wtorek, 9 lipca 2019

Wyposażenie geriatryczne




Niedawno w gronie nowych seniorów rozmawialiśmy o rzeczach, które każdy szanujący się nowy członek oddziały geriatrycznego mieć powinien. Podzielę się zatem cennymi wiadomościami, bo seniorów przybywa, a wiedza rzecz cenna. Zaczynamy!
  1. Glukometr i ciśnieniomierz – bez względu na to, czy mamy cukrzycę i nadciśnienie, czy też nie. Mierzenie poziomu cukru i kontrola ciśnienia to podstawa w życiu seniora. Zawsze może się okazać, że mamy coś, o czym nie wiedzieliśmy i wystarczy tylko słodkie wino zamienić na „czystą”, a cukier się unormuje. Pamiętajmy, że cukrzyca nabyta w wyniku wieku jest jedną z przyjemniejszych chorób. Człowiek na starość zostanie wegetarianinem, nareszcie wie, co je. Nie to co młodzi, wiecznie zaganiani, jedzący byle co pomiędzy miejscem pracy a przedszkolem. Senior na chorobę ma czas. A do tego odwiedza przychodnie lekarskie, nawiązuje nowe znajomości, wymienia doświadczenia. No dobrze, już nie brnę w ten temat. Pamiętajmy wszakże, że organizm swoje prawa ma i na coś trzeba umrzeć.
  2. Torba na kółkach – niezbędna do robienia zakupów. Tak, wiem, macie dzieci, zawiozą was na zakupy, przywiozą, wniosą na te czwarte piętro.... Ale ….. Mogą na przykład wyjechać, nie tylko na wczasy, również za chlebem do innego miasta lub za granicę. Mogą mieć własne dzieci i masę kłopotów z nimi. Zatem póki mamy siłę chodzić, zasuwajmy z torbę po mleko, warzywa i mięso z promocji. Ja osobiście posiadam „mercedesa” wśród toreb na wózku. Ma trzy koła i uchwyt na sklepowy wózek. Wieszam takie cudo na froncie owego wózka i taranuję wszystkich w sklepie.
  3. Mata do masażu – jako przyrząd rehabilitacyjny - niezbędna do usuwania bólu kręgosłupa. I to nie jednego. Kładzie sobie człowiek taką matę na krześle, bierze kawę i ogląda ulubiony serial, znaczy się „Stawkę większą niż życie”, a mata robi swoje i wali kilkoma programami w kręgosłup. Do tego moja mata podgrzewa senioralne plecy. Och, jak przyjemnie.... Posiadam dodatkowo pas do masażu. Kupiłam, bo była promocja w dyskoncie i teraz masuję różne części w różnych sytuacjach np. prasując.
  4. Miska do masażu stóp – są tacy, co mówią, że taka miska nic nie daje. Mnie daje ulgę po wyprawie z torbą na kółkach. Do tego rozmiękcza odciski i pozostałe twardości na stopach. Potem już tylko krem i stopy mam jak pięćdziesiątka!
  5. Kijki do Nordic Walking – bezapelacyjnie niezbędne w życiu seniora! Spacer z takimi kijami to gwarancja bezpieczeństwa – jak ktoś się przyczepi, to zawsze można go kijem pogonić, to okazja do nawiązania nowych znajomości, o pożytkach zdrowotnych już nie wspomnę. Kijki kupiłam wiele lat temu, kiedy mało kto w mojej zapyziałej mieścinie wiedział, co to jest. Byłam obiektem kpin i komentarzy w stylu „a narty gdzie?”. Lata minęły, a ludzie z kijami łażą po mieście. W sumie wydatek niewielki, a jakże cenny.
  6. Inhalator – czy niezbędny? Mieć warto. Mój pochodzi z czasów, kiedy byłam czynnym nauczycielem. Ratował mi głos. Obecnie używam go w przypadku jakiegokolwiek przeziębienia lub kataru. Likwiduję wszystko w zarodku. Dzięki temu nie używam antybiotyków i mam nadzieję, ze w przypadku pojawienia się u mnie sepsy, każdy antybiotyk zareaguje i zlikwiduje bakterie.
  7. Pojemnik na lekarstwa – nie da się ukryć, seniorzy już łykają. Raz lub kilka razy dziennie. Warto więc kupić odpowiedni, według potrzeby, albo taki na wszystkie dni tygodnia, albo większy – z podziałem na pory dnia. Załaduje człowiek takie pudełko raz w tygodniu i nie musi się martwić „Wziąłem dziś różową tabletkę, czy nie wziąłem”? Oj, długo broniłam się przed takim pudełkiem.... w końcu skapitulowałam i jestem happy. Skleroza w ratowaniu zdrowia nie przeszkadza.
Można by jeszcze wymieniać... ale pewnie zapytacie, skąd wziąć forsę na zakup takiego wyposażenia seniora... Jest metoda, bo zawsze jest jakiś świąteczny dzień, a to Dzień Babci, a to Dzień Matki, Kobiet, 40 męczenników, urodziny, imieniny.... I rodzina zawsze ma problem, co też kupić seniorowi, który chyba wszystko ma lub już miał w życiu...
Wówczas warto zasugerować, że kółka w starej torbie już nawalają, a pudełko na lekarstwa jest już za małe?


