niedziela, 11 października 2020

Cytaty - Wszystko, co można dostać za pieniądze, jest tanie. - Erich Maria Remarque

 

Górnik Wałbrzych 1988 - od lewej: Buczkowski, Krzykała, Anacko, z tyłu Żywarski


Wszystko, co można dostać za pieniądze, jest tanie. - Erich Maria Remarque


    Przed wieloma, wieloma laty wykonałam kilka całkiem niezłych zdjęć na sportowej imprezie w rodzinnym mieście, w którym nie mieszkam. Odbitki zostały, kliszę, to jest film do aparatu marki Zenith, diabli wzięli. Po latach umieściłam swoje fotografie wśród wspomnień o wydarzeniu sportowym, a kibice zamieścili je w internecie. Od tamtej pory są przedmiotem ciekawych wydarzeń. Co jakiś czas ktoś prosi mnie o udostępnienie.

    Najpierw był to dziennikarz. Dosyć długo mnie szukał, by zadać pytanie, czy wyrażam zgodę na umieszczenie zdjęcia przy jego artykule. Oczywiście bezpłatnie. Przedstawił treść, kilka razy poprosił. Czy nikt inny nie posiada innych zdjęć? Okazuje się, że chyba nie… dziennikarz nie znalazł nikogo. Zgodę oczywiście wyraziłam, upominając się o wyraźne zaznaczenie, kto jest autorem fotek.

    Potem skontaktował się ze mną organizator charytatywnego meczu na rzecz jednego z zawodników na zdjęciu. Byłam zachwycona, kiedy oglądałam plakat wykonany z mojej fotografii. Tym razem nie nalegałam na umieszczenie nazwiska. Wiadomo, cel szlachetny. A sama urosłam we własnych oczach. Oto moje zdjęcie posłuży wspaniałej sprawie.

    Ponownie odezwała się prasa. Będzie książka o sportowcach. Czy mogłabym nieodpłatnie użyczyć tych zdjęć? Tylko tych? Mam jeszcze inne, z innych czasów? Może zeskanować jeszcze raz? Takie ściągnięte ze strony www są kiepskie? Po drugiej stronie telefonu entuzjazm i niedowierzanie! „Mogłaby pani?”. A dlaczego nie? Na dworze upał, nigdzie nie wychodzę, czas mam, prąd też, skaner działa.

    Czas największego ciepła spędziłam przy komputerze. Wieczorem wyszłam z psem na spacer. Spotkałam znajomą i opowiedziałam o zdjęciach, książce, wydarzeniach sprzed lat, losach kilku fotografii.

„A ile za to dostaniesz?” – zapytała. Nic nie dostanę. Nic nie zarobię. Ktoś może mi postawi kawę lub piwo. Ale za to ktoś będzie o mnie pamiętał. I jeśli dożyję sędziwego wieku, ktoś ponownie zgłosi się z prośba o udostępnienie, bo będzie wiedział, do kogo ma się zgłosić.

niedziela, 19 lipca 2020

Sezon ogórkowy po niemiecku




I mamy nareszcie sezon urlopowy, zwany ongiś ogórkowym. Jest to bardzo niesprawiedliwa nazwa, ponieważ na rynku oprócz ogórków widziałam multum pomidorów, pełno było jagód i wiśni. Ale zostawmy ten problem. Ktoś tak kiedyś nazwał i niech tak zostanie.

Tradition. Znaczy się tradycja.

W każdym razie mamy za sobą kolejne wybory. Kolejne oczywiście sfałszowane. Ostatnimi czasy wybory nieustannie są fałszowane. Jak nie przez jednych, to przez drugich. Przynajmniej i jedni i drudzy tak twierdzą. 

Narodziła się nowa tradition.

Jeszcze gdzieniegdzie słychać echa prezydenckich debat. Stoję sobie na przykład na przystanku autobusowym. Stoją inni. Wszyscy zamaskowani. Ja zresztą też, chociaż mój stosunek do maseczek jest jak jest. Ale ze względu na szacunek do innych, maskę w miejscu publicznym na twarz nakładam.

