czwartek, 19 marca 2020

Narodowa kwarantanna VII – Daj! Daj! Daj test!


film na dziś "Stawka większa niż życie"

I proszę, wystarczyło nadać felietonowi tytuł „Nuda”, a mało kto go czyta. Rację mają ci, co twierdzą, że tytuł przyciąga czytelnika. Zanim więc skończę ten tekst, jakiś przyciągający tytuł wymyślę.

Wczorajszy dzień minął całkiem spokojnie. Pewnie wszystko przez tabletkę nasenną, którą łyknęłam. Nie śniły mi się koszmary. Nie budziłam się w nocy.

Spacer z psem nie przyniósł nic ciekawego. Pijaczki tzw. „ławkowicze” regularnie spotykają się pod drzewem albo w okolicach śmietnika. Omijam ich w odległości co najmniej 200 metrów. Tacy to nawet nie zauważą, że mają objawy wirusa. Do piwnicy już nie przychodzą. I bardzo dobrze. Tyle tylko, że ludzi jakby ciut więcej na ulicach. Częściej musiałam zmieniać trasę spaceru, co nie podobało się mojej suni.

W wyniku braku tematów godnych klikania w klawiaturę, zaapelowałam do znajomych, by takowe mi dostarczyli.

Koleżanka zaproponowała, by napisać o rodzicach, którzy teraz muszą zająć się swoimi dziećmi i są z tego powodu wkurzeni. Nic z tego. Nie mam dowodów. W sieci są tylko memy na ten temat, a wypowiedzi wkurzonych starych nie ma. Czyli tematu nie ma.

I nagle temat się pojawił. Dostałam donos od ekipy dziennikarskiej. Oczywiście tajny. Bez możliwości podania danych. Dobra, będziemy używać terminy „telewizja”.

Jest tak:

Wszyscy pochylają głowy nad pracą służb medycznych, sprzedawców, listonoszy, transportowców. Nikt jeszcze nie pochylił głowy nad ekipami dziennikarskimi, które walkę z wirusem nam pokazują. Mój informator myślał, że pracuje w środowisku bezpiecznym. Kręcił się wśród naczelnych władz. Co jak co, kto jak kto, ale władza w czas kryzysu bezpieczna być powinna. Bez względu na opcję polityczną.
Okazało się, że nie. Wiadomy minister okazał się być pod wpływem wirusa. „Wszyscy dostali sraczki” - usłyszałam. Oczywiście rządzący i ich okolice od razu poddali się testom. A ekipy telewizji?
Oczywiście, że nie. Zupełnie nieważne, że na co dzień stykali się z władzą, podsuwali jej mikrofony i kamery pod nos, żeby naród się dowiedział. Testy im się nie należą. Nie było wyjścia. Do tej pory ekipy różnych telewizji pomagały sobie. Teraz postanowiły nie stykać się ze sobą. 
Już wyjaśniam, na czym to ma polegać.

Informator przysłał mi zdjęcie spod jakiegoś ministerstwa z zagadką: „Poszukaj ekip”. Przeniosłam zdjęcie do kompa. Zaczęłam powiększać. Poczułam się jak bohater niedawno oglądanego przez mnie filmu Antonioniego „Powiększenie”. Znalazłam tylko jedno stanowisko reporterskie. Poddałam się. Informator podesłał to samo zdjęcie z czerwonymi kółkami i nazwami stojących telewizji. Cztery były w znaczącej odległości od siebie. Jak się jakaś telewizja zarazi, to przynajmniej nie zarazi innej. I jakiś przekaz do narodu będzie.

Podobnie ze służbą zdrowia. Znajomy, po uzyskaniu informacji, że lekarz ma wirusa i na pogotowiu jest kwarantanna, zadał w sieci pytanie: „Kiedy wreszcie służba zdrowia się zbuntuje i zacznie chociaż sobie robić testy! Bez zgody PiS!” - zakończył politycznie. No właśnie, kiedy? Za PRL-u, w czasie wrocławskiej epidemii ospy, szczepiono najpierw personel medyczny....

Po południu koleżanka dała znać, że pracuje normalnie w biurze, bo jej szef uznał, że nie ma takiego zagrożenia, by nie pracować. 

Druga poinformowała, że jej mąż składa w Niemczech domki letniskowe i nie może wrócić. Nie dlatego, że granice zapchane. Po prostu jego firma podpisała kontrakt na te domki i jeśli ich nie złożą, kontrakt zostanie zerwany. Niemcy nie tylko nie wypłacą nawet części wynagrodzenia, ale również zażądają forsy za zerwanie kontraktu. Nie ma wyjścia. Trzeba składać.