sobota, 6 lipca 2019

Łąki kwietne


Naturalna łąka przy mojej działce.... 

Dziś będzie o przyrodzie w mieście. Takim, no powiedzmy, normalnym mieście, w którym wybetonowano Starówki i wybudowano blokowiska.

Typowym przykładem betonowego rynku są dla mnie dwa rynki w Łowiczu. Jeden, słynny trójkątny, składa się z kostki, a jakże - betonowej,  i zabetonowanej fontanny ( i to ma sens), drugi to parking wokół kościoła. Oczywiście, że betonowy! Gdzieniegdzie na obrzeżach rynków w betonowych zabudowaniach próbują rosnąć drzewa.

Zabetonowane drzewa są obecnie symbolem cywilizacji, bo betonuje się je wszędzie. 
Ilekroć siadam na rynku, znaczy się Starówce, w mieście, w którym mieszkam, znaczy się Łomży, przypomina mi się fragment „Władcy pierścieni – Dwie wieże”. Enty atakują wieżę Sarumana i zakład produkujący „orków”. Na cele przemysłowe zakładu na rzece wybudowano tamę. Enty, zwane drzewcami, krzyczą: „Uwolnić rzekę!” i rozwalają tamę.

Siedząc w towarzystwie zabetonowanych drzew, też sobie po cichu krzyczę: „Uwolnić drzewa!”. Cóż, moje wołanie to głos wołającego na pustyni, jak rzekł prorok Izajasz.

Ale coś ostatnio ruszyło w ramach ekologii w miastach. Pojawiła się moda na łąki kwietne, czyli miejsca, w których zamiast ostrzyżonego trawnika, jest pas zieleni zbliżony do natury, czyli polne kwiatki.

Och, jakże byłam zachwycona fotką z rodzinnego Wałbrzycha, na której ujrzałam maki i chabry, i jakieś stokrotkopodobne rosnące przy jednej z miejskich dwupasmówek! I pszczółki tam się krzątały, i muszki fruwały, i inne owady latały! I to gdzie – w mieście przy asfaltowej jezdni! Na wiadomym portalu zaczęła się moda na zdjęcia owych łąk kwietnych.
Ktoś postanowił obejrzeć łąkę kwietną w Łomży, bo ponoć takowa istnieje. Nawet zrobił fotki. Okazało się, że tutejsza łąka kwietna ma się nijak do łąk w Holandii i w Wałbrzychu. Przypomina nieuporządkowane chaszcze. Rośnie tam bliżej nieokreślone zielsko, mało co kwitnie. Takie coś rosnące wzbudza oburzenie wśród mieszkańców.

Obejrzałam. Nie da się ukryć. Tak jest. Ale... Gdyby tak spojrzeć na to inaczej...

Moja działka rekreacyjna z jednej strony ma las, z dwóch kolejnych zboża na zasadzie płodozmianu. Obecnie owies i żyto. Czwarta to właśnie łąka. Może i kwietna. O każdej porze roku wygląda inaczej. Co ja mówię, każdego tygodnia wygląda inaczej. Praktycznie każdego roku rosną na niej inne kwiatki. Co wiatr przyniesie, to jest. Bywały lata, że była tylko trawa, takie chaszcze. Nie ingeruję w to miejsce. Przyroda rządzi się tu sama.

