wtorek, 7 kwietnia 2020

Narodowa kwarantanna XXVI - Cuda i dziwy


                film na dziś "Killer" 

Kiedyś kursował taki dowcip:
  • Dlaczego budynek sejmu jest okrągły?
  • A kto widział cyrk kwadratowy?
Po wczorajszych hecach z głosowaniem posłów w sprawie wyborów prezydenckich, uważam, że ten dowcip uwłacza artystom cyrkowym.
Powiedzenie, że polska polityka zeszła na psy, ubliża psom.

Kto jest temu winien?

My.

Naród.

Tak wybraliśmy.

Tak mamy.

Jak widać.

Jak słychać.

Jak czuć.

I tyle w tym temacie – jak mawiał jeden z bohaterów filmu „Pieniądze to nie wszystko”.

Wczorajszy dzień postanowiłam przeżyć z dala od wirusa. I właściwie wszystko się udało. Nie, nie, włączenie telewizora o określonej godzinie błędem nie było. Człowiek w końcu nie żyje na bezludnej wyspie.

Wczoraj w sieci pojawił się mem z Rumcajsem, takim rozbójnikiem z czeskiej „Dobranocki”, gdyby ktoś nie wiedział. Rumcajs zapytany o ostatnie wydarzenia, odpowiada, że o niczym nie wie, bo cały czas siedział w lesie.
Zaczęłam się właśnie zastanawiać, czy nie uciec od tego wszystkiego na swoją działkę. Prąd jest. Woda jest. Żarcie ktoś przez siatkę przerzuci. Robi się coraz cieplej. Fakt, internetu złapać nie można.... ale wytrzymacie chyba beze mnie...

Tak więc wczoraj wyszłam dwa razy z psem na dłużej niż pół godziny. Mam gdzieś zakazy i nakazy. Terenu rekreacyjnego zwanego skate parkiem nikt taśmą mi nie zamknął. Place zabaw też nie zostały zaplombowane. Pospacerowałam dłużej niż zwykle. Spotkałam znajomą. Kobieta po przejściach ekologicznych chodziła wokół swego bloku. Okrążyła go raz, drugi, trzeci. Niczym na spacerniaku w więzieniu. W jej przypadku ruch jest formą terapii. Fizycznej i psychicznej też.

Obejrzałam trzy polskie komedie. Takie prawdziwe, nie te romantyczne. Znaczy się obejrzałam stare polskie komedie.
Przeczytałam kryminał. Też stary. Podczas czytania rozsypał się i dziś trafi do pojemnika z napisem „Papier”. Akcja egzotyczna była. Ktoś kogoś zabił na morzu, na statku płynącym do jakiegoś portu w Ameryce Południowej. Statek oczywiście był polski, trup też przynależał do tego państwa.

Nawet kisiel sobie ugotowałam. Ostatnie opakowanie. Przy okazji znalazłam dwie zupki typu „Gorący kubek”, otwartą przyprawę do kawy i rozpoczęty barszczyk czerwony w proszku. Termin ważności niby minął, ale wiadomo, że to, co w torebkach to prawie czysta chemia, może więc jeszcze wykorzystam.

Wieczorny spacer poświeciłam medytacjom na temat potrzeb człowieka. Tych materialnych przede wszystkim.

Co tydzień syn przywozi mi zakupy. I wystarczają na tydzień. Niewiele tego. Mógłby więcej, gdybym chciała. Ale jakoś mi się nie chce. Moje obecnie skromne i bardzo proste jedzenie spowodowało, że poziom cukru we krwi mam w normie, a waga trochę się cofnęła. Z konta też ubywa mniej pieniędzy....

Również wczoraj wieczorem uświadomiłam sobie, że wychodząc z psem poza teren bloku codziennie widzę jasną Wenus. Ponad trzydzieści lat mieszkam w tym miejscu, od dziesięciu chodzę tą samą trasą z psem, a dopiero teraz dotarło do mnie, że to Wenus.... taka planeta... zerka na mnie każdego wieczora... I podgląda. Znaczy się permanentna inwigilacja. A co najciekawsze takiej Wenus nie potrzebny mój pesel, by wiedzieć, o której i gdzie chodzę.... 