Wieczorem przyjechał syn. Przywiózł zakupy i pyszną drożdżówkę od synowej. Rozmawialiśmy w bezpiecznej odległości na podwórku. Żeby kontaktu nie było. Uściski między nami przenosił pies. 
Jak zatem to będzie dalej? Ludzie przebywający bezpośrednio przy chorych testów nie robią. Inni ludzie normalnie pracują. A my - matka i syn – stoimy w odległości od siebie, żeby się nie zarazić?

A teraz wybaczcie, co napiszę.....

W obliczu tego wszystkiego wiadomość o śmierci Emila Karewicza, słynnego Brunnera, wydała się być najspokojniejszą informacją dnia.... Sympatycznie kojarzący się wszystkim człowiek umiera śmiercią naturalną w wieku 97 lat... Może więc świat jeszcze nie zwariował....
Film na dziś? Jest tylko jeden....



środa, 18 marca 2020

Narodowa kwarantanna VI – Nuda


                 film na dziś "Potop"

Wczorajszy dzień rozpoczęłam od przeliczania dawki leku dla swojej suni. Normalna procedura po ataku padaczki. Tabletka, którą posiadam to 100 mg, jej średnica – 1cm. Ten centymetr kroiłam do tej pory na osiem części, bo pies przyjmował 2x12,5 mg, dziennie – 25 mg. Teraz trzeba zwiększyć dawkę o połowę.
Jako, że jestem specjalistką od nauk humanistycznych i na bank mam dyskalkulię, przeliczenie było dla mnie matematyką większą.
No nie, bardziej się tej tabletki nie da pokroić. Trzeba zmienić sposób dawkowania. Na noc – 25 mg, czyli jedna czwarta tabletki, a na dzień – 12,5 mg czyli owa jedna ósma. Krojenia będzie mnie. Wiem, że najlepiej gdyby były takie dawki bez potrzeby krojenia, ale przez ostatnie pół roku mój, to znaczy Kulki, lekarz nie mógł ich w hurtowni namierzyć. Wypisywał zatem receptę, a ja kupowałam luminal w normalnej aptece. Mam co prawda kilka listków z dawką odpowiednią, ale trzymam je na czas okoliczności niesprzyjających krojeniu. Tak podróż na przykład. Taki pobyt na działce na przykład. Teraz można kroić 1 cm na kilka części.
I co was obchodzi moje krojenie? Pewnie, że nic. Ale dzień szósty minął …. nudnie. No nic się nie działo.

Dwie prawie godzinne rozmowy z koleżankami dotyczyły co prawda epidemii, ale polegały głównie na powtarzaniu: „ …. no, u mnie tak samo.... oczywiście, że tak jest.... jak najbardziej prawidłowe działania.....” Każda z nas siedzi w domu i ogląda świat z okna, sieci i telewizji. Ja ponoć mam najlepiej, bo wychodzę z psem.

I co robić w ten nudny czas?

Przejrzałam światową mapę koronawirusa... Jak, do przysłowiowej chol.... dostał się on do z Chin do Włoch.... Dlaczego nie zamieszkał najpierw w takiej Rosji. Mongolii czy Kazachstanie? Tam miał bliżej.... Tworzyć kolejne teorie spiskowe?

Synowa przysłała kolejne filmiki z wnusiem. Rety, on już chodzi! Nie widziałam maleństwa przez miesiąc.... najpierw trzytygodniowy urlop na Rodzinnej Ziemi, teraz przymusowe oddalenie z powodu wirusa.... Chol.... uciekną mi dwa miesiące z jego życia.... Jasne, że po tym czasie zapomni jak babcia wygląda.... Smutno mi się zrobiło.

Tych, co siedzą w domu informuję, że krzewy pod moim oknem puszczają zielone pąki. Wiosna idzie.

Tych, co wychodzą z psami proszę o sprzątanie gówna! Zauważyłam, że jest go coraz więcej. I są to gówna duże! Na pewno nie po yorkach! Rozumiem, że chcecie jak najszybciej wyprowadzić psa i zamknąć się w domu, ale to nie oznacza, że trawnik ma być pokryty odchodami!

Tych, co usychają w domach z nudów, informuję, że mój kolega z powodu zamknięcia biblioteki zaczął na nowo czytać Sienkiewicza, bo tylko to ma w domu. Można? Można! Z tego powodu obejrzałam pierwszą część "Potopu". A jak! Można ponownie przebrnąć przez prawie trzy godziny walki, chwały, miłości i  pięknych koni? Można!

A teraz coś pozytywnego, zwłaszcza dla mieszkańców Podlasie... - wczoraj niestety, twierdza padła. Jest pierwszy stwierdzony przypadek wirusa...