Nie wiem, jak robi się miejską łąkę kwietną. Być może tak, jak robiłam swój skalniak. Oczyściłam ziemię z różnych korzeni, zasłoniłam specjalnym tworzywem sztucznym, zasypałam tzw. czystą ziemią i z roślinek, których nasiona fruwają w powietrzu, za moim przyzwoleniem rośnie mi tylko skrzyp polny, który ku radości moich włosów i paznokci, zapuścił kłącza.

Łąka wszak ma to do siebie, że powstaje z tego, co wiatr nawieje. Oczywiście, że można posiać maki, chabry i stokrotki. Pytanie, czy to wiatr sam nawieje, nie przytłoczy zasianych przez człowieka nasionek...

Nie wiem... nie znam się.... zarobiona jestem.

Jednak w przeciwieństwie do mieszkańców Łomży oburzonych chaszczami w parku, mam do nich inne podejście...

Kochani, w środku uporządkowanego, cywilizowanego, wypełnionego betonowymi alejkami parku, mamy klasyczny przykład roślinności naturalnej. Można tu przyjść z dzieckiem i pokazać mu, że „to” wygląda jak polana w lesie, jak łąka przy wiejskiej drodze, jak miejsce, w którym człowiek nie integruje. Cz zawsze wszystko musi być zgodnie z zamiarem ludzkim? Wszystko wymierzone, zaplanowane?

A dajmy tej przyrodzie, na tym niewielkim kawałku ziemi, popracować!


wtorek, 2 lipca 2019

Powroty




I jakiś czas mnie tu nie było... resetowałam się, jak mówią dzisiejsi. Za moich czasów mówiono – odpoczywałam.

Najpierw wyjechałam na swoją ukochaną działkę rekreacyjną, gdzie przyczepa, ognisko, las blisko, a sąsiedzi daleko. W tych warunkach podniosła mi się adrenalina, bo nigdy nie wiadomo, co lub kto przyjdzie i przeskoczy ogrodzenie.

Potem odwiedziłam rehabilitanta lub fizjoterapeutę, jak zwał tak zwał, bo lekarz żadnej specjalizacji nie mógł poradzić sobie z moją bolącą stopą. Rodzinny odesłał do chirurga, chirurg do ortopedy. Wszyscy mówili, że jestem zdrowa.

Człowiek od rehabilitacji potwierdził, ale równocześnie podjął działania w celu likwidacji bólu i umożliwienia mi normalnego chodzenia. Okazało się, ze to jakieś zmiany limfatyczne, ale żyć będę. Zaaplikował mi masaż stóp, zwany drenażem, a potem wsadził w kokon, ponoć nazywa się to rękawy, podłączył pod prąd i drenaż dróg limfatycznych odbywał się mechanicznie. I tak sobie leżałam całą lekcję, bo 45 minut, a prąd pompował powietrze i wypompowywał od stóp po same cyc... znaczy się piersi.

I tak oto doszliśmy do lekcji, bo teraz mowa o szkole będzie. Nie, nie o strajkach, ministrach czy paskudnej młodzieży. Będzie o szkole sprzed lat, też niedobrej, bo za komuny była.

Oto po raz kolejny z rzędu spotkaliśmy się na tzw. spotkaniu klasowym. Kiedyś, a dla młodych to przed potopem było, chodziliśmy przez cztery lata do tej samej klasy tego samego liceum.

Nie, nie było żadnego wieczoru wspomnień w budynku szkolnym, chociaż znajdował się blisko miejsca spotkania.

Może i dobrze, bo miałam obawy co do swego zachowania w przypadku zetknięcia się z takimi szkolnymi szybami na przykład. Wspomnienia mogły mnie podkusić, żeby tak jakąś wybić …

Nie było również nauczycieli. Jakoś nie czuliśmy potrzeby kontaktu z nimi. Nie pierwszy zresztą raz. Takie spotkania już się odbywały i belfrów nie zapraszaliśmy...

Wszystko ma jednak zawsze swoją dobrą stronę. W związku z takową moją postawą wobec moich byłych, nie mam pretensji wobec swoich uczniów, że mnie nigdzie nie zapraszają.