Cuda i dziwy.

poniedziałek, 6 kwietnia 2020

Narodowa kwarantanna XXV - Mariola



film na dziś „Nietykalni”

Dziś nie będzie ani słowa o małym, wrednym hitlerku.... dziś dla mnie dzień szczególny.... smutny.... dzień refleksji nad przemijaniem, więzi człowieka z człowiekiem, nad sprawami, które w naszym życiu są najważniejsze....

Rok temu po ciężkiej chorobie zmarła moja koleżanka.... Część ludzi wokół mnie nie rozumiała, dlaczego płaczę, dlaczego jestem przygnębiona, dlaczego rzucam wszystko i jadę 600 km na pogrzeb osoby, która przecież rodziną nie była....

Właśnie, rodzina....

Przyjęło się w naszej kulturze, że najważniejsze są więzy krwi, że na rodzinę zawsze można liczyć, że liczy się głównie ona.

Piękne.

Tak być powinno.

Ale nie zawsze jest.

Nie, nie chodzi mi tu o rodziny patologiczne i o przemoc domową. Chodzi o zwykłe relacje między członkami rodziny. Zwłaszcza tymi nieco dalszymi. Często ich po prostu nie ma. I brak wyraźnych powodów ku temu, by nawiązywać więź. Często po prostu.... nie nadajemy na tych samych falach. Nie wyłapujemy w eterze tej samej częstotliwości. Winy nie ma tu niczyjej. Posiadanie tych samych genów nie tworzy wspólnoty.

Tworzy ją coś nieuchwytnego, coś tkwiącego w naszej duszy i sercu. Nie w tym mięśniu, które można wymienić. W sercu opisywanym przez poetów.

Taką rodziną byłą dla mnie Mariola.... rodziną z wyboru.... siostrą z wyboru....

Poznałyśmy się w szkole podstawowej. Potem los rzucił mnie 600 km od rodzinnego miasta. Próbowałam utrzymywać kontakt z dawnymi znajomymi. Początkowo szło nieźle. Pisaliśmy do siebie listy. Ale potem okazało się, że to ja lubię pisać, inni mniej.... A Mariola pisała zawsze. Może nie co tydzień, może znacznie rzadziej, ale pisała....

Spotykałyśmy się najczęściej raz do roku. Nie, nie byłyśmy typowymi psipsiółkami, co to godziny bez siebie przeżyć nie mogą. Dzieliło nas przecież 600 km.

A jednak udało się nam utrzymać znajomość przez 53 lata! 

Przez te lata nazbierało się wiele wspólnych wspomnień.
Kiedyś Mariola przyjechała do mnie ze swoim synem na urlop. Siedząc w oknie obserwowałyśmy nasze dzieci bawiące się w piaskownicy na podwórku. W pewnym momencie dzieciaki zaczęły się okładać łopatkami i sypać piaskiem.
„Interweniujemy?” - zapytałam.
„Nie. Krew się jeszcze nie leje” - odpowiedziała spokojnie.
„Też racja. Zaraz się uspokoją”.
I tak się stało.
Powiadam to dziś młodym mamom jako przykład starego wychowania. Niektóre są oburzone.

Pamiętam wyjazdy z mego miasta. Mariola przyjeżdżała na dworzec Wałbrzych Główny. W dworcowej restauracji wypijałyśmy po kuflu ciemnego piwa. Żegnałyśmy się na peronie. Ja wsiadałam w pociąg relacji Szklarska Poręba - Warszawa Wschodnia, Mariola w autobus linii "3".... Było ok. 22.00.... 

Mariola byłą chyba jedyną osobą w Wałbrzychu, która nie będąc na żadnym meczu koszykówki, znała wszystkich koszykarzy, przebieg meczów i historię tej dyscypliny sportu w moim mieście. Opowiadałam, a ona - słuchała.

Kiedy wspólnie zorganizowałyśmy spotkanie klasowe 35 lat po ukończeniu podstawówki, nasi koledzy byli zdziwieni, że udało się nam utrzymać więź przez te lata, mimo dzielących nas kilometrów.