Oto w Warszawie jest taki fajny młody muzyk który zapatrzył się na filmiki z Włoch i postanowił zaszczepić na polski grunt muzyczną imprezę na balkonie. Michał miał latem koncert w Łomży. Jako, że nie jestem specem od muzyki, bardziej zwróciłam uwagę na jego starania o przebieg koncertu, przygotowania i …. skromność. Oby taki pozostał. Posłuchajcie, obejrzyjcie.




wtorek, 17 marca 2020

Narodowa kwarantanna V – Teorie spiskowe


17 marca 2020
film na dziś "Imperium słońca"

Wiem, że wczorajszy felieton był kiepski. Nudy były. Ale... obyśmy takie nudy do końca epidemii mieli.

Jak już wspomniałam, wczoraj podczas porannego siusiania mojej suni na podwórku, usłyszałam klaksony dochodzące spod łomżyńskiego szpitala. Trwał protest mieszkańców przeciwko przekształcenia go w jednoimienny zakaźny. W sieci zobaczyłam grupę ludzi z transparentami i jeżdżące nieustannie auta.
Przerazili mnie .... roznoszenie wirusa jak na dłoni. „Ale oni walczą o twój szpital! O twoje bezpieczeństwo!” - ryknęła mi przez telefon koleżanka, gdy powiedziałam jej o obawach. No dobra, przyjmuję do wiadomości.

Prawie pewność, że szpital zakaźny nie powinien być w Łomży, uzyskałam po wypowiedzi prof. Robert Flisiaka, prezesa Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych. Facet przyznał się, że ręce załamał, kiedy dowiedział się, że w szpital będzie zakaźnym.

Tu po prostu nie ma warunków.

Nie ma. Cztery lata temu leżałam na wewnętrznym. Pokoik nie powiem, trzyosobowy. Ale sracz na oddziale tylko jeden. Znaczy się dwa, ale w większym przechowywano umarłych... bo to wewnętrzny przecież.... Brrr.... do dziś pamiętam ten dreszcz przerażenia.

Zatem w porządku, jeśli fachowiec mówi, że warunków nie ma to znaczy nie ma.

Po tradycyjnym powrocie ze spaceru z pieskiem ( w okolicach szpitala – było już cicho) zabrałam się za szukanie teorii spiskowych. I znalazłam!

W 2015 Bill Gates powiedział: „Jeśli coś zabije 10 mln ludzi w ciągu najbliższych dekad, najprawdopodobniej będzie to wysoce zakaźny wirus, a nie wojna. Nie pociski, a mikroby. Częściową przyczyną są ogromne inwestycje w nuklearne straszaki przy znikomych nakładach na powstrzymanie epidemii. Nie jesteśmy gotowi na kolejną epidemię.”

W 2012 słynny wówczas polski dziennikarz Max Kolonko nagrał informację o raporcie krajowej rady wywiadu lądującym na biurku każdego nowego prezydenta USA. Co ja wam zresztą będę opisywała... posłuchajcie sami... zwłaszcza od 3 min. 50 sek.


Niestety, na nic teorie spiskowe... musiałam wczoraj wyjść do ludzi. To, że ja mogę paść na koronawirusa, nie oznacza, że pies musi paść od kleszczy. Oczywiście mogłam poprosić syna, żeby załatwił co trzeba. Ale lepiej, żebym ja padła niż on. Ja swoje dzieci już wychowałam. On wychowuje. Założyłam więc rękawiczki od mycia naczyń i ruszyłam.

Stanęłam twarzą w twarz z weterynarzem. Niestety. Potem minęłam sąsiadkę w sklepie. Niestety. Musiałam tam zajść, bo skończyło mi się mleko i kawa. Spojrzałam w oczy sklepowej. Blisko. Niestety. Przed sąsiednią klatką schodową spotkałam sąsiada wnoszącego …. płyty kartonowo-gipsowe. „Będzie 
remoncik?” - zagadnęłam z bezpiecznej odległości. „Jasne! Trzeba ten czas wykorzystać!”.

Uświadomiłam sobie, że to będzie trzeci remoncik w bloku.

Weszłam do domu, wymyłam ręce. Rety, świat żyje normalnie. Ludzi na pewno mniej, ale są tacy, co pracują, przebywają ze sobą, chodzą do sklepów... Nie wiedziałam, czy z tego powodu być zadowoloną, czy przerażoną emerytką z chorobami współistniejącymi.