Tak więc spotkaliśmy się na spotkaniu zwanym potocznie imprezą. Była wyżerka, były procenty (każdy przyniósł to, co lubił, taką colę na przykład), były wspomnienia i opowieści o czasie współczesnym.

Wśród wspomnień królowały te, o robieniu nauczycieli w przysłowiowe jajo, o szkolnych wybrykach, łamaniu regulaminu, słowem – o sprawach niegodnych naśladowania przez młode pokolenie.

Oczywiście przebywaliśmy na sali zamkniętej i wyciszonej, z działającą klimatyzacją. Nic na zewnątrz się nie wydostało. Sprawdzałam, ponieważ wśród pracowników lokalu był mój uczeń i musiałam zadbać o to, by małolat, taki tuż po trzydziestce za dużo nie usłyszał. Jeszcze by się zgorszył...

No właśnie, małolaty... W połowie wieczoru jeden z kolegów dokonał sensacyjnego odkrycia. „Czy wy wiecie, jakie małolaty nas uczyły?” - oznajmił nie dowierzając własnym myślom.

Nie dało się ukryć. Uczący nas w latach siedemdziesiątych ludzie mieli, o zgrozo, po dwadzieścia kilka, trzydzieści kilka lat! Tyle, co nasze dzieci obecnie! Jak można było powierzyć tak odpowiedzialne zadania, jak przygotowanie do matury młodym, nieodpowiedzialnym ludziom! Taki wniosek zabrzmiał niezwykle ostro w towarzystwie rozmowy na temat „Kto wyrobił już miejską „Kartę Seniora” uprawniającą do bezpłatnych przejazdów komunikacją miejską.

Dobra, skoro uczyli nas smarkacze, niech teraz nikt nie ma pretensji, że jesteśmy niedouczenie, źle wychowani i zamiast kołysać wnuki, spotykamy się na podejrzanych imprezach.

Tak, bo impreza była podejrzana. Spotkała się grupa ludzi o różnych poglądach, różnych życiorysach, różnej urody i różnego zdrowia. Ani razu nie poruszono tematów polityczni-religijnych. Nikt nie prowadził kampanii wyborczej, nie propagował LGBT, ani nie nawoływał do obalenia kolejnego pomnika.

Było za to wesoło, pogodnie i trudno było się nocą rozstać, kiedy lokal już zamknięto...

Dziwne? Podejrzane? A może - normalne? Może właśnie do takiej rzeczywistości tęsknimy i kiedy zapominamy o narodowej wojence, stajemy się po prostu normalnymi ludźmi potrafiącymi normalnie rozmawiać?