No więc stoimy. Większość 70+. Owa większość rozmawia o zwycięzcy wyborów. Cieszy się. Jednak jest ostro przerażona faktem, iż ten drugi otrzymał prawie połowę głosów. Wysłuchuję więc zarzutów pod swoim adresem. Wszak na drugiego głosowałam. 

Jestem za zabijaniem dzieci, nauką masturbacji („ on chciał, by dzieci w przedszkolu uczyły się wie pani, tego, no tego … jak to się robi samemu ze sobą” - cytat autentyczny), zamknięciem księży „we więźniach”, ślubów między ludźmi i zwierzętami i oczywiście uzależnieniu wszystkiego i wszystkich od Niemców.

W tym momencie zapaliła mi się pod maseczką czerwona lampka. Tego warto posłuchać uważnie, bez chichotu pod symbolem roku 2020, znaczy się maseczką.

70+ stwierdziło zgodnym chórem, że Niemcy mieli zagarnąć całą Polskę po wyborach, tak samo jak w 1939. A przecież jeszcze nie wypłacili odszkodowania za II wojnę światową. To znaczy oczywiście Żydom wypłacili, innym wypłacili, ale Polacy nie dostali ani grosza. I kiedy Polacy upominają się o wypłatę w markach, bo mają lepszy kurs niż złotówka ( ludziska, tam już jest euro – chciałam krzyknąć, ale odpuściłam), to Niemcy też krzyczą, że chcą zwrot swojego.

„ A co my mamy im oddać?” - ryknęła ze śmiechu pod maseczką pani z ogórkami.

Autobus, na który oczekiwaliśmy, stał właśnie na „światłach”. Miałam kilka minut na ripostę, by nie wdawać się w ostrą dyskusję. Jest duża szansa, że w autobusie nie będą dyskutować.... Czego od nas mogą chcieć Niemcy?

Odetchnęłam głęboko i spokojnym głosem odpowiedziałam:
  • Pomorza, Warmii i Mazur, znaczy się Prus, Śląska Opolskiego, Dolnego Śląska... Wrocławia, Szczecina... może nawet Gdańsk...
  • Ale to przecież dostaliśmy za zabrany wschód! - oburzył się naród na przystanku.
  • Po zwrot tych ziem to musimy się zwrócić do Ukrainy, Białorusi i na Litwę...
  • Ale to nie oni zabrali, to Związek Radziecki...
  • Związku Radzieckiego już nie ma... - wzruszyłam ramionami.
Właśnie podjechał autobus. Wsiedliśmy do niego i pojechaliśmy z naszymi ogórkami, jagodami i wiśniami robić przetwory dla wnuków.

Nieustannie tkwimy w tradition, że wszystkiemu winni są nadal Niemcy... 


wtorek, 2 czerwca 2020

List otwarty w sprawie śmietnika


                     
                                               List otwarty w sprawie śmietnika 

                 Do Spółdzielni Mieszkaniowej 

          „Perspektywa” w Łomży

Około 25 maja przy ulicy Księcia Janusza 23 powstała wątpliwej jakości i urody „altanka”, w której ustawiono pojemniki na odpady „z zakładów usługowych”. Jednym słowem – śmietnik.

Konstrukcja „zbudowana” ( a raczej umieszczona w betonowych płytach) została z elementów ogrodzenia, które zazwyczaj stosujemy podczas ogradzania ogródków lub innych terenów, wedle potrzeb ich właściciela. Tego typu konstrukcje mają za zadanie poinformować przybysza, że za nimi znajduje się teren, na który można wejść tylko za zgodą ich właściciela. W środowisku wiejskim służą również do zabezpieczenia terenu przed zwierzętami. Jedne, żeby nie wychodziły; drugie, żeby nie wchodziły.

"Pergola" składa się z dwóch elementów, tzw. ścianek. Wszystkie, jak na ogrodzenie przystało – przewiewne. Czwartej nie ma, gdyż w jej miejscu znajduje się coś, co w zamyśle konstruktora budowli prawdopodobnie ma być wejściem? otworem? na magazynowany tam materiał. Tego, akurat, w przeciwieństwie do innych woni, nie da się wyczuć.