Spojrzałam na półkę z filmami.
Dobrze, niech będzie następny z kolekcji „Wybitne filmy XX wieku” - „Imperium słońca” Spielberga. Co prawda z Japończykami, a nie z Chińczykami, ale też skośnookie.

W nocy znowu nie mogłam spać. Wydawało mi się, że mam wszystkie objawy wirusa. Nad ranem moja sunia dostała ataku padaczki. Pierwszego od trzech lat. Jak dobrze, że oprócz kropelek przeciwko kleszczom, kupiłam u weterynarza zapas tabletek uspakajających....

poniedziałek, 16 marca 2020

Narodowa kwarantanna – czwarty dzień minął...


Film na dziś - "Hobbit - niezwykła podróż"

Dopiero czwarty? Dziś jest piąty? Rety, myślałam, że to dziesiąty... czyżby dopadał mnie kryzys?
Dobrze, najważniejsze, że żyję.

Wczorajszy dzień zaczął się od kawy i zakończenia książki Olgi Tokarczuk „Dom dzienny, dom nocny”. W sumie fajna. Znajome dolnośląskie nazwy miast i miasteczek, swojskie słowa w stylu „poniemieckie” i historie, które doskonale rozumiem... wszak jestem wałbrzyszanką, a Nowa Ruda i Kłodzko (po niemiecku Glatz) są mi znane.
Słowem, Olga wiernie oddała klimat moich rodzinnych ziem.

Potem zerknęłam w internet, żeby zobaczyć co na świecie.

Przeżyłam rozczarowanie. Pozytywne. Byłam pewna, że sieć pełna będzie fotek i relacji z kościołów. Ludzie będą wrzucać wieści o niesfornym narodzie udającym się tłumnie do świątyń. Proboszcze (proboszczowie) będą mówić i pisać o kościele jako szpitalu polowym, a biskupi namawiać do zbiorowych modłów o zniknięcie wirusa.
Tymczasem nic takiego się nie działo. Naród posłuchał i zbiorowo nie chciał się modlić. Msze były w telewizji i w internecie.

I bardzo dobrze. Nareszcie zauważono, że Bóg jest wszędzie.

Na nic więc się zdała moja propozycja filmowo-książkowa, czyli „Imię róży”....

Postanowiłam jednak trwać nadal w klasyce. Włączyłam „Na wschód od Edenu”- 1955, a potem „Powiększenie” - 1966.
Sorry kochani.... nie jestem w stanie przekonać się do filmów pierwszego typu, zwłaszcza amerykańskich. O amerykańskiej literaturze też nie wspomnę. Nie dociera do mnie „Moby Dick”, Steinbeck ani Faulkner. Jedynie Hemingway podbił moje serce.
"Powiększenie" przed wielu, wielu laty wzbudziło moje ogromne zainteresowanie. Dziś.... niestety.... jakoś mnie nie porwało. Może to nie czas na filozoficzne dzieła o roli sztuki w życiu człowieka? 
Wieczorem z przyjemnością obejrzałam „Hobbita – niezwykła podróż”. Trochę odpoczynku po wzniosłych dziełach się należy. Zwłaszcza, że wczoraj nawiązałam kontakt z innymi ludźmi. 

Oczywiście, że telefoniczny.

Pierwsza koleżanka była w optymistycznym nastroju. Powiedziała, że nie ma się czym przejmować, bo będzie jeszcze gorzej. Ona od kilku lat ma domową kwarantannę, bo opiekuje się chorą, leżącą mamą.

Druga była przerażona. Po pierwsze pracuje w sklepie, do którego przychodzą różni ludzie. Niektórzy kaszlą, niektórzy pociągają nosem, niektórzy roztaczają wizje apokaliptyczne głośno i długo mówiąc. A nie zdają sobie sprawy, że przez takie gadanie kropelki wirusa też mogą się przemieszczać. Bierz człowieku te pięć bochenków chleba i milcz w sklepie! Po drugie koleżanka ma widok  z domu na dyskont. Każdego ranka trwa tam walka o koszyki, a każdego wieczora przyjeżdżają auta z nową dostawą. Dziki tłum nadal wykupuje, nie licząc się z faktem, że w tłumie o wirusa łatwiej.

Najbardziej zaskoczyła mnie córka. Oznajmiła, że wirus to broń biologiczna. Ktoś chciał wyeliminować Chińczyków, ale nie wziął pod uwagę, że zaraza rozniesie się po całym świecie. Dziwne, specjalistą od teorii spiskowych jest syn....

W każdym razie, nie da się ukryć, mamy wojnę. Taką na miarę XXI wieku. Nie trzeba armat, bomb atomowych i rakiet dalekiego zasięgu, by zlikwidować część ludzkości.