sobota, 18 maja 2019

Czas rozliczeń




A więc nadszedł czas, żebym i ja wypowiedziała się na temat najbardziej obecnie aktualny. Odczekałam trochę, by nie dać się ponieść emocjom i do tematu podejść nieco spokojnie. Jako że całkiem spokojnie się nie da, piszę. Za oknem zachmurzone niebo, na domowej pogodynce wilgotność w domu 68, na zewnątrz – 82. Pranie w łazience i na balkonie nie schnie.
Zatem do roboty.
W sprawie zjawisk pedofilii w kk ( znaczy się w kościele katolickim) podchodziłam bez super emocji. Oczywiście zjawisko godne największego potępienia, wieloletniego więzienia w mokrym i wilgotnym lochu, o chlebie i wodzie, ze szczurami i myszami na surowo. Bez względu na to, kim pedofil byłby z zawodu, urodzenia czy nadania.
Zdania nie zmieniam.
Sprawa w kodeksie karnym wydawało mi się wówczas oczywista. Przestępca, przestępstwo i już. Dziś taka oczywista nie jest. Dziś jestem przerażona i powalona faktem, iż są przestępcy, którzy stoją ponad prawem. A najgorsze jest to, że wiedziałam o tym od dawna. Ludzie o tym wiedzieli. Masa ludzi o tym wie. Dopiero jednak film braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu” uświadomił, jak bardzo byliśmy i jesteśmy tolerancyjni wobec pracowników kk.
To zupełnie tak samo jak rzucenie przeze mnie palenia. Wydmuchiwałam z siebie dym przez 26 lat. Wiedziałam, że to szkodliwe, że niebezpieczne, że cuchną nikotyną. Aż pewnego dnia obudziłam się z świadomością, że to wszystko prawda. Ktoś, coś wreszcie do mnie dotarło. Następnego dnia kupiłam ostatnią paczkę papierosów w swoim życiu. Nie palę 15 lat.
Teraz przypominam sobie, jak w mieście w którym mieszkam, mówiono, że miejscowy biskup lubi młodych chłopców. Wraz z innymi śmiałam się. W końcu biskupa przeniesiono do innej diecezji, za karę oczywiście.
Bo największą karą w kk jest właśnie przeniesienie z dobrej parafii (czytaj bogatej) do gorszej (czytaj biedniejszej). Cokolwiek by pracownik kk złego nie zrobił, jakiejkolwiek wagi jego czyn by nie był, kara jest jedna – uroczyste pożegnanie w starej parafii i uroczyste powitanie w nowej.
O zgrozo, dopiero z filmu Sekielskich dowiedziałam się, że istniał specjalny dekret? ustawa? przepis? kk mówiący najprościej o ukrywaniu przestępstw i przestępców seksualnych! Sprawa nie miała prawa wyjść poza mury katedr i świątyń różnego rodzaju. I było to za czasów JP II!
„W maju 2001 roku kardynał Ratzinger, prefekt Kongregacji Nauki Wiary, wysłał list do wszystkich biskupów katolickich. Stwierdził w nim, że wszystkie wewnętrzne dochodzenia kościelne dotyczące molestowania dzieci podlegają tajemnicy pontyfikalnej.:” - to nie ja, to Wikipedia. Ogólnodostępna. Dla każdego. W wielu językach. Poczytajcie pod hasłem „Nadużycia seksualne w KK”. I nie chodzi tu tylko o tajemnicę spowiedzi.
Nadal jestem przerażona i zszokowana, że najważniejsi w kk ukrywali przestępców, ponieważ byli jego pracownikami. Tym samym współuczestniczyli w przestępstwie!
Gdyby o pedofilię oskarżono murarza X z brygady budującej obwodnicę Y, a jego szef – dyrektor Z ukrywał go we własnym barakowozie, też szef poniósłby karę! No, ale to nie kk... tylko zwykła obwodnica...
Niektórzy twierdzą, że winę ponoszą same ofiary, bo nie zgłaszały przestępstw do prokuratury...
Kochani, pomyślcie logicznie.... odkąd pamiętam kk głosił wszem i wobec, że jest nękany, atakowany i zniewalany, i co tam jeszcze chcecie. Najpierw gnębiła go komuna.
Czy potraficie wyobrazić sobie molestowane dziecko, które w latach 80-tych, zwłaszcza po ogłoszeniu stany wojennego, informuje, że pracownik kk, cytując niejakiego Piotrowicza, „ ciumkał go”? Zwłaszcza, że ów pracownik uczestniczył w walce z ową komuną, groziło mu internowanie i w ogóle wyrastał na narodowego bohatera?
Czy wyobrażacie sobie molestowane dziecko, które w latach 90-tych, po wprowadzeniu religii do szkół i wielkim triumfie robotników, (pod przewodnictwem kk, z wizerunkiem Matki Boskiej w klapie) nad komuną, idzie na odnowioną policję i mówi, że to już nie było tylko „ciumkanie”?
Czy wyobrażacie sobie w ogóle dziecko, które opowiada o molestowaniu? Jakże często młody człowiek myślał, że tak po prostu ma być!
Dlatego dopiero dziś wielu z tych ludzi mówi, o tym co ich spotkało.
Dziś już można.
Dziś już są świadomi zjawiska, które uczyniło ich życie koszmarem.
Dziś już się nie boją.
Dziś dzieje się to na całym świecie.
Polski kk nie jest wyjątkiem.
Może jednak nim zostać, jeśli najważniejsi w kk, ukrywający przestępców, nie poniosą kary.
Tu, na Ziemi. A nie, jak obecnie twierdzą, Bóg ich rozliczy.
Na rozliczenie przez Boga nie zasługują.




wtorek, 14 maja 2019

Cytaty - Pospolitość skrzeczy....