Po śmierci Marioli składali mi kondolencje. Wiedzieli, że odeszła osoba mi bardzo droga, z którą łączyła mnie więź większa niż wspólne geny.

O tym, kim byli dla nas konkretni ludzie, dowiadujemy się, kiedy odchodzą.

W tym roku odwiedziłam cmentarz. Położyłam kwiaty. Zapaliłam znicz. I płakałam. Tak samo jak rok temu.

Moja żałoba jeszcze trwa.





niedziela, 5 kwietnia 2020

Narodowa kwarantanna XXIV – 5G w 3D


film na dziś "Ja, robot"

Chyba zaczynam się już przyzwyczajać do tego tajnego stanu wyjątkowego. Poprzedni tydzień minął mi wyjątkowo szybko. Wczoraj była sobota. Syn ponownie przywiózł zakupy. Po raz pierwszy za oknem usłyszałam głos z megafonu nakazujący mi siedzenie w domu.

I słyszę ptaki! Ludzie! Na blokowisku słyszę świergot ptaków! 
Prawie przez cały dzień! Taka cisza. Nie trzeba jechać do lasu. Tym bardziej, ze teraz nie można...

Długo zastanawiałam się, skąd pomysł, żeby zakazać człowiekowi kontaktu z przyrodą. W sieci pojawiło się wiele domysłów. 
Drzewa zarażają. 
Zwierzęta mają wściekliznę. 
Myśliwi muszą polować. Wzorem króla Jagiełły oczywiście. Ów ongiś, przed wojną z Krzyżakami, zarządził wielkie polowanie i kazał solone mięso w beczkach przechowywać. Wszak źródłem tej informacji jest nikt inny jak nasz Henryk Sienkiewicz, pierwszy polski pisarz komercyjny.

Ok, przestaję, bo się rozpiszę na temat historii literatury, a nie o tym jest mój blog. Ten przynajmniej.

Podczas wieczornego spaceru, rozmyślań i medytacji doszłam do słusznego dla siebie wniosku. Otóż zakaz wstępu do lasu wymyślili politycy. A kiedy oni po raz ostatni las widzieli? Siedzą w swych gabinetach, limuzynach, sejmach. Debatują nad wyborami, jak je tu sknocić, albo  zlikwidować w ogóle, że świata poza sobą nie widzą. 

Oczywiście drzewa i krzewy czasami oglądają. W takiej telewizji na przykład. Lub idą do parku w Łazienkach, warszawskich oczywiście, i kilka drzew liściasto-iglastych biorą za las.
Rzeczywiście, w parkach oraz laskach drzewnianych przy wielkich aglomeracjach typu Warszawa, Wrocław ludziska nagminnie się spotykali. A gdzie mieli jechać, jak najbliższy, prawdziwy las hen, hen daleko, na takim Podlasiu na przykład.

Kiedyś byłam w niedzielę w Kampinowskim Parku Narodowym. Rety, rzeczywiście, ludzi jak mrówków. Wszyscy spacerują wytyczonymi ścieżkami. Człek ociera się o człeka. Miałam wrażenie, że zwaliła się tu cała stolica.

I zatem nic dziwnego, ze politycy zamknęli owe pseudo lasy.

Prawdziwy las wygląda zupełnie inaczej. Mam go tuż przy swojej działce, do której dojeżdża się piaszczystą drogą. Nie ma w nim wytyczonych przez człowieka ścieżek. Trzeba się przedzierać między krzewami, młodymi drzewami i połamanymi z przyczyn naturalnych drzewami. Do prawdziwego lasu nie wejdziesz człowieku w klapakach i krótkich spodenkach. Do prawdziwego lasu nie wiedziesz autem, bo drzewa ci nie pozwolą.

Ale oczywiście politycy o takim lesie zapomnieli....

I druga sprawa na dziś. W sieci coraz więcej teorii spiskowych. O tym, że wszystkie telewizje nas oszukują, wiemy nie od dziś. Od PRL-u wiemy. O tym, że najchętniej „kupujemy” wieści straszne i przerażające też wiemy nie od dziś. Moje felietony o pozytywnych zjawiskach mają znacznie mniejszą poczytność niż te, o rzeczach okropnych.
Jeśli chodzi o teorie oparte na danych statystycznych, to każdy może wymyślić swoje.