I kiedy wydawało się, że dzień będzie w sumie nudny i niczego nowego nie wnoszący, odezwał się internet i kolejny etap walki o łomżyński szpital.
Wdałam się w pisemną dyskusję z koleżanką, osobą spokojną, logiczną i dobrze ułożoną. Do tej pory. Przekształcenie szpitala w zakaźny sprawiło, że wybuchała emocjami. Negatywnymi oczywiście. Tak jak większość obecnych na portalach mieszkańców Łomży roztaczała apokaliptyczne wizje chorób, na które wymrze miasto, jeśli nie będzie miało szpitala. „A co będzie, jak dostaniesz zawału, karetka na czas nie dojedzie i nie zdążysz do szpitala w innym mieście?” - pytała. Akurat zawał to najmniejszy problem. Mieszkam sama z psem, ten po karetkę nie zadzwoni. I obojętne mi, czy najbliższa kardiologia będzie w Zambrowie, Ostrołęce czy Nowym Jorku.... na nic mi się nie zda.
To miał być oczywiście żart w postaci czarnego humoru. Koleżanka nie załapała. Skończyłam rozmowę.

Długo nie mogłam zasnąć....

Dziś rano wyprowadzając psa, usłyszałam klaksony. Pod szpitalem trwał protest mieszkańców.... 

Ale o tym poczytacie i posłuchacie dziś w mediach ogólnopolskich....


niedziela, 15 marca 2020

Narodowa kwarantanna – trzeci dzień minął....


film i książka na dziś "Przeminęło z wiatrem"

Na początek podziękowania dla czytelnika, który uświadomił mi, że wirus nie umiera w temperaturze 26 stopni, bo człowiek ma 36 i coś, a wirus w nim żyje. Hura! Ludzie mnie czytają!

Żyję. Chociaż rano myślałam, że już krucho ze mną.
Obudziłam się z katarem, bólem głowy i chrypką. No jest, no to już koniec.
Zanim jednak umarłam na zawał, przypomniałam sobie poprzedni wieczór i nocne zakupy. Po powrocie do domu, spanikowana łyknęłam tabletkę nasenną. 
Rano uświadomiłam sobie, że zapomniałam łyknąć wieczornej porcji lekarstw z tym na alergię na czele. W moim podzielniku na leki, przegródka „piątek wieczór” była pełna. Ulga. Łyknęłam co trzeba i po pewnym czasie objawy zniknęły.

Przez okno zauważyłam znacznie większą ilość ludzi kręcących się pod blokiem, czyli tak z pięć osób. (Zwykle dostrzegałam jedną, zatem wzrost o 500%.) Wiadomo, sobota, a na dole sklepy.

Zaniepokoiło mnie jednak co innego. Pod drzewami stała grupa, też pięciu albo czterech, „ławkowiczów” ( od słynnej ławeczki z „Rancza”). Prowadzili ożywiony dialog. Wywnioskowałam to z mowy ciała, chaotycznej i nerwowej. Coś się szykuje.
Gdy ok. 13.00 wyprowadzałam psa, poczułam na korytarzu znajoma woń przetrawionego alkoholu. Z piwnicy rozlegały się głosy.

No nie!

Mój sąsiad dawno temu urządził sobie w swojej części piwnicy pub. Nie było siły, żeby towarzystwo rozgonić i przybytek uciech procentowych zlikwidować. W końcu każdy może sobie z kumplami we własnej piwnicy siedzieć.
Lokatorzy odpuścili zatem walkę o trzeźwość w suterynie.

Ale teraz, w obliczu epidemii, w czasach panowania koronawirusa urządzać imprezy w miejscu ogólnodostępnym? Nie daruję. Jak wrócę z psem nastraszę, że jak złapię wirusa lub będę na kwarantannie, to całe towarzystwo wskażę jako mój kontakt. Niech ich zamkną! Szpital zakaźny blisko!

„Ławkowiczów” już nie było. Rozeszli się. Na wszelki wypadek znalazłam numer do dzielnicowego. Następnym razem zadzwonię.

A teraz szpital.... No właśnie.... Nie da się ukryć, jedyny szpital w mieście, 400 metrów ode mnie, przekształcony zostaje w szpital zakaźny.

Na stronach związanych z miastem wrzask, krzyk, przerażenie i wizje apokaliptyczne. Gdzie mają rodzić kobiety? Gdzie udać się z zawałem? Co ze złamaną nogą?