„Tak by się nam serce śmiało
do ogromnych, wielkich rzeczy,
a tu pospolitość skrzeczy” - Stanisław Wyspiański „Wesele”

Im dłużej trwa świat, im mniej na nim wojen, tym więcej budynków, drzew i pomników uznawanych za zabytki. Im ich więcej, tym więcej trzeba pieniędzy, by zadbać o ich stan. Konserwatorzy i miłośnicy wytworów czasu minionego walczą o każdy budynek, o każdą cegłę ilość na zabytkowym dębie. Troszczą się o czas miniony, o historię, która uczy jak żyć, jak szanować przeszłość, którą sami się staniemy.

Przegrywają.

Stara lipa stoi w miejscu, gdzie najłatwiej i najlepiej dla mieszkańców wsi poprowadzić nową jezdnię z chodnikiem. Kiedy sadzono lipę, wystarczył brukowana droga, którą przemieszczali się w zgodzie ludzie i wozy zaprzężone w dwa konie. Jeździło się nimi dwa razy w tygodniu na targ do pobliskiego miasteczka. Dziś auta mają niskie zawieszenia, a ludzie jeżdżą nim dwa razy dziennie do pracy w pobliskim miasteczku. Jezdnia jest niezbędna. Podobnie jak dwupasmówka w dużym mieście. Tam trzeba wyburzyć kilka kamienic, zabytkowych.

Czy lipa ma nadal rosnąć, a kamienice stać, by utrudnić życie mieszkańcom owych miejscowości?

Zabytkowy hotel w środku miasta straszy pustymi oczodołami okien. Jest własnością prywatną. Właściciel jednak nie ma pieniędzy na remont, który kosztowałby dwa razy tyle, a może nawet trzy, ile wybudowanie dużego bloku mieszkalnego. Ruiny nikt nie chce kupić. Nawet „miasto”... Urzędnicy miejscy mają inne wydatki. Trzeba wyremontować szpital, na nowym osiedlu postawić plac zabaw, wymienić rury kanalizacyjne, zmodernizować oczyszczalnię ścieków...

Tu stoi stary pałac, tam spichlerz, gdzieś zabytkowa kamienica... można je ratować kosztem mieszkań komunalnych, dróg dojazdowych, obwodnic wokół dużych miast, pomocy dla biednych...

Pospolitość jest ważniejsza. Historia może poczekać.



poniedziałek, 6 maja 2019

Majowe prezenty





„Znów przyjdzie maj, a z majem bzy” - śpiewała ongiś Beata Kozidrak.... I maj przyszedł, a z majem okres prezentów. Najpierw komunijnych. Bo tak to w naszej katolickiej rzeczywistości jest, że tzw. „komunia święta” to czas ubijania interesów dosłownie przez wszystkich, którzy mogą z ową imprezą mieć coś wspólnego.

Zaczynamy więc:

Na portalach społecznościowych i handlowych ofert bez liku.

Mamy naturalne i chrzestne szukają odpowiedniej kreacji. Co ubrać? Co włożyć? Jak wyglądać? „Proszę o poradę – jak powinnam wyglądać jako ciocia starszej siostry mamy dziecka? Czy wypada też na biało?” Oczywiście, że wypada. Jeszcze wianek na głowę i można powtórnie przystąpić razem z dzieckiem do komunii, pierwszej po wielu latach.
„ Jak ubrać córkę na komunię młodszego syna szwagra mojej matki?” - pyta zatroskana mama.
„Czy wypada siedzieć w kościele w żakiecie, jeśli będzie chłodniej”
„Poszukuję sukienki bądź komplet spodnie i żakiet na komunię. Na wzrost 180 cm. Rozmiar tak między 42-44-46”.

Człowiek przerzuca post za postem na wiadomym portalu i dostaje oczopląsu. Ale to dopiero początek. 

Potem są prezenty.

I tu dopiero biznes zaczyna się kręcić. Bo idąc „na komunię” prezent musisz dać. Obojętnie czy jesteś zięciem zmarłej babci czy ojcem chrzestnym kogoś z rodziny. Handlowcy prześcigają się w reklamowaniu owych prezentów. Każdy jest ponoć odpowiedni. Najlepiej komputer najnowszej generacji lub super rower. Niektórzy kupują skutery lub quady. Ci, co nie wiedzą co dać, dają forsę. Nie, nie w kopercie. W czekoladkach z napisem „I Komunia Święta” i obrazkiem Matki Boskiej. Stoją takie pudełka w hipermarketach i wołają „Kup mnie! Kup mnie”. Na obrazku prócz Maryi, Chrystus i Jan Paweł II.
Przepraszam, czy tej trójce to się podoba? Pewnie tak, skoro żadne z nich nie reaguje, na przykład gromem z jasnego nieba, w sam środek marketu.