Konstrukcja co prawda błyszczy w słońcu, ale nie dodaje jej ani ulicy blasku. Postawiona została w szczycie budynku, w miejscu, gdzie znajduje się wejście do jednego ze sklepów oraz przemieszczają się ludzie idący do kolejnych sklepów.

Mieszkańcy bloku oraz klienci, chcąc nie chcąc, muszą oglądać narzucony im widok, a w ciepłe dni – wąchać zapaszek unoszący się ze zgromadzonych tam materiałów.

W większości są to surowce wtórne – opakowania tekturowe ze sklepów znajdujących się w bloku przy Księcia Janusza 23. W dobie segregacji śmieci, straszeniu karami za niesegregowanie, działań edukacyjnych o charakterze ekologicznym – wystawianie na widok publiczny kartonów pomieszanych z innymi odpadami, nosi znamiona prowokacji i sabotowaniu zarządzeń władz. Wszelkich. 
Ze względu na brak zadaszenia owe surowce wtórne, z których można wyprodukować np. papier toaletowy, zeszyty, a nawet książki narażone są na zniszczenie z powodu ewentualnego deszczu.

Być może pomysłodawca liczy na wielką suszę i brak opadów.

Być może właściciele sklepów płacą za swoje śmieci jako za niesegregowane. Nie oznacza to jednak, że mają być one wystawiane na publiczny widok, w celu zademonstrowania, jak postępować nie należy.

Do śmieci, jak w przypadku każdego nieosłoniętego śmietnika, zaczynają dopierać się ptaki. Na swych skrzydłach unoszę odpady i rozprowadzają je po osiedlu. Są również podejrzenia (nie poparte jednak żadnym zdjęciem), iż „altanką” zainteresowali się miejscowi miłośnicy alkoholu na świeżym powietrzu. Jest to bowiem idealne miejsce na chwilowy postój po spożyciu piwa.

Blok, przy którym umieszczono wątpliwej jakości śmietnik, znajduje się w najczęściej odwiedzanym miejscu przy ulicy Księcia Janusza. Znajdują się tu sklepy, zakłady gastronomiczne oraz inne punkty, zwane usługowymi. Jasne jest, że to właśnie one „produkują” śmieci, które trzeba gdzieś przechować, a znajdujący się na placu, za budynkiem śmietnik nie wytrzymał mocy przerobowej po trzydziestu trzech latach spokojnego funkcjonowania. (Tyle bowiem minęło od wybudowania bloku).

Zasadne wydaje się pytanie, dlaczego nagle miejsce z prawdziwego zdarzenia będące śmietnikiem, w okresie pandemii koronawirusa, stało się za małe. Zjawisko należy zdiagnozować. Być może uda się zmniejszyć ilość odpadów w imię ekologii, troski o wygląd osiedla, spokoju i komfortu mieszkańców.

Należy się również zastanowić nad innymi rozwiązaniami. Z posiadanych wiadomości wynika, że blok nr 23 będzie niedługo ocieplany. Konstrukcja zostanie zatem zlikwidowana.

Gdzie więc sens i logika stawiania jej tymczasowo? Dlaczego pracownicy i władza spółdzielni podjęli też tymczasową decyzję o segregacji owych odpadów, zamiast zastanowić się nad rozwiązaniem stałym?

Kolejne pytanie - czy postawienie owej małej architektury na odpady wszelakie jest zgodne z przepisami sanitarnymi – miejsce odkryte, pozostawione same sobie?

                                                     Z poważaniem - lokator




piątek, 1 maja 2020

Narodowa kwarantanna L - Niech się świeci 1 Maja



film na dziś „Biało-niebieski sen”


Oto kochani zbliżyliśmy się do takiej rocznicowej cyfry. Pierwszy felieton napisała dla Was 13 marca... który jest dziś.... widać.