Wczoraj natomiast pojawiło się kilka mówiących o tym, że za sprawą małego, wrednego hitlerka kryje się jakaś grubsza afera. I tu znowu nastąpiło wymienianie szeregu spraw. Mnie najbardziej zaciekawiła jedna.

5G.

Wprowadzenie 5G.

Co to do cholery jest 5G?

Wrzuciłam w wyszukiwarkę.
„Standard przesyłania danych w sieci komórkowej o zwiększonych parametrach wydajnościowych”.

Czyli co?

Przepływność, przepustowość, latencja.....

Wszystko było tak mądre, że nie zrozumiałam niczego.

Czyżby wprowadzenie sztucznej inteligencji? To chyba już wiemy jaki film dziś oglądać!

sobota, 4 kwietnia 2020

Narodowa kwarantanna XXIII - Zaświeciło słoneczko....


film na dziś "Seksmisja" 

Wczoraj jedna z znajomych na wiadomym portalu napisała, że już jej się nie chce uczestniczyć w narodowym jęczeniu. Przesłała pozdrowienia i zniknęła. I tak mi przemknęło przez myśl, że chyba ma rację.

Obecnie wszyscy jęczymy. Nad wiadomym małym, wrednym hitlerkiem jęczymy, bo zabija ludzi i gospodarkę. 
Nad wspomnieniami z dzieciństwa też jęczymy, bo minęło. 
Mój znajmy jęczy, bo ktoś mu w bok auta wjechał i trzeba bok klepać. 
Ktoś jęczy, bo mu bibliotekę zamknęli. 
Nad wyborami jęczymy. „Wuc” wyborów chce. Ludzie z intenetu nie. 
Wszyscy jęczą.

Jedynie lasy nie jęczą, bo wprowadzono zakaz poruszania się po nich istotom na dwóch nogach. Mówię wam, to robota „zielonych”!

Na pewno nie jęczy Michał Sołtan. Konsekwentnie o 17.00 wychodzi na swój balkon. Gra i śpiewa. I chwała mu za to.

Nie jęczał też pewien pan, który w swym wykładzie próbował przekonać mnie, że wirus nakręcony jest medialnie. Może bym i uwierzyła, gdyby nie rzekł, że sepsę leczy się wlewami z witaminy C. Po takim twierdzeniu uznałam, że jego, przydługie wystąpienie, jest po prostu kolejną teorią spiskową.
O tym, jak to z wirusem było, dowiemy się po latach....

Zaczęłam szukać pozytywnych zjawisk wokół siebie.

Są, rety, są!

Na początku narodowej kwarantanny ugotowałam gar zupy fasolowej. Dwie fasolki uratowałam. „Posadziłam” je na gazie na słoiku z wodą. Takie przypomnienie z lat szkolnych. Moje pokolenie miało fasolkę w na gazie posadzić i każdego dnia opisywał zachodzące w niej zmiany. Taka praca domowa. Dziś, jak za starych czasów, fasolka pięknie rośnie.

Słońca coraz więcej i moje „świetliki” na baterie słoneczne wyłapują go też coraz więcej. Dłużej świecą.

Kwiatek doniczkowy zwany „grudnikiem” nadal stoi na stole i kwitnie. Do Wielkanocy dotrzyma. Jakiej Wielkanocy? Przecież przeniesiona na wrzesień! Hi hi ha ha! Od razu człek wpada w dobry humor jak sobie uświadomi pewne bezsensowne wypowiedzi.

Wieczorem miałam do wyboru dwa filmy, albo klasyk z serii Marvela, albo klasyk polski. Wybrałam „Seksmisję”. Nie ma to jak na świętą noc usłyszeć, że Kopernik była kobietą. Jako była feministka uwielbiam również słowa „Kobieta mnie bije!”. No i oczywiście nieśmiertelne twierdzenie o wywiadach i wizytach w zakładach pracy połączone z okrzykiem „Nas!? Bohaterów!? Prądem?!”.
Oj, udał się Machulskiemu film, oj udał.