Znajoma ongiś kupiła chrześniakowi na komunię cztery piłki: do koszykówki, siatkówki, piłki ręcznej i nożnej, żeby w dziecku rozbudzić zamiłowanie do sportu, aby było zdrowe i sprawne. Inna, mgr filologii polskiej, podarowała zestaw słowników w formie papierowej, żeby wzbudzić zainteresowanie książką i pokazać, że drukowane są jeszcze w obiegu.

Obdarowane dzieci podsumowały, że dostały kiepskie prezenty. Obie ciocie nie są już mile widziane w rodzinach.

Jako były nauczyciel znam przypadki, kiedy rodzice zapożyczali się, by „wyprawić” dziecku komunię, a ciocie – by kupić odpowiedni prezent.

Jako były nauczyciel znam przypadki, kiedy dzieci z ubogich rodzin po tzw. „komunii świętej” unikały rozmów na jej temat. Nie miały czym się pochwalić.

Narodzie katolicki, gdzie w tym wszystkim jest Bóg? Z chrześcijaństwa tylko katolicyzm pozostał...

Druga sprawa – prezenty na Dzień Matki.

I teraz coś, co rozłożyło mnie na łopatki. Oto w lokalnym portalu pojawiła się reklama koncertu właśnie z tej okazji. Zaśpiewa znany piosenkarz tzw. starszego pokolenia. Obok napis „Kup mamie bilet!”

Nie, nie kochani, nie mam nic przeciwko temu artyście. Tyle tylko, że nie gustuję w jego twórczości. Do tego coś wiekowo mi się nie zgadzało.... on i mama.... Podczas spaceru z psem przyjrzałam się mamom, to znaczy paniom z wózkami i dziećmi. Zobaczyłam taki przedział wiekowy 25-35 lat. No dobre, mama może być tak do pięćdziesiątki, a potem to już raczej wiek babciny...bez względu na to, czy się ma wnuki, czy nie. I człowiek np. od siedmiu dziewcząt z „Albatrosa” powinien raczej dla nich być przeznaczony. Co ja mówię,  cała Budka Suflera (Cugowski ur. 1950), Lady Pank (Borysewicz ur. 1955), wspomniana wcześniej Kozidrak ur. 1960, to przecież młodzieńczy repertuar obecnych pięćdziesięciolatków, ba starszych od nich też... O Rolling Stones nie wspomnę. Dziadek Jagger ma obecnie ponad 70 lat! Wszyscy on, łącznie z Januszem Laskowskim powinni zaśpiewać z okazji Dnia Seniora.
„To że dziadki śpiewają, nie oznacza, że babcie na ich koncerty chodzą” - usłyszałam, kiedy oznajmiłam, że krzywdę zrobię synowi, jeśli bilet na wiadomy koncert mi kupi.

No tak.... już kiedyś o tym pisałam.... babci nie wypada iść na koncert rockowy, o słuchaniu rapu nawet nie wspomnę.

I chyba temat prezentów wyczerpałam. Na żadną tzw. „komunię świętą” nie jestem zaproszona, a na Dzień Matki pewnie dostanę dobry alkohol.

Aha, dlaczego piszę "tzw. komunię świętą"? Bo to o czym piszę z prawdziwą komunia świętą nie ma nic wspólnego.



czwartek, 2 maja 2019

Flaga



Święto flagi przypada 2 maja. Wszyscy wszystkich zachęcają do wywieszania flag, na domach, na balkonach... W moim bloku mieszkalnym wywiesiłam tylko ja... Stojący pod blokiem mieszkańcy osiedla pytali nawet dlaczego to uczyniłam. Czyżby to kolejny element strajku nauczycieli? - zasugerował jeden.  

O narodzie w stolicy diecezji....