W sumie nie wiem dlaczego akurat ten szpital wybrano na jedyny w województwie, w którym do tej pory ( 15 marca godzina 11.00) nie ma wirusa, szpital zakaźny. Kto wybrał? Jak wybrał? W każdym razie rozpoczęła się ewakuacja pacjentów i nikt nie miał nic do gadania.
Znam kilka osób, które w kwietniu miały mieć zabiegi chirurgiczne. Na pewno są wściekłe. Też bym była w stanie wpienienia całkowitego.
Gdy dostanę udaru, moja rodzina pewnie pozwie decydentów za brak szybkiej i fachowej pomocy medycznej. Ale gdyby tak dopadł mnie wirus....

Cztery lata temu leżałam w tym szpitalu. Kiedy robiło mi się smutno, wyglądałam przez okno. Widziałam kawałek swego bloku.... Robiło się od razu przyjemniej na duszy....
Myśląc o przeżywających horror ewakuowanych pacjentach, wnerwionych ludzi z odroczoną operacją i wystraszonych nosicieli koronawirusa, przypomniałam sobie „Przeminęło z wiatrem”.
Oto Melania Wilkes zaczyna rodzić. Wokół wojna, Atlanta otoczona przez wojska Północy, walczy. Scarlett idzie szukać lekarza, by pomógł rodzącej. Nic z tego. Lekarz wskazuje umierających na ulicach i mówi, że w obliczu takiej śmierci, nikt teraz nie ma czasu dla rodzącej. Odebrać dziecko to nic trudnego... Scarlett wraca do domu i wraz z nierozgarniętą murzyńską służącą odbiera poród...

To się nazywa konieczność wyboru. Zawsze ktoś jest pokrzywdzony.

I gdy prowadziłam sama ze sobą trudną debatę filozoficzną, odezwał się internet.

Oto jeden z radnych zaproponował, żeby stanąć przed szpitalem i zablokować drzwi, bo jakaś władza zamyka jedyny szpital na potrzeby Szpitala Zakaźnego. „Zapraszam wszystkich” - zaapelował.

Włos zjeżył mi się na głowie.

Oczywiście, że odpaliłam pisemnie na taką odezwę. Iść w tłum w celu złapania wirusa! Można i tak. Wtedy szpital obsadzimy własnymi ludźmi i obcych nie przywiozą.
Reakcja radnego była natychmiastowa.
„Dziwię się, że nauczyciel taki jak Pani dawnej szkoły powinien być za takim podejściem do działania. Podczas Powstania Warszawskiego nikt nie pytał tych młodych 9 czy 15 letnich dzieci czy mają w sercu ojczyznę. W tym przypadku to jest troska o Nasze Miasto, bowiem większe zagrożenie jest w tym miejscu, gdzie jest skupisko budynków wielorodzinnych i pozbawiono Nas jedynego szpitala.”.
Zaproponowałam, żeby tak powołać się na krucjatę z 1212 roku.
Dziś już wiadomego postu w sieci nie znalazłam. A świat jaki do tej pory znaliśmy, chyba rzeczywiście przemija z wiatrem...








sobota, 14 marca 2020

Narodowa kwarantanna – drugi dzień minął....


film na dziś "Nieustraszeni pogromcy wampirów"

Żyję. Nerwowo było.

Ranek przywitał mnie słońcem. Gdzieś wyczytałam, że wiadomy wirus ginie w temperaturze plus 26, a na zabudowanym balkonie miałam 36 stopni. Iść na balkon, niech wyparzy coś, jeśli jest? Zanim jednak wyprowadziłam psa na szybkie poranne siusianie, zaparzyłam kawę – zachmurzyło się.
Postanowiłam jednak balkon wysprzątać. Oczywiście, że nie teraz, nie zaraz. Mam przecież dużo czasu na kwarantannie.

Tradycyjnie wlazłam więc ponownie do łóżka z kawą i książką. Ambitną. „Dom dzienny, dom nocny” Olgi Tokarczuk. Takie przedłużenie mego pobytu na Dolnym Śląsku. W książce dużo znajomych nazw z moim ukochanym Wałbrzychem na czele.

Ok. 13.00 tradycyjnie wyszłam z Kulką na dłuższy spacer. Trochę wiało. Szłyśmy opustoszałymi ulicami mijając w przepisowej odległości inne psy.

Na jednym z placów zabaw siedziało trzech małolatów płci męskiej. Ukradkiem pili piwo i komentowali świat zastany: „K... ale nudy. No, k.... i co tu robić. No, k...” itd. itp. 
Tym razem zwróciłam uwagę, iż na osiedlowych parkingach stoi dużo samochodów. Normalnie o tej porze są puste. Słowem, naród się dostosował. Ludzie siedzą w domach i pilnują dzieci. Spotkałam znajomą idącą do pracy. Z przepisowej odległości wymieniłyśmy kilka uwag na temat małolatów z piwem. „Powiedziałam mojemu (synowi), że jak wyjdzie z domu to mu nogi z d... powyrywam. Ma siedzieć przy komputerze i koniec!”.