I to już będzie koniec...

Koniec mego pisania pod hasłem „Narodowa kwarantanna”. Bo inne felietony oczywiście będą, nie codziennie, ale będą. Zatem tak całkowicie nie opuszczajcie cioci Grażynki.

Dlaczego akurat dziś kończę?

Pierwszy powód to oczywiście wymieniona powyżej cyfra. Chciałam co prawda dociągnąć do tej oznaczającej mój wiek, ale pomyślałam o kłopotach. Kłopotach tematycznych.

Od kilku dni przerzucam sieć, nawet programy w różnych tv zaczęłam oglądać, by znaleźć natchnienie. Kiepsko jest. Zauważyłam, że mały, wredny hitlerek zaczyna znikać. Oczywiście, że nie z naszego życia.
Z ekranów. Monitora i telewizora w moim przypadku.
Jest go coraz mniej, a jego miejsce zajmują wybory. Jasne, że prezydenckie, nie te związane z zakupami, czy kupić „Żubra” czy „Łomżę”.

Być może niedługo wszyscy zapomną o wirusie. Ważne będą jedynie karty do głosowania. Urny do pochowania. Kandydaci do zapomnienia. Wyborcy do kitu.

Szykuje się zwycięstwo polskich wyborów prezydenckich 2020 nad koronawirusem.

O polityce starałam się pisać niewiele. Wiem, że od niej nie uciekniemy. Ale pisać o niej jakoś mi się nie chcę. Są inni od tego. I mądrzejsi. I głupsi. Kontynuując cykl „Narodowej kwarantanny” pewnie bym wkrótce musiała pisać, bo z innym tematem bym się nie przebiła. Mamy zatem drugi powód, by cykl zamknąć.

Trzecim powodem jest dzisiejszy dzień.

1 Maja.

Święto Pracy.

Dzień uwielbiany przez moje pokolenie.

Dzień przeklęty przez przeciwników socjalizmu.

Dzień wstąpienia Polski do UE.

Słowem – dzień bardzo ważny.

Już wczoraj wywiesiłam na balkonie flagę. Pewnie nadal samotna powiewa na wietrze. Przez okna widzę aż dwie inne. Normalne. To nie procesja w Boże Ciało, by dekorować balkony. Ani piłkarskie mistrzostwa w 2012, kiedy wszystko pokryte było narodowymi barwami.

Zaraz, zaraz, kiedy ja ostatni raz obchodziłam Święto Pracy?

Tak w 2011.... Na „majówkę” wyjechałam do ukochanego Wałbrzycha. Pierwszego maja siedziałam ze znajomymi w pubie przy stadionie na Nowym Mieście. Piliśmy piwo, wspominaliśmy stare, dobrze pochody i stragany. Co chwilę ktoś podsumowywał „I komu to przeszkadzało?....”. Drugiego maja byłam na grillu. A w rocznicę uchwalenia konstytucji miałam pociągiem około 13.00 wyruszyć do Wrocławia, gdzie oczekiwał mnie zmotoryzowany syn.
Tymczasem zatelefonował i kazał być wcześniej. Wyjechałam ok. 8.00. Już na dworcu zauważyłam, że z nieba leci coś białego. Może to płatki kwiatków? Drzewa wszak kwitną... Wraz z towarzyszącą mi roczną wówczas sunią wsiadłam do pociągu. W połowie trasy telefonicznie odezwała się wczorajsza koleżanka z grilla. Zapytała, czy widzę ten śnieg. Jaki? Za wagonowym oknem pada deszcz. Tymczasem w Wałbrzychu ponoć zaczął padać śnieg i to nie byle jaki. Taki styczniowy.
We Wrocławiu przesiadłam się do auta syna i pomknęliśmy „ósemką” do domu. Lało. Normalnie lało. W okolicy Rawy Mazowieckiej postanowiliśmy zrobić postój toaletowy. Lało. Pies nam zmókł. Kolejna znajoma zatelefonowała. Pytała, czy jesteśmy poza Dolnym Śląskiem, to ten już odcięty od świata. Śniegiem. Zaspami.