Odkurzyłam stary tekst, o wspomnieniach związanych z flagą w ów okrutny czas panowania komuny... 

Jako dziecko wychowane w PRL-u jeździłam na kolonie letnie. To taki relikt przeszłości, z którego korzystała za moich czasów większość ( i to zdecydowana) moich znajomych z podwórka i szkoły. Dostępne były praktycznie dla każdego, kto miał pracujących rodziców. ( Przypominam, wtedy bezrobocia nie było). O dawnych peerelowskich koloniach można by pisać i pisać…Dziś o ceremoniale.

Otóż na koloniach letnich, na specjalnie przygotowanych placu, odbywały się apele.  Raz lub dwa razy dziennie, w zależności od zarządzenie kierownictwa. Na placu obowiązkowo znajdował się maszt, a na nim flaga w narodowych barwach. Rano była wciągania na maszt, wieczorem zdejmowana. Jeśli odbywało się to w czasie apelu, obowiązywał ceremoniał.

Jak wiedzą starsi, uczestnicy kolonii podzieleni byli na grupy. Każdego dnia inna grupa miała dyżur. Do jednego z obowiązków należało wystawienie pocztu flagowego do ściągnięcia lub wciągnięcia flagi na maszt. Członkowie pocztu musieli być nieco ładniej ubrani, a z tym na różnie bywało. Rodzice raczej nastawieni byli na zniszczenie przez potomstwo ubrań podczas pobytu na koloniach, niż na modne ich ubranie. Koloniści czasami pożyczali sobie coś „eleganckiego”, dziewczyny spódniczki, chłopcy koszule… W każdym razie w krótkich spodenkach, bez względu na płeć, nie można było wystąpić w poczcie flagowym.

Apel prowadził przewodniczący samorządu kolonijnego. Było „Kolonia baczność! Poczet flagowy do wciągnięcia (ściągnięcia) flagi wystąp!” Trójka dzieciaków równym krokiem ( oj, trzeba było się tego nauczyć…) podchodziła do masztu i wykonywało nakazaną czynność.

I, o ile skleroza mnie nie myli, wtedy padała komenda: „Do hymnu!” i śpiewaliśmy hymn. Kolonijny.

Z hymnem było tak: w ciągu dwóch, trzech pierwszych dni każda grupa musiała nauczyć się piosenki. Potem, przez następne dwa dni, na apelu wykonywano piosenki. Ta, która uzyskała najwięcej braw, zostawała hymnem kolonii. (hi hi, ciekawe jakie dziś utwory byłyby hymnami )  ). Wśród zapamiętanych przeze mnie były piosenki o starym namiocie, szlagier z „Czterech pancernych….”, coś o morzu…

Wracajmy do ceremoniału. Flagę ściągano z masztu, składano i przekazywano kierownictwu kolonii. Składano ją niemal tak dokładnie, jak robią to amerykańscy żołnierze, a wtedy jak wiadomo o takowych zwyczajach zgniłego zachodu nie mieliśmy pojęcia.

O tamtym ceremoniale mogę dziś powiedzieć jedno – to właśnie on nauczył mnie znaczenia i szacunku dla narodowych barw. Nie, nie szkoła. Jakoś wszystkie szkolne uroczystości związane z flagą zniknęły z mej pamięci. Kolonijne zostały. Czy rzeczywiście, jak twierdzą niektórzy, takie wakacyjne ceremoniały były propagandą „komuny”? Przecież na maszt wciągaliśmy biało-czerwoną, przecież staliśmy na baczność przed biało-czerwoną!

Kiedy sama zostałam nauczycielem, oczywiście uczyłam dzieciaki narodowej symboliki. Ale podczas oficjalnych imprez głównie pilnowałam uczniów, by odpowiednio zachowywali się. Na wzruszenia nie było miejsca. 

Dopiero w 2009 serce mi zadrżało.

W tymże roku w Polsce odbywały się Mistrzostwa Europy w Koszykówce Mężczyzn. Jako zapalony kibic pojechałam na jeden z meczów, do Łodzi. Kupiłam swą pierwszą w życiu flagę. I trzymając ją w górze, wraz z dziesięcioma tysiącami innych kibiców śpiewałam hymn narodowy. Drżenie głosu, łza w oku….
Ale to już temat na nowy tekst…