Prawdziwe słoneczko zaświeciło mi wczoraj w porze poobiedniej.
Ktoś zadzwonił domofonem. Szok. Po prostu szok. Nikt mnie nie uprzedzał, że przyjdzie. Chciałam ryknąć „Czego!?”, myśląc, że to znajomi sąsiada z „ławeczki”, którzy często pod wpływem procentów wybierają zły przycisk.
Jednak wrodzona i nabyta kultura kazała mi rzec normalnie, jak do telefonu:
„Słucham”.
Po drugiej stronie rozległ się ciepły, młody głos:
„ Roznosimy maseczki dla seniorów. Mamy jedną dla pani i chcemy ją wrzucić do skrzynki”.
O.... przypomniałam sobie, ze rzeczywiście.... ktoś obiecał, iż osoby posiadające Miejską Kartę Seniora takowe od „miasta” dostaną....
Kiedy głos opuścił klatkę schodową, szybko pobiegłam do skrzynki na listy. Maseczka była. Wraz z informacją jak jej używać, jak prać, a właściwie wygotowywać. Dołączono również list do seniorów, z którego dowiedziałam się, że maseczki uszło Stowarzyszenie Motocyklistów Łomżyńskich Wild Dogs. Po drugiej stronie znajdowały się informacje co powinien senior robić w czasie kwarantanny, a co nie.
I było kolejna rzecz niesłychanie ważna – lista dostępnych poradni specjalistycznych, które funkcjonowały w łomżyńskim szpitalu. W momencie przemianowania go w szpital zakaźny przestały normalnie funkcjonować. My seniorzy dostaliśmy do ręki spis owych poradni w najbliższej okolicy. Parę łomżyńskich adresów też się tam znalazło.

Czy maseczka i lista specjalistów seniora uratuje? Nie wiem. Ale życie choć na moment stało się przyjemniejsze.


piątek, 3 kwietnia 2020

Narodowa kwarantanna XXII – Nie nasz świat


film na dziś "Pokot"


Miałam dzień kryzysowy. Pojawił się po raz trzeci od czasu ogłoszenia narodowej kwarantanny. W sumie źle nie jest.
Wczoraj jednak ostro powiało u mnie pesymizmem, skoro z uporem maniaka szukałam na wszystkich kanałach telewizyjnych czegoś optymistycznego. Znalazłam „Mój nowy dom”, program, w którym sponsorzy remontują mieszkania ludziom tego potrzebującym. Wszystko oczywiście pod okiem kamery, by potem pochwalić się na szklanym ekranie. I dobrze, niech się chwalą jak czynią dobrze. Nawet w formie reklamy.

W związku z oglądaniem na wieczorny spacer z psem wyszłam po dwudziestej pierwszej. Na osiedlowych terenach rekreacyjnych nie było nikogo. W ciągu czterdziestu minut dostrzegłam jednego człowieka idącego szybkim krokiem w stronę bloków. Drugi po osłoną nocy uprawiał jogging na stadionie przy szkole. I jeża. Szedł po trawniku. 

Cisza. Dzwoniąca w uszach cisza.

Miałam czas na przemyślenia, rozmyślania, medytację.

Wczoraj dotarł do mnie tekst Olgi Tokarczuk o aktualnej sytuacji. Niektórzy uznali go za smutny, niektórzy za realistyczny, inni za oburzający. Słowem, co człowiek to opinia. I bardzo dobrze. I tak ma być.

Co do mnie to....

Chyba też, jak noblistka i jedna z moich koleżanek, nie mam „traumy odosobnienia”. Oczywiście, że żal zamkniętych pubów, kin i teatrów. Oczywiście, że tęsknimy za rodziną i znajomymi, z którymi ze względów bezpieczeństwa nie możemy się spotkać. Oczywiście, ze miewamy "czarne godziny". Ale nie będziemy z tego powodu popełniać samobójstwa. Tym bardziej, ze życie wokół się toczy.