Po dotarciu do domu szybko włączyliśmy telewizor i komputer. Nie wierzyliśmy własnym oczom. Trasa kolejowa, którą rano jechałam – zamknięta. Drzewa zerwały trakcję elektryczną. Na podjeździe do Wałbrzycha ze strony Świdnicy – stłuczka za stłuczką. Wiadomo, auta miały już letnie opony...

Ja na szczęście byłam już w domu.... w tym samym co teraz....

Niech się święci 1 MAJA!

czwartek, 30 kwietnia 2020

Narodowa kwarantanna XLIX – A na mojej Rodzinnej Ziemi...


    film na dziś „Życie jest piękne”

Dziś spróbujemy zacząć pozytywnie. A to dlatego, że wczoraj spotkałam znajomą i ręce mi opadły...

Zawsze zadbana, z umalowanymi na ciemno włosami, odpowiednim makijażem dostosowanym do wieku 60+, staranny ubiór. Jak nie kurteczka, to płaszczyk i buty na dość wysokim obcasie.
Wczoraj zobaczyłam prawie horror. Włosy z potężnym siwym odrostem. Zero pudru, tuszu i cieni na powiekach. Byle jak narzucona na byle jaką sukienkę przybrudzona kurtka. Brudne, zniszczone półbuty...

Zaniemówiłam. Ona się odezwała. Załamanym głosem, prawie ze łzami w oczach oznajmiła, że przyszło nam żyć w trudnych czasach. Za okupacji tak źle nie było. Zamknęli człowieka jak w więzieniu. Niczego nie wolno robić. Wolno tylko wolno umierać.
Odetchnęłam, kiedy wywnioskowałam, że stan znajomej wynika z konieczności dostosowania się do zasad kwarantanny. Myślałam, że spotkała ją rodzinna tragedia.

Próbowałam pocieszać, że źle tak wcale nie jest, że może już wyjść na spacer, że cały czas mogła wyjść do sklepu. A jeśli chodzi o włosy, to mogę do niej wpaść i zrobić porządek z odrostami. Byle by tylko farbę kupiła.

Machnęła ręką i odeszła.

Miałam do czynienia ze wzorcową postacią cierpiącą na depresję kwarantannową. Niewesoło, jeśli wokół nas znajduje się więcej osób... Chyba trzeba leczyć je optymizmem....

Nie, nie będzie o kolejnych etapach rozmrażania. Wczoraj zrobiłam potężne zakupy i nie ma mowy o rozmrażaniu lodówki.
Będzie o pozytywnych zjawiskach w naszym obecnym życiu. Wałbrzyskich rzecz jasna. No to moja Rodzinna Ziemia i tam zawsze jest dobrze! Dobra, wiem, że przesadzam, ale ojczyzna to ojczyzna, zwłaszcza ta mała.

Oto wałbrzyski prezydent Roman Szełemej każdego dnia nagrywa dla swoich mieszkańców około pięciominutową wypowiedź. Nazywa się to „Raport z życia miasta”. Swym spokojnym, niezwykle opanowanym głosem informuje nie tylko o czynnościach związanych z małym, wrednym hitlerkiem, nie tylko o ilości chorych w szpitalu oddziale zakaźnym (szpital wieloimienny). Mówi również o tym, co dzieje się w mieście. 

Dzieje się dużo. Taka obwodnica, największa wałbrzyska inwestycja od czasów wybudowania mego osiedla – prawie sto lat temu, budowana jest bez znaczących postojów. Oddano do użytku po rewaloryzacji kolejną zabytkową ulicę. Prezydent za każdym razem dziękuje mieszkańcom za dyscyplinę w czasie kwarantanny i podkreśla ich rolę w nierozprzestrzenianiu się wirusa po mieście.

Mówicie, że to tylko ja, tak z odległości 600 km, fanatyczna miłośniczka miasta, odbieram codzienny przekaz...