O, ukochany komputerze! O cudowny internecie! Jak dobrze, że jesteście!

Po powrocie przypomniałam sobie, że w czasie zarazy trzeba się odpowiednio odżywiać. I zupełnie nie wiem dlaczego skojarzyło mi się to z morskimi wyprawami Kolumba i kiszoną kapustą. No nie, akurat kapusty to mój organizm nie toleruje. Wzdęcia mam. I inne rzeczy też. Ugotowałam pomidorówkę. Przy okazji przejrzałam tzw. zapasy. Nie jest źle, miesiąc przeżyję.

Teraz czas na kolejną ucztę intelektualną. Była ambitna książka. Będzie ambitny film - „Kobieta i mężczyzna” francuski film z 1966 roku w reżyserii Claude’a Leloucha. Oglądałam go dwa razy i nie zakumałam za co dostał Oscara.
Po raz trzeci nie zakumałam. 

Sięgnęłam po kolejny filmowy antyk „Nieustraszeni pogromcy wampirów” niemodnego obecnie Romana Polańskiego. Humor mi się poprawił, może również dlatego, że postanowiłam odkazić wnętrze organizmu podwójną wódką z cytryną.

Tymczasem w internecie ogłoszono, że szpital w mojej miejscowości będzie szpitalem zakaźnym, tylko do dyspozycji wirusa, znaczy się ludzi z wirusem. Od razu powstała petycja do ministerstwa i prezydenta, żeby tego miastu nie robić. Szpital nie jest przygotowany. Ma tylko 23 respiratory, w tym kilka dla dzieci i tylko dwóch lekarzy specjalistów. Ktoś nawet napisał, że znowu cały syf trafia do Łomży. Kiedy zwróciłam mu uwagę, że chorzy to nie syf, post zniknął.

Petycję dostałam od wielu osób.

Nie podpisałam.

Uznałam, że to nie fair wobec ewentualnych zarażonych .

Jeśli rzeczywiście szpital nie jest gotowy, to odpowiedni ludzie podejmą odpowiednią decyzję.

I wszystko było fajnie, dopóki nie zadzwoniły rodzone pociechy. Oboje ciężko pracują i rzeczywiście nie mają czasu na śledzenie komunikatów zarazowych. Teraz też źle usłyszały. Córka, że Warszawę zamykają, syn, że to samo czeka „Biedronkę”.
Poinformowałam, że granice zamykają, a sklepy spożywcze mają być otwarte. Co z przemysłowymi? A taki Lidl to nie wiadomo, czy spożywczy, czy przemysłowy. O 21.00 zarządziliśmy rodzinne zakupy. Nerwowe zakupy.

W najbliższym mi dyskoncie nie było maki, kasz, mleka i oczywiście papieru toaletowego. Kupiłam tyle, żeby zapełnić lodówkę na kolejne dwa tygodnie. Jakieś konserwy rybne, jakieś pasztety, jaja i pierogi w promocji. Niestety, w tym punkcie sprzedaży akurat nie było odkażacza wewnętrznego 40%, a przy nerwówce moich dzieci to byłoby najbardziej wskazane.
I kolejne skojarzenie, literackie rzecz jasna - „Dżuma” Camusa - pani Rieux – matka lekarza, przybyła do miasta tuż przed zamknięciem bram, aby opiekować się synem pod nieobecność jego żony. „Była to mała kobieta o włosach przyprószonych srebrem, o oczach czarnych i łagodnych”. Jej spokój i troska napawały doktora nadzieją i dodawy mu sił do dalszej walki z epidemią. Kobieta zaprzyjaźniła się z Tarrou i wraz z synem czuwała przy łożu śmierci przyjaciela.
Zatem muszę zachować spokój, chociaż to ja jestem w grupie najwyższego zagrożenia....

piątek, 13 marca 2020

Narodowa kwarantanna – pierwszy dzień minął...


film na dziś - "Jestem legendą"

Żyję. Ale jakoś mi tak nieciekawie. Chociaż dzień zaczął się całkiem nieźle.

Włączam telewizor – troska o seniora. Rodzicu nie prowadź dziecka do babci. Sąsiedzie, zrób zakupy starszej sąsiadce. Seniorze, zadzwoń, pomożemy.
W sumie tylu słów i chęci udzielenia pomocy osobom 60+ jeszcze w swym życiu nie słyszałam. Dobrze, dostosuję się. Chociaż wnuka żal.... Iść z wizytą czy nie? Co prawda do tej pory to myślałam, że to ja zarazę mogę roznieść. Wszak niedawno wróciłam z innej części Polski. Tymczasem taki internet mówi inaczej.