Moi sąsiedzi nadal przeprowadzają remont. Sklepy spożywcze nadal pracują i nie brakuje w nich żywności. Auta jeżdżą. Śmieciarki wywożą śmieci, a dozorca sprząta trawniki. Pąki na drzewach i krzewach są coraz większe. A moja sunia traci zimową sierść.

„Życie toczy się, a jakże, ale w zupełnie innym rytmie” - pisze Tokarczuk i wspomina o latach minionych, kiedy można było bezkarnie „marnować” czas, zajmując się pozornie niepotrzebnymi sprawami.
W obecnym świecie czasu marnować nie wolno. Świat i czas biegną tak szybko, jak mieszkańcy Warszawy.

Kiedyś przyjechałam do stolicy i wyszła po mnie koleżanka. Auto zaparkowała po drugiej stronie dworca. Musiałyśmy przejść spory kawałek. W pewnym momencie chwyciła mnie zadyszka.
„Dokąd tak biegniesz? - spytałam.

„Ja nie biegnę, ja idę”.

Dziś część z nas dostała szansę, by zwolnić tempo i rozejrzeć się wokół. Ustalić na nowo swoje priorytety. Może śpieszyć się warto tylko w ramach rekreacyjnego biegania po osiedlu?

Co jeszcze uświadamia nam obecność wirusa?

Olga mówi o słabości Unie Europejskiej, która „oddała mecz walkowerem”, o przywróceniu granic, podziale na „swoich” i „obcych”. Parę lat temu, kiedy Wielka Brytania po raz pierwszy powiedziała, że chce wypisać się z UE, napisałam tekst o próbach zjednoczenia Europy.... nieudanych próbach....


Dziś niepotrzebne były wojska, broń, czołgi, politycy, by podzielić cały kontynent na stare części, ustanowione w Jałcie i Poczdamie w czasie i po II wojnie światowej. Każde państwo zostało z wirusem sam na sam.

Noblistka nie kreśli wizji świata dnia jutrzejszego. Ja też tego nie uczynię. Na jednej z lekcji zapytałam kiedyś uczniów, czy znają książkę lub film pokazujący pozytywną wizję przyszłości Ziemi po katastrofie.

Nikt nie znał. Ja też nie.

„Na naszych oczach rozwiewa się jak dym paradygmat cywilizacyjny, który nas kształtował przez ostatnie dwieście lat: że jesteśmy panami stworzenia. możemy wszystko i świat należy do nas" - Olga Tokarczuk


czwartek, 2 kwietnia 2020

Narodowa kwarantanna XXI – Wiosna seniorze



film na dziś "Wiosna, panie sierżancie"

Wczoraj mój wnuk skończył pierwszy rok życia. Tak, rok temu wywinął nam numer i urodził się w święto dowcipu i dobrego humoru. Wiadomość o tym, że zostałam babcią, część moich znajomych potraktowała jako żart.

Oczywiście młody miał swój tort i swoją świeczkę. Imprezy nie było. I chyba dobrze. Babciom i ciociom trochę żal, ale za to młoda rodzina miała swoją, bardzo intymną uroczystość. Rodzice mogli sobie w spokoju i ciszy powspominać, zrobić foto, pomarzyć o super ekstra przyszłości dla swego maleństwa....

W sumie to nie wiem jak było, ale mam nadzieję, że dobrze. Cóż począć, że pierwsze urodziny wypadły w czas epidemii.... Jest w tym jednak pewna nadzieja. Ponoć każde pokolenie musi przeżyć jakąś wojnę. Wojna z małym, wrednym hitlerkiem trwa w najlepsze. Wpiszmy zatem ją w życiorysy dzisiejszych kilkulatków. Niech więcej żadnych wojen w życiu nie mają.

Wczoraj przez internet przetoczyła się burza w związku z nauczaniem przez TVP sport, kultura i rozrywka. Nie będę się teraz o tym rozpisywała. Powiem jedno – sporty ekstremalne, kultura średniowiecza i rozrywka jarmarczna. Temat rzeka, która nadal płynie w w/w telewizji.

Dziś rozważania o seniorach.

Już na początku akcji „epidemia” napisała, że dawno nie słyszałam tylu słów o ludziach 60+. Słów pozytywnych. Obecnie potwierdzam.