Też tak myślałam. Skonsultowałam ze znajomymi. Słuchają swego szefa. Z przyjemnością. Cieszą się, że facet pamięta o nich, że każdego dnia „spotyka” się z nimi poprzez internetowe nagranie. Cieszy ich przede wszystkim spokój, z jakim informuje nawet o trudnej sprawie, jaką było na przykład zamknięcie oddziału neurochirurgii w wałbrzyskim szpitalu.

Jednym słowem – jest pozytywnie.

Drugi pozytyw, oczywiście z Wałbrzycha, dostarczyła mi emerytka Zofia, z której wieje z reguły pesymizmem. Otóż pewnego dnia doznała szoku. Właśnie minął jej termin wyznaczonej wizyty u diabetologa. Już zaczynała kląć i dostawać epizodów depresyjnych, kiedy nagle zadzwonił telefon. Kontaktował się z nią... pani doktor od cukrzycy. Zapytała, jak się czuje, jaki ma poziom cukru, czy posiada jeszcze lekarstwa, bo jeśli nie, to pani przepisze e-receptę.... Rozmowa była spokojna i rzeczowa. Pani obiecała, że z chwilą uruchomienia poradni, data wizyty zostanie wyznaczona po ponownie i podana telefonicznie.

Zofia oczywiście zbaraniała. Pozytywnie. Jak żyje ponad 60 lat, żaden lekarz nigdy do niej nie zadzwonił i nie zatroszczył się o jej zdrowie.

Gest co prawda nie likwidujący choroby, ale poprawiający nastrój pacjenta.

I o to właśnie chodzi... poprawiajmy sobie wzajemnie nastrój!


środa, 29 kwietnia 2020

Narodowa kwarantanna XLVIII – Branża funeralna i sklep ogrodniczy


                film na dziś "Zgon na pogrzebie"

Zacznijmy od tego, że wczoraj, późną nocą, podczas ostatniego zerkania w internet, zamroczyło mnie. To znaczy zamroczyła informacja, że „ Branża funeralna nie wierzy w zabójczy efekt epidemii. Spadek liczby pogrzebów”. Przeczytałam dokładnie kilka razy, bo myślałam, że to jakiś żart.... no nie... ponoć tak jest.
Co prawda tłumaczenie dlaczego tak jest, było w tekście już nie do końca jasne. Ale jeśli rzeczywiście tak jest? Sprawa robi się wyjątkowo ciekawa.

Wśród swoich znajomych zrobiłam ankietę, kto zna kogoś, kto chorował.

Nawet córka pracująca w stolicy, wykonująca zawód podwyższonego ryzyka, nikogo takiego nie zna. O innych nie wspomnę.

Oczywiście, że w chorobę wierzę. W każdą chorobę wierzę. W siłę grypy też. Dziesięć lat temu na powikłania pogrypowe zmarła moja koleżanka. Kiedyś wybrałam się na urlop dwa tygodnie po przebytej ciężkiej grypie. Większość czasu spędziłam w pokoju. Była bardzo osłabiona.

W ciężki przebieg choroby oczywiście, że wierzę. Każdej choroby.

Czy ktoś z was chorował na „różyczkę” w wieku 18 lat? Albo na „świnkę” w wieku 32? Ja miałam „różyczkę”, sąsiadka wraz z synem chorowała na „świnkę”. Nawet nie wiem, jak opisać przebieg owych chorób u osób dorosłych. Do tej pory na wspomnienie, dreszcze chodzą mi po ciele.

Do dziś pamiętam anginę z 40 stopniami gorączki. Utrata przytomności, majaczenie, jakieś obrazy przed oczyma, odór z gardła i zastrzyki dwa razy dziennie.

Każda choroba może mieć łagodny lub ciężki przebieg. Na każdą można umrzeć. Każdą trzeba leczyć. Małego, wrednego hitlerka też trzeba przegonić.

Tyle o artykule z wczorajszego wieczoru, który zakończył pierwszy, szalony dzień.