Posprzątałam mieszkanie. Nawet podłogi wymyłam. Nie dlatego, że ponoć wirus utrzymuje się trzy dni. Brudne były.
Zrobiłam porządek z paprotką, która domagała się zmiany doniczki. Z jednej paprotki zrobiłam dwie. A kwiatek ważny. Ponoć zdrowotny. Znalazłam zeszłoroczny nawóz w płynie. Podlałam geranium, taki drugi zdrowotny kwiatek. Niech zdrowo rośnie.

W południe wyszłam z psem. I bardzo dobrze. Ponoć nie zabrania się samotnych spacerów. Bo samotna byłam. Po terenie osiedlowego terenu rekreacyjnego, w znacznych odległościach od siebie chodzili tacy jak ja – z psami różnej wielkości.

Żadnych dzieci. Żadnych małolatów. Żadnej młodzieży.

Proszę jak się młode pokolenie dostosowało. Siedzi sobie szczęśliwe grzecznie przed laptopami, klika, gra, ogląda. Dzień wcześniej widziałam rozradowane grupy młodych. Cieszyli się z powodu odwołanych zajęć. Gdyby tak mieli prawo do głosowania, już wiadomo by było, kto zostałby prezydentem.

Musiałam jeszcze wpaść do przychodni. Telefonicznie zamówiłam leki, bo moje choroby przewlekłe takowych wymagają. Niestety, receptę musiałam odebrać osobiście. Nie pytałam, dlaczego nie ma e-recepty. Personel medyczny i tak zestresowany, po co im stresu dodawać. Pielęgniarka długo szuka mojej recepty wśród sterty innych.

W aptece kilka osób stoi w dużych odległościach od siebie. Dostosowali się. Wyginają się, ile mogą, by z jak największej odległości podać receptę i odebrać leki. Zwykle uśmiechnięta pani farmaceutka sprawia jednak wrażenie przerażonej. Przy kasie ma płyn odkażający. Często z niego korzysta.

Moja wyprawa trwa ok. 30 minut. Na ulicy w godzinach szczytu spotykam kilka osób. Naród się dostosował. A ja mam skojarzenia....

Kilka lat temu, podczas jesiennego pobytu w Ustce, wybrałam się do miejscowości Rowy, ponoć pięknego i niepowtarzalnego letniego kurortu nad Bałtykiem. Kiedy wysiadłam z autobusu, ogarnęło mnie przerażenie. Potęgowało się wraz z kolejnymi krokami po ulicach.
Miasteczko był wyludnione. To znaczy wyglądało na wyludnione. Mało tego – opuszczanie budynków odbywało się spokojnie. Na parapetach stały jeszcze kwitnące kwiaty, parkingi przed pensjonatami i domami wczasowymi pozamiatane. Na bramach wisiały kłódki lub były zamki szyfrowe. W miejscu, w którym jak podejrzewałam było centrum, wszystkie sklepy, kioski, chyba z pamiątkami, zasunięte roletami. Przy kaplicy wisiała kartka – nabożeństwa niedzielne odbywają się do 15 września. To samo dalej - „Punkt apteczny czynny do 15 września”. Jeden otwarty sklep. Jedna otwarta niby kawiarnia i patrzący na mnie z utęsknieniem człowiek obsługujący klientów. Nikt nie spacerował brzegiem morza.

Istna sceneria horroru.

Przypomniał mi się film „Jestem legendą”, w którym Will Smith spaceruje po wyludnionym Manhattanie....

Gdy zapadnie zmierzch, z budynków wyjdą potwory....

O nie, spieprzam stąd. Szybko w autobus i do Ustki. Tam po sezonie jest normalne życie.

Mój syn w rozmowie telefonicznej skojarzenia z filmem potwierdza. Z Rowami po sezonie nie, bo go tam nie było.

Wieczorem zadzwonił kumpel. Wreszcie przywiózł obiecany kalendarz. Nie, nie będzie wchodził do mieszkania. Biorę psa na smycz, wychodzę przed blok. Stajemy w bezpiecznej odległości. Próbujemy się śmiać z sytuacji. 

„Wiesz, rozmawiałem wczoraj z koleżanką, która wróciła z Włoch. Tam też początkowo się śmiali i mają to, co mają. Ja odwołałem wszystkie spotkania. Zamykam się w domu. Będę pracował zdalnie. Mogę.” - powiedział na pożegnanie.

Powiało grozą.