Na portalach lokalne informacje, gdzie się zwrócić o pomoc. Na drzwiach wejściowych – to samo. W Łomży młodzi ludzie rozdają ulotki z numerami telefonów. Tu zadzwoń, jak będzie ci potrzebna pomoc. Na wszelki wypadek zapisałam na kartce i położyłam obok laptopa.

Teraz proszę, wyznaczono godziny, w których tylko emeryci są obsługiwani w sklepach. Czy będą przestrzegane? Cóż, od ludzi to zależy.... Sprzedawca nie wygoni małolata ze sklepu, jeśli już przyjdzie....

Zerkałam wczoraj przez balkon na sklepy w mojej okolicy. Otwarte są cztery. W oznaczonych godzinach seniorów praktycznie nie było.

Bo w ogóle w mojej okolicy seniorów nie ma. Znaczy się są. Dużo. Najmocniej widać to w czas letni i pogodny na plenerowych siłowniach. Oblegają je namiętnie. W czasie wakacyjnym bawią się z wnukami na placach zabaw. Spacery z psami, z kijkami – oczywiście. Słowem – seniorów multum.

A teraz ich nie widać.

Grzecznie cierpią w zaciszu swych M....

Bo przez ostatnie lata nauczyli się cieszyć życiem. To dla nich pobudowano owe siłownie. To im kazano ćwiczyć, tłumacząc, że sport to zdrowie, a człowiek stworzony jest do chodzenia w pozycji pionowej. To im przez lata wmawiano, że należy spacerować, wychodzić z domu, uczestniczyć w różnych formach aktywności kulturalnej, bywać na koncertach, festynach. To dla nich w wielu placówkach kultury organizowano prelekcje, spotkania z ciekawymi ludźmi, wspólne wyjścia do kina, do teatru....

I seniorzy posłuchali. Chodzą już nie tylko do kościoła. Według praw natury właśnie teraz, wiosną, powinni rozpocząć swą aktywność.

Cóż, nie dziwmy się zatem, jak jakiś niepokorny senior teraz wyjdzie z domu do apteki po witaminę C.... Trzeba się do niego uśmiechnąć i ciepłym głosem powiedzieć: „Proszę zostać w domu”...

No chyba, że senior ma psa i wykorzystuje go do odbywania codziennych spacerów.

Na moim osiedlu jest spora grupa psiarzy w wiadomym wieku. Teraz jakoś ich nie widać. Każdego wieczora spotykam jedynie pana w wieku mi odpowiednim z równie nerwową jak moja – sunią. Nie możemy pogadać, bo psia kłótnia zagłusza każe słowo. Ale spotykając się codziennie, przynajmniej wiemy, że żyjemy.

Wczoraj, kiedy już suczki wymieniły swoje kontrowersyjne poglądy, skręciłam w alejkę prowadzącą do domu.

W świetle księżyca połączonym z oświetleniem parkowym alejki ujrzałam młodych ludzi. Takich w wieku licealnym. Prowadzili na smyczy takiego dwukilogramowego pieska. Szli wolno, objęci. W pewnym momencie stanęli i zaczęli się delikatnie całować....

Cofnęłam się. Nie chciałam przeszkadzać.

Wiosenna miłość nie uznaje wirusa....


środa, 1 kwietnia 2020

Narodowa kwarantanna XX – Ekologicznie



film na dziś "Wodny świat"

Rety, to już trzy tygodnie odkąd siedzimy na tylnej części ciała w domach i patrzymy, jak wali się świat, który do tej pory znaliśmy!

Oj, bo się wali. Niby te bloki jeszcze stoją, niby te sklepy jeszcze pracują, ale taki zakład fryzjerski już nie pracuje, taki gabinet kosmetyczny, który widzę z balkonu – nie pracuje. Taki sklep z częściami do aut, otwarty parę dni przez godziną zero, też nie pracuje.... Pizzeria co prawa otwarta od 10 do 22, można na wynos, można z dowozem, ale tłumów przed nią nie widzę. 