Był starannie zaplanowany. Wraz z synem mieliśmy zrobić zakupy. Ja postanowiłam po raz pierwszy od pięćdziesięciu dni zaatakować sklep wielkopowierzchniowy, syn kupić obrzeża betonowe. W planach był wspólny wyjazd na działkę.

Najpierw poszłam do sklepu ogrodniczego. Wchodzę. Dwie kasy. Obie za tzw. wiszącą z sufitu pleksą. Dziadek działkowiec kupuje cebulki roślin. Te weźmie, tamtych nie. A jakie są te? Duże wyrosną? Wszystkie cebulki – sadzeniaki znajdują się na ladzie. Pokornie stoję w odległości dwóch metrów. Ale co to? Za mną ustawia się kolejka. Pani w maseczce prawie mnie dotyka. Chcę się odsunąć. Gdzie? Dokąd? Za panią – facet bez maseczki. Naciera na panią. Ta się nie odsuwa. Widocznie lubi, jak ktoś się do niej przylepia.

Docieram do lady. Środek owadobójczy na drzewka. Nasiona „Łąka kwietna”. Nie ma, wykupione. Ale mogę przecież kupić kilka opakowań innych polnych kwiatków i wymieszać. „Proszę mi coś zaproponować” - mówię do pani. I wtedy pani pozostawia pleksę w spokoju, wychodzi i zaprasza mnie do witryny z nasionami. Żadnej odległości. To samo z sekatorem. Też pokazuje mi kilka sztuk...

Teraz już wiem, że jeśli zapadnę na małego, wrednego hitlerka, to znaczy, że złapałam go w tym sklepie.

W wielkopowierzchniowym jest już idealny porządek. Na podłodze oznaczenie, gdzie są owe dwa metry. Ludzi niewiele. Z półek biorę to, co mam na liście. Czekam na telefon od syna. Ma zadzwonić, kiedy stanie przed sklepem, żeby mnie z zakupami zabrać do domu. Nie dzwoni. Objeżdżam sklep jeszcze raz.

Dawno nie piłam vermutu.

O, wafelków kokosowych też dawno nie jadłam.

Może jeszcze raz na mięsny? W sumie, czemu nie... mogę tę szynkę w promocji kupić. Wrzucę do zamrażalnika. No i co z tego, że wczoraj postanowiłam wyjeść wszystko i lodówkę odmrozić?

I tak w oczekiwaniu na transport kupiłam jeszcze kilka rzeczy poza listą. Kasa mnie podliczyła.

Zaczynam marzyć o kwarantannie i przywożeniu mi zakupów przez syna. Tylko z listy.

A na działkę nie pojechałam, Okazało się, że owe obrzeża są tak ciężkie, iż auto nie wytrzymałoby dodatkowego pokaźnego ciężaru w postaci mojej osoby. Syn zawiózł moje zakupy na chatę, a ja poszłam pieszo.

I wiadomość z dzisiejszego ranka – w Łomży jest czterech chorych na wiadomą chorobę. Wszyscy leczą się w domu.

Lokalne firmy pogrzebowe znowu nie zarobią....


wtorek, 28 kwietnia 2020

Narodowa kwarantanna XLVII – Do przodu żyj!


    film na dziś - „Pół żartem, pół serio”

Informuję, że wszystko idzie do przodu. Strach opanowany. Ludzie wychodzą na ulice. Człowiek zaczyna rozmawiać z człowiekiem. Coraz więcej samochodów. Wraca sens włączonych świateł na skrzyżowaniu. Nawet, o dziwo, liście na drzewach zaczęły rosnąć.
Wiem, że wiosna, ale susza. Istniało niebezpieczeństwo, iż w ogóle nie wyrosną.

Kolejny mądry w ratuszu wydał rozkaz koszenia trawy, której nie ma. W internecie podniósł się wrzask. Ponoć kosiarka zjechała z placu boju.

Syn na działce wykopał nowy dół i przeniósł „sławojkę”. Zastanawiam się, co posadzić w miejscu starej. Gleba powinna być żyzna. Taki czarnoziem.

Jeszcze tylko za dużo aut przed blokiem. Ludzie jak widać nie pracują.

