie wiem.

Zawsze staram się być eko, o czym wielokrotnie pisałam, ale obecna sytuacja z odpadami przerosła nawet moje ekologiczne nastawienie do świata.

Czytam, że papierków po cukierkach nie powinnam wrzucać do pojemnika z papierem. Oczywiście. Takie tzw. „pazłotka”, co to kiedyś świstak siedział i zawijał w sreberka, na pewno nie. Ale na dobrą sprawę, skąd mam wiedzieć, z czego wykonane jest każde opakowanie? Na takim cukierku nie da rady umieścić składu cukierka i opakowania. Za mała powierzchnia. Chociaż... taką czcionką minus jeden...

Zostawmy cukierki. Weźmy się za opakowania po lekach. Tekturowe pudełko – do papieru, buteleczka plastikowa do plastiku.... czyżby? Przecież przesiąkła ona lekarstwem! Może też do apteki, jak niezjedzone antybiotyki?

Mam problem z odpadami typu „bio”. Czytam, że jeśli piję herbatę w woreczkach, powinnam po wypiciu otworzyć torebkę, fusy umieścić w odpadach bio, a torebkę do zmieszanych. Próbuję. Fusy rozłażą się po całej „foliówce”. Muszę przecież w czymś wynieść je z domu. 
Zjadłam dwa jajka. Wrzuciłam skorupki do nieszczęsnej torebki foliowej. Dorzuciłam „wnętrze” papryki i ogryzek po jabłku. Obchodziłam się z tym odpadem niezbyt ostrożnie. Skorupki się starły prawie na proch i wymieszały z fusami. Idę do śmietnika. Mam zamiar wyrzucić odpad z „foliówki” do pojemnika. Nie da rady. Skorupki zostają. Niestety, muszę je wrzucić wraz z torebką do śmieci zmieszanych.

Teraz przyjedzie śmieciara, zajrzy do zmieszanych, powie, że źle posegregowane i koniec z ekologią.

Mówią mi, że mam zbierać w domu śmieci i wynosić w większych ilościach, bo w jakimś kraju czy landzie ludzie zbierają w worki o pojemności 80 litrów i dopiero wtedy oddają. Zapomniano dodać, że mieszkają oni w domach, a nie na blokowisku? A ja, gdzie mam ten worek postawić? Jaki jeden, PIĘĆ! Mam tylko M4.
W innym poradniku ktoś każę mi zbierać „bio” i samemu stworzyć własny kompostownik. Na balkonie?

Gorzej z tzw. dezodorantem. Powinnam w ogóle odnieść do PSZOK-u. W sumie spacer na drugi koniec miasta nieźle mi zrobi. Ale muszę się spieszyć. Otwarty tylko w godzinach pracy czyli od 7.00 do 15.00. Ostatnio sąsiad, żeby wywieźć tam wielki gabaryt musiał brać urlop w pracy.

I tak z wyrzutami sumienia, że niszczę Matkę Ziemię, wspominam  czasy, kiedy za odnoszenie surowców wtórnych do punktu płacono mi....

Było to oczywiście w tych paskudnych czasach, które dawno minęły. Dzieci z utęsknieniem czekały na jakąś balangę w domu, by następnego dnia odnieść butelki do skupu i mieć własne pieniądze. Pamiętam swój bunt przeciwko zbieraniu makulatury w szkole. Zebraną przez siebie mogłam przecież sprzedać w tymże samym punkcie skupu i też mieć pieniądze.
Pamiętam przyjeżdżających na moje podwórze tzw. śmieciarzy. Brali od ludzi dosłownie wszystko. W ten sposób moja mam pozbyła się starych, metalowych łóżek... Nie musiała ich odwozić do PSZOK-u. Śmieciarze dawali w zamian garnki, trocinowe kulki na gumce, śmieszne wiatraczki...

To była prawdziwa ekologia...

A dziś.... trzeba dopłacać, żeby ktoś surowiec wtórny od nas odebrał..... takie czasy....


czwartek, 9 stycznia 2020

Cytaty - Prawda jest jedna....




Prawda jest jedna, choć są prawd tysiące, a każdy swoją na prawdę jedyną. 
                    Leopold Staff

Ulica. Przejście dla pieszych. Z ronda zjeżdża samochód. Przez przejście przechodzi starsza kobieta o kuli. Pisk opon. Krzyk. Sygnał karetki pogotowia. Śmierć.

Kto winien?

Kierowca trzeźwy. Prędkości nie przekroczył. To on wzywa karetkę. Twierdzi, że kobieta weszła mu pod same koła.

Rodzina kobiety nie ma wątpliwości. Winien kierowca. Zabił.
Biegły sądowy uznaje, że kierowca nie zachował należytej ostrożności. Wymusił pierwszeństwo.