Otwarty jest punkt „Lotto”. Ale czy warto grać? W przypadku małej wygranej, trzeba odebrać osobiście gotówkę. Wiadomo, wirusy na forsie. W przypadku wygrania milionów – trzeba jechać, osobiście dostarczyć kupon i dać zlecenie przelewu. A ile niespodzianek, (w postaci innego człowieka) może człowieka czekać na takiej S8 w stronę Białegostoku lub Warszawy? Nie, zdecydowanie nie gram.

Wczorajsze tzw. obostrzenia (uczniowie zapamiętajcie ten wyraz, podczas najbliższego egzaminu na pewno wystąpi!) nie dotknęły mnie w najmniejszym stopniu. Co prawda roześmiałam się z odległości dwóch metrów między najbliższymi członkami rodziny na spacerze, ale potem stwierdziłam, że to sens jakiś jednak ma.
Zawsze idąc z sąsiadem na spacer można patrolowi milicyjno – wojskowemu (takowe mają być) powiedzieć, że to kuzyn, bardzo bliski. I co patrolujący zrobią? Drzewo genealogiczne będą sprawdzać? Aha, inne nazwisko.... Nic z tego. Kuzyn nie po mieczu, a po kądzieli.

A propo patroli.... czekam, aż się pojawią. Paru moich uczniów poszło do policji. Może się na nich natknę? Do tej pory widziałam ich tylko w autach objeżdżających ulice mego osiedla.

O czym to dziś miałam pisać, skoro wczoraj nic się nie wydarzyło? Aha, o ekologii...

Nie wiem jak wy, ale ja produkuję zdecydowanie mniej śmieci. Mniej kupuję, mniej wyrzucam. Nie, nie chodzi o żarcie. Chodzi o opakowania.

Syn raz w tygodniu przywozi mi zakupy według listy przeze mnie sporządzonej. Zamiast sześciu małych paczek ciastek (do kawy oczywiście), dwie duże. Zamiast kilograma ziemniaków co dwa dni, kilka raz na tydzień. W jednym opakowaniu. Zamiast 2x0,5 litra, raz jeden litr.... a co, nie można? Hi hi ha ha!

Tak więc woreczków foliowych mniej. Reklam w skrzynce na listy brak. Makulatury mniej. Częściej niż zwykle wykorzystuje do picia „kranówę”, oczywiście po przegotowaniu. Mimo iż władze miasta, zarówno Wałbrzycha jak i Łomży, mówią, że taka bezpośrednia z kranu jest OK, to mój organizm ją zdecydowanie odrzuca. W toalecie.

Pustych butelek po wodzie produkuję zatem zdecydowanie mniej.

Nie chodzę do swoich ulubionych szmateksów. Nie kupuję „nowych” ciuchów. W wyniku owych zakupów zawsze wymieniałam garderobę. Stare wyrzucałam. Dziś nie wyrzucam. Jak dłużej ta kwarantanna potrwa, to pewnie będę cerować. ( Hi hi, młode pokolenie wie, co oznacza słowo "cerować"?) Przeszywać nie będę, bo jak już wiecie, mam popsutą maszynę do szycia.

No niestety, prądu nie oszczędzam. Jak nie laptop, to telewizja lub gramofon jest na chodzie, światło tez czasami włączę.... mam co prawda kilka balkonowych świetlików na baterie słoneczne, ale one nie oświetlą mi pokoju. Jeden duży przez cały dzień zbiera światło na balkonie, a nocą służy za takie nocne oświetlenie, żeby człek do toalety trafił... Chyba w tym roku muszę zainwestować w większą ilość lampek na baterie słoneczne....

Sąsiedzi też żyją ekologicznie. Mało jeżdżą samochodami. Praktycznie przez cały dzień parking przed moim oknem jest zajęty. Przed kwarantanną do 14.00 bywał całkiem pusty.

Aha, pytacie jak wygląda śmietnik na moim podwórku.... no, niestety.... sąsiedzi się remontują. Oczywiście, że część wywozi swe odpady, ale część.... tradycyjnie zostawia. I jest bajzel. Na szczęście dozorca codziennie rano próbuje to ogarnąć. A śmieciarki regularnie wywożą. Z tej strony epidemia nam nie grozi.

Koniec na dziś. Trzymajcie się.