Jeszcze brak szkolnego hałasu. Wszak szkoła blisko mnie. Ale małolatów coraz więcej. Niektórzy mają gdzieś zakazy grupowania się. Łażą piątkami, szóstkami i jak jest im wesoło. O ile na początku kwarantanny jeszcze rozmawiali o szkole, to teraz mówią o muzyce, filmach oraz plotkują kto z kim i dlaczego. Chodzi oczywiście o wiosenne miłości.

Na osiedlowych boiskach też coraz więcej amatorów amatorskiego uprawiania sportu. Takiego dla zdrowia. Nie dla pieniędzy.

Bo z zawodowcami zrobił się problem. Otwarto co prawda ośrodku przygotowań olimpijskich, zaproszono co prawda sportowców, ale.... Najpierw taki sportowiec musi przejść dwutygodniową kwarantannę, czyli trening indywidualny i do pokoju. I nigdzie więcej. Dopiero potem będzie mógł wyjść do takiej na przykład stołówki i z odległości dwóch i pół metra pogadać z innymi.
Część sportowców wypowiedziała się negatywnie o takiej formie zdobywania formy. Do tego prawdopodobnie nie odbędą się w tym roku żadne ważniejsze imprezy sportowe, które wymagają bardzo intensywnych przygotowań, zatem można spokojnie trenować na własnym podwórku.

Analizując sytuację sportowców, pomyślałam trochę o szkole, wszak emerytowany belfer ze mnie. Jak będą wyglądały lekcje po powrocie uczniów do szkół?

W sali lekcyjnej znajduje się 15 ławek, dla 30 uczniów. Jeden obok drugiego. Teraz tak nie można. Teraz musi być odstęp. Wynika z tego, że VII A trzeba będzie podzielić na VII A1 i VII A 2. Lekcje zaczną się o 7.00, skończą o 20.00.... Dwuzmianowość jak w mordę strzelił.

Tu jednak jest jedno światełko w tunelu. Nauczyciele nie muszą obawiać się o pracę. Będą mieć jej aż nadto. Pytanie, kto za nią zapłaci...

Kolejna sprawa.... Jak zorganizować przerwy i przejścia uczniów z sali do sali? Rozumiem, w czasie przerwy będą siedzieć w sali, ale jakoś muszą przejść z sali komputerowej do chemicznej, z historycznej do sali gimnastycznej, z biologicznej do katechetycznej, bo lekcja religii nie może przecież odbywać się w pomieszczeniu, w którym mówi się o rozmnażaniu...

Jak zorganizować zajęcia z wychowania fizycznego, skoro owa gimnastyczna jest jedna, a lekcje ma kilka klas....

I tak mogłabym pytania mnożyć, bo po prostu nie wyobrażam sobie szkoły w nowych warunkach. I chyba nikt sobie póki co nie wyobraża. Będzie jak zwykle. 

Rząd postanowi i wykonanie zrzuci na same szkoły. Niech sobie radzą, niech kombinują, by ustanowione przepisy zachować. Tak było podczas poprzedniej reformy, tak będzie i teraz. Jeśli się coś nie uda i cała szkoła pójdzie na kwarantannę ( znaczy się wszystkich trzeba będzie zamknąć w budynku, ze spaniem na styropianie jako element lekcji historii), winę poniesie za to dyrektor i oczywiście samorząd. Taki uczniowski na przykład.

Tak więc sobie moi drodzy chodzę po coraz bardziej zatłoczonych ulicach i myślę, jak to nasze życie będzie wyglądało.

Może kiedyś zatęsknię za pustym osiedlem?

Za ciszą dzwoniącą w uszach?

Za wróblami na kilku drzewach, które radośnie rano ćwierkały?

Póki co, dziś jadę na działkę sprawdzić, czy pędy sosny gotowe już do zrobienia nalewki. Przez ostatnie czterdzieści siedem dni nalewki jakoś tak dziwnie wyparowały.... Czeka mnie dużo pracy, w celu odbudowania zawartości domowego barku....