Wyrok sądu – półtora roku w zawieszeniu na cztery lata i odebranie prawa jazdy na trzy.

Kierowca to młody chłopak. Jego adwokat okazuje sądowi liczne pozytywne opinie ze szkoły, z klubu sportowego… Sam mocno przeżył wypadek. Leczy się psychiatrycznie. Już został ukarany wyrzutami sumienia. Też jest ofiarą zdarzenie i jest mu gorzej. Będzie cierpiał do końca życia.

Gdzie jest prawda.... gdzie jest wina.... gdzie jest kara....?



środa, 1 stycznia 2020

Apoteoza śmierci




W ostatnie dni starego 2019 roku przez wszystkie portale internetowe przewinęła się relacja z szkolnego przedstawienia prezentującego zagazowanie dzieci. Nawiązywało ono do tragedii obozów koncentracyjnych drugiej wojny światowej.

Zdjęcie ze sceną ukazującą leżące na podłodze dzieci w pasiakach i obok stojące kolejne, tym razem ze swastykami na rękach, oburzyło większość czytających i oglądających. Mniejszość była zachwycona. Wszystkie teksty pisane pod wpływem emocji. W komentarzach zabrakło jednak głosu w miarę obiektywnego, próbującego wyjaśnić zjawisko zwane szkolnym spektaklem o zagładzie.

Przyznaję się – byłam oburzona. Mój pierwszy odruch – skrytykować, posłać do wszystkich diabłów tych, którzy mieli z tym szkolnym przedstawieniem coś wspólnego. Refleksje przyszły chwilę po świętym oburzeniu.

Oto jesteśmy w szkole, która ma przekazać młodemu pokoleniu nie tylko wiedzę. Szkoła powinna pokazać również różne aspekty współczesnego świata, życia człowieka na planecie Ziemia.
Trzeba więc pokazywać ludzi z kręgu LGBT, chorych i starych, trzeba mówić o pokwitaniu, przekwitaniu i śmierci.
W szkole trzeba i należy mówić o wszystkim. Podstawowym zagadnieniem jest JAK mówić, JAK przekazać, JAKĄ formę wybrać.
I tu właśnie wkracza nauczyciel. To on wybiera sposób przekazania wiedzy lub emocji.

Nie wiem, jak było to w przypadku owej szkoły z uczniami ze swastykami. Nie wiem, więc nie potępiam całkowicie. Oczywiście spektakl był kontrowersyjny. Ale jeśli wcześniej rozmawiano z uczniami na temat historii, jeśli wskazano im znaczenie treści przedstawienia, jeśli przedyskutowano sposób kreacji aktorskich i wyjaśniono na czym polega inscenizacja, gra, a uczniowie zrozumieli - można było takie coś realizować. Bez obawy o zniszczenie psychiki młodych ludzi.

Gorzej gdy takich rozmów nie przeprowadzono. Jako była nauczycielka wielokrotnie przygotowywałam szkolne „części artystyczne”. Uczniowie reagują różnie. Część występuje, bo chce lepszą ocenę z czegokolwiek, część pochodzi z tzw. nauczycielskiej „łapanki”, część ma parcie na szkło. Niewielka część chce po prostu wziąć udział w wydarzeniu typu artystycznego.
Najbardziej boję się tego, że biorące udział w omawianym przedstawieniu potraktowały go jak jedną ze szkolnych uroczystości, w której nauczyciel kazał wziąć udział. Tak samo jak występ z okazji Dnia Dziecka czy zakończenia roku szkolnego.

Wszystko się udało, a więc hura!

Było fajnie!

Fajnie było zagrać gestapowca!

Fajnie było umierać w oparach sztucznej mgły robiącej za gaz!

A tak właściwie dlaczego naród taki oburzony?

Wszelkiego typu rekonstrukcje historyczne są obecnie w modzie. Mamy bitwę pod Grunwaldem. Mamy lokalne bitwy z okresu II wojny. Mamy specjalistyczne grupy rekonstrukcyjne, które występują przy każdej patriotycznej okazji. Ludzie przebierają się za żołnierzy wrogich armii. Podczas inscenizacji jedni strzelają, drudzy umierają.

Jak my kochamy te widowiska!

Symbolem chrześcijaństwa jest ukrzyżowany człowiek. Nie ten radosny, zmartwychwstały, dający nadzieję, ale ten, który umarł. Wisi w domach, urzędach, na rozstajach dróg. Otoczeni jesteśmy symbolem śmierci.

Jeśli ulicami miast idą ludzie ubrani w kolory tęczy, głoszący hasło „Miłość, równość, akceptacja”, część narodu buntuje się. Radość nie jest w modzie.

Widowisko w niewielkiej szkole nie było niczym innym jak odbiciem naszej rzeczywistości. 

Apoteozą śmierci.

Bo my kochamy jak inni umierają.